wtorek, 26 lutego 2013

Tanie państwo

Tuskowe hasło tanie państwo było dość nośne - wielu w to uwierzyło i nadal wierzy. Niektórzy zaczęli tracić tę wiarę. Stało się to w momencie, gdy okazało się, że podatki, miast maleć, rosną, a władza państwa nad obywatelem, i na jego koszt, zaczyna przypominać minione (ponoć) czasy. 
Ostatnio Pan C. przedstawiał wpisy automobilne, ale widocznie taki to czas i taka jego karma. 
Minister Nowak z poparciem premiera Tuska obstawił kraj, jak Polska długa i szeroka, fotoradarami. Z ich użyciem zamierza napędzić półtora miliarda złotych do kasy, zarządzanej przez ministra finansów o wdzięcznym trzecim imieniu Vincent. Wszystko to dla dobra obywateli, w myśl zasady - władza wie lepiej. Pan C. nie miałby nic przeciwko temu, gdyby rzeczywiście, pozyskiwany tą drogą grosz na cele publiczne, był wydawany rozważnie. A że tak nie jest, doświadczył na własnej skórze. 
Najpierw przyszły w tym samym dniu dwa listy polecone ze zwrotnym potwierdzeniem odbioru, nadane w tym samym urzędzie. Po otwarciu obydwu okazało się, że dotyczą przekroczenia przez Pana C. prędkości w dwóch miejscach, w odstępie dziesięciu minut. Zdziwiło go, że Inspekcja Transportu Drogowego, bo o niej tu mowa, potrzebowała dwóch kopert, by dostarczyć mu dwa druki do wypełnienia danych kierowcy pojazdu. Każda przesyłka kosztowała pięć złotych i siedemdziesiąt groszy. Pan C. wypełnił druki dotyczące obydwu przekroczeń i odesłał w jednym liście. 
Po kilkunastu dniach otrzymał z tego samego urzędu dwie przesyłki ze zwrotnym potwierdzeniem odbioru, z których każda zawierała mandat karny w stosownej do przekroczenia wysokości. Znów dwie opłaty po pięć złotych i siedemdziesiąt groszy każda. 
Nie wkurza Pana C. łapanka kierowców, przekraczających prędkość. Najbardziej osłabia go i powoduje, że ręce i gacie mu opadają... rozrzutność. W jego przypadku, organ państwowy, zamiast jedenaście złotych i czterdzieści groszy, wydał aż dwadzieścia dwa złote i osiemdziesiąt groszy (sic!). Ktoś może powiedzieć, że to różnica tylko jedenastu złotych i czterdziestu groszy. Pan C. uważa, za właściwsze użycie, określenie AŻ! 
Jakiś bezmyślny urzędnik, czy urzędniczka trwoni sporą część pieniędzy z naszych mandatów.Wystarczy wszystko przeliczyć w skali kraju i wyjdzie pokaźna suma.



niedziela, 24 lutego 2013

Męska szownistyczna świnia

Z rodziną należy utrzymywać kontakt, by nie zatracić poczucia więzi i dobrego osadzenia w rzeczywistości. Owszem, są ludzie, dla których wartość tych relacji jest żadna, ale to mniejszość. Z ciotkami, wujkami i kuzynami kontaktujemy się, gdy wydarzy się coś ważnego. Najczęściej są to urodziny i chrzciny potomka, pierwsza komunia święta, śluby, czy pogrzeby. Czasami lista poszerzana jest o obchodzone jubileusze. Każdy ma swoją listę pretekstów i może tę listę ułożyć według własnych preferencji.
Nie tak dawno, jak wczoraj, do Pana C. zadzwonił kuzyn z Warszawy. Był tak podekscytowany, że chyba nie zdążył wymienić zwyczajowych uprzejmości.
 Dzisiaj rano jechałem jak zwykle do pracy Trasą Łazienkowską relacjonował emocjonalnie. – Przede mną, lewym pasem jechała nowiusieńkim BMW blondynka...
– To samochód, czy blondynka cię tak zaabsorbowała? – rzucił przytomnie Pan C.
– Nie przerywaj – syknął kuzyn. – Przy prędkości stu trzydziestu kilometrów na godzinę siedziała z twarzą tuż przy lusterku i malowała sobie rzęsy! Kumasz czaczę?!
– Co było dalej?
– Ledwie na moment odwróciłem głowę, a kiedy spojrzałem znowu na BMW, okazało się, że ta blondynka, wciąż zajęta makijażem,  jest już połową auta na moim pasie! I chociaż jestem naprawdę twardym facetem, to tak się przestraszyłem, że i golarka i kanapka wypadły mi z rąk!
– No coś Ty?
– Kiedy próbowałem kolanami opanować kierownicę, tak, aby wrócić na swój pas ruchu, komórka wleciała mi akurat prosto do kubka z gorącą kawą, który trzymałem między nogami. Kawa naturalnie się wylała, poparzyła moją męskość, zrujnowała mój telefon i przerwała bardzo ważną rozmowę!
– Jędruś, naprawdę ci współczuję. Mam nadzieję, że zbytnio się nie uszkodziłeś.
– Jak ja nienawidzę kobiet za kierownicą.!!!*


*Tekst we wpisie oznaczony italiką pochodzi z dowcipu, który przesłał mi kuzyn AL.


sobota, 23 lutego 2013

Prawo serii

Majowie zapowiadali koniec świata na 21 grudnia, ale później, ze względu na akcję promocyjną toyoty, odwołali. Niektórzy twierdzą, że tylko przesunęli o pół roku. Jednak według wszelkich znaków na niebie i ziemi koniec świata zaczął się klarować w poniedziałek jedenastego lutego. Wtedy to Benedykt XVI niespodziewanie zapowiedział zrzeczenie się urzędu biskupa Rzymu.  Kardynał Sodano w emocjonalnej wypowiedzi stwierdził, że ta decyzja papieża jest, jak grom z jasnego nieba i rzeczywiście... piorun uderzył w bazylikę świętego Piotra. Wielu odebrało to zjawisko, jako widomy znak z nieba, że to początek końca. Dwa dni później w Rosji spadł meteoryt, który wyrządził wiele szkód materialnych  i ranił ponad tysiąc osób. W tym samym dniu niedaleko Ziemi przeleciała planetoida 2012 DA14 i wywołała mnóstwo spekulacji o  katastrofalnych skutkach, gdyby doszło do kolizji. Wreszcie w czwartek Pan C. dowiedział się, że odjechał z zaprzyjaźnionej stacji paliw bez uiszczenia zapłaty, o czym poinformowała go policja.
Chciałoby się, aby ta szczególna koincydencja i splot negatywnych zdarzeń nie miał związku z końcem świata i żeby już nic dziwnego nie miało miejsca. Nic bardziej mylnego. Pan C., w ferworze wtorkowych zajęć, w ósmym dniu od decyzji papieża, doświadczył dopełnienia serii znaków. Zatrzymał samochód na chwilę przed instytucją, w której miała coś do załatwienia osoba, z którą podjechał. Czekał w samochodzie, czytał gazetę, gdy w trybie pilnym poproszono go, by dołączył na chwilę. Nie wyłączając silnika wybiegł bez kurtki jedynie z dokumentami i telefonem. Oczywiście skutecznie zamknął samochód z kluczykami w stacyjce.
I jak tu nie wierzyć w koniec świata?
Panu C. pomógł młody chłopak ze sklepu z telefonami. Wyjął z szafki druciany wieszak, rozprostował go i z pomocą kolegi otworzył drzwi samochodu. Przysługa i sprawność działania zostały wycenione na pięćdziesiąt złotych. Niewiele, jak na rozprawienie się ze zwiastunem końca świata. 



wtorek, 19 lutego 2013

Delikatność drzazgi

W minioną niedzielę to Marian przygotowywał obiad. Nie ma w tym nic dziwnego i szczególnego, bo okoliczności i... Hela dają mu wiele okazji do wykazania się na tym polu. Sprawdzając zawartość lodówki stwierdził brak kilku niezbędnych produktów, dlatego skrzętnie je spisał na karteczce i pojechał do sklepu w galerii handlowej. Miało to tę zaletę, że przy tak zwanej okazji wziął samochód Heli i umył go w myjni samoobsługowej. W nagrodę mógł zajrzeć do innych przybytków handlowych takich, jak znana ogólnokrajowa sieć księgarni. Przechadzając pomiędzy regałami delektował się zapachem zadrukowanego papieru, gdy w pewnym momencie zatrzymał się, jak rażony prądem. Pośrodku lokalu na niskim stoliku leżało kilka książek, ale tylko jedna z nich wraziła się w oczy Marianowi.
– Dlaczego pomyślałem o Heli? – wyszeptał do siebie zaskoczony– Mogłaby się obrazić o moje myśli.
Wziął książkę do ręki i zaczął przeglądać jej zawartość, by po chwili odłożyć z niesmakiem.
– Hela nie jest zołzą – przekonywał siebie. – No może troszeczkę, ale to chyba nic złego. Swoje zołzy mieli tacy giganci, jak Ronald Reagan, który zrobił karierę dzięki żonie Nancy, czy Bill Clinton wspierany przez twardą Hillary. Hela bywa upierdliwa i zazdrosna, ale trudno sobie wyobrazić, by było inaczej. A pliszki? Tego już nie zmienię, bo i po co. Hela tak ma. Owszem, jest czasami delikatna jak drzazga w dupie, ale tylko wtedy, gdy na kimś jej zależy. 

A tym, na kim Heli zależy najbardziej, jest Marian. 
Drżyjcie narody, gdyby ktoś chciał naruszyć to jej poczucie odpowiedzialności.




niedziela, 17 lutego 2013

Zakochany złoczyńca

Minione dni Pan C. spędził w nadmorskiej mieścinie o wdzięcznej nazwie Mielno. Mielno, jak Mielno, łatwo się wymawia i zapisuje, choć nie wiadomo, czy jest to dobry zestaw liter na hasło do komputera. W każdym razie wydaje się lepsze niż takie QWERTY. 
Na dzień przed powrotem w domowe pielesze zauważył na swoim ulubionym smartfonie trzy nieodebrane połączenia od ukochanej siostry. 
– Dlaczego nie odbierasz  telefonu? – zaczęła z wyrzutem, gdy oddzwonił.
– Przecież wiesz, gdzie jestem – tylko tyle zdołał powiedzieć, bo ona mówiła dalej.
– Była u mnie policja. Zatankowałeś na stacji Bliska w K. i nie zapłaciłeś za benzynę. Byłeś wtedy moim samochodem.
– Naprawdę? – zapytał zaskoczony Pan C. – Widocznie miałem jakiś zakręcony dzień.
– Zawsze jesteś zakręcony. Przez ciebie stracę zdrowie. Chcą cię w tej sprawie przesłuchać.

Z tą benzyną to jakaś dziwna sprawa. Pan C. wydaje się być naznaczonym przez jakiegoś złośliwego duszka. Benzyna i poruszanie się po polskich drogach regularnie odbija się mu czkawką. Pechowe zdarzenie miało miejsce już w lipcu 2009. Opisał to we wpisie pod tytułem Kolor benzyny. Warte odnotowania jest także, udokumentowane stosowną fotografią (i opisane), podróżowanie przez miejscowość Biały Bór.
Ale do rzeczy. Po alarmującym telefonie roztrzęsionej siostry znalazł w internecie numer telefonu do rzeczonej stacji paliw. Tankował tam przynajmniej raz w tygodniu, za każdym razem solidnie płacił i brał fakturę. Przedstawił się, powiedział w jakiej sprawie i że chce zapłacić za paliwo, ale może to zrobić dopiero w sobotę.  Po chwili oddzwoniła do Pana C. pracownica stacji i poinformowała, że kierownik, z którym można to załatwić, będzie w pracy w sobotę od dwunastej.
W sobotnie południe, gdy Pan C. uruchamiał samochód, zadzwonił telefon.
– Dzień dobry, z tej strony kierownik stacji Bliska w K... Czy rozmawiam z Panem C.?
– Tak, właśnie wyjeżdżam do pana.
– Tylko chciałem poinformować, że już jestem i czekam na pana.
Po kilkunastu minutach Pan C. dotarł na miejsce i wszedł do pomieszczenia biurowego.
– Dzień dobry – powiedział przekraczając próg – nazywam się C. Proszę powiedzieć dlaczego przekazujecie mi zaproszenie na spotkanie przez policję?
Kierownik przepraszał i tłumaczył, że mają takie procedury i nie wolno im postąpić inaczej, a nie mieli do niego kontaktu.
– A nie wystarczyło w systemie wrzucić numer pojazdu i już byście mieli wszystkie namiary na mnie? Przecież regularnie u was tankuję. Tak traktujecie stałych klientów?
– Nie pomyśleliśmy i wszystko poszło z automatu. Naprawdę jeszcze raz pana przepraszam.
Przeprosiny przeprosinami, ale procedura wszczęta. Kilka godzin później Pan C. zjawił się na komendzie policji. Prowadzący sprawę policjant powiedział:
– Już wszystko wiem. Dzwonił kierownik stacji i powiedział, że jest pan ich stałym klientem.
– I co mi z tego skoro musiałem tu przyjechać.
– No tak! Musimy to przejść, bo procedura karna została już wszczęta.
No i masz babo placek! 
Policjant postawił Panu C. zarzut kradzieży trzydziestu litrów paliwa i ucieczkę ze stacji paliw bez uiszczenia stosownej zapłaty. Przywołał paragrafy i zapytał, czy Pan C. przyznaje się do winy.
– Nie przyznaję się do zarzutu kradzieży, natomiast potwierdzam fakt odjechania ze stacji bez uregulowania należności.
– Ale to jak mam to napisać w protokole?
– Proszę pana – powiedział Pan C. – pan wie, że czasami w sprawach karnych jest tak, że nie ma czynu, a jest tylko usiłowanie popełnienia. Usiłowanie także samo podlega paragrafom.
– No tak bywa – potwierdził skwapliwie.
– Widzi więc pan, że nie zawsze sprawy tak wyglądają, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. W moim przypadku było nie usiłowanie, ale popełnienie bez uświadomionego zamiaru i nawet świadomości, że coś takiego miało miejsce.
Konsternacja na twarzy policjanta sięgała zenitu. Próbował rozłożyć na czynniki pierwsze i zrozumieć zakręconą wypowiedź Pana C.
– Byłem zamyślony, a może rozmawiałem przez telefon i zdarzyło się coś, sam nie wiem co, że wyjechałem ze stacji w przekonaniu, iż wszystko zostało już uregulowane. Proszę pana, jestem ich stałym klientem, więc jaki miałbym powód zaboru mienia w ilości trzydziestu litrów?
– A może był pan zakochany i chodził z głową w chmurach? – podpowiedział przytomnie policjant.
– Otóż to! – przytaknął Pan C. – Z jednym tylko, ale istotnym zastrzeżeniem: nie, że "był", ale "jest permanentnie zakochany". Ten typ, taki jak ja... tak ma. 
– To wszystko wyjaśnia – powiedział z uśmiechem i zrozumieniem policjant. – Zazdroszczę panu.
– Powiem panu więcej – dopowiedział Pan C. – sam sobie też... zazdroszczę.



Mielno nocą

środa, 13 lutego 2013

Arka Mariana

– Wiesz, kochanie – zwróciła się Hela do mężczyzny swojego życia – tak sobie czasami myślę o całkowicie hipotetycznej i wręcz nierealnej sytuacji, ale jak najrealniej związanej z tobą...
Marian z wyrazem zdziwienia podniósł wzrok znad czytanej książki i czekał na ciąg dalszy.
– No co tak na mnie patrzysz? – przerwała Hela.
– Patrzę i słucham z największym zainteresowaniem, kochanie.
– Na pewno?
– Heluś najdroższa. 
– Już dobrze, bo pomyślałam, że irytujesz się.
– W żadnym razie! – zapewnił Marian. – Dopowiedz to wszystko, o czym zaczęłaś mówić.
–  Wyobraź sobie – kontynuowała Hela wygodnie sadowiąc się na fotelu. – że w pewnym momencie twojego życia, może już niebawem, przemówi do ciebie przez aniołów, a może nawet i przeze mnie, Jahwe-Bóg i poleci ci zbudowanie arki lub czegoś podobnego...
Marian czuł, jak  oczy coraz bardziej mu okrągleją i, o ile na początku przypominały dwuzłotówki, tak w tej chwili na pewno wielkością zbliżały się do... cztery dziewięćdziesiąt dziewięć.
– Heluś! O czym ty mówisz? Po pierwsze jesteś niewierząca, a po drugie to Noe dostał taką misję. Mnie daleko do tego patriarchy.
– Ale czy pozwolisz mi dokończyć?
– Nie... znaczy się oczywiście.
– Chodzi mi o to, czy gdybyś otrzymał taką misję to, co byś wziął na pokład tego swojego koraba oprócz mnie?
– Oj, Heluś najdroższa – żachnął się Marian. – To oczywiste, że przede wszystkim moje kosmetyki. 
– Tak... nivea, wash and go i pastę do zębów – wycedziła przez zaciśnięte usta.  Pytam poważnie, bo dryfowanie taką arką mogłoby trwać wiele tygodni, a może nawet miesięcy. Nie wiadomo, gdzie po opadnięciu wód osiadłby nasz statek.
– Jak to nie wiadomo? Przecież to proste – uciął Marian – na Borneo.
– Jak zwykle nie potrafisz ze mną rozmawiać – obraziła się i nadąsała Hela. – Dlatego teraz proszę czytelników, by podpowiedzieli, co najlepiej wziąć na taką arkę? Co będzie najbardziej przydatne i praktyczne?

