poniedziałek, 29 października 2012

Gra w feromony

Ponad trzydzieści lat temu Pan C. studiował z Jankiem Wróblewskim, przesympatyczny, uczynnym, ale lekko zakręconym studentem z niewielkiej wioski na Kujawach. Janek preferował specyficzny styl ubierania się i dbania o powierzchowność, ale z czasem wszyscy się do tej odmienności przyzwyczaili. Określony rodzaj i kolor ubrań, kroje koszul i używanej wody kolońskiej. Zwłaszcza ta ostatnia sprawiała, że z zamkniętymi oczami można było wyczuć jego obecność. Reszta kolegów używała produkowanego na licencji francuskiej brutala, a co zasobniejsi w bony towarowe PeKaO znaczyli się wodą old spice kupowaną w Pewexie.
Janek czasami wychodził do miasta w towarzystwie Mariana i Pana C. Obok akademika stał kiosk. Podeszli do niego i Janek poprosił dwie wody kolońskie o wdzięcznej nazwie przemysławka. Lubił mieć zapas tego specyfiku. Kioskarka podała, Janek postawił je na zewnętrznym parapeciku i sięgnął do portfela, by uiścić należność. W tym samym momencie wyrósł jak z podziemi nieogolony i wychudzony pracownik piątej zmiany. Chwycił jedną buteleczkę, odkręcił, przystawił do ust i w kilka sekund wyssał zawartość. Beknął donośnie, zakręcił i odstawił buteleczkę.
– Dziękuję! Tego mi było trzeba – powiedział z zadowoleniem do zaskoczonego Janka.

Powyższa historia wychynęła  z odmętów pamięci po tym, jak Marian opowiedział Panu C. o powrocie Heli ze szkolenia. Przekraczając próg domu nie nawiązała w żaden sposób do pliszek, przed którymi ostrzegała ukochanego, ale za to dostarczyła mu nowych wzruszeń.
– Stęskniłam się za tobą – wyszczebiotała radośnie. – Jak dobrze znów być w domu i blisko ciebie. Tęskniłeś za mną?
– Oczywiście – odpowiedział Marian z entuzjazmem.
– Tak czułam – skwitowała i dodała zaraz: – Mam nadzieję, że z Caddim nie wpadliście na jakieś idiotyczne pomysły.
– No coś ty! Tylko raz spotkaliśmy się na piwie.
– Ok, ok! – skwitowała i przeszła do tematu, który chciała z siebie wyrzucić jak najprędzej – A wiesz, że mam dla ciebie prezenciki?
– O! – zareagował Marian zastanawiając się jakąż tym razem niespodziankę zgotowała Hela.
Zrzuciła płaszcz i wygodnie usiadła na kanapie. Marian w tak zwanym międzyczasie przygotował kawę i podał Heli.
– Wiesz, Marian, ostatnio dużo słyszałam o feromonach...
– Sprawa feromonów jest niejasna, do końca nie przebadana u ludzi.
– Naukowo może nie do końca, ale w praktyce coś takiego istnieje – stwierdziła z charakterystycznym sobie przekonaniem – Występuje wiele feromonów, ale najciekawsze są dwa. Pierwsze to takie agregacyjne, nazywane też płciowymi. Służą do przywabiania płci przeciwnej. Drugie zaś to feromony antagonistyczne i służą do odstraszania konkurencji.
– Widzę, że nowinki to twoja specjalność. Co wyjazd to jakaś nowość – wtrącił Marian.
– Żadne nowinki, kochanie, ale praktyczne rozwiązania – perorowała Hela.
Mówiąc to otworzyła torebkę i wyjęła dwa flakony. Pierwszy zawierał wodę kolońską opisaną przez Pana C. w pierwszej scenie, drugi zaś był nieco mniejszy, subtelniejszy w wyglądzie i bez etykiety. Marian nie był w stanie zidentyfikować zawartości.
– Co to jest? – zapytał.
– Mój drogi – mówiła słodko Hela – ten mniejszy flakonik zawiera wodę, którą lubię i której będziesz używał tylko wtedy, gdy będziesz ze mną. Większy będziesz stosował wychodząc do pracy lub gdziekolwiek indziej... beze mnie. Ten właśnie zawiera taki feromon... antagonistyczny.
– A jak się nazywa ta twoja ulubiona woda?
– To moja słodka tajemnica – skwitowała Hela. – Nie chcę, by przyszło ci do głowy kupić ją  i używać  poza domem. Będę ją miała zawsze przy sobie.

Przemysławka V.S.O.P.

Appendix (2012-10-30 godz. 10:37)
A to propozycja  Wugusia - feromon antagonistyczny zawarty w "Prastarej"


sobota, 27 października 2012

O męsko-damskiej ornitologii słów kilka

Od jakiegoś czasu docierały do Pana C. sugestie, że powinien poinformować, co słychać u jego serdecznych przyjaciół. Tak po prawdzie to przyjacielem Pana C. jest Marian, natomiast Hela została przyjaciółką na zasadzie kooptacji. W życie Mariana wtargnęła przebojem, ale ona już tak ma. Jest niesamowicie dominująca, wszystko wie lepiej od Mariana, a gdy przez przypadek jest inaczej, to Marian i tak uznaje jej rację... na wszelki wypadek.
Jej zazdrość z czasów studenckich jest legendarna i ciągnie się z mniejszym lub większym natężeniem do dzisiaj. Marian próbował z tym walczyć i często szukał wsparcia Pana C., z którym obmyślali sposoby na Helę. Syzyfowe prace... walka z wiatrakami, to najbardziej wyrozumiała ocena tego, co udawało się im uzyskać w starciu z Helą. Don Kichot z La Manczy, przy całej swej nieporadności wspieranej przez sympatycznego Sancho Pansę, osiągał więcej.
Wszystkie kobiety, które w jakikolwiek sposób mogły się znaleźć tylko w zasięgu wzroku Mariana, miały w niej śmiertelnego wroga. Życzyła im wszystkiego, co najgorsze. Pan C. jakiś czas temu opisał tę sytuację we wpisie Tramwaj na Rapaka.
Kilka dni temu znów musiała wyjechać na trzydniowe szkolenie. Nie byłaby sobą, gdyby nie poczyniła Marianowi stosownych pouczeń na temat tego, jakie są inne kobiety i w jaki sposób powinien je postrzegać.
– Marian – zaczęła tym swoim złowrogim tonem – wyjeżdżam. Nie ufam tobie i temu twojemu kumplowi, Caddiemu...
– Co chcesz od Caddiego? – próbował oponować.
– Nigdy mnie nie lubił i nie akceptował, a później zawsze paktował z tobą przeciwko mnie.
– Przecież bardzo go lubisz!
– Tak, ale nie ufam! I tobie też nie ufam! Ciekawe, co znów wymyślicie, gdy wyjadę?
– Ooo! Znów się zaczyna – mruknął pod nosem Marian.
Zapamiętaj, że wszystkie baby to pliszki! – oznajmiła uroczyście niczym papież nauczający ex cathedra.
– Jakie znów pliszki? – żachnął się Marian.
– Najgorszy rodzaj kobiety to pliszka – perorowała Hela. – A pliszka to baba, która chce usidlić cudzego faceta.
– Znów zaczynasz, Hela! Czy kiedykolwiek dałem ci powód?
– Nie, ale nie ufam ci! A zwłaszcza tym pliszkom. One zawsze czyhają na cudzych mężczyzn i kuszą. Wy faceci jesteście słabi i ulegacie.
Nastała krótka chwila złowrogiej ciszy, którą przerwał nieśmiało Marian.
– Ale pliszki to... ptaki!
– Chcesz się kłócić ze mną? I proszę cie! Nie udawaj, że nie wiesz o co chodzi? Skoro mówię i spokojnie tłumaczę, że masz unikać pliszek, to nie zbaczaj na tematy ornitologiczne! 

Plik:White-Wagtail.jpg

czwartek, 25 października 2012

Fiat lux

Mrok, dżdżyste powietrze i jesień. Ponuro i ciemno, jak w sumieniu czekisty. To wszystko tuż za oknem. 
A w jego pokoju? Ruchomy płomyk świecy wypełniający ciszę i czas, który uległ zawieszeniu. Jakby tego było mało pod stopami plącze się przestrzeń złośliwie zakrzywiona przez Einsteina. Dostrzega ją i wypełnia tym, czego pragnie najbardziej... 



sobota, 20 października 2012

Żydówka z Toledo i GIDE

Piątek to dla ojca ukochanej córki szczęśliwy dzień. Oczywiście dla ojca, którym jest Pan C. O innych  ojcach trudno cokolwiek powiedzieć. Lądowanie na Ławicy przewidziane było na godzinę jedenastą. Aby zdążyć na czas Pan. C. wyruszył z domu o dziewiątej z zamiarem odebrania jeszcze z akademika dziecka płci właściwej, które dzień wcześniej było na jakiejś imprezie. Po wyruszeniu w drogę szczęśliwy ojciec uruchomił audiobooka. Była to Żydówka z Toledo, powieść napisana przez Liona Feuchtwangera. Rytm czytanych fraz wprawiał Pana C. w dobry nastrój, bo wczuwał się w losy króla Katalonii Alfonsa i Racheli, córki jego finansowego doradcy Jehudy. Wciągający opis namiętności, polityki i intryg rozgrywających się w okresie wypraw krzyżowych na przełomie XII i XIII wieku.
Z miłego nastroju wyrwał go dzwonek telefonu. Na ekranie wyświetlił się numer nieznany numer telefonu.
 Dzień dobry! – usłyszał miły kobiecy głos – Nazywam się Ewelina O. i dzwonię z głównej inspekcji doradztwa europejskiego (GIDE).
Pan C. niemalże wstał na baczność. Poczuł się jak Ryszard Milewskiprezes gdańskiego sądu, gdy zadzwonił do niego rzekomy pracownik kancelarii premiera. Na szczęście zapięte pasy i fakt, że jechał z prędkością około stu kilometrów na godzinę powstrzymały go przed nierozsądną czołobitnością.
– Czy mogę rozmawiać z osobą decyzyjną w firmie? – kontynuowała niewiasta świadoma tego, jakie wrażenie wywarła na rozmówcy, który jeszcze przez dłuższą chwilę nie mógł wydobyć z siebie słowa.
– Tak – odpowiedział Pan C. – w czym mogę pani pomóc?
– Nasza firma pomaga przedsiębiorcom prowadzącym jednoosobowo działalność gospodarczą w pozyskiwaniu funduszy wsparcia z Unii Europejskiej...
W tym momencie włączyła się Panu C. czerwona lampka, która natrętnie pulsowała przed jego oczami  Musiał na moment zwolnić, by nie spowodować wypadku. Po chwili ochłonął i na jego licu pojawił się chytry uśmieszek.
Pani opowiedziała, że załatwiają dofinansowania od 40 tysięcy do 1 200 tys., z tym tylko, że biorą prowizję 3%, ale dopiero po wpływie środków. W przypadku ubiegania się o dofinansowanie w wysokości powyżej 100 tysięcy można z nimi negocjować wysokość prowizji.
– Rzeczywiście – skwitował Pan C. – jesteście bardzo elastyczni, ale proszę mi powiedzieć coś więcej o tym funduszu.
Pani wyuczonymi zdaniami informowała o tym, że dofinansowanie można otrzymać na zakup maszyn, sprzętu specjalistycznego, nowe stanowiska pracy, wsparcie importu i eksportu, reklamę w internecie, specjalistyczne środki transportu, rozbudowę lub adaptacje budynku, oprogramowanie, e-biznes, środki trwałe oraz grunt pod budowę.
– Świetnie! – skwitował Pan C. – Więc przystąpmy do dzieła, bo rzeczywiście szukam dofinansowania.
– Współpracę zaczęlibyśmy od wysłania do pana kompletu dokumentów. Znajduje się tam sześciostronicowa ankieta ekspertyzy wstępnej (sic!!!). Wpisuje pan w niej dane swojej firmy, cel inwestycji oraz szacowany koszt, czyli to jaka kwota dofinansowania pana interesuje. Tak wypełnioną ankietę odsyła pan do nas i w ciągu trzech tygodni przygotowywana jest ekspertyza. Nasz analityk nakreśla wszystkie programy i działania, z których może pan skorzystać i które są dla pana najkorzystniejsze. Wybiera pan jedno z działań, podpisujemy umowę, piszemy projekt i składamy w pana imieniu do urzędu.
– Dobrze - zgodził się Pan C. – to proszę przysłać mi ankietę na mój adres mailowy.
– Niestety musimy wysłać to kurierem.  W przesyłce będzie ankieta i faktura proforma na dwieście złotych netto plus VAT. Razem dwieście czterdzieści sześć złotych.
– Wyślijcie mi fakturę elektronicznie, a po opłaceniu jej wyślecie mi ankietę tą samą drogą. Jest to znacznie wygodniejsze.
– Niestety mamy taką procedurę – powiedziała pani Ewelina O. – i musi to być w formie papierowej.
– Jedną rzecz mi proszę wyjaśnić: za co ta faktura?
– To forma kaucji zwrotnej [sic!!!], taka forma zabezpieczenia. Jeśli nie znajdziemy dla pana żadnego programu wtedy odsyłamy panu pieniądze.
– Szanowna pani - rzekł spokojnie Pan C. – każda opłacona proforma musi być w ciągu siedmiu dni  zamieniona na fakturę VAT. Ponadto, z tego, co mi wiadomo wszelkiego rodzaju kaucje nie podlegają fakturowaniu. Jest to niezgodne z przepisami dotyczącymi podatku VAT. Proszę mi powiedzieć, co będzie wpisane na fakturze w miejscu, gdzie jest opis usługi.
– Szczegółów nie znam, ale mogę się dowiedzieć.
– Nie przedłużajmy – powiedział Pan C. w pełni świadomy z kim ma do czynienia – przystąpmy do procedury, bo szkoda czasu.

Po zakończonej rozmowie zadowolony Pan C. włączył audiobooka i znów przeniósł się w czas wypraw krzyżowych do Alfonsa i jego umiłowanej Racheli. 


Postcriptum

W miniony piątek (26 bm.) do drzwi Pana C. zadzwonił kurier z przesyłką. Wiedziony ciekawością Pan C. sprawdził nadawcę. Okazuje się, że nazwa firmy w imieniu, której dzwoniła pani Ewelina O. to nazwa, której nie mógł namierzyć w CEIDG, a widoczna na kwicie nadania firma nie występowała w rozmowie z Panem C.. Przesyłki nie odebrał, bo aby móc sprawdzić jej zawartość musiałbym wyłożyć kwotę 246 zł. 

Moje pokrewne wpisy:

W internecie są dostępne informacje o podobnych wątpliwej jakości działaniach:

wtorek, 16 października 2012

Biblia Paulistów

Jeśli ktoś kiedykolwiek przeczytał informacje zawarte w profilu Pana C. to znalazł tam między innymi wątek mówiący, że ten bezwstydnie wadzi się z Najwyższym, w którego istnienie śmie wątpić oraz w wolnych chwilach zajmuje się amatorsko badaniem religii. Nie czyni tego z pozycji antyklerykalnych, bo taka postawa zawęża pole widzenia i wykrzywia obraz tego, co chciałoby się rozpoznać, ale robi to z pozycji otwartości i chęci poznania. Właśnie ten obszar aktywności Pana C. dostał niedawno świeży asumpt poprzez nabycie najnowszego tłumaczenia Biblii na język polski. Organizatorem i wydawcą tego przedsięwizięcia było Towarzystwo Świętego Pawła.
Pan C. czytał Biblię w wielu tłumaczeniach, ale TO wydaje mu się najbardziej zrozumiałe i najwierniej oddające przekaz zawarty w księgach oryginału. Język Biblii jest na tyle uwspółcześniony i wyzbyty hieratyczności* dotychczasowych tłumaczeń, że czyta się ją z przyjemnością. 
Znający Biblię wiedzą, że w oryginale hebrajskim (dotyczy to ksiąg starego testamentu) imię Boga JAHWE użyte jest 6828** razy i jest zapisywane w formie tetragramu יהוה (YHWH). Sami Żydzi na przestrzeni wieków uznali, że imię YHWH jest na tyle święte, że zaczęli je w wymowie zastępować synonimem ADONAJ (PAN), choć w zapisie nadal pozostawał tetragram.
Ostatnio Kościół katolicki wystąpił do episkopatów z sugestią, by wycofano z liturgii imię Jahwe, by być w zgodzie z tradycją żydowską. Dziwne to, ale prawdziwe. Sam zakaz Żydzi wprowadzili najpóźniej w I wieku po Chrystusie nad wyraz rygorystycznie interpretując drugie przykazanie dekalogu:  Nie będziesz wzywał imienia Boga twego, Jahwe do czczych rzeczy, gdyż Jahwe nie pozostawi bezkarnie tego, który wzywa Jego imienia do czczych rzeczy (Wyjścia 20,7 - BT***).
Biblia Paulistów wychodząc na przeciw tej tradycji, ale i chcąc zachować wierność oryginałowi rozwiązała problem tetragramu w następujący sposób:  tam gdzie występuje imię Boga JAHWE wstawia określenie PAN lub BÓG pisane w całości kapitalikami. Czytelnik w ten sposób od razu wie, gdzie w tekście oryginalnym użyto prawdziwego imienia Boga.


*Biblia Jakuba Wujka (1599) narzuciła pewną formę języka, ktora znalazło swoje odzwierciedlenie głownie w Biblii Tysiąclecia, ale i późniejsze tłumaczenia nie wyzwoliły się z tej zależności (Biblia Poznańska, Biblia Warszawsko-Praska).
** Tekst hebrajski Biblia Hebraica wg Rudolfa Kittela.
*** Biblia Paulistów oddaje ten fragment tak: "Nie będziesz wymawiał imienia PANA, twego Boga, bez szacunku, gdyż PAN nie pozostawi bez kary tego, kto wypowie Jego imię bez szacunku."

środa, 10 października 2012

Nasz pan

Klient nasz pan, ale my nie jego pieski.

Z tym powiedzeniem Pan C. po raz pierwszy zetknął się w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Pracował wówczas w dużej ogólnopolskiej firmie handlowej. Słowa te wypowiedziała w jego obecności pani Elżbieta, kobieta po pięćdziesiątce i z dużym doświadczeniem handlowym w centralach spółdzielni ogrodniczych, które do reformy Balcerowicza trzęsły rynkiem owoców i warzyw. Te czasy bezpowrotnie minęły, gdy tylko niewidzialna ręka rynku położyła się cieniem na wszystkim, co do tej pory było odgórnie regulowane i dogadane. Pani Elżbieta w powyższy sposób wyraziła przekonanie, że klient nie jest najważniejszy.
Przywołane na początku słowa Pan C. przypomniał sobie w dość dziwnych okolicznościach. Kilkanaście dni temu odwiedził nowo otwarty sklep spod znaku muszkieterów. Zakupów wielkich nie zrobił, bo tylko trzy kilogramy mąki i jedno wino. Podszedł do kasy i karnie stanął w kolejce. Był trzeci. Wyłożył zakupy na taśmę i czekał. W tzw. międzyczasie wyjął telefon, wysunął go na długość ręki, aby uzyskać stosowną odległość od szwankujących oczu i przeczytał SMS. Trwało to kilkanaście sekund, po czym telefon schował do kieszeni. Gdy przyszła jego kolej kasjerka wstała z fotelika, ostentacyjnie przechyliła się przez taśmę i zlustrowała wózek Pana C. Wzdrygnął się przez moment, a krew nieomalże się w nim zagotowała. Wytrzymał i nic nie powiedział.
Kasjerka - miała około dwudziestu pięciu lat - sprawnie przesunęła produkty nad czytnikiem, przyjęła pieniądze i wydając resztę powiedziała opryskliwym i pouczającym tonem:
 Na przyszłość proszę niczego w sklepie nie fotografować!
W pierwszej chwili Pan C. nie skumał, o co kaman.
– Czy może pani powtórzyć, bo nie zrozumiałem.
– Widziałam, jak czekając w kolejce robił pan zdjęcia komórką. Tego nie wolno robić w sklepie.
W tym momencie Pan C. nie zdzierżył.
– Odnoszę wrażenie, że pani się nieco zagalopowała  powiedział do kasjerki.
– Ja tylko grzecznie zwracam panu uwagę.
– Jest pani niegrzeczna...
– Ależ jestem bardzo uprzejma...
– Nie wydaje mi się, aby pani mniemanie było zgodne z prawdą – wycedził Pan C. – Najpierw ostentacyjnie zagląda mi pani do wózka, jakbym chciał coś ukraść, a teraz poucza mnie o zakazie fotografowania.
– Ale... 
– Pierwszy raz spotyka mnie taka impertynencja i brak szacunku dla klienta. Proszę o przywołanie kierownika.
– Niech pan nie blokuje kolejki  próbowała wywrzeć presję kasjerka.
– Mam czas, natomiast pani ma niepowtarzalną okazję, by mnie przeprosić.
Świadkowie zdarzenia poparli Pana C., a koleżanki z sąsiednich kas z uwagą śledziły przebieg zdarzenia.  Jedna z nich podeszła do kasjerki obsługującej Pana C. i wyszeptała jej coś na ucho. Słuchająca najpierw pobladła, by po chwili wystrzelić krwistym rumieńcem. Przytaknęła głową, jakby potwierdzała, że zrozumiała. Odwróciła się w kierunku Pana C., wstała i powiedziała:
– Moje zachowanie był niestosowne. Proszę przyjąć moje przeprosiny.


