czwartek, 31 stycznia 2013

Hela bez makijażu

Hela z racji obecnego miejsca pracy, jak i wcześniejszej historii zatrudnienia, a także z powodu długoletniego zamieszkania w tym samym mieście, ma bardzo wielu znajomych. Pracują oni w różnych lokalnych firmach i instytucjach, tak więc ich zawodowe i prywatne ścieżki przecinają się dość często. 
Było tuż po ósmej, gdy zadzwoniła nowiuteńka Nokia Lumia 610. Hela własnie delektowała się smakiem porannej kawy i zbierała siły do intensywnej pracy. Akurat marka telefonu nie odgrywa w tej opowieści żadnej roli poza tą, że przez nią jest prowadzona rozmowa, ale to taki ładny siwo-czarny gadżet.
– Słucham – powiedziała do słuchawki.
– Cześć Heleno z tej strony Andrzej – usłyszała w słuchawce znajomy głos szefa straży miejskiej. – Czy możesz teraz swobodnie rozmawiać?
– Pewnie, że mogę – odpowiedziała Hela i zastanawiała się, co takiego może chcieć od niej Andrzej. 
– Bo widzisz - zaczął poważnym tonem - mam tu przed sobą twoje zdjęcie.
– Co masz?
– No chyba wyraźnie mówię, że mam twoje zdjęcie.
W tym momencie zimny dreszcz przeszył ją od stóp do głów, a strumień świadomości przywołał wszystko, co mogłoby się wiązać z jakimś jej zdjęciem. Czyżby ktoś  zabawił się moim kosztem i zrobił głupi żart? Użył fotoszopa, moją głowę wstawił na miejsce głowy do nagiej panienki i puścił w internet?
– Hela! jesteś tam? – przerwał ciszę po drugiej stronie słuchawki komendant straży.
– Jestem – opowiedziała Hela przełykając ślinę i zapytała drżącym głosem – Ale powiedz, jakie zdjęcie?
– No, jak to jakie? Nasz fotoradar uchwycił cię, jak przekroczyłaś dozwoloną prędkość.
– O Boże! – jęknęła.
– Nic strasznego, przekroczyłaś tylko o piętnaście kilometrów.
– Ufff! – odetchnęła i wzięła głęboki oddech nie zdradzając powodu emocji.
– Chcesz wiedzieć kiedy to było? – zapytał. – W sobotę tuż po ósmej na ulicy Grunwaldzkiej. Dokąd się tak spieszyłaś?
Teraz już odzyskała sprawność i ciętość myślenia i mówienia.
– Andrzeju, składam stanowczy protest i zażalenie!
– No nie oburzaj się, to przecież tylko automat. Nie sądzisz chyba, że celowo cię namierzyliśmy?
– Nie chodzi o automat. Znasz mnie i koło gruchy mi to lata jakiś automat, czy suszarka. Sprawa jest o wiele poważniejsza. Uważam, że powinnam być uprzedzona o wystawieniu tam waszego fotoradaru. 
– Nie rozumiem – powiedział zaskoczony komendant.
– Jak można fotografować kobietę w sobotę rano, gdy jest do tego nieprzygotowana. Włosy nieumyte, zero makijażu, ubrana w jakiś dres... Odwiozłam wtedy Mariana na PKP i nawet nie pomyślałam, że ktokolwiek będzie mnie fotografował. Tak nie można!
– Hahahaha! – zaśmiał się Andrzej – Już dobrze, dobrze. W imieniu straży miejskiej i swoim bardzo cię przepraszam. Mam nadzieję, że w związku z zarejestrowanym wykroczeniem wystarczające będzie pouczenie. Czy jesteś usatysfakcjonowana?
– Hm? To się jeszcze okaże. Dziękuję.



niedziela, 27 stycznia 2013

Zapach tej małej

Ponad dwa lata temu Pan C. popełnił wpis, w którym podzielił się wrażeniami z filmu pod tytułem Pachnidło. To, co wprawiło go wówczas w zdumienie, a później potwierdziło podczas lektury książki o tym samym tytule, było odkrycie, że zmysł powonienia jest potężnym instrumentarium, które ma nad nim ogromną władzę. Powonienie, główny bohater dzieła Patricka Süskinda, jest atawistycznym komunikatorem, który pozwala rozpoznawać, odkrywać i rozkoszować się bliskością kobiety. Dotąd sądził, że jest typowym wzrokowcem, jak sto dwa procent wszystkich mężczyzn. Owszem lubi patrzeć, dotykać, słyszeć, ale już wie, że przede wszystkim lubi... chłonąć kobietę nozdrzami. Zapach uderza z impetem, wwierca się w mózg i sprawia, że całkowicie poddaje go wszechogarniającej zmysłowości.

Ciężko jest lekko żyć, bo czasami Coś mieści się między Jest a Nie Ma.


piątek, 25 stycznia 2013

Hela u lekarza

Określenie lekarz rodzinny nikomu nie jest obce. Każdy, no prawie każdy, jest przypisany do jakiegoś lekarza rodzinnego i w zależności od potrzeb korzysta z jego  fachowych porad. Nie tak dawno Hela potrzebowała skierowanie do specjalisty, gdyż od dłuższego czasu odczuwała bóle kręgosłupa. W pewnym wieku już tak jest, że gdy budząc się o poranku nie odczuwamy żadnych, nawet najdrobniejszych, dolegliwości niechybnie oznacza to, że jesteśmy martwi. Lekarzem rodzinnym Heli i Mariana jest doktor Zdrówko. Zdrówko to nie nazwisko, ale sympatyczne przezwisko, jakim obdarzyli go pacjenci. Mało kto wiedział, jak naprawdę brzmiało prawdziwe nazwisko. Był swoistego rodzaju człowiekiem instytucją, gdyż leczył w tym rejonie około czterdziestu lat. Znany był z tego, że trudno było go przekonać do wystawienia skierowania do specjalisty. Każde skierowanie obciążało jego budżet, a nie chciał się wyzbywać złotówek wypłacanych mu przez NFZ. Trzeba było użyć wielkiego daru przekonywania, albo rzeczywiście być bardzo, ale to bardzo chorym.
– Dzień dobry, panie doktorze – powiedziała Hela przekraczając próg gabinetu.
– Dzień dobry – odpowiedział beznamiętnie doktor Zdrówko.
Hela była kolejnym przypadkiem ze stosiku kart pacjenta złożonych na biurku. Dostrzegła posępną minę lekarza i wiedziała, że w jakikolwiek sposób musi pozytywnie zaznaczyć swoją obecność. Chciała odróżnić się tych, co byli tu przed nią i będą po niej. 
– Co pani dolega? – zapytał doktor patrząc w jej kartę
– Oj dolega, dolega, ale widzę, że i pan doktor obolały.
– Boli mnie kręgosłup, całą noc nie spałem musi – pożalił się Zdrówko.
– Mam coś dla pana, co złagodzi ból i poprawi nastrój.
W tym momencie doktor z zaciekawieniem  podniósł wzrok na Helę.
– Proszę – powiedziała Hela kładąc przed nim kilka bardzo dobrych cukierków. – Słodkie zawsze poprawia nastrój, doktorze. Chętnie się tym z panem podzielę.
Na twarzy obdarowanego pojawił się uśmiech.
– No tego jeszcze w tym gabinecie nie doświadczyłem. Pacjent zadbał o swego lekarza.
– Bo to już tak jest, że szewc bez butów chodzi, a lekarz nie ma zdrowia. Zanim mnie pan wysłucha i zbada, niech pan zje przynajmniej jednego. Odczuje pan natychmiastowa poprawę.
Nieśmiało sięgnął po cukierka, zaszeleścił odwijanym papierkiem i skosztował. Uśmiech nie schodził z mu twarzy. W oczach było widać przyjemność smakowania.
– Panie doktorze – zaczęła Hela – od dłuższego czasu odczuwam bóle kręgosłupa na wysokości prawej łopatki. Mam problem z podnoszeniem i odchylaniem prawej ręki.
– A dokładniej od jakiego czasu zauważyła pani tę dolegliwość?
– Niewielkie problemy to ponad rok temu, ale myślałam, że to kwestia pracy przy komputerze. Od trzech miesięcy jest coraz gorzej. Wielokrotnie, by zasnąć, musiałam brać środki przeciwbólowe.
Doktor dokładnie wypytywał i skrzętnie notował w karcie pacjenta.
– Niech pani wstanie. Zbadam panią.
– Mam się rozebrać?
– Nie trzeba – powstrzymał Helę doktor – zbadam przez ubranie.
– No wie pan, panie doktorze! – zaprotestowała z udawanym oburzeniem Hela. 
– Czy powiedziałem coś niestosownego? – zapytał zaskoczony lekarz.
– Oczywiście! Rozumiem, że mam już swoje lata i mogę nie wyglądać na Giocondę. Jeszcze pięć lat temu, to nawet u stomatologa, gdy badał mi zęby, musiałam rozebrać się do pasa. Aż tak staro i nieapetycznie wyglądam?
Lekarz parsknął śmiechem i nie był w stanie przez dłuższą chwilę nic powiedzieć, tylko kręcił głową z niedowierzaniem.  
Hela wyszła z gabinetu ze skierowaniem do specjalisty.


środa, 23 stycznia 2013

Święty Graal

Adam jest o dwa lata starszy od Pana C. Poznali się ponad rok temu, gdy Pan C. korzystał z jego usług. Adam jest hydraulikiem, ale takim nietuzinkowym: nie dość, że zna się na swoim fachu, to jeszcze jest niezwykle oczytanym i inteligentnym człowiekiem. Nie epatuje swoją wiedzą, ale wychodzi to dyskretnie przy bliższym poznaniu. Taki normalny człowiek z jednym niedużym felerem: jest alkoholikiem. Jak większość ludzi z tą dolegliwością należy do wrażliwców, którzy w pewnym momencie zaczęli znieczulać swoje emocje sięgając do kieliszka. Później już bez tego kieliszka nie byli w stanie funkcjonować. W rozmowach Adam często deklarował, że ma dość picia, że chciałby znów widzieć świat na trzeźwo.
– Adaś – Pan C. zwrócił się po imieniu – wiesz, że wszystko tak naprawdę jest w twojej głowie. To ty podejmujesz decyzję.
– Chcę na początek zrobić sobie wszywkę, bo sam z siebie nie dam rady.
– To nie gadaj tylko to zrób! Tylko nie jutro, za tydzień, czy za miesiąc, ale już.
Ta rozmowa miała miejsce w grudniu.  
Po nowym roku zadzwonił Adam.
– Cześć, chciałem zabrać swoje narzędzia. Czy mógłbyś podjechać po mnie?
– Nie ma sprawy – powiedział Pan C. – A jak twoje noworoczne postanowienia? Masz jakieś?
– W poniedziałek zrobiłem sobie wszywkę...
– Naprawdę? Gratulacje! Cieszę się.
– Wszyłem sobie taką na dwa lata. Wiesz, jaki fajny świat na trzeźwo?
– Wiem – powiedział z uśmiechem Pan C.
Gdy już Pan C. odwiózł Adama do jego niedużego mieszkanka, ten poprosił, by na chwilę wszedł z nim do środka. 
– Zobacz – powiedział wskazując na stół.
Pan C. zobaczył nieduży obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej. Wyglądał na bardzo stary.
– Ten obrazek jest w mojej rodzinie ponad sto lat. Moja prababka przyniosła go pieszo z Częstochowy.
– Lubię takie i tym podobne rzeczy z historią i ładunkiem emocjonalnym – powiedział Pan C.
– Ten obrazek podczas drugiej wojny był już w rękach mojej babci. Uciekała z rodziną przed frontem. Niemcy atakowali uciekinierów. Babka po wyjściu z domu zorientowała się, że nie zabrała tego obrazka. Postanowiła wrócić. Rodzina chciała ją powstrzymać, ale babcia postawiła na swoim i prawie biegiem wróciła do miasta. Nie mieli wyjścia i zeszli z drogi, by nie blokować przejścia innym uciekinierom. Minęło dosłownie kilkadziesiąt sekund od ich zejścia z drogi, gdy na mostek, do którego się zbliżali spadła bomba. Zginęło ponad dwadzieścia osób, a  drugie tyle zostało rannych.
Pan C., który nie wierzy w taką moc sprawczą świętych obrazków, już chciał się żachnąć i zaprotestować, ale ugryzł się w język. Adam nie potrzebował i nie oczekiwał racjonalnych wyjaśnień, on po prostu chwalił swoistym Graalem, jakim był ów obrazek,  który miał moc i uchronił kiedyś rodzinę. Dziś dawał siłę Adamowi w osobistej walce o siebie.

Obrazek Adama

sobota, 19 stycznia 2013

Niutka* nadziei (2)

Obudził się dość wcześnie, choć trzeba przyznać, że, mimo dość przykrego powrotu z urlopu, nie odczuwał niepokoju.... jeszcze nie odczuwał. Jakoś tak podświadomie czuł, że uwolnił się od czegoś, co tak naprawdę nigdy nie było jego bajką. Zastanawiał się jak to możliwe, że on humanista bawi się w przepływ towarów i pieniędzy. Owszem odczuwał satysfakcję, gdy szkolił pracowników – był kiedyś belfrem w liceum – ale tak naprawdę jego pasją było myślenie i litery.
Przejmujący gwizd czajnika wyrwał go z porannego letargu. Zerwał się z wygodnego fotela, ruszył do kuchni i wyłączył gaz. W jego ulubionej filiżance czekała świeżo zmielona kawa. Uniósł czajnik i powoli zalewał ciemnobrązowe drobiny do momentu, aż u szczytu naczynia pojawiła się spulchniona i aromatyczna pierzynka. Dla czcicieli ciśnieniowych maszyn do kawy to profanacja, ale mało go to obchodziło... To jemu miało sprawić przyjemność picie tak przygotowanej kawy.
Uchwycił delikatnie spodeczek, na którym obok filiżanki położył niewielką łyżeczkę, i powrócił na fotel. Kawa spoczęła na stoliku obok, aby była na wyciągnięcie ręki. Zza okna wyzierał półmrok poranka, a wokół zalegała błoga cisza. Siedział z odchyloną głową i wyciągniętymi stopami. Oczy miał zamknięte. Słyszał niemalże, jak w nozdrza gwałtownie uderza cudowny aromat zaparzonej kawy, by za chwile dotrzeć do uszu i przedrzeć się do tylnej części czaszki. Wzbierała w nim moc i siła, która sprawiała, że chciał krzyknąć Chwilo trwaj! Zmysł słuchu i powonienia zdominowały odczucia, przywoływały najpiękniejsze wspomnienia i najszczęśliwsze chwile, cudne uniesienia.
Odczuwał dojmujące napięcie w oczekiwaniu na moment, gdy wreszcie sięgnie po kawę. Przybliżył krawędź filiżanki do ust, lekkim dmuchnięciem odpędził resztki kawowej pierzynki i zanurzył usta w gorzkim i ciemnym wywarze. Pociągnął mały łyk, który wlewając się pod język zaskoczył go swoim wyraźnym smakiem i krzykiem... Opadły mgły i miasto ze snu się budzi... zaczyna się dzień.
Po ósmej nikogo nie było już w domu. Włączył telewizor, by zapoznać się z doniosłymi problemami kraju i świata. Obiecał sobie, że za godzinkę pomyśli, co dalej ma z sobą zrobić. Miał tylko miesiąc wypowiedzenia plus miesięczną odprawę. To zawsze coś, ale nie należy zwlekać i czekać, bo czas jest najbardziej deficytowym towarem. Po kilkunastu minutach poczuł znużenie i wyciągnął się na kanapie. Złudnie pomyślał, że w tej pozycji przyswajanie wieści ze świata będzie łatwiejsze. Po chwili powieki opadły z łoskotem, a oddech wyrównał się i spowolnił. Pestka ułożyła się na dywanie i pełniła dyżur, by nikt nie zakłócał mu spokoju. Sen to w przypadku Marka wędrówki w czasie, z których zawsze wracał odmieniony i miał sporo zadań do odrobienia. Tym razem podróż przeniosła go do wigilii w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym roku. Dlaczego akurat w to miejsce? Nie wiedział, ale na pewno lubił ten czas. Doświadczył wówczas w praktyce... ducha świąt Bożego Narodzenia.

Zobacz: Niutka* nadziei (1)

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Test wymowy klasy "Q"

Kilkanaście lat temu, gdy pierwszym obywatelem Najjaśniejszej Rzeczpospolitej był niejaki Aleksander K., przyszło mu składać wizytę w Charkowie na grobach polskich oficerów pomordowanych przez NKWD. Okazało się, że widoczny wówczas u niego stan braku równowagi to nie był jakiś tam pospolity wybryk pijacki, ale... pourazowy zespół przeciążeniowy goleni prawej (sic!!!). Tak to opisywali i z przekonaniem kłamali przedstawiciele ówczesnej kancelarii prezydenta. Kilka lat później, gdy Aleksander K., już jako były prezydent, wspierał w kampanii wyborczej koalicję LiD*, znów podczas konwencji wyborczej sprawiał wrażenie bycia w stanie wskazującym na spożycie alkoholu. Na zadane kilka dni później pytanie dziennikarza o to, czy pił wtedy alkohol zdecydowanie zaprzeczył. Powiedział, że bierze leki zwalczające wirusa grypy filipińskiej. W tym momencie ten niepozorny drobnoustrój azjatyckiego pochodzenia stał się najgłośniejszym uczestnikiem kampanii wyborczej w Polsce w 2007 roku.
To, co powyżej opisane nie powinno nikogo śmieszyć, gdyż sprawa wirusów jest bardzo poważna i może doświadczyć każdego. Dwadzieścia cztery lat temu, w styczniu 1989 roku, gdy odbywało się przełomowe dla Polski X Plenum KC PZPR**, Marian przebywał prawie osiemset kilometrów na wschód od Moskwy w malowniczych i zasypanych śniegiem Czeboksarach. Mróz przekraczał minus trzydzieści stopni Celsjusza. Organizm blisko trzydziestoletniego człowieka nie był przyzwyczajony do takich ekstremalnych warunków. Wysoka temperatura, bóle mięśni i stawów, trzęsawka pod dwoma kołdrami, jak przy ataku tropikalnej febry i wreszcie... usta i nos w opryszczce. Tego mu było za wiele. Dotąd widział tę dolegliwość tylko u innych, sam nigdy tego nie doświadczył. Już widok chorego był wystarczający, by pojawił się grymas na jego twarzy, ale żeby samemu tego doświadczać?
Po kilku dniach objawy ustąpiły, a po dziesięciu dniach już nie było śladu po opryszczce. Był przekonany, że to incydentalna przypadłość, ale niestety był w błędzie. Odtąd raz w roku pomiędzy grudniem a lutym pojawiał się ten nieproszony pasażer na gapę. W tym roku znów się pojawił bez zapowiedzi.
Marian poinformował o przypadłości znawczynię trudnych do wymówienia słów (vide: Gibraltar), by usłyszeć:
– Przecież już rok temu podałam ci nazwę specyfiku, po którym mija to raz na zawsze. Ponoć zamówiłeś.
– No tak, ale chyba nie użyłem, bo zanim przywieźli do apteki, to już mi przeszło.
– Sprawdź w apteczce, czy tam nie odłożyłeś. Jak zwykle jesteś niekonsekwentny.
– Jak to się nazywało? – zapytał.
– Quentakehl.
– Jak? – dopytał, bo nazwa zabrzmiała jakoś tak nie-do-powtórzenia.
– Quentakehl – powtórzyła cedząc sylaby Hela. – To taki lek homeopatyczny. Jeśli nie pomoże to na pewno nie zaszkodzi. Mnie pomógł.
– Brzmi, jak imię jakiegoś azteckiego boga.
– Nieważne jak brzmi, ważne, że skuteczny.
Marian sprawdził i znalazł wszystkie inne leki, na których koncerny farmaceutyczne zarabiają krocie, ale tego potrzebnego, o którym wspomniała Hela nie było. Chcąc nie chcąc zamówił go w swojej ulubionej aptece. Odebrał tego samego dnia o siedemnastej. Przyniósł do domu i zaklinając rzeczywistość powiedział: 
– Nigdy więcej opryszczki!
– Daj ci Panie Boże amen – dorzuciła Hela. – I jeszcze jedno...
– Cóż takiego?
Na twarzy Heli pojawił się słodki i dobrze znany Marianowi uśmieszek.
– Oby znów nie dopadał cię wirus gibraltarski. Gdyby jednak... to poproszę cię o wymówienie nazwy quentakehl.



* LiD - Lewica i Demokraci - koalicja Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Partii Demokratycznej (d. Unia Wolności).
**Podczas drugiej części plenum, które odbyło się w styczniu 1989 roku generałowie Jaruzelski i Kiszczak zagrozili podaniem się do dymisji, jeśli współtowarzysze nie wyrażą zgody na reaktywację Solidarności i rozmowy okrągłego stołu.

niedziela, 13 stycznia 2013

Niutka* nadziei (1)

Ostatni poniedziałek sierpnia. Pierwszy dzień po urlopie. Wyszedł na drogę, stanął na poboczu i czekał na Bogdana, którego był zastępcą. Słońce już było wysoko, ale ranek jeszcze pieścił kark delikatnym chłodem. Kilka metrów od skraju drogi czerwieniła się dojrzewającymi owocami jabłoń. Miał ochotę chwycić jedno i skosztować, ale nie chciał zrosić wypastowanych butów wchodząc w wysoką trawę. Ot, pedancik... piękna Basia. Wystarczyły dwa tygodnie, by nabrał ochoty powrotu do do pracy. Ten czas wystarczył, by zregenerował siły i emocje potrzebne do działania. Był pełen energii i zapału. Wyrwanie się ze spirali pracoholizmu dużo go kosztowało, ale ryzyko nawrotu uzależnienia cały czas czyhało.
W oddali dostrzegł Bogdana pędzącego ciemnografitową vectrą. Wsiadł, zatrzasnął za sobą drzwi i przywitał się serdecznie z kolegą, który bez zbędnych ceregieli po ujechaniu kilkudziesięciu metrów zaczął mówić o dręczących go dylematach.
– Długo biłem się z myślami – mówił – i nawet rozważałem rezygnację... Rozmawiałem z prezesem, że przekażę kierowanie zakładem tobie, gdyż jesteś w nim dłużej i znasz lepiej wszystkie uwarunkowania. 
– Jak mam to rozumieć? – zapytał Marek
– Uznaliśmy w końcu, że o jednego z nas jest za dużo i wypowiemy tobie umowę.
Marek nie zareagował w żaden zauważalny sposób. Bogdan spodziewał się jakiejś nerwowej reakcji Marka, a tu nic z tych rzeczy.
– Dlaczego nic nie mówisz? – zapytał.
– Cóż można powiedzieć – odpowiedział Marek – przyjmuję do wiadomości, choć przyznam nie spodziewałem się takich atrakcji w dzień powrotu do pracy.
Przez dalszą część podróży Marek rozmawiał na tematy niezwiązane z tym, co oznajmił mu Bogdan. Gdy zajechali na miejsce wszedł do swojego gabinetu, położył teczkę i po chwili przeszedłszy sekretariat wszedł do Bogdana. Sekretarka podała już dwie kawy. Zamknął za sobą drzwi i usiadł tak, by podczas rozmowy patrzeć w oczy. Widział, że Bogdan czuje się niezręcznie. Podał Markowi wypowiedzenie podpisane przez prezesa. Ten wziął je do ręki, przeczytał,  po czym bez zbędnej zwłoki podpisał i oddał jeden egzemplarz.
– Czy ktokolwiek z pracowników już wie? – zapytał.
– Nie – odpowiedział Bogdan. – Czekałem z tą informacją na ciebie...
– OK – skwitował Marek. – Zatem, jeśli pozwolisz, zwołamy za pół godziny zebranie i sam to ogłoszę w twojej obecności. Powiem, że wspólnie doszliśmy do takich konkluzji i że postanowiłem pójść własną drogą.
– Dobrze – odetchnął z ulgą Bogdan – cieszę się, że chcesz to w ten sposób załatwić.
– Skoro nie mam wyboru i wpływu na wypowiedzenie, to chcę chociaż w taki sposób rozstać się z firmą.
Wziął niedopitą kawę i przeniósł ją do swego gabinetu. Po chwili wyszedł do pokoju handlowców. Przywitał się ze wszystkimi i zapowiedział krótkie spotkanie organizacyjne na godzinę dziewiątą. Wrócił do siebie, włączył radio i rozsiadł się wygodnie w fotelu. Zamknął oczy i ogarnął go dziwny spokój. Trwał w tym stanie kilka, a może kilkanaście minut. Gdy się ocknął uruchomił laptopa, by przejrzeć pocztę z ostatnich dwóch tygodni. Było trochę zapytań, propozycji, jakieś problemy z dostawami do odbiorcy sieciowego i, jak zwykle, trochę spamu. Obok biurka postawił pusty karton po papierze do ksero. Otworzył szufladki i zaczął wypatrywać osobistych rzeczy i zapisków. Niewiele tego było, gdyż nie ustawiał w miejscu pracy zdjęć dzieci, żony, czy kogokolwiek. Na dnie kartonu wylądował metalowy wielofunkcyjny scyzoryk, który dostał od jednej z firm, stare terminarze z zanotowanym sprawami, nazwiskami i telefonami – te ostatnie zawsze mogą się przydać.
O dziewiątej pojawił się  obecności Bogdana w pokoju handlowców. 
– Zazwyczaj raz w tygodniu omawialiśmy sprawy związane z obsługą klienta i wynikające z tym problemy. Zawsze staraliśmy się znaleźć najlepsze rozwiązanie – zaczął mówić Marek. – Dziś to spotkanie z moim udziałem będzie krótsze.
Spokój z jakim to mówił oraz szczególny ton zwróciły uwagę pracowników, którzy obserwowali nerwowe reakcje Bogdana. Czuli, że usłyszą coś, co ich zaskoczy.
– Dobrze wiecie – kontynuował – że sytuacja naszego zakładu jest dość trudna z powodów, o których dzisiaj już nie będziemy wspólnie dyskutować. W każdym razie uznaliśmy z dyrektorem i prezesem, że zakres obowiązków i pracy jest taki, iż nie ma miejsca dla dwóch współzarządzających. Dziś jestem ostatni dzień w pracy.
Informacja zaskoczyła obecnych, co było widać w ich spojrzeniach.
– Dziękuję wszystkim za współpracę. Czas spędzony z wami był dobrym doświadczeniem, które zabiorę ze sobą w inne miejsce. To wszystko.
Przez moment zaległa dojmująca cisza, którą przerwał Bogdan. Wypowiedział parę gładkich zdań i podziękowań w stylu srutu tutu dupa z drutu. Krótko, kulturalnie i bez zbędnych dłużyzn. Było po nim widać, że cieszył się ze sposobu,w jaki się to rozegrało. Odetchnął z ulgą. Gdy wyszli poprosił Marka, by wszedł jeszcze do niego do gabinetu.
– Dziękuję ci, że zachowałeś się z klasą.
– Mam tak od urodzenia – uciął Marek. – Spodziewałeś się jakiś dziwnych żalów i pretensji?
– No... nie
– No właśnie! – skwitował Marek. – Czy ktoś mnie odwiezie do domu. Nie chciałbym się tłuc trzydzieści kilometrów autobusem.
– Ależ tak, to oczywiste! O której będziesz gotowy?
– Daj mi jeszcze z godzinkę na przejrzenie biurka i szafek – powiedział Marek. – Są u mnie niektóre projekty umów. Chcę wszystko przekazać, by nie było później żadnych problemów.
Romek, który pełnił funkcję kierownika produkcji, dostał dyspozycję odwiezienia Marka do domu. Wziął z jego biura wypełniony w jednej trzeciej karton i zaniósł do służbowego samochodu, którym Marek dysponował do czasu urlopu. Wychodząc pożegnał się z sekretarką i Bogdanem, następnie wszedł jeszcze do działu handlowego, by uścisnąć dłonie współpracowników. Opuścił biurowiec i poszedł prosto do samochodu. Usiadł na miejscu pasażera i zatrzasnął drzwi.
– Możemy jechać, Romku.
Czuł ulgę, ale i dziwny stan zawieszenia.
– I co teraz? – zapytał Romek.
– Cóż? Życie się toczy dalej, a rzeczywistość nie znosi próżni – powiedział Marek. – Wszystko ma swój czas pod słońcem. Vanitas vanitatum et omnia vanitas**.
– Nie rozumiem – powiedział Romek.
– Nie szkodzi, Romku. Po prostu jest takie powiedzenie: oddychaj, a wszystko samo się ułoży – wyjaśnił Marek z uśmiechem i już się nie odzywał do końca tej krótkiej, a tak naprawdę to bardzo długiej podróży, którą właśnie rozpoczął.


Kolejny odcinek w sobotę 19 stycznia.




_____________________

*niutka - wyczuwalny i mile drażniący nozdrza aromat połączony z wyczuwalną ulotnością smaku, jaki może dać tylko własne życie.
** łac. marność nad marnościami i wszystko marność (Księga Koheleta 1, 2)

Powyższy tekst jest częścią większej całości, nad którą pracuję od wiosny ubiegłego roku. Żałuję, że nie udało się zrealizować tego wcześniej, ale ciągle szukałem dobrych słów i zdań, by najlepiej i najpełniej opowiedzieć wydumaną historię. Wprawki, wprawki i ciągły brak satysfakcji ze słów układanych w zdania. Myślę, że nigdy nie będę tak do końca zadowolony, ale pora pójść... za swoją legendą.

/Caddicus Caddi/

sobota, 12 stycznia 2013

Mendopauza?

Marian tylko z pozoru jest uległy i potulny wobec Heli. Tak naprawdę to jest z niego zadziora, a jak się uda, to nawet wysublimowany złośliwiec. Wszystko zależy od nastroju chwili i pory dnia, czy tygodnia. Heli nie jest z nim lekko, jak mógłby ktoś sądzić w oparciu o wcześniejsze wpisy. Im starszy tym zrzędliwszy i pozwalający sobie na przeróżne złośliwostki wobec Heli. Mendopauza dotyka facetów po pierwszej pięćdziesiątce i Marian nie stanowi tu żadnego wyjątku.
W piątek po pracy, gdy już nasycił się podanym przez Helę obiadem i popijał w salonie ulubioną herbatę, zaczął szukać pretekstu do odegrania się za sławetny "Gibraltar". Niestety w głowie była pustka, a gibraltarski oścień uwierał niemiłosiernie. W milczeniu zastanawiał się, jak mógłby odpłacić pięknym za nadobne. Okazja nadarzyła się, gdy wszedł do łazienki. Na szerokiej półce stały kosmetyki. Po lewej stronie pianka do golenia, szampon i płyn do kąpieli w jednym, krem Nivea i woda kolońska. To wszystko zajmowało nie więcej niż jedną piątą całej szerokości i należało do niego. Uśmiechnął się szeroko do swojego odbicia w lustrze. Dostrzegł pogodne oblicze i radosny błysk w oczach.
Teraz spojrzał na to wszystko, co znajdowało się na prawo od jego kosmetycznych akcesoriów. Doznał oczopląsu. Kilka rodzajów kremów do twarzy: na dzień, na noc, przeciwko zmarszczkom, regenerujący skórę, nawilżający, natłuszczający. Dalej szampony: wzmacniający, regenerujący, powodujący zwiększenie objętości włosów, zmniejszający elektryzowanie się i jeszcze ze dwa inne. Obok balsamy do ciała, ale z podziałem na szyję, ramiona, piersi, biodra i pośladki, uda i stopy. W końcu Marian stracił rozeznanie w tym wszystkim, bo dojrzały umysł, znajdujący się pod z lekka oszroniałą i przerzedzoną czupryną, przestał rejestrować mieniące się wszystkimi barwami tęczy specyfiki i ich nazwy.
– Tu cię mam – powiedział do siebie.
Odeszła go cała złość, bo przypomniał sobie monolog Andrzeja Grabowskiego Wizyta w SPA. Podczas jednego z zabiegów upiększających, którym poddany był bohater monologu,  miała miejsce interesująca wymiana  zdań pomiędzy nim  a panią doktor.
– Jakich kremów pan używa do twarzy?
Bohater przeleciał w pamięci wszystkie kremy, których używał do twarzy i odpowiedział:
– Żadnego...
W tym momencie Marian roześmiał się w głos i bojowy nastrój odszedł go na dobre.


Kosmetyki Heli



czwartek, 10 stycznia 2013

Trudne słowa

Mężczyźni czasami, nawet jak nie mają nic do ukrycia, bo i tak wszystko będzie wiadome, nie mówią swoim kobietom prawdy. A te, jak od zawsze wiadomo, są bardzo wyczulone na wszystko, co dotyczy ich mężczyzn.  Oczywiście prawda  i potrzeba jej mówienia nie dotyczy kobiet, które potrafią kamuflować w szafie nowe nabytki i twierdzić, gdy facet przez przypadek zauważy, że to stary zakup i to przynajmniej sprzed dwóch lat. 
Marianowi zdarza się od czasu do czasu wyskoczyć na piwo lub coś o znacznie większej zawartości alkoholu. Wtedy uprzedza Helę, że wróci znacznie później. W takich sytuacjach oczywistą jest jego deklaracja, że nie będzie żadnych pliszek, a jeśli nie da się uniknąć ich obecności  to będzie odwracał głowę, gdy wejdą w pole widzenia.
Kilka dni temu Maran miał wrócić do domu o siedemnastej. Dochodziła dwudziesta, a jego jeszcze go nie  było. Hela zaczęła się niepokoić już po godzinie spóźnienia. Próbowała się dodzwonić, wysyłała esemesy i nic. Wreszcie tuż przed dwudziestą zadzwonił telefon.
– No wreszcie! – zawołała do słuchawki – Co się z tobą dzieje?
– Nic takiego – odpowiedział nieco spowolnionym i niewyraźnym głosem Marian – Zostaliśmy trochę dłużej w pracy, a teraz wracamy...
– Co ty mi tu opowiadasz? Telefonu nie odbierasz, a o tym, by mnie uprzedzić to nawet nie pomyślałeś.
– Heluś, najdroższa – mówił mężczyzna jej życia – ale o co się denerwujesz. Pomyśleć pomyślałem, ale gorzej z wykonaniem. Już wracam.
– Słyszę po twoim głosie, że znów piłeś – powiedziała z wyrzutem – Przecież mogłeś mnie najzwyczajniej w świecie uprzedzić.
– Co ty sobie ubzdurałaś z tym piciem?
– Dobrze Marian – przytaknęła słodko Hela – skoro tak, to powiedz słowo "Gibraltar".
W słuchawce po drugiej stronie nastąpiła chwila cisza. Słyszała, jak bierze głęboki oddech.
– Masz rację, kochanie – powiedział z rezygnacją w głosie Marian – piłem.



piątek, 4 stycznia 2013

Subtelny balans

Wakacje w 1980 roku. Kilka tygodni przed burzą, która doprowadziła do upadku Edwarda Gierka. Obydwoje z Helą byliśmy po drugim roku studiów. Najpierw pojechaliśmy na tygodniowy wędrowny obóz po górach, by później przyjechać do ciotki Ireny mieszkającej w malowniczej miejscowości nad jeziorem. Ciocia była rada naszej wizycie, bo miała wyjechać na kilka dni. Cieszyła się, że dom i koty będą pod dobrą opieką. Chciałem Heli pokazać malownicze okolice, ale niechętnie opuszczała nasza letnią bazę. Twierdziła, że już dość się nachodziła po górach i woli odpoczywać, ale tylko ze mną.
Fajnie to brzmi odpoczywać z kimś takim, jak Hela. Były momenty, że czułem się utrudzony niczym robotnik sezonowy po całodziennym kopaniu rowów melioracyjnych. Próbowałem w tak zwanym międzyczasie coś przeczytać, a nawet oglądać jeden z dwóch programów telewizyjnych. Nie dałem rady, bo Hela była tak absorbująca, że niewiele pamiętam z tego, co widziałem lub czytałem. O ile na początku naszej znajomości podchodziłem do niej sceptycznie i z dystansem, to z upływem tygodni i miesięcy czułem, że staje się dla mnie coraz ważniejsza. 
– Marian – pytała często – czy ty mnie kochasz?
– Oczywiście – odpowiadałem nie okazując poirytowania. – A kogo mam kochać?
– Ale powiedz, Marian – kontynuowała nie zważając na moją obojętność – jestem dla ciebie ważna, czy jak?
Patrzyłem na nią i zgrzytałem zębami, ale co miałem począć. Hela już tak ma, że potrzebuje codziennych zapewnień i potwierdzeń. Bez tego nie może funkcjonować. Na drugi lub trzeci wieczór Hela postawiła na stoliku magnetofon Grundig. Był to najnowszy model, który otrzymała w prezencie od rodziców za zaliczenie sesji letniej. Włożyła kasetę i powiedziała:
– Nie dotykaj na razie. Wyjdę na chwilę. Dopiero, jak ci powiem, wciśniesz klawisz. Zależy mi, by stało się to we właściwym momencie.
Zgodziłem się, ale nie przeczuwałem w dziesiątej części tego, co miało nastąpić. Siedziałem swobodnie rozparty w fotelu i zaciągałem się dymem carmenów. Dojmujące doznanie, gdy słodkawy i intensywny dym przeciskał się przez tchawicę do płuc i rozdymał je do granic możliwości. Niesamowita przyjemność. 
– Mariaaan! – dobiegł głos Heli z sąsiedniego pokoju – Włącz magnetofon!
No i zaczęło się! Nastąpiło coś, o czym nie śniłem w najmilszych snach poprzedzających zmazy nocne. Nim wybrzmiały pierwsze takty przedwojennego Sex Appealu Hela znalazła się na środku pokoju. To, co ujrzałem zaparło dech w piersiach i zamarłem w fotelu nie mogąc wykonać żadnego gestu. Wyobrażam sobie, jaki miałem durnowaty wyraz twarzy.
Czarne szpileczki, nogi odziane w pończoszki w siateczkę (dziś już wiem, że to kabaretki), bielizna bardzo fikuśna i frywolna w kolorze czerwonym z czarnymi aplikacjami. Pamięć emocjonalna zarejestrowała i do dziś przechowuje wszystkie szczegóły.
Nie mam pojęcia ile to trwało, ale patrzyłem na bezdechu. Dopiero na końcu wypuściłem powietrze. Byłem oczarowany jej tańcem i kuszeniem.
– Boże w niebiesiech! – tylko tyle wydobyłem z siebie cały czas czując odrętwienie.
– Bo taniec jest subtelnym balansem pomiędzy ideałem a pięknem. To wszystko dla ciebie.
Czułem jej zjawiskowość i niepowtarzalność. Miała nade mną pełnię władzy, mogła zrobić ze mną wszystko. Podeszła, delikatnymi dłońmi ujęła moja twarz i pocałowała. Serce dudniło, trzewia trawił ogień, a ręce drżały, jak w delirium. Uświadomiłem sobie, jak bardzo mi na niej zależy i jak bardzo nie chciałbym jej stracić. Nie wiedziałem tylko, co zrobić, by zechciała zostać ze mną na dłużej... na zawsze. Jej twarz była przy mojej twarzy, patrzyła mi prosto w oczy. Drżałem chcąc tę chwilę zatrzymać, jak najdłużej. 
– Marian, jesteś mężczyzną mojego życia. Oświadczam się tobie i chcę wyjść za ciebie za mąż.
Poczułem, jakby coś obuchem łupnęło mnie między oczy, a końskie kopnięcie podcięło uda tak, że nie byłem w stanie się ruszyć. Wziąłem głęboki oddech i wyszeptałem:
– Przyjmuję. To dla mnie najpiękniejsza chwila.
Tydzień później, gdy przyjechałem z wizytą do jej domu, dopełniliśmy oświadczyn. Zrobiliśmy to bez świadków podczas spaceru wzdłuż jeziora. Hela wyjęła z puzderka moją obrączkę, pocałowała błyszczący krążek i nałożyła mi na serdeczny palec.
– Teraz jesteś mój... j na zawsze! – powiedziała – Nikt i nic tego nie zmieni.