Arka Mariana

niedziela, 10 lutego 2013

Scholastyka

Dziś obchodziłaby imieniny. Odeszła niecałe dwa miesiące po wyborze Josepha Ratzingera na stolec Piotrowy. Urodzili się w tym samym roku. Cieszyła się z tego wyboru kardynałów. Przechodząc na drugą stronę była utrudzona doczesnością, która w ostatnich latach życia setnie jej dokuczyła. Ale nie zawsze tak było.
Pamięć o kochanych osobach jest jak taśma filmowa, którą za każdym razem składamy na nowo. Sklejamy i opowiadamy przede wszystkim o sobie samych.
Z pamięci przywołuję pierwszy dzień w przedszkolu, do którego mnie zaprowadziła, gdy ukończyłem trzy lata. Miałem wtedy na sobie krótkie spodenki w stalowym kolorze i podkolanówki. Kilka lat później była ze mną na rozpoczęciu roku szkolnego, gdy zaczynałem naukę w szkole podstawowej. Miałem wtedy na sobie niebiesko-biały sweter, który przyszedł w paczce z Ameryki, i długie granatowe spodnie. Czułem, że wyrastam z krótkich spodenek.
Starała się być obecna we wszystkim, co dla mnie ważne. Życie sprawiło, że ciągle się spieszyła i o coś zabiegała. Nie dla siebie, ale dla mnie i starszego rodzeństwa.
Gdy byłem nastolatkiem to zimą sprawdzała, czy noszę czapkę, czy zakładam kalesony i ciepłą podkoszulkę. Obruszałem się twierdząc, że jest ciepło, a poza tym to już mam swoje lata. Nie zważała na moje protesty, prychania i obruszenia.
– Jestem twoją mamą i tak już będzie dopóki będę żyła.
Z czasem, gdy już popełniłem małżeństwo i odwiedzałem ją z jej wnukami, nadal sprawdzała, czy dbam o siebie. Przyzwyczaiłem się do tego rytuału i wyrzutów, które robiła mi z powodu, że nie ubieram się stosownie do pory roku. Dziś, gdy jej już nie ma, brakuje mi tego wszystkiego, przed czym się tak kiedyś broniłem.

W judaizmie poznanie prawdziwego imienia człowieka uznawano za klucz do otwarcie podwoi i uzyskania nad nim władzy. Scholastyka zwracała się do mnie i przywoływała imieniem, które wyrażało jej bezgraniczną miłość. To imię jest tajemną formułą rozsuwającą kokon, który mnie szczelnie otacza. Kto je pozna i użyje zyska do mnie dostęp.

Scholastyka (1970)


piątek, 8 lutego 2013

Krem

Hela, przy całej powadze w traktowaniu Mariana i żywionej o niego zazdrości, w stosunku do siebie zachowuje spory dystans. Znającym ją z poprzednich wpisów trudno w to uwierzyć, ale tak jest. Czasami tylko narrator opisujący Helę nieco przerysowuje niektóre jej zachowania dla dodania smaczku opowieści, ale w gruncie rzeczy oddaje istotę rzeczy.
W pewnym wieku kobieta zaczyna używać coraz więcej różnego rodzaju kosmetyków. Mężczyźnie trudno to wszystko nazwać i wymienić, bo jest to rzeczywistość całkowicie mu obca. Kosmetyki dla niego to coś tak trudnego do ogarnięcia, jak kolory z całą gamą odcieni i niuansów. Marian ma w swoim zestawie (słownie) jeden żel do kąpieli i mycia włosów, krem nivea i pastę do zębów. Natomiast to, czym dysponuje Hela zajmuje większość półek i półeczek w łazience. Zdarzyło się raz, że ulubiony krem Mariana został wyczerpany i postanowił posłużyć się jakimś specyfikiem należącym Heli.
– Heluś – zawołał Marian z łazienki – który krem mogę użyć do twarzy?
– Masz przecież ten swój...
– Właśnie się skończył. Jest tu jakiś, który ma fajną konsystencję.
Nim Hela wpadła do łazienki już naniósł nieco na policzki i czoło.
– Czego ty używasz? To jest przecież krem przeciw zmarszczkom.
– To chyba dobrze – powiedział Marian – będę gładszy.
– To jest do kobiecej skóry! Mamy różne pH.
– Aha... A to jest jakaś różnica? – zdziwił się Marian.
– Oczywiście! Zaczekaj chwilę, zaraz znajdę ci coś neutralnego.
Gdy Hela przeglądała swoją galerię kremów Marian przyglądał się jej z zaciekawieniem i w pewnym momencie zapytał:
– A ten krem przeciw zmarszczkom to pomaga ci jakoś tak szczególnie?
– Nie, nie pomaga! – odpowiedziała Hela i rzucając kokieteryjne spojrzenie dodała: – Najważniejsze, że dobrze się po nim czuję.



niedziela, 3 lutego 2013

Nauka jazdy z Helą

W poprzednim wpisie było o tym, jak to Hela nieświadomie wzięła udział w bardzo drogiej sesji zdjęciowej zorganizowanej przez straż miejską. Nie byłoby w tym wydarzeniu nic złego, gdyby nie brak przygotowania w postaci makijażu. Zanim jednak doszło do opisanej sytuacji Hela odbyła kurs nauki jazdy. To nic, że trzydzieści lat wcześniej, ale to tylko pokazuje, że nic a nic się nie zmieniła. Ot, cała Hela.
Gdy po raz pierwszy weszła do samochodu marki polski fiat 125 była nieco zestresowana. Instruktor przyjaźnie się uśmiechał, ale nie dowierzała mu. Słyszała, że ci panowie często lubią dotykać kolano kursantki, albo i coś jeszcze. Niby wszystko to w ramach nauki i łagodzenia stresu. Obiecała sobie, że gdyby taka okoliczność nastąpiła to strzeli mu z liścia, wyjdzie z samochodu i złoży skargę.
Usiadła na siedzeniu.
– Zanim uruchomimy silnik – powiedział instruktor – proszę wykonać wszystkie czynności przygotowujące panią do bezpiecznej jazdy. Proszę wykonywać te czynności i mówić wszystko na głos.
– Dobrze – powiedziała Hela.
Wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić:
– Ustawiam fotel kierowcy, by mieć dobry dostęp do pedałów sprzęgła, hamulca i gazu.
– Bardzo dobrze!
– Teraz zapinam pas bezpieczeństwa. Wkładam kluczyk do stacyjki i sprawdzam kierunkowskazy.
– Bardzo dobrze – pochwalił instruktor i zapytał: – Co teraz?
– Wcisnę pedał sprzęgła, sprawdzę, czy skrzynia jest ustawiona na biegu jałowym i uruchomię silnik...
– Hola, hola! Czy to już wszystkie czynności przed uruchomieniem silnika?
– Chyba tak – odpowiedziała niepewnie Hela.
– Proszę pomyśleć – powiedział instruktor.
Hela przeleciała w myślach wszystkie czynności, które wykonała i nie znalazła nic, co mogłaby pominąć. Spojrzała z bezradną miną na instruktora.
– A lusterko?
– Oj! – krzyknęła Hela – Dziękuję panu.
Spojrzała w kierunku wstecznego lusterka, nakierowała je na siebie i spanikowana zaczęła szukać skazy w makijażu i fryzurze.
– Proszę pani – powiedział wyraźnie rozbawiony instruktor – proszę ustawić lusterko tak, by podczas jazdy widziała pani wszystko za sobą.