niedziela, 9 listopada 2014

Sny za­leżą od po­zyc­ji śpiącego* (577)

M. wsunął klucz w zamek, dwukrotnie przekręcił, nacisnął klamkę i lekko pchnął drzwi do środka mieszkania. Przekroczył próg, postawił torbę, zdjął płaszcz i powiesił go na wieszaku. Już miał iść w głąb, gdy poczuł bliżej nieokreślony przyjemny zapach. Nozdrzami mocniej wciągnął powietrze.
- Dziwne - mruknął do siebie.
Wszedł do salonu, w którym panował półmrok. Podszedł do okien i podciągnął rolety. Odwrócił się i stanął jak wryty. W jego ulubionym fotelu siedział mężczyzna w czarnym jak sadza garniturze, takimże krawacie i śnieżnobiałej koszuli. Uderzała nieskazitelna czerń bez pyłków i jakichkolwiek zagnieceń. 
- Jak się pan tu dostał? I tak w ogóle, co pan tutaj robi?! - zapytał M. z wyraźnym zdenerwowaniem w głosie.
Intruz uśmiechnął się życzliwie i niespiesznie podniósł z fotela. Postąpił krok ku M., który dopiero teraz zauważył, że buty intruza są oblepione obrzydliwą mazią. Na podłodze były ślady kroków, a wokół unosił się ten sam dziwny zapach, który przykuł jego uwagę zaraz po wejściu do mieszkania. Teraz odczuwał go intensywniej.
- Zagoszczę u ciebie na dłużej - powiedział nieznajomy.
Wyglądał na zadbanego pięćdziesięciolatka, choć mógł mieć znacznie więcej. Gładko ogolona twarz, ciemne oczy, gęsta przycięta czupryna pokryta szronem.
- Jeśli natychmiast nie opuści pan mojego mieszkania zmuszony będę wezwać pomoc.
- Doprawdy? - intruz odpowiedział ironią. - Może jednak się nieco uspokoisz? Jak powiedziałem wcześniej, spędzimy ze sobą nieco czasu. Jak mnie bliżej poznasz, to nawet polubisz.
- Żartuje pan...
- Skończ z tym oficjalnym tonem! Od dłuższego czasu jestem częścią twojego życia. Przyjmij to do wiadomości i na razie nie próbuj dociekać dlaczego. Wszystko w swoim czasie.
- Jak to?
- Jestem twoim najmroczniejszym snem, ale nie przejmuj się. Można ze mną żyć... chyba.
Wypowiadając te słowa mężczyzna postąpił dwa kroki w kierunku M. Ten cofnął się, lecz nie zauważył stojącej za nim pufy. Wystrzelił ramionami w górę i poczuł jak pada bezwładnie na plecy.

M. obudził się z krzykiem. Po chwili zorientował się, że leży na prawym boku z podkurczonymi kolanami. Serce waliło jak młotem. Oddychał głęboko. Po chwili się uspokoił. Pod głową wyczuł poduszkę, a na sobie cienką kołdrę.
Rozpoczął się kolejny dzień.


Dom Wolanda


*Stanisław Jerzy Lec

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz