czwartek, 31 maja 2012

Formuła 4.0


Pan C. korzysta z telefonu sieci Play od samego początku, to jest od marca 2007 roku. Co charakterystyczne dla osób spod znaku ryb wyboru dokonał pod wpływem impulsu, gdy okazało się, że dotychczasowy ulubiony dostawca usług nie ma zasięgu w miejscu, gdzie prowadził działalność gospodarczą. Pojawiające się oferty tego operatora skłaniają Pana C., by dzwonić od czasu do czasu na infolinię *600 lub odwiedzać salony firmowe. To ostatnie tylko dlatego, że nic nie jest w stanie zastąpić bezpośredniego kontaktu z konsultantem lub konsultantką. Dziś Pan C. natrafił na... konsultantkę i stąd ten wpis. 
Wszedł do salonu, by zapoznać się z ofertą dla firm reklamowaną jako Formuła 4.0. Zamiar to jedno, a wykonanie to drugie. Wszedłszy do salonu ponownie ujrzał reklamę tej formuły, która walnęła go po oczach w sposób widoczny na pierwszym zdjęciu. Trzeba przyznać bez bicia, że w tym momencie wszystko, łącznie ze szczegółami oferty, okazało się trzecio- i czwartorzędne. Ktoś by tu powiedział, że zramolały facet zobaczył młode cycki pod tiszertem i stracił kontrolę nad sobą. Otóż nie!!! Pojawił się zupełnie inny dylemat i to o charakterze czysto poznawczym. Pan C. z racji wieku, doświadczeń - taaaak to prawda - odróżnia rozmiary miseczek biustonoszy. Gdy wszedł do salonu i zobaczył na biuście opis formuła 4.0 zwątpił w swoja wiedzę i doświadczenie. Na szczęście przypomniał sobie Traktat o biciu monety autorstwa Mikołaja Kopernika. Ten, który wstrzymał słońce i ruszył ziemię objaśniał przyczynę spadku wartości pieniądza na skutek zbytniego dodawania miedzi przy produkcji złotych i srebrnych monet. 
Załączone zdjęcia pokazują istotę oszustwa, z jakim zetknął się Pan C., a Kopernik zyskał kolejne potwierdzenie swej monetarnej teorii.




wtorek, 29 maja 2012

Romantyzm Mariana

Marian i Hela stali się swoistego rodzaju punktem odniesienia dla relacji damsko-męskich, a zwłaszcza znakomitym narzędziem opisu związków mających staż dwadzieścia i więcej lat. Dla Pana C. małżeństwo Mariana z Helą to swoisty rodzaj zwierciadła, w którym ma okazję się przejrzeć. Niestety czasami musi przyznać, że nie zawsze jest ideałem, że o pewnych sprawach zapomina lub uznaje za nieistotne. A to błąd, o czym świadczy historyjka poufnie opowiedziana Panu C. przez Barnabę. Marian jakoś dyskretnie to wszystko przemilczał.
Kilka dni temu Hela z Marianem oglądali w telewizorni  tak mało absorbujący program, że od czasu do czasu rozmawiali o różnych sprawach.  W pewnym momencie Hela zagadnęła z wyrzutem w głosie:
– Marian, wiesz.... nie pamiętam już kiedy byliśmy w restauracji lub choćby w domu jedliśmy romantyczną kolację przy świecach. Dzieci nie było w domu i tylko ty i ja, my sami... Nastrój taki, że dech zapierało.
– No jak to kiedy, Heluś? Wczoraj jedliśmy kolację przy świecach...
– Wczoraj??? Wczoraj to nam po prostu prąd wyłączyli! Była jakaś awaria.
– Oj, Hela, czepiasz się szczegółów, jak... zawsze. Nie bądź taka drobiazgowa.
– Ty nic nie rozumiesz, Marian    skwitowała Hela i wyszła.
Historia lubi się powtarzać. Po chwili poduszka i kołdra Mariana były  ułożone w salonie na kanapie.





sobota, 26 maja 2012

Temat dla Hitchcocka

Ponad miesiąc temu Pan C. odebrał  SMS-a o treści, jak na zdjęciu poniżej. Wiadomość była adresowana do niejakiej Marioli, którą z oczywistych powodów Pan C. nie był i w żaden sposób do tego się nie poczuwał. Treść przekazu wydała się jednak na tyle intrygująca, że sfotografował ją, choć nie wiedział jeszcze w jaki sposób mógłby ją wykorzystać. Pomyślał przez moment, że mógłby w przyszłości uczynić ją przedmiotem wpisu na blogu.
Są bohaterowie: autorka SMS-a, Mariola, Janusz, dziecko (alimenty) i dyrekcja. Są realne problemy i odpowiednie napięcie. Coś w rodzaju tego, co kiedyś Alfred Hitchcock ujął w następujący sposób: film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć. 
Teraz tylko dopowiedzieć historię i napisać scenariusz. 

Kto pokusi się o podpowiedzi, jak wyglądała historia Marioli i Janusza?

Mariola! byłam dziś z Januszem w dyrekcji.
Pożyczki nie dostanie, bo nie ma kasy pożyczkowej, ale ma próbować o zapomogę.
Jutro mu to napiszę, ale obiecał mi, że 10 będzie z alimentami.
Musi dać, bo inaczej narobi sobie więcej problemów.





środa, 23 maja 2012

Invest-Lang - naciągacze z Tychów

Pan C. wydawał się do niedawna dość pewny, że w biznesie postępuje właściwie i nic nie jest w stanie go zaskoczyć. Ale jak to bywa z pyszną* pewnością siebie został ukarany. I to dwa razy. Pierwszą karę pominiemy, bo nie jest istotna, podajemy ją jedynie dla statystyki, druga zaś jest kluczowa dla poniższego wpisu. 
Jest prawdą znaną od lat, że nauka zawsze kosztuje... raz mniej, a raz więcej. Ale po kolei.
Dwa tygodnie temu Pan C. odebrał telefon od przesympatycznej pani, która zadzwoniła w imieniu firmy Invest-Lang z Tychów (www.invest-lang.pl). Pani Ziemba, bo tak się przedstawiła, powiedziała, że promuje fundusze europejskie wspomagające przedsiębiorczość. Sądziła, że Pan C. reprezentuje firmę, dla której pracował kilka lat wcześniej. Gdy jej wyjaśnił i powiedział, że aktualnie działa w innej branży odpowiedziała, że to żaden problem. 
 Proszę pana    mówiła z przekonaniem   fundusz, o którym mówimy umożliwia pozyskanie środków w wysokości do dwustu tysięcy złotych.
 Świetnie  odpowiedział Pan C. i zreferował wszystko, czym aktualnie się zajmuje.
 Znakomita branża! – powiedziała pani Zięba i zaraz dodała   Myślę, że oferta tego funduszu jest skierowane przede wszystkim na taką działalność. Powiem więcej: może pan poza niezbędnymi remontami i inwestycjami kupić z tych pieniędzy samochód nowy lub używany.
Słowo samochód sprawiło, że Panu C. zapaliła się na moment czerwona lampka, ale tylko... na moment.
– Co powinienem zrobić, aby uzyskać te środki  zapytał Pan C.  I najważniejsze, proszę powiedzieć ile to kosztuje i dlaczego tak drogo?
– Wystarczy, że zamówi pan u nas formularz zgłoszeniowy, który wyślemy pod wskazany przez pana adres. Opłata przy odbiorze 249 złotych brutto.
– A nie może to być drogą elektroniczną? Wystawią mi państwo fakturę i zapłacę...
– Mamy takie procedury uzgodnione z funduszem, że musi się to odbyć konwencjonalną drogą. Razem z przesyłką będzie pan miał podany kontakt do konsultanta, który działa na pańskim terenie.
– Ile kosztuje konsultant? - zapytał Pan C.
– Nic - odpowiedziała pani Ziemba reprezentująca firmę Invest-Lang z Tychów - to wszystko finansowane jest w ramach funduszu, a opłata ma charakter manipulacyjny.
– Dobrze – skwitował Pan C. – a ile czasu upływa od momentu podjęcia współpracy z konsultantem do otrzymania środków z funduszu?
– Maksymalnie trzy miesiące przy dobrym biznes planie.
Pan C. połknął haczyk. Sama rozmowa była znacznie dłuższa i pani Katarzyna Ziemba cierpliwie odpowiadała na szereg szczegółowych pytań utwierdzając go, że naprawdę reprezentuje unijny fundusz. Pan C. podał  jej dane firmy niezbędne do wystawienia faktury oraz adres dostawy. Teraz tylko należało cierpliwie zaczekać na przesyłkę i nawiązać kontakt z konsultantem.

Wczoraj do drzwi Pana C. zadzwonił kurier z DHL. Miał ze sobą przesyłkę z firmy Invest-Lang z Tychów. Potwierdził odbiór, zapłacił i po wyjściu kuriera usiadł w fotelu, by zająć się funduszem unijnym. Jakież było jego zaskoczenie, gdy w tekturowej kopercie znalazł dwie książki będące formą darmowych poradników, jakich pełno w Agencjach Rozwoju Regionalnego, i faktura wystawiona na zakup (sic!) "Pakietu 2 publikacji". W pierwszej chwili pomyślał, że książki to bonus i tylko zapomnieli dołączyć namiary na konsultanta i formularz, za który zapłacił. Chwycił za telefon, by zgłosić reklamację, ale żaden z telefonów nie odpowiadał. Za każdym razem włączała się automatyczna sekretarka. 

W tym momencie uświadomił sobie, że został  wprowadzony w błąd i oszukany.
C'est la vie. Wiedza kosztuje...

*pycha, pysznie...

Postscriptum - 2012-05-24
Internet ujawnia inne świadectwa na temat oszustów i naciągaczy z firmy Invest-Lang. Rok temu Gazeta Wyborcza Kielce niemalże moimi słowami opisała doświadczenie pana Marcina - Bestseler o dotacjach za 139 zł.


oszustwa, wyłudzenia

oszustwa, wyłudzenia


niedziela, 20 maja 2012

Dopóki ziemia kręci się


W południowy czas Pan C. stanął plecami do dworca PKP i spoglądał wzdłuż ulicy Dworcowej. Słońce prażyło niemiłosiernie, a czas jakby zatrzymał się w miejscu. W strumieniu mniej lub bardziej doniosłych myśli pojawili się Marian i Hela.  Pan C. zastanawiał się nad fenomenem ich związku, który miał okazję już wielokrotnie opisywać. Trwali ze sobą mimo nieprzystawalności temperamentów i charakterów.

W pewnym momencie w polu widzenia znużonego upałem Pana C.pojawiła się urocza wycieczka rowerowa. Kto wyznaczał kierunek i tempo jazdy? Jakoś nie zdziwiło Pana C., że to była Ona... typowa Hela.


niedziela, 13 maja 2012

Opasłość a fizjologia smaku

Pan C. ostatnio został przypisany do czeremchy, którą posadził w swoim ogrodzie przed dwunastu laty. Przywiózł ją z lasu otaczającego Złotą Górę. Wyrwana z naturalnego otoczenia znalazła miejsce blisko Pana C., który opiekował się jej wzrostem. Gdy zamieszkała w gliniastej glebie ogrodu była giętka i nieduża, miała raptem osiemdziesięsiąt centymetrów. Dziś jest wysokim na pięć metrów drzewem. Role się odwróciły i to ona opiekuje się Panem C., chroni go przed skwarem i zgiełkiem, daje wytchnienie strudzonemu ciału i myślom.
Niczym średniowieczny alchemik Pan C. podjął próbę odkrycia formuły, a może lepiej powiedzieć... receptury na życie z niutką nadziei. Najtrudniej zacząć, a jak się już zacznie to utrzymać systematyczność i konsekwencje w działaniu. Pan C. - zodiakalna ryba - ma z tym problem, ale jest świadomy tej ułomności. Dlatego jest jeszcze dla niego nadzieja.
Przed kilku dniami wpadła mu w dłonie, trzeba przyznać, że w dość szczególnych okolicznościach, książka o tytule, jakich wiele w dziedzinie kulinariów: Fizjologia smaku albo medytacje o gastronomii doskonałej. Niesamowita zawartość napisana prawie dwieście lat temu. Pan C. porażony bijącą z jej kart dosłowną zmysłowością, chciał ją wypożyczyć, by w spokoju i małymi kęsami smakować treść. Właściciel książki bez żalu się z nią rozstał po trzydziestu pięciu latach i podarował Panu C. Powiedział, że zna ją na pamięć.

Kilka dni później w skwarne południe Pan C. schronił się pod czeremchą. Otworzył egzemplarz podarowanej książki i poddał się nastrojowi:
Sztuką mięsa w rosole nazywamy kawałek wołowiny, który wkłada się do lekko osolonej wrzącej wody, aby powstał ekstrakt ze skład­ników rozpuszczalnych.

Rosół jest płynem, który otrzymujemy po dokonanym zabiegu.

Sztuką mięsa jest natomiast wołowina po­zbawiona składników rozpuszczalnych.Woda rozpuszcza wpierw część osmazomu; następnie albumin, który ścinając się poniżej 50 stopni Réaumura, tworzy pianę, usuwaną zazwyczaj; za czym pozostały osmazom wraz z sokiem: wreszcie nieco osłony włókien, któ­re oderwały się podczas wrzenia.

Ażeby otrzymać dobry rosół, trzeba wodę grzewać powoli, by albumin nie ściął się wewnątrz; proces wrzenia powinien być ledwo dostrzegalny, w ten sposób bowiem rozmaite składniki, które rozpuściły się stopniowo, mogą się połączyć ściśle i bez przeszkód.

Do rosołu dodaje się jarzyny albo korzenie dla zaostrzenia smaku oraz chleb czy makaron, aby był bardziej pożywny; taki rosół na­zywa się zupą.

Zupa jest pożywieniem zdrowym, lekkim, sycącym i stosownym dla wszystkich; działa korzystnie na żołądek i przysposabia go do przyjęcia innych potraw oraz do trawienia. Osoby, którym zagraża opasłość, powinny spo­żywać rosół bez żadnych dodatków.

Panuje powszechne mniemanie, że tak dobrej zupy, jak we Francji nie jada się nigdzie; podróżując mogłem się przekonać o tej praw­dzie. Nic w tym dziwnego: zupa jest podstawą narodowego posiłku francuskiego i doświad­czenie wieków musiało doprowadzić ją do per­fekcji.
Anthelme Brillat-Savrin, Fizjologia smaku, s. 37-38 

Współczesna wersja "Fizjologii smaku"
TALERZ POŻYWNEJ ZUPY

piątek, 11 maja 2012

Dziękuję


Pan C. od czasu do czasu odkurza zakamarki pamięci, te przedziwne pudełeczka, w których poukładane są zdarzenia i sytuacje z bliższej i dalszej przeszłości. Dziś na przykład wydobył spod warstwy kurzu początki szkoły podstawowej, gdy chodził do klasy pierwszej "B". Troje kolegów jest już po drugiej stronie życia. Najwcześniej odeszła Hania... miała szesnaście lat. Kilkanaście lat później Danka. I wreszcie Zbyszek nazywany Bolcerem. Najzdolniejszy matematyk w klasie.

Było to na dwa lata przed kresem rządów Gomułki. Drugi z klasowych Zbyszków był podczas lekcji prowadzonej przez wychowawczynię dość rozgadany. Dwukrotnie zwrócona uwaga nie powstrzymała go od rozśmieszania kolegów siedzących w ostatnich ławkach.
– Zbyszku – zwróciła się do niego zdecydowanie pani – podejdź natychmiast do tablicy.
W klasie zapanowała cisza i wszystkie oczy zwróciły się z zaciekawieniem na kolegę. Ten zaskoczony stężał. Podniósł się powoli się z ławki, ale nadal tkwił w miejscu.
– Podejdź, nie ociągaj się  ponaglała nauczycielka.
Wyszedł i stanął na środku sali. Nauczycielka wzięła długą drewnianą linijkę. Wyciągnęła lewą rękę w kierunku Zbyszka, który machinalnie podał prawą dłoń zwróconą wewnętrzną stroną ku górze. Chwyciła delikatnie jego palce i zamachnęła się. Gdy spadająca linijka zbliżała się do jego dłoni wyszarpnął ją i było słychać tylko świst przecinanego powietrza. Zezłościło to wykonawczynię kary i powtórzyła manewr. Wyciągnęła rękę, Zbyszek podał swoją, wzięła mocny zamach, Zbyszek wyszarpnął dłoń, linijka przecięła powietrze i... trafiła nauczycielkę w udo.
Na jej twarzy pojawił się grymas bólu i złości. Zbyszek pobladł z przerażenia.
– Podaj dłoń – wycedziła nauczycielka.
Zbyszek, sparaliżowany strachem i zrezygnowany podał dłoń. Nie próbował się wyrywać, gdy wściekłe razy spadały z góry. Było ich pięć, a może osiem. Po wszystkim odwrócił się i ruszył w kierunku ławki.
– Wróć! - krzyknęła nauczycielka.
Przerażony, że będzie ciąg dalszy patrzył na oprawczynię.
– Co się mówi??? – zapytała nauczycielka.
– Dziękuję - odpowiedział pospiesznie Zbyszek.


Klasa I "B", Ślesin, 1968

niedziela, 6 maja 2012

Jajecznica po męsku

Jest takie przekonanie, że mężczyźni są lepszymi kucharzami niż kobiety. Nie wiadomo ile w tym empirii, a ile mitu mającego podbudować i podtrzymać chwiejące się męskie ego, ale Pan C. zgadza się z tym w całej rozciągłości. Kobiety prowadzą kuchnię, bo taką rolę narzuciły  im warunki, konwenans, czy cokolwiek innego, co można uznać za jakieś tam wyjaśnienie.

