poniedziałek, 30 maja 2016

Bywają okazje, gdy zwyczajnie nie można się nie napić* (669)

Pan C. wypatruje ukochanych wnuków, a niesforna wyobraźnia podpowiada, jak mogą wyglądać szczęśliwe chwile z nimi. Są też sytuacje, gdy inni dziadkowie opowiadają Panu C., jak to jest realnie spędzać czas z wnukiem lub wnuczką. Kilka dni temu poznał jedną z takich opowieści, która jest “faktem autentycznym”.
Sześcioletnia Hania spędzała długi weekend z dziadkami. Dzieci w podobnych sytuacjach mają wiele do powiedzenia, gdyż dziadkowie należą do najwdzięczniejszych słuchaczy.
- Dziadku, a wiesz, że nie wolno nadużywać alkoholu?
Dziadek, zaskoczony użytym przez wnuczkę określeniem “nadużywać”, spojrzał pytająco, jakby nie zrozumiał.
- No to jest wtedy, jak się pije dużo alkoholu - wyjaśniła Hanią i dopowiedziała: - Ja piję codziennie, ale tylko troszeczkę.
- Aha - powiedział dziadek.
- A wiesz dziadku, że u nas na podwórzu przed blokiem powiedzieli, że jeden pan wypił dużo alkoholu i że leży na klatce schodowej? Od razu tam pobiegliśmy.
- I co?
- Ale to była nieprawda, dziadku…
- No widzisz…
- …bo on nie leżał na schodach, ale zupełnie gdzie indziej.

*Andrzej Sapkowski
Nieopodal Złotej Góry, maj 2016, 

Ta sama butelka, maj 2011



czwartek, 26 maja 2016

Każdy z nas potrzebuje czasami ręki, która wyciągnęłaby go z kłopotów* (668)

Pan C. znów miał sen. Można rzecz, że mamy do czynienia z prawem serii. Nie w tym rzecz, że cokolwiek mu się śniło, ale że było to takie wielowarstwowe i rozbudowane. Pan C. wystąpił w tym śnię tylko, jako obserwator, podczas gdy rozgrywającym wydarzeniapo części  był Marian z niewielkim udziałem Heli.
Izraelskie czynniki polityczne w porozumieniu z firmami działającymi w obszarze najbardziej zaawansowanych technologii postanowiły rzucić wyzwanie amerykańskiemu Boeingowi i europejskiemu Airbusowi. Dla realizacji celów ściągnięto do Izraela specjalistów z całego świata. Jednym z nich był Marian, któremu towarzyszyła Hela.
Po kilku latach intensywnych prac badawczych i projektowych zbudowano prototyp samolotu pasażerskiego. W założeniu miał stanowić konkurencję dla światowych potentatów.
W ustalonym dniu szefowie kontrolowanego przez Mossad koncernu, zorganizowali lot testowy. Wszystko było monitorowane i nagrywane przez służby. Samolot ustawił się na początku pasa startowego, a gdy silniki uzyskały maksymalny ciąg ruszył. W połowie pasa zaczął się wznosić. W tym momencie wydarzyło się coś nieoczekiwanego: obydwa skrzydła odłamały się w połowie długości i samolot runął na pas startowy. Piloci zginęli.
- Cała praca na nic - powiedział Marian do Heli, gdy wrócił do domu - Samolot spadł tuż po starcie.
Następnego dnia podjęto decyzję, że prace będą kontynuowane, gdyż zainwestowano zbyt duży kapitał finansowy i polityczny. Inżynierowie mieli sprawdzić słabe punkty konstrukcji i sprawdzić użyte materiały. Badanie przyczyn katastrofy trwało kilka miesięcy, ale żadne z badań nie wykazało błędów w obliczeniach i wad materiałowych. Równolegle trwały prace nad ukończeniem drugiego prototypu, a uwaga konstruktorów skupiona była na płatach nośnych.
Wszystko zostało sprawdzone i tak, jak poprzednio zorganizowano zamknięty pokaz. Samolot zaczął się powoli wznosić, ale tym razem, wcześniej niż z pierwszym razem, znów odłamały się skrzydła. Samolot spadł jak kamień i załoga zginęła.
Co się działo wśród obserwatorów, jak zareagowały czynniki rządowe i zarządzający koncernem nie trzeba mówić. Właściwie to jeden wielki chaos i rezygnacja.
Na drugi dzień opanowano sytuację. Inżynierowie przystąpili do badań katastrofy. Powołano wiele zespołów, które zajęły się analizą obydwu wypadków. W jednych z zespołów pracował Marian. Nie wychodził z pracy od świtu do nocy. Wracał tylko się przespać i zmienić ubranie.
- Maniuś - powiedziała Hela - mam już dosyć tego twojego kontraktu. Właściwie nie ma cię z mną. Jestem sama, jak palec.
- Mamy problem z tymi skrzydłami. Nikt nie wie, co było przyczyna oderwania, bo żadne badania nie są w stanie wskazać bezpośredniej przyczyny. Nie wiemy, jak podejść do problemu, by znaleźć jakiś punkt zaczepienia.
- Może za wiele wiary w “szkiełko i mędrca oko”?
- Co masz na myśli? - zapytał Marian.
- Skoro jesteśmy w Izraelu, a jest to Ziemia Święta dla chrześcijan, muzułmanów, a najbardziej dla samych Żydów, to może przedstawiciele koncernu powinni w tej sprawie zwrócić się do naczelnego rabina?
Marianowi pomysł wydał się niedorzeczny, ale przekazał go zespołowi podczas burzy mózgów. Ku zdziwieniu został potraktowany bardzo poważnie. Po kilku dniach został poproszony, by udał się z dyrektorem generalnym na spotkanie z rabinem.
Po powitaniu i wymianie zwyczajowych uprzejmości przedstawili sprawę, która ich przywiodła. Wyjaśnili, że mają świadomość, iż budowa samolotów i aeronautyka nie są domeną rabina, ale sami nie potrafią znaleźć rozwiązania. W sytuacji, gdy nauka zawodzi uznali, że należy odwołać się do czynnika duchownego. Rabin pokiwał głową ze zrozumieniem i powiedział:
- Nie wiem, czy znajdę właściwe rozwiązanie, ale dajcie mi trzy dni na zastanowienie.
Po trzech dniach złożyli wizytę rabinowi.
- Powinniście na skrzydłach, w miejscu, w którym nastąpiło złamanie w poprzednich modelach, nawiercić rząd otworów od góry i od dołu.
- Jest pan tego pewien? - zapytał zdziwiony dyrektor.
- Nie - odpowiedział ze spokojem rabin - ale czyż wasza pewność i obliczenia zdały się na coś więcej?
Po naradzie zdrobniono tak, jak zasugerował rabin i w obydwu skrzydłach nawiercono otwory. W samoloci zrobiono tylko jedną modyfikację i zamiast standardowych foteli pilotom zamontowano specjalne fotele do katapultowania.
Nadszedł dzień próby, który miał zdecydować o być lub nie być izraelskiego przemysłu lotniczego. Napięcie towarzyszące próbnemu lotowi sięgało zenitu, możliwe że wielu dyrektorów i ministrów musiało wziąć środki uspokajające. Samolot ustawił się na początku pasa startowego, rozgrzał silniki i po uzyskaniu zgody wieży kontrolnej ruszył. W połowie długości pasa dziób samolotu zaczął się powoli unosić, po chwili cały wzbił się w powietrze. Nic złego się nie działo. Samolot kilkakrotnie przeleciał nad lotniskiem zataczając szerokie okręgi, by w końcu bezpiecznie wylądować.
Radość Mariana i zespołu nie miała granic. Doświadczyli czegoś niewytłumaczalnego, czegoś, co nie miało żadnego naukowego i technicznego uzasadnienia.
Na drugi dzień dyrektor generalny poprosił Mariana, by towarzyszył mu podczas wizyty u rabina.
- Czy może mi szanowny rabin powiedzieć - zwrócił się dyrektor - w jaki sposób wpadł na pomysł perforacji skrzydeł? Przecież rabin ma całkiem inne wykształcenie i doświadczenie. Jeśli jest specjalistą, to przede wszystkim w dziedzinach duchowych.
- To prawda, dyrektorze - odpowiedział rabin.
- To skąd pomysł?
- Siedziałem dłuższą chwilę na sedesie, a w ręku trzymałem papier toaletowy. Wtedy przyszło olśnienie: papier, mimo perforacji, prawie nigdy nie udziera się w miejscu dziurek. Pomyślałem, że być może ta prawidłowość znajdzie zastosowanie w rozwiązaniu waszego problemu.
- I znalazła.
- Amen.

*Alba de Céspedes


poniedziałek, 23 maja 2016

A niebo zostawmy im – Aniołom oraz wróblom* (667)

Pan C. miewa sny od zawsze i dla wielu jest oczywiste, że z wiekiem jest bardziej metafizyczny niż kiedykolwiek. Ma wewnętrzne przekonanie, że musi coś zrobić z tą skłonnością, bo nie może być tak, by miał sny ot tak bez powodu.
Ostatnio miał sen związany z Helą i Marianem. Bardzo dziwny, gdyż przed bardzo wielu laty był świadkiem na ich ślubie.
Przyjaciele Pana C. zginęli w nieszczęśliwym wypadku tuz przed swoim ślubem. Obydwoje stanęli u nieba bram. Zakołatali potężną antabą i czekali.
- Że też nie zdążyliśmy wziąć ślubu - rzuciła Hela.
- Widocznie nie było to nam pisane - powiedział Marian.
- No wiesz! - syknęła Hela.
W tym momencie uchyliły się drzwi i stanął przed nimi rosły starzec z brodą. Nie mieli wątpliwości, że to święty Piotr we własnej osobie.
- Święty Piotrze - zagadnęła Hela - czy jest możliwe wzięcie ślubu w niebie?
- Hm? To nietypowa prośba i przyznam, że jeszcze nikt o to się nie zwracał. Muszę się zorientować, czy jest to możliwe. Zaczekajcie tutaj.
Marian i Hela czekali w przedsionku nieba dzień, tydzień, miesiąc. Już tracili nadzieję na powrót Piotra, gdy ten niespodziewanie się pojawił.
- I jak? - zapytała Hela.
- Nie ma problemu - powiedział Piotr. - Możecie wziąć ślub.
- A wiesz, święty Piotrze - powiedziała Hela - gdy tak czekaliśmy na ciebie, to sobie pomyślałam: “A jeśli po ślubie pójdzie coś nie tak, to czy będziemy mogli w niebie wziąć rozwód?”.
Na twarzy Piotra pojawił się grymas, zacisnął usta, zacisnął dłonie i cisnął kluczem o posadzkę w przedsionku nieba.
- Czy coś nie tak? - szepnęła wystraszona Hela.
- Wszystkiego mi się odechciewa! - warknął Piotr. - Ponad miesiąc szukałem w niebie księdza. Czy masz świadomość ile może zająć znalezienie tutaj jakiekolwiek prawnika?!

*Heinrich Heine



Inspiracje wpisu: z internetu


czwartek, 19 maja 2016

Często ogień i miecz zastępują lekarstwo* (666)

Rzecz w tym, że mężczyz­na, że znów wrócę do Freuda, by posłużyć się me­taforą, roz­grze­wa się jak żarówka: trzask prask i już jest rozżarzo­ny do czer­wo­ności, i ko­lej­ne trzask prask lub pstryk, jak kto woli, i w se­kundę so­pel lo­du. Płeć niewieścia zaś, i to jest nauko­wo do­wiedzione, roz­grze­wa się jak ruszt, ro­zumiemy się? Po­wolut­ku, po­malut­ku, na wol­nym og­niu, jak dob­ra es­cu­del­la. Ale gdy się już roz­grze­je, nie ma siły, która by to zat­rzy­mała.**


*Seneka Młodszy
** Carlos Ruíz Zafón

sobota, 7 maja 2016

Bardzo niebezpiecznie jest spotkać kobietę, która nas całkowicie rozumie. Kończy się to zawsze małżeństwem* (665)

Marian i Hela, gdy byli jeszcze bardzo młodzi i przeżywali studencki okres burzy i naporu, zdecydowali się pobrać. Dziś już nie dociekniemy, czy była to świadoma i w pełni skalkulowana decyzja, czy raczej impuls wynikający z emocji, które ich połączyły. Nie ma to zresztą znaczenia, skoro nadeszło nieuniknione i zamierzone przez Helę. 
- Chcemy się pobrać na Wielkanoc - oznajmiła Hela rodzicom.
Przyszły teść Mariana podniósł z wrażenie brwi i spróbował doprecyzować termin ślubu:
- Oczywiście na Wielkanoc w przyszłym roku?
- Nie, tato - powiedziała Hela - w najbliższą Wielkanoc.
- Ale to już za dwa i pół miesiąca.
- No właśnie! 

*Oscar Wilde


wtorek, 3 maja 2016

List ten jest dłuższy jedynie dzięki temu, iż nie miałem czasu napisać go krócej* (664)

Pan C. wyjątkowo przespał całą noc, choć emocje, które nim targały, zapowiadały bezsenność. Okruchy świadomości, gdy przewracał się z boku na bok, kazały spać dalej, by broń boże nie otworzyć oczu. Wybiła jednak siódma rano. Obudził go łoskot ciszy, która wypełniała pusty dom. Zszedł na dół, rozejrzał się po salonie i poszedł do kuchni. Nastawił mocną kawę.
Od drzwi wejściowych dobiegało ciche, acz wyraźne ni to stukanie, ni skrobanie. Podszedł do wizjera, ale nikogo nie było. Wyszedł na zewnątrz, wciągnął rześkie powietrze i w tym momencie zobaczył na stopniu schodów niebieską kopertę z wypisanym odręcznie swoim imieniem. Podniósł ją i jeszcze raz zerknął, ale wokół żywego ducha. Wrócił do salonu, usiadł na fotelu i otworzył list. Pismo odręczne. Nie znał tego charakteru pisma, ale kształt i wyrazistość liter zdradzały żeńskiego autora.

Najkochańszy i Najdroższy Mój Panie C.
Wiem, że jesteś zaskoczony listem, a jeszcze bardziej jego treścią. Niestety, w miejscu, w którym teraz przebywam, jest to jedyna dostępna forma komunikacji i łączności z Tobą. Dotąd mogłam robić to bezpośrednio i bez słów. Zawsze wiedziałeś czego chcę, co nie znaczy, że zawsze spełniałeś moje oczekiwania. Nie mam Ci tego za złe.
Wczoraj, gdy zawiozłeś mnie do kliniki czułam strach i ból. Widziałeś, że miałam problemy z chodzeniem. Pomagałeś mi. Twoja obecność uspokajała mnie, jak zresztą zawsze, gdy byłeś przy mnie. Mówiłeś do mnie takim spokojnym i niskim głosem, dotykałeś mnie i czule gładziłeś po głowie. Nie bałam się, choć bardzo mnie bolało, gdy badał mnie doktor W. Znał mnie dobrze i wiedział, co mi jest. W końcu cztery operacje w ciągu trzech lat zbliżają lekarza i pacjenta. 
Widziałam, jak spojrzał na Ciebie i zapytał, "czy wiesz?". Kiwnąłeś głową, ale nie byłeś w stanie wydobyć głosu. Doktor W. poprosił, byś przeniósł mnie do drugiego gabinetu. Dołączyła  do nas jego asystentka. Ta sama, która w styczniu zmieniała mi opatrunki po ostatniej operacji. Miła dziewczyna.
Doktor W. poprosił, byś wyszedł do poczekalni. W tym momencie mocno mnie przytuliłeś i pocałowałeś. Usłyszałam, jak szlochasz i poczułam Twoje łzy. Nigdy nie widziałam Cię płaczącego. Wyszedłeś chwiejnym krokiem. Asystentka trzymała mnie, a doktor dał zastrzyk. Powiedział, że po nim się uspokoję i zasnę. Poczułam lekkie ukłucie.
Po chwili było już po wszystkim, choć cały czas czułam dłonie asystentki. Powieki stawały się coraz cięższe, nie mogłam ich utrzymać i zamknęłam. Przestał mnie boleć kręgosłup. Zaczęłam śnić, ale później zobaczyłam tylko ciemność. Było bardzo błogo i spokojnie. W pewnym momencie rozbłysk światła uderzył mnie w oczy. Światło było tak silne, jakby wydostawało się z przeciwlotniczych reflektorów. Nigdy takich nie widziałam, ale to porównanie wydaje mi się właściwe.
Najdziwniejsze było, że w tym momencie stałam obok stołu, na którym mnie położyłeś. Widziałam i doktora i asystentkę i... siebie. Zawinęli mnie - tę, która leżała na stole -  w folię i wynieśli do innego pomieszczenia. Nie wiedziałam, co z sobą począć. Wyszłam do poczekalni, ale Ciebie tam nie było. Pojawiłeś się dopiero za pół godziny. Na twarzy byłeś szary i blady, a oczy miałeś mokre od łez. Przykro było na Ciebie patrzeć. Wszedłeś do gabinetu i po chwili wyszedłeś z niewielkim kartonem. Przyciskałeś go czule do siebie. Byłam obok Ciebie, choć Ty mnie nie widziałeś. Wskoczyłam za Tobą do samochodu. Po chwili byliśmy już na naszym podwórzu.
Wziąłeś karton i poszedłeś w stronę garażu, obok którego rośnie sosna. Wybrałeś dobre miejsce... Będzie mi tam dobrze i, co najważniejsze, będę miała dobry widok na dom i podwórze, które przez te wszystkie lata strzegłam. 
Wiedz, Kochany Panie C, że nadal pozostaję na służbie.
Twoja P.

*Blaise Pascale
Pestka (1999-2016)
ZOBACZ: O tym, jak Pestka zamieszkała w domu Pana C.