niedziela, 5 października 2014

Każdy by przysiągł, że płocha, zalotna, że zmienia kochanków jak rękawiczki; łakome żądze gonią, gdziekolwiek wionie przelotny cień jej spódniczki* (564)

Spotkał ją.
Nie spodziewał się tego i nic nie wskazywało, że znów się pojawi w jego życiu.
Szedł utwardzoną ścieżką wzdłuż północnego brzegu jeziora. Przybrzeżną taflę wody zdobiły trzciny, tatarak i coraz liczniejsze liście, forpoczta jesieni.
- Cześć, Panie C. - usłyszał za plecami.
Zaskoczony niespodziewanym powitaniem odwrócił się, ale nikogo nie dostrzegł. Głos wydał mu się niepokojąco znajomy.
- Zuzanna? - zapytał niepewnie.
Spostrzegł, jak ktoś przedziera się przez szuwary i zmierza w jego kierunku. To była ona, nic a nic się niezmieniona, tyle że mokra. Żywiej zabiło mu serce i musiał odczekać chwilę, aż wyrówna się oddech.
- No co się tak przyglądasz? Ducha żeś zobaczył? - zapytała najwyraźniej rozbawiona jego zdumioną miną.
- Nie, ale nie spodziewałem się ciebie. Zniknęłaś tak nagle.
- Nie byłam ci potrzebna, ale czuje w starych kościach, że znów nadszedł mój czas.

Zabrał ją do domu. Zmoczone łachmany wrzucił do pralki, napuścił gorącej wody do wanny, by wygrzała wychłodzone ciało. Po pół godzinie przyszła do salonu otulona ciepłym szlafrokiem, który kupił jej przed trzema laty. Usiadła z podkurczonymi stopami na fotelu. Zawsze tak robiła, gdy opiekowała się Panem C. Sięgnęła szklaneczkę ballantinesa, który już na nią czekał.
- To opowiadaj - powiedziała po pierwszym łyku.
- Ale co mam opowiadać?
- Nie ściemniaj! Wiesz, że nie byłoby mnie tutaj.
- No dobrze... Marian i Hela wyjechali.

Marian i Pan C., małoletni sprawcy podpalenia stodoły.
W tle samochód milicji, która przyjechała z powiatu, by przesłuchać piromanów.

Fot. Gazeta Poznańska


*Kazimiera Iłłakowiczówna, Zuzanna

ZUZANNA ODNALEZIONA
CHWILE Z ZUZANNĄ


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz