Herbatka we dwoje



Halski uśmiechnął się. Marta usiadła. Pianista rozpoczął rytmicznie „Herbatkę we dwoje”, co zbiegło się z podejściem do stolika kelnerki.
— Dlaczego się pan uśmiecha? — spytała Marta.
— Och, mnóstwo powodów — rzekł Halski — o których systematycznie pani opowiem. Przede wszystkim uśmiechem tym pokrywam wewnętrzne odprężenie.

— Po jakichś cięższych troskach czy przeżyciach?
— Tak. Bałem się, że pani nie przyjdzie.
Marta zarumieniła się lekko i uśmiechnęła. Trudno było wiedzieć, co w tej deklaracji było z żartu, co z prowokacji, a co ze szczerego wyznania.
— Ale jestem, i może pan przestać…
— Skądże znowu. Fakt, że pani jest, stanowi nowe źródło uśmiechu, gdyż cieszę się z tego faktu.
— To to samo. Już się pan cieszył, że tu jestem.
— Błąd, młoda osobo. Uśmiech na pani widok ma źródło czysto fizyczne: pani osobę, a nie pani obecność. Proszę myśleć subtelniej, jak przystało doświadczonemu historykowi sztuki. Uśmiecham się teraz do pani wyglądu.
— Dziękuję. Myślałam, że obejdzie się bez niskich pochlebstw. Jedno rozczarowanie w życiu więcej. Gdzież — jest słynna godność osobista ludzi nauki?
— To nie są pochlebstwa. A może zresztą i są. Jestem pełen podziwu dla trafności, z jaką włożyła pani dzisiaj na siebie ten świetny, czarny sweter i moją ulubioną, kraciastą spódnicę.
Uwielbiam szkocką kratę i takie białe, niby poważne kołnierzyki. I dlatego uśmiecham się. Tym razem Marta zaczerwieniła się wyraźnie. Nie mogła ukryć zadowolenia, wobec tego zdecydowała się na napastliwość:
— Ciekawa jestem, gdzie kryją się źródła pańskiej zarozumiałości? Uniosła zadarty nosek jeszcze bardziej w górę, co miało znamionować pełne wyniosłości oburzenie. Halski pochylił głowę ze skruchą.
— Chciałem tylko wykazać pani, jak bardzo złożonym zjawiskiem może być jeden zwykły uśmiech…
— Niech pan nie rozpacza, panie doktorze — rzekła Marta łaskawie. — Przyznam się panu, że przepadam za takimi fularowymi krawatami w dyskretne a radosne wzorki, jaki ma pan właśnie na sobie. Ten krawat świadczy o pańskich tęsknotach i sympatiach. Sądzę więc, że możemy zawiesić broń zaczepną na kołku i wypalić fajkę pokoju.
To rzekłszy wyjęła z paczki mentolowego i Halski podał jej ognia. Pod belkowanym pułapem kawiarni rozsypywały się dźwięki melodii „Po słonecznej stronie ulicy”.
— Jak się czuje mama? — spytał Halski.
— Dziękuję. Mówiłam jej o panu. Mama jest gotowa na eksperymenty.
— Przecież tyle razy proponowałem swe usługi — rzekł cicho Halski.
— Musiałabym zaprosić pana do domu — szepnęła Marta, pochylając głowę nad stolikiem. Zabrzmiało to równie twardo, jak bezradnie.
— Rozumiem — rzekł Halski — to mogłoby sprawić komuś przykrość, może nawet kłopoty.
Marta spojrzała mu prosto w oczy. Spojrzenie miała szare, czyste, pełne ciepła. Halski uśmiechnął się.
— Powiem pani coś nowego, nieoczekiwanego, niezwykle oryginalnego, coś, czego nikt nigdy nikomu nie mówił: ma pani śliczne oczy.

Fragment powieści ZŁY według Leopolda Tyrmanda
Fragment audio z Teatru Wyobraźni:
Halski - Krzysztof Kolberger
Marta - Agnieszka Pilaszewska