poniedziałek, 8 października 2012

Krople mobbingu

Był sobie człowiek. Szczęśliwy mąż, ojciec, dziadek i pracownik. Janusz miał na imię... było takie łagodne i nieagresywne w wymowie.  Pewnego razu na jego drodze stanął zły człowiek, który  jak pradawny wąż – postanowił zburzyć zastany ład i porządek. A jak wąż to i niewiasta, bo zło zawsze idzie w parze. Tak w każdym razie mówią pisma.
Janusz od kilkunastu lat pracował w tej samej firmie o regionalnym zasięgu. Firma posiadała kilkanaście stacji paliw, a Janusz był na jednej z nich kierownikiem. Znakomicie rozumiał się z załogą i  bezpośrednim przełożonym. zawsze dogadywali się i wspólnie rozwiązywali pojawiające się problemy. Nic nie wskazywało, że może może to ulec zmianie. Pewnego dnia właściciele firmy zmienili menadżera, który zaczął wprowadzać nowe porządki. Nowe, to znaczy takie, jakie uznał za wygodne i służące osobistym interesom.
Pierwsze kontrole stacji zakończyły się wysokimi karami finansowymi. Kierownik jednej z nich uniósł się honorem i nie przyjął kary w wysokości tysiąca złotych. Uznał, że drobne uchybienie, jakim był kurz w kąciku na jednej z półek, jest nadmierną dolegliwością. Złożył wypowiedzenie, które zostało niezwłocznie przyjęte. Na drugi dzień zastąpiła go dobra znajoma nowego menadżera.
Kilka dni później podobną karę otrzymał Janusz. Czuł jej niewspółmierność, ale nie zrezygnował z pracy. Dla potencjalnych pracodawców był w wieku niekoniecznie... atrakcyjnym. Braki w domowym budżecie uzupełnił pożyczką u znajomych. Liczył, że odpracuje to w kolejnych miesiącach.
Był totalnie zaskoczeny, gdy w ciągu kolejnych dwóch tygodni został dwukrotnie ukarany w ten sam sposób. Łączna wysokość kar znacznie przekroczyła jego miesięczną pensję. Sytuacja wywołała u niego silny stres, ale postanowił się nie poddawać. Uznał, że już nic złego się nie przydarzy, że limit życiowych doświadczeń został wyczerpany. Wziął pożyczkę w firmie, której nazwa kojarzy się z pastą do zębów. Oprocentowanie wysokie, ale nie widział innego wyjścia. Spłacił karę i postanowił pracować dalej. Zawsze był optymistą, ale zaczynał wątpić w siebie.
W następnym miesiącu menadżer zarządził kolejną drobiazgową kontrolę.
 Panie Januszu! – mówił z fałszywą troską – Wydawało mi się, że trzy kary finansowe nauczą pana rzetelności...
 Ależ, szefie  próbował bronić się Janusz  przecież drobne kurze i nierówno spięte faktury w niczym nie szkodzą firmie. Papiery i puste opakowania wyrzucone przez klientów obok kosza na śmieci staramy się sprzątać na bieżąco. Jesteśmy tylko ludźmi...
 Jestem perfekcjonistą i nie dopuszczam sytuacji, że jakoś to będzie lub że kiedyś było inaczej.
– Nikt nie jest w stanie spełnić pańskich oczekiwań  powiedział zdesperowany Janusz
– Ależ są tacy  powiedział menadżer. – Na przykład taka pani Kasia, która niedawno zastąpiła pańskiego kolegę. On wiedział, jak się zachować i złożył wypowiedzenie.
– Czy... tego samego oczekuje pan ode mnie? – zapytał drżącym głosem Janusz.
– Liczę na pańską inteligencję.
– Ale dokąd pójdę w moim wieku? Kto przyjmie mnie do pracy?
– Jest wolny rynek, więc coś pan znajdzie stosownie do marnych kwalifikacji. Powiem szczerze: nie widzę możliwości współpracy z panem.
– Dobrze, ale proszę nie oczekiwać, że sam się zwolnię  powiedział zdesperowany Janusz.
Menadżer spojrzał na Janusza z chytrym uśmieszkiem, odchylił się w fotelu i zastukał palcami o blat biurka.
– To się jeszcze okaże. Dziś dostaje pan ode mnie karę w wysokości dwóch tysięcy złotych.
Janusz nic nie powiedział tylko pobladł. Nogi się pod nim ugięły, skurczył się w sobie jeszcze bardziej, a serce waliło mu, jak dzwon. W ustach odczuwał suchość.

