niedziela, 19 stycznia 2014

Licheń wart jajecznicy

Rok 1937. Schyłek drugiej Rzeczypospolitej. 
Gdzieś na obrzeżach powiatu konińskiego Antoś Pawłowski robił kupiecki objazd miejsc leżących z dala od głównych szlaków, a dróg bitych w szczególności. Gwoli kronikarskiej rzetelności narrator czuje się zobowiązany dopowiedzieć, że gdyby opisywane zdarzenie miało miejsce współcześnie, to właściwiej byłoby użyć określenia “Antoś Pawłowski był w delegacji”. Ale to szczegół, bo tak po prawdzie to dzisiejsze wyjazdy nie równają się tym przedwojennym, gdy podróżujący sam musiał wszystko zorganizować poczynając od wyznaczenia trasy, poprzez podwody, czy taki szczegół, jak wikt. Opierunek i insze inszości były załatwiane już po powrocie.
Antoś zajmował się skupem pierza, które było zajęciem wielu mieszkańców Ślesina. Spory udział w jego pierzarskiej przedsiębiorczości stanowił okazjonalny handel narzędziami i garnkami. Zajęcie tyleż żmudne, co dające spore profity. Po trzech dniach podróżowania i spania w stodołach czuł zmęczenie. Dzień miał się ku końcowi i głód dawał się we znaki nie mniej niż jego dwom kompanom.
- Skicioki* - zwrócił się kompanów - pora na jakąś przekąskę.
- Zapasy się nam skończyły - powiedział jeden z nich.
- Nie szkodzi, pójdziemy do najbliższej chaty i coś kupimy - powiedział Antoś wskazując na okazałą zagrodę.
Zajechali wozem w obejście, które stało otworem. W kącie podwórza ujadał jakiś Burek uwiązany do budy. Kury rozpierzchły się i gdakały donośnie, by wyrazić niezadowolenie, że ktoś przeszkodził im w grzebaniu i dziobaniu w trawie. Przyjezdni zatrzymali konia i zeszli z wozu. Bezradnie rozglądali się wokół, gdyż w obejściu, poza zwierzętami, nie było żywego ducha. Dopiero po dłuższej chwili zaskrzypiały drzwi chaty. Stanęła w nich kobieta, wywabiona odgłosami z podwórza.
- Szczęść Boże - powiedział głośno Antoś ubiegając pytanie widoczne w spojrzeniu kobiety.
- Bóg zapłać! A co was sprowadza?
- Jesteśmy kupcami. Sprzedajemy garnki, patelnie, narzędzia…
- Ale nic mi nie trzeba. Wszystko mam - ucięła rozmówczyni.
- Nie chcemy nic sprzedać. Jesteśmy głodni i chcemy, abyście nam coś uwarzyli.
To mówiąc Antoś sięgnął do kieszeni i wyjął gruby plik banknotów.
- Nie myślcie, że chcemy za darmo. Mamy pieniądze i dobrze zapłacimy.
Argument widoczny w dłoni Antosia przekonał kobiecinę i bez zbędnej zwłoki zaprosiła ich do izby.
- A zachodźcie do kuchni. Mam boczek, jaja i cebulę.
Antoś odwrócił się do kompanów i mrugnął porozumiewawczo. Wiedzieli, że od teraz mają tylko słuchać. Znali aż nazbyt dobrze Antosia i czuli, że szykuje jakiś fortel. Nie lubił wyzbywać się gotówki, a jeśli już musiał płacić to oddając jakiś zbędny sprzęt lub obietnicą przysługi.
Kobieta dorzuciła drewien do kuchni, zaczęła kroić cebulę i boczek. Podróżni usiedli przy stole.
- Z ilu jaj zrobić? Dziesięć wystarczy? - zapytała.
- Niech będzie z dwudziestu - powiedział Antoś - Nie jesteśmy jakimiś tam sknerami.
- Możecie sobie nalać kawy - wskazała dzbanek stojący na kredensie. - Na pewno jesteście spragnieni po całym dniu. A skąd jesteście?
- Ze Ślesina - powiedział Antoś. - Pewnie nie słyszeliście, o tym miasteczku.
- Nie - odpowiedziała.
- A Licheń znacie?
- A to, to tak. Tam są odpusty. Teraz będzie niedługo na piętnastego sierpnia. Byłam tam kiedyś z ojcami, Panie świeć nad ich duszami.
- To może wybierzecie się kiedyś znowu?
- Chętnie, ale to daleko i nie miałabym się gdzie zatrzymać na noc.
Mówiąc to podała jajecznicę, której zapach wypełniał izbę i mile drażnił nozdrza. Radości tej szczególnej uczty dopełnił smak chleba własnego wypieku (uwaga narratora: w owym czasie w większości wsi dostępny był tylko taki chleb, innego nikt nie znał). Gdy już zniknęły ostatnie kęsy posiłku goście poczuli sytość i szczególny spokój.
- Widzę, że smakowało wam - powiedziała gospodyni wyrywając Antosia z tego szczególnego letargu, który odczuwał za każdym razem, gdy napełnił żołądek.
- Oj i to bardzo - powiedział Antoś. - Ale co sądzicie o odwiedzeniu Lichenia podczas odpustu?
- No sama nie wiem - zafrasowała się kobieta. - Dobrze byłoby odwiedzić Matkę Najświętszą, wyprosić łaski i błogosławieństwo.
- To też wam to mówię. Weźmiecie chłopa i kogo tam jeszcze, a ja wam odwdzięczę się za gościnę. Pochodzicie po kramach, okupicie się. Tak po prawdzie to powinno się być w Licheniu na każdy odpust. Człek grzeszny, więc nie zaszkodzi.
Oczami wyobraźni już widziała te wszystkie kramy z pamiątkami, bawiące się dzieci, mnóstwo pobożnych ludzi, którzy, jak ona, przyjadą prosić o łaski za wstawiennictwem najświętszej Panienki Licheńskiej.
- No sama nie wiem - powiedziała.
Antoś wstał, a wraz z nim dwaj pozostali. Powoli wszyscy wyszli przed dom.
- Posłuchajcie - mówił do kobiety Antoś - z Panem Bogiem nie można zadzierać. I tak w odpust nie będziecie pracować. Za tę wspaniałą gościnę serdecznie wam dziękuję. Koniecznie musicie przyjechać i mnie odwiedzić. Jeśli tego nie zrobicie, to bardzo, ale to bardzo się na was obrażę.
Kobieta stała zmieszana i zamyślona. Nim się zorientowała niecodzienni goście wsiedli na wóz i odjechali. Nie zostawili najlichszego z banknotów, które jej wcześniej pokazali.

Bez związku z treścią



* Skiciu, skicioki (kmina ochweśnicka): chłopak, chłopaki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz