wtorek, 13 sierpnia 2013

Koń, którego nie ma

Powoli wracam do sfery blogowej, ale zacznę może mniej spektakularnie. Dziś opowiem anegdotę z bardzo długą brodą. Troszeczkę przypomina mnie samego permanentnego bałaganiarza, który ciągle porządkuje rzeczy i relacje.

Było to w latach szęśćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy mechanizacja rolnictwa była rzeczywistością widzianą w niektórych pegeerach*, a tylko nieliczni rolnicy mieli swój traktor z przydziału. Wszędzie dominował koń, jako napęd urządzeń i maszyn rolniczych zasilany owsem. W owym to czasie pewien chłop, którego dzisiaj ze względu na poprawność polityczną nazwalibyśmy rolnikiem, wybierał się bronować swoje pole. Na wóz włożył dwie brony, worek w obrokiem dla konia, a dla siebie w koszyku jakieś jakieś jadło przygotowane przez żonę i kankę z kawą Dobrzynką. Wszedł na wóz i usiadł wygodnie na koźle i zaczął skrupulatnie wyliczać:
- Brony są, jedzenie jest, papierosy w kieszeni są, zapałki też, obrok dla konia jest, bat jest... zatem można jechać.
Chwycił bat i już chciał nim śmignąć w powietrze, gdy oniemiał zaskoczony.
- Kurtka jego kancelaria! Konia nie zaprzągłem!