piątek, 29 marca 2013

Pascha

W wielkopiątkowy poranek Caddi wyjrzał przez okno i zobaczył spadające płatki śniegu. Wszechobecna biel nijak nie pasowała do obchodzonych w tym tygodniu świąt Paschy (przejścia). Niewielu chrześcijan wie, że głównym bohaterem tego święta jest krew.

W czasach przedmojżeszowych semiccy pasterze przed wyruszeniem na pastwiska zabijali baranka i wspólnie spożywali wieczerzę. Rytuał ten służył podtrzymaniu i umocnieniu więzi rodzinnych i plemiennych. Wejścia do namiotów znaczyli krwią baranka, by chroniła ich domostwa i bliskich przed złem.
W czasie niewoli egipskiej, gdy Mojżesz zabiegał o uwolnienie Izraelitów wykorzystał ten rytuał w dziesiątej i ostatniej pladze, która miała skłonić faraona do wyrażenia zgody na wyjście narodu wybranego. Wszyscy Izraelici zostali zobowiązani do spożycia  w gronie rodzinnym baranka i oznaczenia jego krwią drzwi swoich domów. To był znak dla Anioła Śmierci posłanego przez Jahwe, by te domy ominął. 
O północy Jahwe pozabijał wszystko pierworodne Egiptu: od pierworodnego syna faraona, który siedzi na swym tronie, aż do pierworodnego tego, który był zamknięty w więzieniu, a także wszelkie pierworodne z bydła.*
Stało się wszystko zgodnie z zapowiedzią Jahwe. Krew osłoniła pierworodne w domach i obejściu Izraelitów, natomiast w pozostałych, podległych faraonowi, zagościła śmierć. Śmierć była zapłatą za sprzeciwianie się woli Boga. Dla uczczenia i upamiętnienia tej boskiej interwencji, co roku w dniu 14 nisan, Izraelici zbierali się w domach i na pamiątkę tego wydarzenia spożywali baranka.
Ten rytuał znalazł swój najwyższy wyraz, gdy Jeszua Ha-Nocri, uznany za syna Wiekuistego, został złożony jako doskonała ofiara za grzechy wszystkich. Wiara w niego i odkupieńczą moc jego krwi raz na zawsze zmazała grzech Adama i otworzyła podwoje nieba**.

Przejście Anioła Śmierci


* Księga Wyjścia 12,29
** List do Rzymian 6,12-21

poniedziałek, 25 marca 2013

Krawiec i inne szapiski

Chciałbym, aby było jasne, że w tym wpisie nie będę obiektywny, bo nie chcę i nie mam zamiaru. Koniec, kropka i przecinek, jak mawiało moje dziecko płci właściwej, gdy próbowało zakończyć jakikolwiek spór ze starszą siostrą.

W ubiegłym tygodniu dotarła do mnie przesyłka z książką Andrzeja Szczepańskiego pod tytułem "Krawiec i inne szapiski".  Umieszczone w niej teksty powstały na przestrzeni kilku miesięcy i sukcesywnie były prezentowane na blogu prowadzonym przez Autora. Każda z opowiastek stanowi zamkniętą całość, która zaskakuje w poincie i wywołuje gromki śmiech. Występujące postaci powracają w różnych odsłonach i konfiguracjach. A to Wiewiórka z Wugusiem, to znów Hrabia ze swoim podupadłym dworem, czy wreszcie Angie, którą Wuguś spotkał w baśniowych okolicznościach. Nieskromnie dodam, że i Caddicus przemknął tam niczym meteor, co bardzo połechtało jego ego.
Czytelnik nadwrażliwy na dobry humor, powinien rozważyć, czy jest w stanie czytać tę książkę w miejscach publicznych. Szczególną ostrożność należy zachować w środkach komunikacji miejskiej oraz w poczekalni u stomatologa (sic!).

A na zakończenie smakowity szapiskowy cytat:
– Wicuś, ty chcesz się... wieszać? – wielkie łzy stoczyły się po jej policzkach.
– Porąbało cię? Postaw miednice i nalej wody. Mył się będę. Ty też się umyj. Dziś walentynki, prezent muszę ci zrobić.
Jaśce zakręciło się w głowie. Oparła się mocno o futrynę. Wiedziała, że wielkiego wyboru nie ma, już miała powiedzieć, że cała sąsiednia izba jest przepełniona od tych prezentów, ale ugryzła się w język.
/Opowiastka: Taboret, s. 122/
Tytuł: Krawiec i inne szapiski
Autor: Andrzej Szczepański
Ilość stron: 142
Wydawnictwo Liberum Arbitrium
Cena z kosztami przesyłki: 17,35 zł
Zamówienia: wg108@gazeta.pl



sobota, 16 marca 2013

Tata, tata!

Dziecko płci właściwej stało się ostatnio sentymentalne. Przejrzało albumy ze zdjęciami i poprosiło o zeskanowanie kilku, by mieć do nich dostęp w formie cyfrowej. Były to zdjęcia osób emocjonalnie mu najbliższych. Pan C. poczuł drżenie serca widząc, że męski potomek dojrzewa do pielęgnowania rodzinnej pamięci. Jeszcze niedawno wątpił, czy będzie miał komu przekazać genealogiczny urobek, a tu taka prośba.

Jedna z wybranych fotografii przywołała wspomnienia z niezbyt odległych czasów.
Pan C. miał prawie trzydzieści lat, gdy upomniało się o niego wojsko polskie, które raptem kilka miesięcy wcześniej zrezygnowało z propagandowego przydomka ludowe. Był piękny słoneczny sobotni poranek pierwszego sierpnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku, gdy starszy brat odwiózł go do jednostki wojskowej. Przekroczenie strzeżonej bramy wiązało się z koniecznymi zmianami wyglądzie takimi, jak skrócenie włosów, czy zgolenie czarnej brody, która dotąd pokrywała twarz Pana C.
Do czasu przysięgi podchorążowie pod żadnym pozorem nie mogli opuszczać jednostki. Wyglądało na to, że dorośli mężczyźni, którzy w cywilu byli mężami, ojcami, nauczycielami, a jeden nawet był prokuratorem, wraz z przywdzianiem munduru stali się w świetle regulaminu wojskowego nieodpowiedzialni i trzeba było ich trzymać pod nadzorem w jednostce. 
Po tygodniu pojawiła się w jednostce Koleżanka Małżonka w towarzystwie trzy i pół letniego Pierworodnego Szczęścia. Telefon z posterunku przy bramie wejściowej przywołał Pana C. Z daleka zobaczył żonę i ukochaną córeczkę, którą przywołał po imieniu.
– Tata, tata, tata! – wołała dziewczynka i pobiegła w kierunku szczęśliwego ojca.
Pan C. przyklęknął, by się z nią przywitać, ale ona zatrzymała się przed nim, jak wryta. Spojrzała zaskoczona na nieznajomego mężczyznę bez brody, jej minka z uśmiechniętej ułożyła się w podkówkę, a z oczu pociekły łzy.
– ... to nie tata! – skwitowała z rozczarowaniem i uciekła do matki.

Siły Zbrojne RP, Sieradz 1990

środa, 13 marca 2013

Kinga P.

Każdy mężczyzna ma w życiorysie miejsca znaczone imionami kobiet. Pan C. nie należy do wyjątków, bo spotkał kobiety, które odcisnęły na nim niezatarte piętno. Wspomnienie ich jest, jak sympatyczna blizna, o której przypomina sobie przesuwając opuszkami palców po skórze. Wszystkich jego kobiet nie sposób wymienić i nawet nie wypada, poza pierwszą i ostatnią. One bowiem stanowią klamry spinające dotychczasowy życiorys Pana C.
Pierwszą była Violetta. Do dziś ma ją w pamięci i emocjach, które w nim wzbudzała ponad pięćdziesiąt lat temu. Podwórze, które współdzielili ich rodzice, było miejscem ich zabaw, ale i punktem startowym do wspólnych ucieczek do dziadków Pana C. Jednak nie będziemy się rozwodzić nad tym, co zostało już opowiedziane w Słynnych ucieczkach.
Ostatnią jest Kinga. Pan C. poznał ją w ubiegłym roku. Jest wzrokowcem, jak zdecydowana większość mężczyzn. Od razu zwrócił uwagę na jej smukłą sylwetkę i zapach.  Pachniała świeżo zerwaną miętą i była przystrojona  w subtelnie zielone odcienie. Uderzała rześkością.
Pan C. nie należy do mężczyzn łatwych, ale nie oparł się jej urokowi i zatopił w niej spragnione usta. Zaszumiało mu skroniach i odtąd nic nie było już takie samo. Odtąd zawsze była i jest przy nim na wyciągnięcie dłoni. I w dzień, i w nocy.

Ciekawi mogą ją zobaczyć tutaj:   KINGA P. - PRZYJACIÓŁKA PANA C.




Pro publico bono

Dzisiejszy wpis jest nietypowy dla tego miejsca, bo stanowi wirtualny przedruk. Otrzymałem go drogą mejlową i, jak rzadko kiedy, przeczytałem z zapartym tchem. Owszem, nie ma w nim niczego, czego w ogólnym zarysie bym nie wiedział, ale jest tak klarowny i  porządkujący, że warto z nim się zapoznać.

Dobro ma to do siebie, by osiągnąć całkowity walor, potrzebuje dzielenia się nim z innymi
Niniejszym to czynię.
Caddi

Co dzieje się w Twoim ciele przez 60 minut po wypiciu coli? 

Słońce, upał, pragnienie... Bierzesz do ręki zimną aluminiową puszkę, pokrytą kropelkami wody. Podnosisz zawleczkę... Pssst!... co za ulga. Gazowany napój spływa do gardła. Gaz uderza Ci do nosa i oczy
zaczynają łzawić, ale to takie dobre! I kolejny łyk...

10 minut później
Jeżeli wypiłeś już całą puszkę coli, to właśnie dostarczyłeś do organizmu równowartość 7 dużych (5g) kostek cukru!1 W normalnych warunkach powinno to wywołać u Ciebie odruch wymiotny2, ale zawarty w coli kwas fosforowy zakwasza ją i stąd wrażenie orzeźwienia3.

Po 20 minutach

Stężenie cukru we krwi gwałtownie wzrasta, wystawiając organizm na pierwszą próbę. Trzustka zaczyna produkować ogromne ilości insuliny. Tylko w ten sposób Twoje ciało będzie mogło przetworzyć nadwyżkę cukru w tłuszcz, który jest łatwiej przyswajany przez organizm.
W wyniku tego procesu tłuszcz zostaje zmagazynowany w postaci kuleczek. Co prawda są one mało estetyczne, ale za to przez pewien czas nieszkodliwe – natomiast nadmiar glukozy we krwi jest jak śmiertelna trucizna. Jedynie wątroba jest w stanie magazynować glukozę, ale tylko w ograniczonym stopniu.

Po 40 minutach
Większość kofeiny zawartej w coli zostaje wchłonięta przez organizm. Kofeina powoduje rozszerzenie źrenic oraz podnosi ciśnienie krwi. W tym samym momencie podnosi się stężenie cukru w wątrobie, co powoduje uwolnienie cukru do krwi.

Po trzech kwadransach
Organizm zaczyna produkować zwiększoną ilość dopaminy. Dopamina to hormon stymulujący „ośrodek przyjemności” w mózgu. Taka sama reakcja występuje po zażyciu heroiny.
To nie jedyna wspólna cecha łącząca narkotyki i cukier. Od cukru również można się uzależnić. I to do tego stopnia, że w jednym z badań wykazano, że cukier uzależnia silniej od kokainy(4). Nic więc dziwnego, że osoba uzależniona od coli zachowuje się przed jej wypiciem jak narkoman na głodzie.

Po 60 minutach
Stężenie cukru we krwi znacznie się obniża (stan ten nazywamy hipoglikemią), a wraz z nim obniża się również poziom energii oraz koncentracji.
Aby tego wszystkiego uniknąć, najlepiej pić wodę.

„Nie jestem rośliną doniczkową!”
Tak, wiem, ciężko jest się przestawić na picie wody, kiedy od niepamiętnych czasów przyzwyczajony jesteś do picia słodzonych napojów gazowanych, kawy i herbaty, albo też wina czy piwa.
Wydaje Ci się wtedy, że woda po prostu nie ma smaku. „Nie jestem rośliną doniczkową!”, „...w wodzie to się nogi moczy” – żartujesz, sięgając przy stole po butelkę czerwonego wina.
Tak naprawdę jednak problem wcale nie leży w smaku. Kto nie ma ochoty na wodę, pewnie wcale nie jest spragniony. A jeśli nie odczuwasz pragnienia, to znaczy, że brakuje Ci ruchu.
Po tym, jak porządnie się spocisz podczas pracy czy uprawiania sportu, wypicie kilku szklanek wody to nie tylko konieczność – to prawdziwa przyjemność.

Kiedy byłem mały, mama zapisała mnie i starszego brata na zajęcia judo. Zostaliśmy wtłoczeni do sali o powierzchni trzydziestu metrów kwadratowych, oświetlonej neonówkami, pokrytej tatami (tradycyjną matą japońską) i ze świetlikami zamiast okien. Po intensywnej rozgrzewce, podczas której musieliśmy skakać, biegać, robić pompki i brzuszki, trener kazał nam walczyć na stojąco i na matach, a na koniec (i to była najlepsza zabawa) walczyliśmy „na konikach”, czyli, usadowieni na ramionach kolegów, próbowaliśmy zrzucać innych „rycerzy”.
Pod koniec zajęć, czerwoni, zziajani, spoceni, rzucaliśmy się do szatni, gdzie, w pobliżu toalet, znajdowały się umywalki z ciepłą wodą – może i była ciepła, ale jaka smaczna! Nawet zapach rozchodzący się z toalet nie przeszkadzał nam w napełnianiu żołądków tą pyszną wodą. Najbardziej niecierpliwi pili ją prosto z kranów, a inni nabierali ją w dłonie i wypijali, starając się nie rozlewać cennego płynu. Wolę nie myśleć, ile przy okazji wymieniliśmy bakterii.
A mimo to nie pamiętam, żeby woda smakowała mi kiedykolwiek lepiej niż tam, w szatni naszego klubu.
Dlaczego warto przestać pić colę?
Zastanów się. Po wysiłku możesz mieć ochotę na colę lub schłodzone piwo, ale okazuje się, że napicie się wody daje więcej przyjemności. Woda jest najsmaczniejsza wtedy, kiedy naprawdę chce nam się pić; podobnie dzieje się, kiedy jesteśmy bardzo głodni. Po powrocie z wyprawy w góry nic nie smakuje tak dobrze jak zwykła kiełbasa i nic tak nie pomaga w powrocie do codziennych zajęć.
To jednak nie tylko przyjemność. Picie wody pomaga zmniejszyć spożycie szkodliwych substancji, takich jak:
  • kwas fosforowy, który zaburza metabolizm wapnia i powoduje osteoporozę oraz rozmiękanie kości i zębów,
  • cukier, który przyczynia się do zachorowania na cukrzycę, choroby układu krążenia, artretyzm i choroby nowotworowe oraz do powstawania przewlekłych stanów zapalnych,
  • aspartam, który powoduje aż 92 skutki uboczne, w tym guzy mózgu, epilepsję, nadwrażliwość emocjonalną i cukrzycę,
  • kofeina, która powoduje drgawki, bezsenność, bóle głowy, nadciśnienie, demineralizację kości i utratę witamin.
Ponadto kwaśny odczyn coli jest zabójczy dla zębów. Czy zauważyłeś, jak po wypiciu coli zgrzytają Ci zęby? Cola ma więcej kwasu niż sok z cytryny, można jej więc używać do odrdzewiania metalu (spróbuj zostawić zardzewiałą monetę w coli na pół godziny i zobacz, co się stanie). Jeżeli często pijesz colę, szkliwo Twoich zębów może stać się porowate, zżółknąć lub zszarzeć.

O wpływie coli na otyłość można mówić bez końca: u dzieci pijących colę ryzyko otyłości wzrasta o 60%. Oczywiście możesz dawać dzieciom słodkie napoje gazowane, jeśli tylko chcesz:
  • zwiększyć ryzyko ich zachorowania na cukrzycę,
  • zwiększyć ryzyko ich zachorowania na nowotwory,
  • uzależnić je od cukru.
Oto najlepszy sposób na oszczędzanie w trudnych czasach: nie pozwól, aby w Twoim domu zagościły słodkie napoje! Zacznij na nowo pić wodę: rozpoczynaj dzień szklanką wody wypijaną przed śniadaniem. Sprawisz tym radość swoim nerkom, które ciężko pracują cały dzień, aby oczyszczać twoją krew. Będą one zdrowsze, czystsze, a Ty poczujesz się znacznie lepiej.

Na zdrowie!
Jean-Marc Dupuis

Źródła:

1. Quantité de sucre dans le coca-cola, http://www.meax.fr/post/quantite-de-sucre-dans-le-coca-cola.html
2. What Happens to Your Body Within an Hour of Drinking a Coke, http://articles.mercola.com/sites/articles/archive/2008/01/19/what-happens-to-your-body-within-an-hour-of-drinking-a-coke.aspx
3. Coca-Cola une boisson dangereuse et cancérigène, http://www.dangersalimentaires.com/2011/04/coca-cola-une-boisson-dangereuse-et-cancerigene/
4. Intense Sweetness Surpasses Cocaine Reward, http://www.plosone.org/article/fetchArticle.action?articleURI=info%3Adoi%2F10.1371%2Fjournal.pone.0000698


sobota, 9 marca 2013

Bezszelestnie

W poprzednim wpisie Pan C. wykpił się rogami łosia i sarnią skórą, którą omyłkowo wziął za skórę dzika. Tylko bystrość oka, jaką dysponuje Hebius, sprawiła, że pomyłka została w porę dostrzeżona i odnotowana w komentarzu. Nie da się ukryć, że przedwiosenne pogodowe wariacje sakramencko nadszarpnęły siły witalne Pana C. Teraz więc, cierpliwie i z utęsknieniem, wypatruje tej, która ożywi i przywróci smak życia czułym... dotykiem.
Śnieżna pierzynka przykryła szarość świata i znój minionego tygodnia. W sobotnie przedpołudnie Pan C. snuł się z kąta w kąt nie opuszczając domowych pieleszy, a piżama wydała się mu stosownym odzieniem na tę okazję. Podchodził do okien, tęsknie zerkał w daleką dal i, chcąc nie chcąc, poddał się nastrojowi nutek, którymi doprawił poranną kawę wzmocnioną chili z imbirem. Ten polisensoryczny zestaw podrażnił jego zmysły i poruszył pamięć emocjonalną. Ta ostatnia zaś, taka niby niepozorna, a jednak mocarna, wyrwała Pana C. z letargu i przywołała to, co było i to, co... będzie.




niedziela, 3 marca 2013

Trofearium*

Przyznam, że czas przesilenia wiosennego sprawia, iż wena blogowa na chwilę odeszła. Na szczęście ostały się skojarzenia, które jakoś nigdy mnie nie opuszczają. W minionym tygodniu zatrzymałem się w zajeździe, którego ściany były strojne dziwnymi przedmiotami. Popijając herbatę przyglądałem się im z zaciekawieniem.
W  pewnym momencie wyobraźnia została uwolniona i zaczęła pracować w sposób niezależny od woli, a myśli,  niczym dorzecze Amazonki, wiły się zaskakującymi meandrami. Czas i miejsce zostały przetworzone i przenicowane prawie tak, jak w filmie "Kontakt". Nagle znalazłem się z wizytą u energicznej biznesłomen, której salon wypełniało mnóstwo przedmiotów i pamiątek. Były to okazy zasuszonych egzotycznych roślin, maski z Afryki, meksykańskie kapelusze i maty,  czy choćby greckie amfory i wazy. 
 Widzę, że zainteresowały pana moje pamiątki – zagadnęła.
– Przepraszam za ten rozbiegany wzrok – odpowiedziałem – ale nie mogłem się oprzeć. Tyle tu tego, że dech zapiera.
– Zanim przejdziemy do interesów mogę przez chwilę opowiedzieć panu o tych przedmiotach. Każdy ma swoją historię.
Opowieści o wycieczkach i podróżach zajęły dobre pół godziny. Na koniec podeszliśmy do miejsca, w którym na ścianie wisiało poroże łosia i skóra dzika.  Przez moment zastanawiałem się, czy ta kobieta uprawia łowiectwo. Zapytałem nieśmiało:
– A te zdobycze?
– A to? To nic szczególnego – odpowiedziała z błyskiem w oku. – Poroże należy do byłego męża, a skórę zdjęłam z... wiarołomnego kochanka.


*trofearium (neologizm): miejsce składowania trofeów.