wtorek, 3 maja 2016

List ten jest dłuższy jedynie dzięki temu, iż nie miałem czasu napisać go krócej* (664)

Pan C. wyjątkowo przespał całą noc, choć emocje, które nim targały, zapowiadały bezsenność. Okruchy świadomości, gdy przewracał się z boku na bok, kazały spać dalej, by broń boże nie otworzyć oczu. Wybiła jednak siódma rano. Obudził go łoskot ciszy, która wypełniała pusty dom. Zszedł na dół, rozejrzał się po salonie i poszedł do kuchni. Nastawił mocną kawę.
Od drzwi wejściowych dobiegało ciche, acz wyraźne ni to stukanie, ni skrobanie. Podszedł do wizjera, ale nikogo nie było. Wyszedł na zewnątrz, wciągnął rześkie powietrze i w tym momencie zobaczył na stopniu schodów niebieską kopertę z wypisanym odręcznie swoim imieniem. Podniósł ją i jeszcze raz zerknął, ale wokół żywego ducha. Wrócił do salonu, usiadł na fotelu i otworzył list. Pismo odręczne. Nie znał tego charakteru pisma, ale kształt i wyrazistość liter zdradzały żeńskiego autora.

Najkochańszy i Najdroższy Mój Panie C.
Wiem, że jesteś zaskoczony listem, a jeszcze bardziej jego treścią. Niestety, w miejscu, w którym teraz przebywam, jest to jedyna dostępna forma komunikacji i łączności z Tobą. Dotąd mogłam robić to bezpośrednio i bez słów. Zawsze wiedziałeś czego chcę, co nie znaczy, że zawsze spełniałeś moje oczekiwania. Nie mam Ci tego za złe.
Wczoraj, gdy zawiozłeś mnie do kliniki czułam strach i ból. Widziałeś, że miałam problemy z chodzeniem. Pomagałeś mi. Twoja obecność uspokajała mnie, jak zresztą zawsze, gdy byłeś przy mnie. Mówiłeś do mnie takim spokojnym i niskim głosem, dotykałeś mnie i czule gładziłeś po głowie. Nie bałam się, choć bardzo mnie bolało, gdy badał mnie doktor W. Znał mnie dobrze i wiedział, co mi jest. W końcu cztery operacje w ciągu trzech lat zbliżają lekarza i pacjenta. 
Widziałam, jak spojrzał na Ciebie i zapytał, "czy wiesz?". Kiwnąłeś głową, ale nie byłeś w stanie wydobyć głosu. Doktor W. poprosił, byś przeniósł mnie do drugiego gabinetu. Dołączyła  do nas jego asystentka. Ta sama, która w styczniu zmieniała mi opatrunki po ostatniej operacji. Miła dziewczyna.
Doktor W. poprosił, byś wyszedł do poczekalni. W tym momencie mocno mnie przytuliłeś i pocałowałeś. Usłyszałam, jak szlochasz i poczułam Twoje łzy. Nigdy nie widziałam Cię płaczącego. Wyszedłeś chwiejnym krokiem. Asystentka trzymała mnie, a doktor dał zastrzyk. Powiedział, że po nim się uspokoję i zasnę. Poczułam lekkie ukłucie.
Po chwili było już po wszystkim, choć cały czas czułam dłonie asystentki. Powieki stawały się coraz cięższe, nie mogłam ich utrzymać i zamknęłam. Przestał mnie boleć kręgosłup. Zaczęłam śnić, ale później zobaczyłam tylko ciemność. Było bardzo błogo i spokojnie. W pewnym momencie rozbłysk światła uderzył mnie w oczy. Światło było tak silne, jakby wydostawało się z przeciwlotniczych reflektorów. Nigdy takich nie widziałam, ale to porównanie wydaje mi się właściwe.
Najdziwniejsze było, że w tym momencie stałam obok stołu, na którym mnie położyłeś. Widziałam i doktora i asystentkę i... siebie. Zawinęli mnie - tę, która leżała na stole -  w folię i wynieśli do innego pomieszczenia. Nie wiedziałam, co z sobą począć. Wyszłam do poczekalni, ale Ciebie tam nie było. Pojawiłeś się dopiero za pół godziny. Na twarzy byłeś szary i blady, a oczy miałeś mokre od łez. Przykro było na Ciebie patrzeć. Wszedłeś do gabinetu i po chwili wyszedłeś z niewielkim kartonem. Przyciskałeś go czule do siebie. Byłam obok Ciebie, choć Ty mnie nie widziałeś. Wskoczyłam za Tobą do samochodu. Po chwili byliśmy już na naszym podwórzu.
Wziąłeś karton i poszedłeś w stronę garażu, obok którego rośnie sosna. Wybrałeś dobre miejsce... Będzie mi tam dobrze i, co najważniejsze, będę miała dobry widok na dom i podwórze, które przez te wszystkie lata strzegłam. 
Wiedz, Kochany Panie C, że nadal pozostaję na służbie.
Twoja P.

*Blaise Pascale
Pestka (1999-2016)
ZOBACZ: O tym, jak Pestka zamieszkała w domu Pana C.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz