środa, 29 stycznia 2014

Strach ostateczny

Przez kilka miesięcy Trynkiewicz żył w cieniu szubienicy. Czy bał się śmierci? Wspomina, że o tym, nie myśli się przez cały czas. - Czasem taka myśl zaatakuje, wtedy człowiek chce od niej uciec, bo jest jak zmora - mówi. I dodaje, że strach pojawia się wówczas, gdy coś burzy ustalony rozkład dnia. - Trudno nazwać rodzaj strachu przed katem. Jest dziwny, powoduje mrowienie, po plecach przechodzą dreszcze. Ten strach jest ostateczny, bo za nimi pozostaje już tylko śmierć. To jest chyba strach przed nicością /.../.

wtorek, 21 stycznia 2014

Promocje i wyprzedaże

- Cześć, Heluś - wita od progu Dancia.
- Wreszcie jesteś - mówi Hela. - Siadaj na kanapie. Zaraz sięgnę coś z barku, bo bez smarowania źle się rozmawia. Wolisz "pliskę", "słoneczny brzeg", a może "ballantines"?
- Przecież wiesz, że nie lubię alkoholu, a jeśli już piję to... z obrzydzeniem.
- Tak! - uśmiechnęła się Hela. - Z obrzydzeniem i bez limitu. Widziałam nie raz, nie dwa.
Oczy Danci błyszczały, jak nawoskowany parkiet przed balem maturalnym. Hela wiedziała, że jej przyjaciółka jest w stanie ducha “muszę, bo się uduszę” i tylko czeka na moment, by mówić.
- Wiesz! Wczoraj przeżyłam coś niesamowitego, coś, czego, mimo trzydziestu lat małżeństwa, nigdy nie doświadczyłam. Miałam odlotowy mega mega orgazm!
- Naprawdę? Jak to możliwe? - zapytała Hela nie dając po sobie poznać, jak bardzo ciekawa jest ciągu dalszego.
- Wyobraź sobie, że wczoraj mój Stasiek kupił sto prezerwatyw.
Hela słuchała z niedowierzaniem tak, że jej oczy zrobiły się okrągłe, jak sowie po północy.
- Po co aż tyle? - zapytała zszokowana tym hurtowym zakupem.
- Kupił je po promocyjnej cenie, z tym tylko, że termin przydatności upływał dzisiaj.
- Ale co to ma wspólnego z twoim mega orgazmem? - dopytywała się Hela.
- No jak to co? Nie rozumiesz?
- Nie bardzo.
- Założył wszystkie od razu - powiedziała z nieskrywaną satysfakcją Dancia

niedziela, 19 stycznia 2014

Licheń wart jajecznicy

Rok 1937. Schyłek drugiej Rzeczypospolitej. 
Gdzieś na obrzeżach powiatu konińskiego Antoś Pawłowski robił kupiecki objazd miejsc leżących z dala od głównych szlaków, a dróg bitych w szczególności. Gwoli kronikarskiej rzetelności narrator czuje się zobowiązany dopowiedzieć, że gdyby opisywane zdarzenie miało miejsce współcześnie, to właściwiej byłoby użyć określenia “Antoś Pawłowski był w delegacji”. Ale to szczegół, bo tak po prawdzie to dzisiejsze wyjazdy nie równają się tym przedwojennym, gdy podróżujący sam musiał wszystko zorganizować poczynając od wyznaczenia trasy, poprzez podwody, czy taki szczegół, jak wikt. Opierunek i insze inszości były załatwiane już po powrocie.
Antoś zajmował się skupem pierza, które było zajęciem wielu mieszkańców Ślesina. Spory udział w jego pierzarskiej przedsiębiorczości stanowił okazjonalny handel narzędziami i garnkami. Zajęcie tyleż żmudne, co dające spore profity. Po trzech dniach podróżowania i spania w stodołach czuł zmęczenie. Dzień miał się ku końcowi i głód dawał się we znaki nie mniej niż jego dwom kompanom.
- Skicioki* - zwrócił się kompanów - pora na jakąś przekąskę.
- Zapasy się nam skończyły - powiedział jeden z nich.
- Nie szkodzi, pójdziemy do najbliższej chaty i coś kupimy - powiedział Antoś wskazując na okazałą zagrodę.
Zajechali wozem w obejście, które stało otworem. W kącie podwórza ujadał jakiś Burek uwiązany do budy. Kury rozpierzchły się i gdakały donośnie, by wyrazić niezadowolenie, że ktoś przeszkodził im w grzebaniu i dziobaniu w trawie. Przyjezdni zatrzymali konia i zeszli z wozu. Bezradnie rozglądali się wokół, gdyż w obejściu, poza zwierzętami, nie było żywego ducha. Dopiero po dłuższej chwili zaskrzypiały drzwi chaty. Stanęła w nich kobieta, wywabiona odgłosami z podwórza.
- Szczęść Boże - powiedział głośno Antoś ubiegając pytanie widoczne w spojrzeniu kobiety.
- Bóg zapłać! A co was sprowadza?
- Jesteśmy kupcami. Sprzedajemy garnki, patelnie, narzędzia…
- Ale nic mi nie trzeba. Wszystko mam - ucięła rozmówczyni.
- Nie chcemy nic sprzedać. Jesteśmy głodni i chcemy, abyście nam coś uwarzyli.
To mówiąc Antoś sięgnął do kieszeni i wyjął gruby plik banknotów.
- Nie myślcie, że chcemy za darmo. Mamy pieniądze i dobrze zapłacimy.
Argument widoczny w dłoni Antosia przekonał kobiecinę i bez zbędnej zwłoki zaprosiła ich do izby.
- A zachodźcie do kuchni. Mam boczek, jaja i cebulę.
Antoś odwrócił się do kompanów i mrugnął porozumiewawczo. Wiedzieli, że od teraz mają tylko słuchać. Znali aż nazbyt dobrze Antosia i czuli, że szykuje jakiś fortel. Nie lubił wyzbywać się gotówki, a jeśli już musiał płacić to oddając jakiś zbędny sprzęt lub obietnicą przysługi.
Kobieta dorzuciła drewien do kuchni, zaczęła kroić cebulę i boczek. Podróżni usiedli przy stole.
- Z ilu jaj zrobić? Dziesięć wystarczy? - zapytała.
- Niech będzie z dwudziestu - powiedział Antoś - Nie jesteśmy jakimiś tam sknerami.
- Możecie sobie nalać kawy - wskazała dzbanek stojący na kredensie. - Na pewno jesteście spragnieni po całym dniu. A skąd jesteście?
- Ze Ślesina - powiedział Antoś. - Pewnie nie słyszeliście, o tym miasteczku.
- Nie - odpowiedziała.
- A Licheń znacie?
- A to, to tak. Tam są odpusty. Teraz będzie niedługo na piętnastego sierpnia. Byłam tam kiedyś z ojcami, Panie świeć nad ich duszami.
- To może wybierzecie się kiedyś znowu?
- Chętnie, ale to daleko i nie miałabym się gdzie zatrzymać na noc.
Mówiąc to podała jajecznicę, której zapach wypełniał izbę i mile drażnił nozdrza. Radości tej szczególnej uczty dopełnił smak chleba własnego wypieku (uwaga narratora: w owym czasie w większości wsi dostępny był tylko taki chleb, innego nikt nie znał). Gdy już zniknęły ostatnie kęsy posiłku goście poczuli sytość i szczególny spokój.
- Widzę, że smakowało wam - powiedziała gospodyni wyrywając Antosia z tego szczególnego letargu, który odczuwał za każdym razem, gdy napełnił żołądek.
- Oj i to bardzo - powiedział Antoś. - Ale co sądzicie o odwiedzeniu Lichenia podczas odpustu?
- No sama nie wiem - zafrasowała się kobieta. - Dobrze byłoby odwiedzić Matkę Najświętszą, wyprosić łaski i błogosławieństwo.
- To też wam to mówię. Weźmiecie chłopa i kogo tam jeszcze, a ja wam odwdzięczę się za gościnę. Pochodzicie po kramach, okupicie się. Tak po prawdzie to powinno się być w Licheniu na każdy odpust. Człek grzeszny, więc nie zaszkodzi.
Oczami wyobraźni już widziała te wszystkie kramy z pamiątkami, bawiące się dzieci, mnóstwo pobożnych ludzi, którzy, jak ona, przyjadą prosić o łaski za wstawiennictwem najświętszej Panienki Licheńskiej.
- No sama nie wiem - powiedziała.
Antoś wstał, a wraz z nim dwaj pozostali. Powoli wszyscy wyszli przed dom.
- Posłuchajcie - mówił do kobiety Antoś - z Panem Bogiem nie można zadzierać. I tak w odpust nie będziecie pracować. Za tę wspaniałą gościnę serdecznie wam dziękuję. Koniecznie musicie przyjechać i mnie odwiedzić. Jeśli tego nie zrobicie, to bardzo, ale to bardzo się na was obrażę.
Kobieta stała zmieszana i zamyślona. Nim się zorientowała niecodzienni goście wsiedli na wóz i odjechali. Nie zostawili najlichszego z banknotów, które jej wcześniej pokazali.

Bez związku z treścią



* Skiciu, skicioki (kmina ochweśnicka): chłopak, chłopaki

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Casus wieloznaczności

Hela z Marianem przemieszczali się samochodem. Tuż za mijaną miejscowością stała przy drodze niebrzydka dziewczyna, która zachęcała przejeżdżających kierowców do zatrzymania się na chwilę zapomnienia.
- Marian, czy widziałeś tę dziewczynę przy drodze?
- Nie za bardzo, Heluś - odpowiedział Marian skupiony na prowadzeniu auta.
- No jak to nie? Skoro ja zauważyłam, to zapewne ty też, tylko nie chcesz się przyznać - mówiła zezłoszczona Hela. - W czasie służbowych podróży musisz często mijać takie pliszki, jak ta.
- Heluś, pierdolę jakieś tam pliszki…
- Maniek? Czy jest coś o czym nie wiem? - rzuciła pytanie kontrolne.
- Nie pierdolę, nie pierdolę - zaprzeczał Marian podchwytliwie badany przez Helę. - To “pierdolę” było w sensie, że… mnie absolutnie nie obchodzą jakieś tam pliszki.

sobota, 11 stycznia 2014

Artykuł pierwszej potrzeby

Sobotni ponury poranek Pan C. rozpoczął o szóstej rano wyjściem do pobliskiego sklepu “Żabka” po ulubiony jogurt naturalny i świeże bułeczki. Zanim jednak poczynił stosowne zakupy zatrzymał się przy ściance z prasą licząc, że może znajdzie jakiś interesujący tytuł.Gdy tak przeglądał kolejne gazety do sklepu wszedł nieco dziwny klient. W oczy rzucały się rozwichrzone po nocy włosy, ciemna kraciasta piżama, na którą narzucił kurtkę oraz siwe ocieplane kapcie na gołych stopach.
- Dzień dobry - powiedział głośno od drzwi i skierował się prosto do lady.
Z kieszeni kurtki wyjął karteczkę z listą zakupów. Chwilę przyglądał się odręcznym zapiskom i powiedział:
- Proszę dwie dobrze wypieczone kajzerki
Ekspedientka zapakowała je do foliowej reklamówki i położyła przed nim na ladzie.
- Co jeszcze podać?
- O kurczę! - krzyknął klient - Proszę odłożyć bułki, za chwilę wrócę. Skoczę tylko do domu po czapkę.
Po kilku minutach pojawił się znowu w sklepie w tym samy stroju, z tym tylko, że na głowie miał już kolorowa czapkę z dużym pomponem.
- Są już dwie bułeczki - przypomniała młoda dziewczyna przy kasie. - Co jeszcze panu podać.
- A to w kolorowych pudełeczkach to do czego jest? - wskazał palcem na bogaty zestaw produktów Unimilu.
- To są prezerwatywy - odpowiedziała beznamiętnie dziewczyna. - Są w różnych smakach i rozmiarach.
- W takim razie poproszę dziesięć.
- Doliczyć do bułek?
- Hm! Właściwie to bułek nie potrzebuję. Poproszę tylko prezerwatywy, może przydadzą się w przyszłym tygodniu.

czwartek, 9 stycznia 2014

Afryka dzika*

Uniwersytety honorują zacnych uczonych, a czynią to zazwyczaj wtedy, gdy zastępy ambitnych uczniów zajęły miejsca mentorów.
Profesor Pawłowski, brat Antosia Pawłowskiego**, był podróżnikiem, który znał Afrykę od podszewki. Nie było miejsca, którego by nie znał i O każdym z nich mógł godzinami opowiadać z pasją i znawstwem. Zdrowie zmusiło go do rezygnacji z pracy na wydziale geografii, który zorganizował i któremu przez wiele lat przewodził. Schorowany i zmęczony życiem przeszedł na zasłużoną emeryturę. Kilka miesięcy później wychowankowie, wdzięczni za wykształcenie i ustąpienie im miejsca, zorganizowali konferencję naukową poświęconą jego dorobkowi. Profesor ze wzruszeniem słuchał referatów, którego przypominały jego prawdziwe i mniej lub bardziej wydumane osiągnięcia. Prowadzący konferencję zwrócił się do swojego mistrza:
- Panie profesorze! Byłoby nam niezmiernie miło, gdyby zechciał pan opowiedzieć teraz jedną ze swoich afrykańskich przygód, o których wiele słyszeliśmy.
Dwóch byłych doktorantów pomogło wstać profesorowi i podprowadziło go na podwyższenie. Usiadł na fotelu, wziął do ręki mikrofon, wzrokiem ogarnął salę, wziął głęboki oddech i drżącym głosem zaczął opowiadać.
- Pamiętam, jakby to było wczoraj. Byłem pierwszym z całej ekipy, który wstał i opuścił namiot o brzasku. Przeciągnąłem się, zrobiłem kilka skłonów i przysiadów.
- Profesor zawsze był wysportowany - dobiegły głosy z sali.
- Poszedłem nad strumień - kontynuował - który płynął kilkanaście metrów od obozowiska. Pochyliłem się, by nabrać w dłonie wody i dokonać porannych ablucji, gdy kątem oka dostrzegłem po drugiej stronie strumienia lwa.
Po sali rozległ się szmer zadowolenia. Słuchacze czuli, że za chwilę usłyszą niesamowitą opowieść o tym, co było udziałem profesora.
- Momentalnie się wyprostowałem - mówił profesor Pawłowski. - Lew zrobił krok do przodu, ja krok do tyłu. Lew znów krok do przodu, ja krok do tyłu. Czułem, jak adrenalina spręża moje ciało. A lew znów krok do przodu… zesrałem się.
- Ależ panie profesorze - próbował ratować sytuację prowadzący - kto wie, co nam by się przytrafiło podczas spotkania z lwem. Żaden z nas nie dorównuje panu odwagą.
- Ależ ja nie wtedy… tylko teraz - wyjaśnił wyraźnie rozluźniony profesor.

 * Opowieść zasłyszana i zapamiętana we wrześniu 1996 roku w Sankt Petersburgu i na nowo dziś opowiedziana .
** Antoś Pawłowski - bohater nowego cyklu opowiastek Pana C. Postać prawdziwa, choć doniesienia o  jego wyczynach obrosły legendą i nie wiadomo, gdzie prawda, a gdzie fantazja opowiadających.

sobota, 4 stycznia 2014

O usiłowaniu

Na rynku wydawniczym roi się od książek i filmów opisujących w uproszczonej formie alternatywną historię świata, funkcjonowania władzy i Kościoła. Człowiek już tak ma, że szczególne zainteresowanie wzbudza w nim zbrodnia, wojna, katastrofa, czy choćby dostęp do tajemnej wiedzy. Posłuch zyskują błyskotliwi kreatorzy fikcji, jak Dan Brown, który dzięki temu zyskał rozgłos i pieniądze. Wypada uczciwie przyznać, że jego powieści czyta się z przyjemnością, a jeszcze milej ogląda nakręcone na ich podstawie filmy.
I jak tu przyjąć, że w zalewie taniej sensacji i sprzyjaniu tanim gustom, możliwe jest przebicie się prawdy o rzeczywistych okolicznościach, w jakich nie doszło do popełnienia grzechu pierworodnego? Otóż można, jeśli się tylko dopuści odrobinę wyobraźni, szczyptę poczucia humoru i krztynę dobrej woli. Ostatnio stało się modne posługiwanie tak zwanym eksperymentem myślowym. Pan C., występujący tu w roli narratora, podchodził do tego dość sceptycznie, ale nie byłby sobą, gdyby nie spróbował.

Upłynęło już kilka miesięcy od stworzenia nieba, ziemi i wszystkiego, co napełniało świat. Centrum wszystkiego był ogród Eden i dwoje ludzi, których Najwyższy postawił na szczycie wszelkiego stworzenia. Marian, najpierwszy ze wszystkich ludzi, i Hela, kość z jego kości, wiedli żywot spokojny i beztroski. Ale jak to z tą beztroską bywa diabeł tkwił w szczegółach, które beztroskę zamieniły w troskę, a nawet zgryzotę Heli. Zmysł smaku był udziałem Heli w większym stopniu niż Mariana. Lubiła pożywiać się rożnego rodzaju owocami, które rosły w Edenie i codziennie po wielokroć sprawiała przyjemność swemu podniebieniu. Niestety, w ślad za tym pojawiły się pierwsze fałdki tłuszczu, który ku jej zgryzocie odłożył się na udach, brzuchu, czy ramionach.  Najmniej wszedł w piersi, choć tu byłby najmilej widziany.
- Marian, spójrz proszę i powiedz, czy nie jestem zbyt gruba?
- Ależ, Heluś - żachnął się Marian - własnie taka jak teraz podobasz mi się najbardziej.
- Tak, ale te moje pośladki… no taki pasztet?! - dalej narzekała. - Poza tym zobacz - tu wzrokiem wskazała na swój biust - czy nie uważasz, że wyglądałby lepiej, gdyby był większy?
Ten dialog podsłuchał Pawian, który kombinował, w jaki to sposób pozyskać sojuszników w buncie przeciwko Gospodarzowi Edenu. Okazja się nadarzyła, gdy Hela samotnie spacerowała po ogrodzie i wypatrywała smakowitych owoców. Ku jej niekłamanej rozpaczy apetyt nadal dopisywał. Właśnie przechodziła obok drzewa, z którego nie wolno było im spożywać owoców. W tym momencie najbardziej obiektywny narrator musi przyznać, że owoce tego drzewa wyglądały kusząco, a Hela prowadziła wewnętrzną walkę, by bezwiednie nie zerwać choćby jednego.
- Dzień dobry, Helu - zagadnął uprzejmie Pawian. - Czy to prawda, że Gospodarz zabronił wam spożywać owoców z tego drzewa?
- Owszem - odpowiedziała Hela zaskoczona obecnością tego dziwnego interlokutora - nie możemy jeść z tego drzewa, ani nawet go dotykać, abyśmy nie pomarli.
- Nie ma takiej opcji, nie pomrzecie - powiedział Pawian z przekonaniem. - Gospodarz wie, że owoce z tego drzewa są dobre na odchudzanie, ale w swej zazdrości nie chciał, abyś skorzystała z ich dobrodziejstwa. Woli je eksportować do innych ogrodów.
- Naprawdę? Myślisz, że chciałby nas oszukać? - pytała z niedowierzaniem Hela.
Pawian wymownym spojrzeniem zmierzył Helę z góry na dół tak, że poczuła to w miejscach, które były jej największym kompleksem.
- A tak na marginesie - zagadnął - to jak tam ta twoja dieta i odchudzanie?
Na te słowa Hela poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Zacisnęła pięści, przymrużyła oczy i wycedziła przez zaciśnięte zęby:
- Pawian, spierdalaj na drzewo!

Drzewo Pawiana

czwartek, 2 stycznia 2014

Pierworodne datowanie

Przed bardzo wielu laty, gdy Hela była jeszcze Helenką i nie była tą Helą, jaką znamy z opowieści Pana C., uczestniczyła w przygotowaniach do pierwszej komunii. Była cichutką dziewczynką i zbytnio się nie wyróżniała, gdyż nie zabiegała o pochwały i uznanie dorosłych. Jednak bystry obserwator mógł już wtedy dostrzec szczególny potencjał, jaki w sobie skrywała, cokolwiek to mogło znaczyć.

Ksiądz prefekt omówił stworzenie świata i człowieka, który miał wszystkim zarządzać w imieniu Najwyższego. Mieli spełnić tylko jeden warunek: nie zrywać owoców z drzewa, które Stwórca postawił po środku ogrodu Eden. Jak wszystkim wiadomo, Ewa uległa podszeptom węża, zerwała owoc i poczęstowała nim Adama. W ten sposób utracili prawo do zamieszkiwania w raju.
Podsumowując katechezę ksiądz zapytał:
 Powiedzcie, proszę, kiedy zgrzeszyli Adam i Ewa?
Uczniowie w większości podnieśli dłonie, ale nie Hela, która cichutko siedziała w ostatniej ławce. Jednak ksiądz nie pozwolił jej na milczącą bezczynność.
 Helenko, może powiesz wszystkim, kiedy Adam z Ewą zgrzeszyli?
 Piętnastego sierpnia  odpowiedziała bez zająknięcia.
Nastąpiła chwila ciszy, podczas której można było dostrzec zaskoczenie na twarzy pytającego.
 Dlaczego uważasz, że grzech pierworodny miał miejsce piętnastego sierpnia?
 To oczywiste  odpowiedziała z przekonaniem Helenka  wtedy jabłka były już dojrzałe.