Niutka nadziei

Słońce prażyło niemiłosiernie. Termometr zawieszony w cieniu, rosnącego przed frontem domu, orzecha, wskazywał dwadzieścia dziewięć stopni Celsjusza. Lekki powiew wiatru sprawiał, że było czym oddychać. Caddi wszedł do domu, podszedł do ekspresu z kawą i napełnił kubek. W pierwszej chwili chciał usiąść na fotelu w salonie, ale ostatecznie zdecydował się wyjść do ogrodu, by spocząć pod dorodną czeremchą. Rosła w jego ogrodzie od dwunastu lat. Przywiózł ją z lasu otaczającego Złotą Górę. Wyrwana z naturalnego otoczenia znalazła przyjazne miejsce blisko niego. O wzajemnych relacjach wiedzieli tylko on i ona. Troszczył się o nią tak, jak o żadne inne drzewo. Caddi, niczym średniowieczny alchemik podjął próbę odkrycia formuły na życie z niutką* nadziei. On, zodiakalna ryba, miał problem z systematycznością, ale był świadomy tej ułomności i czuł, że jest jeszcze dla niego nadzieja. Półwiecze życia za plecami i poczucie jakiegoś niedopasowania do wszystkiego, w czym tkwił i co robił.

Od zachodu nadciągały ciemne chmury wlokąc za sobą burzę, która pomrukami zapowiadała przybycie. Ten żywioł zawsze wywoływał w nim metafizyczne stany i sprawiał, że odżywała przeszłość oraz stare tropy. Gdy pierwszy piorun huknął w najwyższe drzewo rosnące kilka domów dalej, Caddi doznał czegoś w rodzaju wypadnięcia z kolein i chcąc nie chcąc poczuł, jakby przeniósł się w czasie.

Dom, w którym kilkuletni Caddi mieszkał z rodzicami, rodzeństwem oraz ukochaną babcią Stefanią, wybudował dziadek Alfred na kilka lat przed wybuchem I wojny światowej. Pod względem wielkości był trzecim zaraz po szkole i budynku, w którym mieściła się apteka. Dom przylegał do ulicy Kleczewskiej i Polnej. Wzdłuż Polnej, równo z budynkiem, rozciągała się oficyna, w której znajdowało się kilkanaście pomieszczeń gospodarczych. Za oficyną była stodoła i stajnia. Odkąd zmarł dziadek Caddiego, przedwojenny producent bryczek i wolantów, koni już tam nie było. Ulokowano tam skład rzeczy−na−wszelki−wypadek.
Od strony podwórza, wzdłuż oficyny, na wysokości pierwszego piętra była uwieszona drewniana zadaszona weranda, z której można było wejść do poszczególnych pomieszczeń, ale także do trzypokojowego mieszkanka, które było zaadoptowane na potrzeby lokatorów. Drewniana weranda obrośnięta była dzikim winem, które dawało cień i chłód w upalne lato. Stał na niej, tuż przy schodach,  maleńki stolik z wikliny i dwa krzesła. Na jednym z nich lubiła siadać babcia, która w tym miejscu czytała swoje książeczki do nabożeństwa i gazety oraz obserwowała podwórze. Caddi bardzo rzadko siadywał przy niej, chyba, że zmuszały go do tego okoliczności, niezależne od niego. Na podwórzu, o kilka metrów od domu, stała przedwojenna studnia z cementowych kręgów, z grubym akacjowym wałkiem, na który był nawinięty łańcuch z wiadrem. Z boku wałka umocowano żeliwne koło zamachowe, ułatwiające wyciąganie wody. Studnia była zabudowana tak, by nie wpadały do niej liście i inne zanieczyszczenia.
W takich to okolicznościach kilkuletni Caddi po raz pierwszy usłyszał i zapamiętał dobiegające grzmoty burzy. Miał raptem kilka lat i próbował sobie wyobrazić, skąd pochodzą odgłosy. Wyobrażał sobie, że po gładkiej i twardej podłodze nieba aniołowie toczą akacjowe walce podobne do tego przy studni. Dziś odczuwa to podobnie, mimo zupełnie innego wyobrażenia o sprawach ostatecznych.
Stał już na werandzie, gdy lunęły strugi wody, a błyskawice zaczęły przecinać niebo, trafiając w ziemię coraz bliżej domu. Stał oczarowany majestatem i siłą żywiołu. Bał się, ale nie chciał niczego uronić z tego spektaklu. Nawałnica ustała po kilkunastu minutach, chmury powoli się rozpierzchły, by dać szansę nieśmiałym promieniom słońca. Caddi zdjął sandały, zszedł na dół i zaczął brodzić w ciepłych kałużach, które powstały na podwórzu. Stopami czuł niebo i ziemię, i to wszystko, co powstało po ich gwałtownym zetknięciu.

Ocknął się z tego przedziwnego ni to snu, ni to jawy i znów dostrzegł nad sobą czeremchę. Uświadomił sobie, że jest w miejscu oddalonym o ponad czterdzieści lat od opisanej i przeżytej przed chwilą burza. Nie ma już ukochanej babci Stefani, nie ma oficyny, nie ma werandy porośniętej dzikim winem, ale jest jeszcze to miejsce i dom. Studnia dawno zasypana, choć jeszcze kilkanaście lat temu stała dumnie przystrojona kwiatami w donicach.

Usiadł na moment i pociągnął łyk chłodnej kawy, by znów wyciągnąć się wygodnie na fotelu i przymknąć oczy. Delikatny wietrzyk znów muskał policzki, a do uszu nieśmiało docierały odgłosy ptaków chroniących się w okolicznych drzewach. Czuł, jak znów zapada się w fotel i opuszcza ciało poddane grawitacji.

Jakiż był zaskoczony, gdy nagle, bez żadnego udziału ze swojej strony, stanął na niewielkim skwerku ocienionym starymi jesionami i lipami. W najwęższym miejscu stała ogrodzona niewysokim parkanikiem nieczynna od wielu lat żeliwna pompa miejska. Została wyprodukowana przez fabrykę Adolfa Troetzera i pamiętała przełom XIX i XX wieku. Caddi rozglądał się uważnie dookoła próbując dociec, jak się tu znalazł. Demencja, czy może jakieś czary? − pomyślał zaniepokojony. Podszedł do trojga młodych ludzi siedzących na ławeczce.
− Przepraszam, ale czy moglibyście mi powiedzieć, gdzie się znajduję? Proszę mnie dobrze zrozumieć, ale chyba straciłem orientację.
− Zaparkował pan gdzieś nieopodal? − zapytała dziewczyna.
− Chyba... tak − odpowiedział bezwiednie. − Proszę mi powiedzieć, gdzie jestem?
− Jest pan przy ulicy Dziewiętnastego Stycznia − mówiła dziewczyna − a po drugiej stronie skweru jest ulica Przejazd.
− Aha − odpowiedział Caddi. − A w jakim mieście?
− W Płońsku − odpowiedziała dziewczyna z wyrazem zdziwienia na twarzy.
W tym momencie zauważył, że w ręku ściska zwinięty pasek do spodni. Ten sam, który kupił kilka tygodni temu, ale nie używał, gdyż należało dorobić dodatkowe dziurki.
− Kogo pan szuka? − zapytała dziewczyna.
− Kogo? − powtórzył pytanie i przyglądał się szczupłej i zgrabnej blondynce z widocznym dużym tatuażu na lewym przedramieniu.
− No jak to kogo? Szewca oczywiście – wymyślił na poczekaniu.
− Jest pan o kilka kroków od niego. Proszę przejść na druga stronę ulicy i wejść w ten wąski wjazd. Drugie drzwi po prawej stronie.
− Dziękuję − powiedział Caddi. − Bardzo dziękuję.
− Nie wiem, czy on cokolwiek panu pomoże − rzucił chłopak siedzący obok dziewczyny − to staruszek.
Przeszedł na drugą stronę jednokierunkowej ulicy i znalazł się w wąskim wjeździe między dwoma wiekowymi domami. Wjazd, jak na dzisiejsze standardy dość wąski, ale kiedyś był wystarczający do wwiezienia furmanką węgla i drewna na opał. Przy końcu ściany dojrzał niewielki szyld z napisem SZEWC − Kazimierz Kowalski.
− Jasna pętelka! − zamruczał pod nosem Caddi − jak można nazywać się Kowalski i być szewcem?
Pociągnął liniejące orzechową emalią drzwi. W nozdrza uderzył charakterystyczny zapach stęchlizny, przepoconych butów i butaprenu. Po lewej stronie niewielki kontuar zastawiony narzędziami i bezładnie ustawionymi butami, w głębi zaś krzesło, szewskie kopyto i półki z klejami, młotkami, flekami i innymi narzędziami, których przeznaczenia nie był w stanie zidentyfikować.
Po prawej stronie przeszklone drzwi prowadzące do części mieszkalnej.
− Dzień dobry − powiedział donośnym głosem Caddi.
Po chwili dało się słyszeć szuranie niepewnych kroków, zaskrzypiały drzwi i pojawił się w nich o pół głowy niższy i przygarbiony mężczyzna. Łysa czaszka i unoszące się nad uszami kędziory siwych włosów. Spojrzał przenikliwie i przemieścił się za kontuar. Usiadł na krześle i zapytał:
− W czym mogę ci pomóc?
Caddiego zdziwiła ta bezpośrednia forma zwrotu, ale mężczyzna z wyglądu miał powyżej siedemdziesięciu lat, więc przeszedł nad tym do porządku dziennego. Wyciągnął w kierunku szewca zwinięty pasek.
− Potrzebuję dodatkowej dziurki.
Szewc przyjrzał się oryginalnym otworom w pasku i pokiwał głową.
− Nie mam takich dłut, ale spróbujemy temu zaradzić.
Odwrócił się i sięgnął deskę, wielkością przypominającą kuchenną, tyle, że grubszą i bardziej porowatą. Miała sporo śladów od młotka, jakiś ostrych dłut i kleju. Po chwili położył obok kilka okrągłych dłut do wybijania dziurek w skórze. Przymierzył do paska i podając młotek powiedział:
− Masz lepsze oczy, więc przyłóż i wybij dziurki.
Caddi poddał się dyspozycji szewca. Odmierzył równą odległość i uderzając młotkiem wybił dwa otwory, umożliwiające swobodną regulację. Zadowolony wsunął pasek w szlufki spodni, zapiął i dumnie skwitował:
− Nawet się udało. Nie podejrzewałem siebie o takie umiejętności.
Szewc spojrzał na Caddiego z dziwnym błyskiem w oku i uśmiechem, który wyrażał uznanie.
− Długo kazałeś na siebie czekać, Caddi − powiedział szewc.
− Nie rozumiem − powiedział Caddi z wyraźnym zdziwieniem w głosie.
− Od ponad czterdziestu lat czekasz, aż się spełnią twoje marzenia i nic z tego, o czym marzysz się nie zdarza. Marzysz i znów grzęźniesz na bezdrożach, bo zapominasz dopilnować rzeczy najważniejszych.
− Kim pan jest? − zapytał zaniepokojony Caddi.
− Caddi − powiedział starzec − w lutym ukończyłeś pięćdziesiąt lat. Od czterdziestu lat miotasz się i szukasz właściwej ścieżki ku przeznaczeniu. Jesteś bliżej, czy dalej od tego, czego zawsze pragnąłeś? Niebawem skończę dziewięćdziesiąt dziewięć lat. Mój czas dobiegnie dwudziestego pierwszego listopada w przyszłym roku. Mamy naprawdę mało czasu, by poukładać twoją ścieżkę...
Zawiesił głos i przenikliwie przyglądał się Caddiemu. Cisza zaczęła uwierać i wwiercać się w świadomość. Czuł jak krew pulsuje mu w skroniach, a dłonie jak nigdy zaczęły się pocić. Próbował ogarnąć myślami sytuację i w jakikolwiek sposób zracjonalizować to wszystko, ale czuł pustkę.
− Jeszcze nie rozumiesz? − usłyszał pytanie szewca. − Jestem twoim przewodnikiem, twoim wewnętrznym głosem. Przez te wszystkie lata chciałeś być jak inni, zapominając o swym prawdziwym przeznaczeniu. Pamiętasz, jak zawsze chciałeś zostać pisarzem? Jak pisałeś opowiadania do szuflady, a na języku polskim wybierałeś wolne tematy?
Przez głowę przesunęły się wszystkie obrazy i marzenia, które kiedykolwiek się pojawiły.
− Cóż więc mam zrobić?
− Idź za tym, czego pragniesz i rób to, co potrafisz najlepiej − powiedział starzec, cały czas uśmiechając się łagodnie.
− Ale wszystko mi się rozłazi i nigdy nie jest takim, jakim chciałbym, aby było.
− Potrafisz to! Czy wiesz, dlaczego kazałem, abyś sam dopasował swój pasek?
− Bo pan ma słaby wzrok.
− Bzdura!!! Chciałem sprawić, byś poczuł, że pewne rzeczy potrafisz zrobić sam od początku do końca. Z paskiem jest, jak z twoim życiem − mówił mężczyzna − trzeba wreszcie coś przedsięwziąć. Czy jesteś zdecydowany?
Caddi zrozumiał, że w pytaniu pobrzmiewa ostatnia szansa, ostatnia okazja z tych - teraz albo nigdy. Spojrzał na szewca i powiedział:
− Tak, jestem zdecydowany.
− Świetnie, Caddi. Masz rok na wyprostowanie swych ścieżek. Spotkamy się o tej samej porze i w tym samym miejscu. Wiem, że jesteś w stanie to zrobić.
− Ile płacę za dziurki w pasku? − zapytał.
− Nic nie jesteś mi winien, Caddi! Sam zrobiłeś to, za co chcesz płacić. Reszta też jest w Twoich rękach.

Ocknął się, gdy poczuł na bezwiednie zwisającej dłoni ciepły i szorstki język Pestki, wiernej suczki, wziętej przed laty ze schroniska. Rozejrzał się dookoła. Nadal leżał pod czeremchą. Zbliżył do ust filiżankę zimnej kawy i poczuł gorycz ulubionego napoju.
− Czy to wszystko było naprawdę? – półgłosem zadał sobie pytanie.
− Wątpisz w siebie? − posłyszał głos szewca, choć nikogo poza drzewem i Pestką nie było w pobliżu.
− Nie!!! − powiedział zdecydowanie Caddi. – Już nie wątpię.



*Niutka − wyczuwalny i mile drażniący nozdrza aromat połączony z wyczuwalną ulotnością smaku, jaki może dać tylko własne życie.

Opowiadanie wzięło udział w ogłoszonym 2 stycznia 2013 roku V Międzynarodowym Konursie Literackim Liberum Arbitrium i znalazło się w liczbie wyróżnionych.