W końcowej fazie rządów nieboszczki partii - niesłusznie nazywanej robotniczą - gdzieś około 1988 roku Pan C. miał okazję poznać Janusza Korwin-Mikke. W tym czasie Korwin dystrybuował liberalny kwartalnik Stańczyk i objeżdżał kraj wygłaszając odczyty. Podstawowym asumptem do organizowania z nim spotkań było prowincjonalne zainteresowanie nieuchronnym upadkiem realnego komunizmu. Jedno z takich spotkań odbyło się w Koninie w parafii świętego Wojciecha, która dawała schronienie nielegalnej wówczas Solidarności
Po spotkaniu Tomasz, kolega Pana C. z czasów licealnych - wówczas czynny archeolog, dekadę później minister łączności w rządzie niesławnej pamięci AWS - zaprosił na kolację pana Janusza i kilku kolegów. Dyskusja na tematy bieżące i przyszłe trwała w najlepsze. Wszystkiemu sprzyjał dobry klimat domu gospodarza, gość oraz spore zasoby dobrego wina, którego miłośnikami byli obydwaj panowie.
Nie warto przytaczać wątków politycznych, bo te są nudne i minione. W każdym razie wyobrażenia, jak będzie przekształcać się Polska po odejściu komunistów w żaden sposób się nie sprawdziły. Natomiast całkiem marginalna wypowiedź Korwin-Mikkego na temat umiejętności kulinarnych mężczyzn, a w szczególności przepis, jak przyrządzić prawdziwie męską jajecznicę, utkwił w pamięci Pana C. na zawsze. I co najważniejsze... jest praktykowany do dzisiaj.

Ćwiczenia praktyczne w kuchni Pana C.

Produkty na dwie osoby:
  •  3 jaja
  •  1 cebula
  •  1 pomidor
  •  1 duży plaster szynki
Wybić jaja do miseczki i odstawić na bok.
Cebulę przeciąć na połowę i pokroić na półplastry. Zeszklić na patelni.
Szynkę pokroić w kosteczkę i dodać do zeszklonej cebuli i smażyć na wolnym ogniu.
Pomidora pokroić w kostkę i rozsmażyć do odparowania wody.
Dodać cebulę i szynkę do pomidora i smażyć 10 minut na małym ogniu .
Na końcu dodać jaja i smażyć do uzyskania pożądanej konsystencji
Dodać sól i pieprz do smaku.
Podawać na dużym talerzu z ogórkami małosolnymi i chlebem.

piątek, 4 maja 2012

Postawa kucająca




Pan C. ma określony stosunek do religii katolickiej i z racji tegoż stosunku nie wchodzi jej w drogę, bo i po co. Są jednak w życiu sytuacje, gdy powinności rodzinne wymagają pojawienia się w miejscach publicznego praktykowania wiary przez katolików. Przebywanie w tych miejscach to wyraz jego otwartości i tolerancji. Można przyjąć, że w tej materii należy go uznać za rodzaj wzorca z Sèvres dla feministek, antyklerykałów, ateistów, homofilów, demokratów, zwolenników zamachu smoleńskiego, czy choćby katolików.

Okoliczności skłaniające Pana C. do pojawienia się w kościele lub jego otoczeniu są cztery: chrzciny, ślub, pogrzeb i... odpust w miejscowości G. O ile trzy pierwsze powody nie budzą wątpliwości to wyjaśnienia wymaga ostatni. Otóż odkąd Pan C. popełnił małżeństwo stało się jasne, że zaakceptował pewne rytuały praktykowane w rodzinie Koleżanki Małżonki, a odpust w w miejscowości G. należał do jednego z nich. Taka sympatyczna i miła okazja do corocznych spotkań rodzinnych. Wszystko zawsze zaczyna się od mszy odpustowej. Dla Pana C. nie jest to problemem. Skromnie staje z boku i pozwala myślom swobodnie wypełniać czas.

Wczoraj, gdy Pan C. znalazł się w opisanej powyżej okoliczności, przypomniały mu się słowa wypowiedziane przez premiera Donalda Tuska, że posłowie jego partii nie będą klękali przed biskupami. No i masz babo placek! Pan C. patrzy, a tu zaraza nieklęczenia rozlała się na lud boży. Jak widać poniżej upowszechniła się postawa kucająca i Pan C. nawet przez moment pomyślał, że wierni posłuchali Tuska. Z błędu wyprowadził go zaprzyjaźniony bloger z Brazylii. Po zobaczeniu zdjęcia skwitował: takie to są skutki pokazywania w tv filmów o Indianach z Boliwii...

Postawa kucająca

Wsparcie dewocyjne

Wsparcie dewocyjne cd.