piątek, 29 czerwca 2012

Strażak piroman

Pan C. jest w wieku, że nic lub prawie nic go nie dziwi. To przywilej wieku i doświadczenia. Są jednak sytuacje, których zrozumienie przychodzi mu z najwyższym wysiłkiem. Dlaczego? To proste! Wystarczy sobie wyobrazić, że strażakiem, czyli osobą zaufania publicznego, zostaje piroman. Gdyby to głośno zostało podniesione to podniósłby się rwetes, nastąpiłoby głośne stukanie palcem w czoło i przywoływanie przypadków, gdzie pożar gasili ci, którzy... wcześniej celowo go wzniecili.

Wczoraj Pan C. po trudach dnia udał się do swego złotogórskiego lasu na spacer z kijami trekingowymi. Jakież było jego zdziwienie, gdy po trzech dniach nieobecności na skraju pojawiła się nowiuteńka tablica ostrzegawcza. No fajnie - pomyślał w pierwszej chwili - dobrze, że dbają o las i jego bezpieczeństwo. Podszedł bliżej, bo zaintrygował go podpis mówiący, że fundatorem tegoż znaku... fundatorem, czyli dobroczyńcą - tak należy to rozumieć - jest ni mniej, ni więcej tylko... Imperial Tobacco!!! W tej samej chwili Pan C. odruchowo sięgnął do kieszeni w poszukiwaniu paczki ulubionych papierosów. Niestety kieszeń pusta, bo zapomniał, że od prawie czternastu lat już nie pali.
Tym bezwiednym gestem uświadomił sobie, że znak nie tyle chroni, co prowokuje do palenia papierosów w miejscu, które ma być chronione. 

Rzeczywiście las jest zagrożony! I to bardzo, ale przez Imperial Tobacco.


środa, 27 czerwca 2012

Krewki ojciec

Pan C. opowiada wydarzenia, w których uczestniczył lub był tylko świadkiem. Czasami jednak dzieli się tym, co opowiedzą lub podeślą mu dobrzy ludzie.

W supermarkecie stała nieduża kolejka do kasy. Na taśmie przesuwały się miarowo produkty wykładane przez klientów. Jednym z nich był około czterdziestoletni mężczyzna, któremu towarzyszył siedmiolatek. Tuż przed nimi jakaś pani wyłożyła swoje produkty. Malec zwrócił uwagę na zielonożółty owoc i pokazując palcem zapytał:
Tato, co to jest?
— Limonka — odpowiedział ojciec
— A co to jest limonka? — dociekał syn.
— To taki owoc cytrusowy, jak cytryna, tylko mniejszy
— A czym się różnią?  dopytywał niestrudzenie donośnym głosem chłopiec.
— Wielkością i kolorem.
— A czym jeszcze?  wybrzmiało kolejne pytanie.
Dialogowi ojca z synem zaczęli z zainteresowaniem przysłuchiwać się stojący najbliżej kolejkowicze i kasjerka. To sprawiło, że mężczyzna odpowiadający na pytania syna stawał się coraz bardziej skrępowany  obecnością audytorium.
— Limonka jest bardziej... krewka  odpowiedział ojciec wskazując istotną w swoim mniemaniu różnicę pomiędzy limonką a cytryną.
— A co to jest "krewka"?
Tego ojcu było już za wiele i zdecydowanie uciął:
— Przestań już pytać! Nie możemy blokować kolejki. Później porozmawiamy. 

Zdjęcie ze strony
www.spizarnieponiatowskich.pl

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Rzeczpospolita kapliczkowa

Pan C. ma dystans do otaczającego świata. Można nawet powiedzieć, że Pan C. ma dystans do siebie samego... czasami. Jednak to, co dziś spotkało go nieopodal Konina było jak uderzenie pioruna, jak przeniesienie w inny wymiar. Pan C. poddał się wymuszonej okolicznościami metafizycznej projekcji i antycypował przyszłe doniesienia mediów z dominującego nurtu prawdy i słuszności:

Episkopat Polski - uznając za wielce prawdopodobny udział sił nadprzyrodzonych w przebiegu niektórych wydarzeń podczas Euro 2012, m.in. obrona karnego przez polskiego bramkarza Tytonia  - zamierza wystąpić do Stolicy Apostolskiej o zatwierdzenie nowego rodzaju przydrożnych kapliczek. Inicjatywa polskich kibiców ma duże szanse powodzenia, gdyż ma wsparcie kardynała Dziwisza. 
Teraz tylko czekać na zatwierdzenie przez Kongregację Kultu Bożego i pilnie wypatrywać zmian na rozstajach polskich dróg.



niedziela, 24 czerwca 2012

Pan C. lubi być tatą

Pan C. lubi być tatą, bo dziadkiem jeszcze nie było mu dane. Ale z tego, co mu wiadomo to wszystko przed nim tylko musi to jeszcze potrwać - znaczy się to czekanie na dziadkowanie. Nie ma wyjścia, bo zarówno Pierworodne Szczęście, jak i Dziecko Płci Właściwej zapowiedzieli, że nie spieszno im do uszczęśliwienia Pana C. w tak młodym wieku (sic!), że musi jeszcze trochę pożyć i... zasłużyć na takie wyróżnienie. 

W tej jasno zdefiniowanej i określonej sytuacji nie pozostaje mu nic innego, jak przyjmować życzenia z okazji dnia ojca. Lepszy rydz niż nic lub lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu.
W miniony szabas listonosz - przez niektórych nazywany doręczycielem - przyniósł list nadany z bardzo daleka. W tym miejscu trzeba potwierdzić, że królewska poczta lotnicza jest bardzo sprawna. W kopercie oprócz okolicznościowej kartki znajdowały się maleńkie serduszka i napisane odręcznie życzenia od Pierworodnego Szczęścia, których najistotniejszy fragment brzmi:
Chcę Ci tylko podziękować za to, że zawsze jesteś kiedy Cię potrzebuję.
Dziecko Płci Właściwej zadzwoniło około południa:
 Cześć tato! Dwie sprawy. Najpierw mniej ważna: kup dzisiejszą Rzepę...
 Dobrze!  potwierdził Pan C. przyjmując zlecenie.
 A druga to... Wszystkiego najlepszego z okazji dnia ojca!
 Dziękuję  odpowiedział wzruszony wylewnością syna.


czwartek, 21 czerwca 2012

O ignorantach

Pan C. ostatnio więcej podczytuje niż pisze. Wena musi czasami odpocząć. To dobra okazja, by podzielić się ciekawostkami znalezionymi u innych. Polityka, tak samo jak seks, jest dużą namiętnością człowieka i Pan C. w tych sferach nie odbiega od normy. Owszem ma dystans, szczególnie do polityki, bo w tej drugiej sprawie niekoniecznie. I dobrze. 
Śledząc publikatory - Pan C. czyni to umiarkowanie - często załamujemy ręce, że nasi rodzimi politycy są dyletantami i zajmują stanowiska tylko dlatego, że akurat tkwią w układzie. Wyobrażamy sobie i fantazjujemy wręcz, że gdzie indziej jest całkiem inaczej, dostojniej i prawiej. Czy ktoś pamięta odpowiedź ministra skarbu Wiesława Kaczmarka zapytanego o to, dlaczego Stanisław Dobrzański (działacz PSL) został prezesem Polskich Sieci Energetycznych (PSE)? Minister odpowiedział krótko i na temat: Staszek chciał się sprawdzić w biznesie?
A oto przykład z największej demokracji świata.
William Clarke aplikował w 1981 roku na stanowisko zastępcy sekretarza stanu (wiceministra spraw zagranicznych) w rządzie Ronalda Reagana. To podręcznikowy przykład ignoranta, który trafił na posadę rządową mimo żenującego dialogu, jaki się wywiązał podczas przesłuchania w senacie pomiędzy nim a senatorem Johnem Bidenem:

— Czy może nam pan powiedzieć kto jest premierem Republiki Południowej Afryki?
— Nie, nie mogę.
— A kto jest premierem Zimbabwe?
— Może bym odgadł... cóż...
— Jacy członkowie NATO wahają się czy przyjąć zmodernizowaną broń nuklearną na swoje terytorium?
— Nie jestem w stanie ich wymienić.
— Czy może pan powiedzieć, choćby na podstawie lektur prasowych, co się wydarzyło ostatnio w brytyjskiej Labour Party?
— Nie sądzę, bym mógł powiedzieć co się stało ostatnio w Labour Party...*



*dialog cytowany za Waldemarem Łysiakiem, Uważam Rze (10-06-2012)

czwartek, 14 czerwca 2012

Resentyment Pana C.

Do wtorku Pan C. był doskonałym przykładem mężczyzny, który nie interesował się sportem. "Był" to czas przeszły dokonany. Użycie tego czasu jest w tym przypadku jak najbardziej zasadne. Dlaczego? To proste! Dotąd Pan C. nie rozumiał o co tyle zamieszania i zgiełku, gdy dwudziestu dwóch facetów biega po trawie za jedną piłką. Przecież można pożyteczniej spędzać czas niż przyglądać się temu i na przykład wskoczyć na rower lub pobiegać w lesie. Korzyści z aktywności fizycznej bardzo wiele: dotleniony organizm, rozruszanie zwiotczałych mięśni, poprawa kondycji, dobra przemiana materii i poprawa... perystaltyki jelit (nie trzeba od razu wyjadać wszystkich śliwek).
Do godziny szesnastej nic nie wskazywało, by cokolwiek miało się zmienić w od-ćwierćwiecznym nastawieniu Pana C. do tego typu wydarzeń. Ale do czasu! Gdy tylko z włączonych przez Koleżankę Małżonkę masowych publikatorów zaczęły dobiegać doniesienia o przemarszu rosyjskich kibiców Pan C. zorientował się, że dzieje się coś niedobrego. Mówiono o symbolach i flagach nieistniejącego Związku Sowieckiego. Poczuł się, jak wtedy, gdy w mroźny grudniowy poranek na ulicach pojawiły się czołgi i wozy opancerzone. Déjà vu? Czyżby ktoś realizował podstępny atak na wolną Rzeczpospolitą? Z każda minutą, z każdym kwadransem Pan C. miał wrażenie, że nieunikniony jest wybuch wojny polsko-rosyjskiej. Zaczęły się odżywać wspomnienia, a resentyment wypełniał umysł i emocje, wręcz rozlał się na pokój, pełzał po dywanie i przesłaniał widzenie spraw we właściwych proporcjach. Zaczął intensywnie wyliczać: zabrali nam Wilno, Grodno, Lwów i kresy Wschodnie, a na dodatek w 1944 uraczyli nas manifestem PKWN*. A dzisiaj? Dzisiaj mogą dać nam łupnia podczas naszego EURO? Nie można do tego dopuścić!
W domu zrobiło się nerwowo. Pan C. wyszedł ze swojej izolatki** i laptopa przeniósł do salonu. Rozłożył go na dużym stole, ale tak by nie widzieć telewizora. Wolał uniknąć dodatkowych faktorów stresu. Napięcie było nie do wytrzymania. Koleżanka Małżonka zagryzała wargi i nerwowo wbijała paznokcie w poręcze fotela, by po chwili znów ściskać książkę, którą próbowała czytać dla odwrócenia uwagi.
 Wyłącz telewizor, bo zaraz coś mi się stanie  prosił zdesperowany Pan C.
 Wyciszę  zaproponowała.
 Wyłącz, później dowiemy się jaki wynik – błagał Pan C.
 Nie mogę  powiedziała  będę podpatrywać.
Pan C. nałożył słuchawki i postanowił słuchać muzyki, by zagłuszać dobiegające z telewizora odgłosy meczu. Zerkał znad laptopa na Koleżankę Małżonkę, która dzielnie starała się panować nad emocjami.


W trakcie meczu Pan C. podszedł do telewizora, tylko wtedy, gdy padły bramki. Zajęło mu to nie więcej niż trzydzieści sekund. Obejrzał też ostatnie pięć minut meczu. Dopingował biało-czerwonych, by dotrwali do końca.


Uff! Nie pokonali nas. Daliśmy odpór wschodnim hordom.
Polska! Polska!, Biało-czerwoni!


Zdjęcie z witryny: hipoteka.twojastancja.pl


*PKWN - Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego - atrapa polskiego rządu ustanowiona przez Stalina w Moskwie i całkowicie od niego zależna.
** Izolatka - 'osobistyczny' pokój Pana C., gdzie nikt poza nim nie ma wstępu.



wtorek, 12 czerwca 2012

Słynne ucieczki

Pan C. ma dobrze rozwiniętą pamięć emocjonalną i jest w stanie odtworzyć dawne zdarzenia i ich okoliczności z niezwykłą precyzją,  wręcz z odczuwaniem powiewu wiatru i smaku potraw. Gdy miał dwa, a może trzy lata zaczął uprawiać szczególny proceder, który w wersji dla dorosłych został zekranizowany blisko dziesięć lat później w serialu Słynne ucieczki (1972). Niestety jedyne co łączy oryginał z wersją filmową to słowo "ucieczki".
Dziadkowie Pana C.od czasu kryzysu lat trzydziestych mieszkali w niewielkiej wiosce Florentynowo, gdzie w gospodarstwie rolnym ulokowali resztki oszczędności i zasobów. Wioska była (i jest) oddalona o trzy kilometry od Ślesina. W sumie to niedaleko, ale dla kogoś kto ma dwa lub trzy lata to szmat drogi.
Kobiety w życiu Pana C. odgrywały bardzo ważką rolę. Była to oczywiście mama, siostra (zdecydowanie starsza) i babcia Stefania. Później do tego grona dołączyła o rok starsza dziewczynka o imieniu Violetta, która mieszkała w tym samym podwórzu (po krakowsku: polu), szczuplutka i drobna blondyneczka, której tata był ważnym zaopatrzeniowcem w miejscowym geesie*
W tym całym żeńskim układzie ważny był jeszcze mieszkający trzy kilometry od Pana C. ukochany dziadek Roman. Chcąc być bliżej dziadka Pan C. wielokrotnie podejmował próby samotnego dotarcia do Florentynowa. Większość wypraw była przerywana w połowie, gdy ojciec doganiał go rowerem i przywoził na ramie do domu. Ta skłonność malca sprawiała, że rodzice codziennie z samego rana sprawdzali zamknięcie furtek i bram, ale ten spryciarz znajdował zapomniane dziury w płocie od strony dużego ogrodu. Pewnego razu do eskapady namówił przywołaną wcześniej Violettę. Wszyscy przekonani, że dzieci bawią się w ogrodzie utracili czujność, a gdy nastała pora obiadu Pan C. docierał w jej towarzystwie do Florentynowa.
Dziadkom z wrażenia  ugięły się nogi, gdy zobaczyli dwoje malców. Wyprawa mogła zająć im około dwóch godzin, byli zmęczeni i głodni. Babcia z panią Józią (pomagała w gospodarstwie) posadowiły niespodziewanych gości w szczycie domu na deskach ułożonych w ławeczkę. Dostali kompot z wiśni, by ugasić pragnienie, a po chwili jagody polane gęstą wiejską śmietaną z cukrem. Siedzieli twarzami zwróceni ku zachodowi słońca i rozkoszowali się poczęstunkiem. Zmęczeni, ale szczęśliwi.
Cel wyprawy osiągnięty, rozkosz dla podniebienia, a smak i zapach jagód Pan C. czuje nawet w tej chwili, gdy pisze te słowa.

Ta sama droga do gospodarstwa (2007)




piątek, 8 czerwca 2012

Kłopot z nachalną uprzejmością

Większość chyba zetknęła się w marketach z wymuszonym uśmiechem na zmęczonej twarzy kasjerki i sakramentalną frazą: Dziękujemy i zapraszamy ponownie. Życzę miłego popołudnia! Czasami panie proponują jeszcze jakąś gazetę z programem telewizyjnym wydawanym przez sieć handlową. Podobne okoliczności i zachowania występują na stacjach paliw, gdzie płacąc za benzynę jest się atakowanym promocją jakichś słodkości, czy hot-doga.... brrrrrrrrr!

Pan C. nie jest maniakiem zakupów, ale czasami potrzebuje kupić sobie jakiś ciuch lub gadżet RTV-AGD. Kupowanie jest dla niego czynnością bardzo intymną i docenia, gdy sprzedawca czeka w pewnym oddaleniu. Lubi w samotności nacieszyć wzrok rzeczami, których i tak nigdy nie kupi.

Dzisiaj Pan C. zrobił zakupy w ulubionej sieci spożywczej POLOmarket. Wychodząc z wypełnionymi reklamówkami wszedł jeszcze do znajdującego się tuż obok sklepu ze sprzętem elektronicznym. Chciał zobaczyć, czy jest już dostępny Samsung Galaxy SIII, aby go dotknąć i przekonać się, czy jest wart zachodu. Stało się jednak coś, czego nie lubi i co bardzo go irytuje. Podbiegła do niego młoda - z jego perspektywy rzecz jasna - kobieta. Zastawiła Panu C. przejście jędrnymi piersiami  i podjęła próbę zawładnięcia jego wyobraźnią i decyzjami.
 Witam pana w naszym sklepie. Jestem do pańskiej dyspozycji. W czym mogę panu pomóc?
Ta denerwująca nachalność, która wtargnęła w jego prywatną przestrzeń spowodowała, że nie namyślając się wyciągnął reklamówki z zakupami w kierunku młodej damy. Ta kompletnie zaskoczona bezwiednie je wzięła.
 To miło, że chce mi pani pomóc - powiedział z chytrym uśmiechem. - Proszę potrzymać i popilnować moje zakupy, a ja tymczasem rozejrzę się po sklepie.





czwartek, 7 czerwca 2012

Pan C. lokuje produkt

Wczoraj Pan C. niechcąco chcący obejrzał fragment jakiegoś polskiego serialu, który był przerywany tym,  co najbardziej irytuje i wkurza: reklamami. Po wznowieniu emisji zauważył u góry ekranu napis: Film zawiera lokowanie produktu. Informacja mało znacząca i nie przeszkadzająca w oglądaniu, ale przynosząca krociowe zyski. W filmie pokazywane były marki samochodów, pijanej kawy, czy choćby nazwy sieci komórkowych.
Skoro oni mogą to i  Pan C. może lokować na swoim blogu wszystko, co mu się żywnie podoba. 
Jego miejsce, jego lokowanie produktów...



niedziela, 3 czerwca 2012

Devil Woman w tle

Przed czytaniem uruchom filmik youtube
znajdujący się u dołu wpisu.

Wpis będzie  krótki - może się uda - i nietypowy. Czasami trzeba pozwolić sobie na drobne dygresje i odskocznie, by nie wyjałowić uwagi odwiedzających to miejsce. Pan C. od czasu do czasu podróżuje w celach potocznie nazywanych służbowymi. I jak to bywa całkiem niechcący zdarza się mu wypatrzyć przy drodze coś ciekawego i wtedy zatrzymuje samochód, by użyć aparatu fotograficznego. Mniej lub bardziej udane efekty tych fotograficznych łowów są dostępne na blogu Caddicus Ante Portas. Ale dość dygresji, bo miało być krótko, a wyjdzie jak zwykle.
Maj i czerwiec to dobra pora na podróże, a widoki przyjemne i kojące dla oczu i ducha. Myśli swobodnie płyną, od czasu do czasu jakaś całkiem sensowna rozmowa w radiowej Trójce lub email na komórkę z dowcipami podsyłanymi przez życzliwych znajomych. Oto wybór trzech, które wywołały głośny i zagłuszający radio śmiech Pana C.:
Po 30 latach małżeństwa
Żona wróciła do domu z kliniki chirurgii plastycznej.
 Jak ci się podobam?
Mąż przygląda się jej uważnie i mówi:
 Hm! Jakby tu powiedzieć... Zrobili, co mogli.

Doniesienia reklamowe
Rozpoczęto produkcję VIAGRY LIGHT - nie stawia, ale ładnie układa w spodniach

Z życia studentów
Na egzaminie profesor instruuje studentów mających wypełnić test:
 Odpowiedzi zaznaczajcie ptaszkiem.
Głos z sali:
– A długopisem można?