/Marian/


Kopanie rowów melioracyjnych

czwartek, 3 stycznia 2013

Oświadczyny

W pierwszy dzień nowego roku doznałam szoku. Okazało się, że prawie od dwóch lat żyłam pod jednym dachem i spałam w jednym łóżku z dwoma mężczyznami. Nie, że tkwiłam w jakimś bezwstydnym trójkącie, czy innym związku-rozwiązku. Okazało się, że ten mój Marian chwilami był, jak doktor Jekyll i mister Hyde, choć nie w sensie morderczej patologii, żeby to było jasne dla wszystkich pliszek, ale  w sensie... bogactwa osobowości. Gdy to sobie uświadomiłam, a Marian wyszedł, ale już nie do Pana C. na piwo, jak dotąd miał w zwyczaju, lecz do samego siebie, przypomniało mi się wydarzenie sprzed lat, gdy byliśmy w fazie chodzenia ze sobą.
Spotykaliśmy się już kilka miesięcy, gdy nadeszły wakacje i pojechałam z nim do jego ciotki i wujka. Wujostwo wybyło na kilka dni, a my korzystaliśmy z uroków ich domu otoczonego bujną zielenią. Nieopodal było jezioro, ale nie mieliśmy czasu na korzystanie z jego uroków. Chciałam, by ten czas spędzony ze mną, był dla Mariana szczególny i niepowtarzalny. Poza tym bardzo chciałam w pełni otworzyć Mariana na siebie, bo momentami miałam wrażenie, że otacza go jakiś kokon i że jest bardzo zasupłany i zapętlony. Miałam z tym problem od samego początku, bo zawsze sprawiał wrażenie faceta niedostępnego. Nie należał do tych, którzy uganiali się za dziewczynami. To raczej one o niego zabiegały, a on tego nie zauważał i nie było w tym nic z pozy. On po prostu taki był, choć odkąd jesteśmy razem, zawsze skręcało mnie na myśl, że mógłby spojrzeć na inną. Tak mam do dziś i nic na to nie poradzę.
W drugi wieczór postanowiłam zagrać va-banque. Ustawiłam na ławie magnetofon marki Grundig i uruchomiłam kasetę z nagraniem przeboju Sex Appeal w wykonaniu Anny Jantar. Wcześniej ubrałam się w seksownie kabaretki kupione w Pewexie za bony towarowe PKO. Marianowi muzyka w tańcu nie przeszkadzała i nadal nie przeszkadza. Chciałam wystąpić przed nim, bo pragnęłam dać mu odczuć, że jest mężczyzną, dla którego stać mnie na wiele. Gdy stanęłam przed nim, a w powietrzu rozbrzmiały pierwsze takty, Marian zamienił się w słup soli. Oczy otwarte na oścież, jak wrota stodoły, zero mimiki i jakiegokolwiek ruchu. Istny manekin.
– Porażka! Na tego faceta nic nie działa – pomyślałam przerażona w skrytości ducha.
Czułam, że sztywnieją mi mięśnie nóg i ciała, ale postanowiłam walczyć do końca. Wybrzmiał ostatni dźwięk i zapadła cisza. Po chwili usłyszałam, jak Marian wypuszcza z płuc powietrze.
– Niesamowite! – wyszeptał z zachwytem. – Nie spodziewałem się tego się po tobie.
Jego twarz stawała się wyrazistsza i zaczęła nabierać kolorów. Oczami zaczął błądzić po moim ciele. Mierzył mnie od stóp do głów i pożerał wzrokiem.
– A już myślałam, że nie podobam się tobie w tańcu.
– Boże w niebiesiech! – jęknął – Jesteś cudowna... tak mnie zaskoczyłaś, że zamarłem.
Usiadłam obok niego. Objął mnie ramionami i mocno przytulił. Nie wiem, co mną powodowało, ale było to silniejsze niż cokolwiek, niż jakikolwiek konwenans, czy mniemanie na temat tego, co wypada, a co nie przystoi młodej dziewczynie. Dusza wrzeszczała muszę, bo się uduszę! Ujęłam jego twarz w dłonie, spojrzałam głęboko w oczy i pocałowałam.
– Marian – wyszeptałam z bliska – bardzo cię kocham, jesteś mężczyzną mojego życia. Chcę wyjść za ciebie za mąż, dlatego ci się oświadczam.
Chwycił moje dłonie i delikatnie, acz zdecydowanie odsunął. Czekałam na to, co  nastąpi. Nie wiedziałam, jak zareaguje i co powie. Cisza waliła obuchem w głowę, serce dudniło, jak dzwon. Czułam, że dłużej nie zniosę tej niepewności, gdy wreszcie wypowiedział tym swoim głębokim i bardzo męskim głosem:
– Heluś! To dla mnie najcudowniejszy moment w życiu. Przyjmuję!


/Helena/

wtorek, 1 stycznia 2013

Przebiegunowanie Pana C.

21 grudnia 2012 miał nastąpić koniec świata. Tak w każdym razie interpretowano wyczerpanie się dat w kalendarzu Majów. Koniec świata nie nastąpił, ale że coś nastąpiło to pewne. Sami Majowie wyjaśniali, że ta przemiana to ma raczej charakter duchowo-emocjonalny niż katastroficzny, jak chcieli to widzieć i jak opisywali wszelkiej maści sensaci. Pan C. doświadczył tego już podczas świątecznej wyprawy w okolice Złotej Góry. Nastąpiło coś w rodzaju zawieszenia praw fizyki w znanej mu rzeczywistości. Owszem, poradził sobie ze wszystkim, co go spotkało, a oskarżenia wyrażone ustami prokuratora obrócił w perzynę. Blogosfera opowiedziała się po stronie Pana C.
W pierwszym dniu nowego roku, przerzucając kanały telewizji, trafił na program dokumentalny o najpoczytniejszym grafomanie świata. Paul Coelho, bo o nim mowa, w ciekawy sposób opowiedział o swoim pisarstwie. Z całego programu najdonośniej pobrzmiewało wyznanie pisarza: We wszystkim, co piszę jest cząstka mnie, cząstka mojego życia. Swoim czytelnikom daję siebie. 
Coelho w tym, co i jak pisze, jest tak subtelny, że ulegają mu stateczne żony i matki, a nawet babcie. Niektóre dały publiczne świadectwo, jak choćby Werka, we wpisie pod wymownym tytułem UWIEDZIONA.
Coś nieodwracalnie zmieniło się w Panu C. Odczuwał dziwny niepokój, a może raczej rodzaj podekscytowania. Imperatyw, nad którym nie był w stanie zapanować, skłonił go do umówienia się na spotkanie z Marianem.
– Musimy sobie pewne sprawy wyjaśnić raz na zawsze – powiedział Pan C. – Nie jestem w stanie tego dalej tak ciągnąć. Trzeba wreszcie postawić kropkę nad "i".
Marian spojrzał wymownie na Pana C., pociągnął łyk piwa i delektował się jego smakiem.
– Nie patrz tak na mnie – fuknął nerwowo Pan C. – Dobrze wiesz, co mam na myśli.
– Może wiem, a może nie wiem...
– Udajesz i wcale mi nie ułatwiasz, a wiesz, że tego nie odpuszczę.
W słowach Pana C. pobrzmiewała wyczuwalna groźba, ale Marian puścił ją mimo uszu i wyzywająco patrzył mu prosto w oczy. 
– Mam dość udawania – powiedział Pan C.
– Ale ja niczego nie udaję – obruszył się Marian. – Przyszedłeś mnie obrażać?
– Maniek! Nic nie rozumiesz! Chodzi mi o to, że tak naprawdę zajmujesz moje miejsce przy Heli. Czytelnicy bloga gotowi pomyśleć, że Hela jest kobietą twojego życia, a nie mojego...
– Przecież to ty mnie wymyśliłeś, jako swoje alter ego! - podniósł głos Marian – a Hela przez wszystkie te lata nawet się nie zorientowała, że Pan C. i Marian są tożsami.
– Owszem, sam to wymyśliłem, ale dziś trzeba to zakończyć. Od dziś zwalniam cię. Teraz w sposób otwarty i jawny to ja będę Marianem.


Słońce