Kilka godzin później zaniepokojona żona zadzwoniła do stacji paliw. Nigdy się nie spóźniał, a jeśli coś mu wypadło to uprzedzał ja telefonicznie. Dowiedziała się, że wyszedł, jak zwykle o szesnastej.
Na drugi dzień rano znaleziono go nieopodal domu. Powiesił się na gałęzi. 
Późnym popołudniem nowy menadżer przekazał kierowanie stacją pani Kasi. 
Prywatnie była jego dyskretną znajomą.



wtorek, 2 października 2012

Córeczka tatusia

Bycie ojcem córki to nie lada wyzwanie dla każdego mężczyzny. W zasłyszanej opinii, z którą Pan C. zgadza się w całej rozciągłości, wygląda to tak, że ojcowie dzielą wszystkich mężczyzn na trzy grupy. Ot taka opisowa forma triady luźno nawiązująca do Heglowskiej tezy, antytezy i syntezy. Pierwsi inkryminowani to ci, którzy (1) dybią na cnotę tatusiowej córeczki, (2) drudzy w tej sprawie w ogóle nie są brani pod uwagę i (3) wreszcie ci, którzy kłamliwie zaprzeczają...
I ci ostatni są najgorsi.

___________
Postscriptum (dopisane po komentarzu Leny o godz. 15:20)
Nieodżałowanej pamięci Boguś, bliski i serdeczny przyjaciel Pana C., sprawdzony jako ojciec syna i znacznie młodszej córki, powiedział mu przed laty taką rzecz:
 Wiesz, Caddi, gdy Tomek zaczął się spotykać z dziewczynami, a niektóre z nich przyprowadzać pod naszą nieobecność do domu, to pomyślałem sobie Moja krew! Duma mnie rozpierała, jak cholera. Natomiast, gdy po kilku latach zaczęli przychodzić do Agnieszki różni tacy młodzieniaszkowie, to serce  zabolało. Pomyślałem: W szkodę mi włażą!