niedziela, 29 kwietnia 2012

Przyjaciel mężczyzny

Poczucie humoru jest darem i zarazem wymierną ilustracją osobowości człowieka. Pan C. im bogatszy w przeżyte lata, tym więcej takich obrazów nosi w sobie. Do wiodących obiektów jego obserwacji należą Marian i Hela, którzy są klinicznym przypadkiem wszystkich możliwych sytuacji i relacji pomiędzy kobietą a mężczyzną. Czasami Pan C. zastanawia się, czy nie powinni być poddani szczegółowym i specjalistycznym obserwacjom socjologicznym.
Wczoraj na przykład Marian zadzwonił  do Pana C.
– Cześć! Moglibyśmy się dziś spotkać? – zapytał takim tonem, który wzbudził niepokój Pana C.
– Tak, ale czy coś się stało?
– Nie! Nic szczególnego, ale mam do pogadania – odpowiedział Marian.
To wystarczyło, by Pan C. uznał, że sprawa nie cierpi zwłoki i jest poważna. Okoliczności  były sprzyjające, bo Koleżanka Małżonka Pana C. była u swojej siostry. Faceci czasami powinni mieć okazję porozmawiać w cztery oczy bez udziału osób trzecich, a zwłaszcza kobiet.
Marian przyszedł około osiemnastej. Pan C. wprowadził go do ogrodu, gdzie usiedli w cieniu dorodnej czeremchy przytarganej z lasu przed dwunastu laty. Marian postawił na drewnianym stole cztery schłodzone piwa.
– Powiedz zatem w czym rzecz – zwrócił się Pan C. do Mariana.
Ten westchnął, pociągnął łyk piwa i spoglądając w kierunku Pana C. powiedział:
– Wiesz, że z moją Helą jest niedobrze. Od trzech dni nie odzywa się do mnie i śpię w salonie.
– Maniek!!! Coś ty znowu wywinął???
– Nic takiego – odpowiedział niezbyt przekonująco Marian.
Pan C. już wiedział, że stało się coś, co Helę bardzo wzburzyło.
– No bo to było tak – zaczął niepewnie. – Wiesz dobrze, że Hela nie ma za grosz poczucia humoru.
– Bez przesady – uciął Pan C. – Znam Helę od ponad trzydziestu lat...
– To prawda, ale nie zawsze się śmieje z moich dowcipów – narzekał Marian.
– Może nie potrafisz opowiadać? - skonstatował Pan C. – Ale dość o tym! Powiedz lepiej, co tak wzburzyło Helę?
– Opowiedziałem jej dowcip i obraziła się.
– Nie rób sobie jaj – powiedział Pan C.
Marian spojrzał błagalnie na Pana C., na szklankę piwa i znów na Pana C.
– To było tak - zaczął tonem wyznania. 
Opowiedział, jak to w pracy usłyszał dowcip, który tak go rozbawił, że po powrocie do domu postanowił  go opowiedzieć. 
– Heluś - powiedział witając się z żoną – świetny dowcip słyszałem.
– Tak? Ciekawe jaki? - odpowiedziała Hela z umiarkowanym zainteresowaniem.
– No, więc dowcip polega na udzieleniu odpowiedzi na pytanie Kto jest najlepszym przyjacielem mężczyzny? Pies, a może kobieta? 
– No i jaka jest właściwa odpowiedź?  w głosie Heli usłyszał złowrogi ton.
– Trzeba to sprawdzić – powiedział Marian. Najprościej to i psa i żonę zapakować do bagażnika auta i po dwóch godzinach jazdy otworzyć. Wtedy okaże się kto bardziej cieszy się na nasz widok. 
– To nie było śmieszne, Marian    skwitowała Hela i wyszła.
Po chwili poduszka i kołdra Mariana były  ułożone w salonie na kanapie.


WERSJA AUDIO



czwartek, 26 kwietnia 2012

Rodzice

Pan C. lubi przedwojenny slogan reklamowy Cukier krzepi! Dowcipnisie ułożyli ciąg dalszy i całość brzmiała Cukier krzepi! Wódka lepiej! Autorem sloganu był Melchior Wańkowicz. Nie wiadomo dlaczego akurat to przyszło na myśl Panu C. w sytuacji, gdy chciał opowiedzieć o pewnej obserwacji poczynionej na stacji paliw. Bardziej stosowne byłoby powiedzenie Podróże kształcą. Ale cóż, na skojarzenia i swobodę myśli nie ma mocnych. 

Pan C. korzysta z takiego ustrojstwa, jak samochód i od czasu do czasu zmuszony jest stawić się na stacji paliw, by uzupełnić zbiornik z benzyną. Wczoraj też tak było. Po zatankowaniu czekał w kolejce do kasy. Przed nim stał mężczyzna, który potrzebował fakturę. Obsługująca go pani po wypełnieniu danych zapytała:
 Czy wpisać także numer rejestracyjny pojazdu?
 Tak, proszę  odpowiedział klient.
 Proszę podać numery...
 PKN 89MT
Mężczyzna wypowiedział słowa tak niewyraźnie, że poproszono go o powtórzenie. Nic to nie dało.
 Może pan będzie wypowiadał imiona jako odpowiedniki liter? To nam ułatwi wystawienie faktury.
 Dobrze  odpowiedział mężczyzna i kontynuował  P... jak Paweł, K... jak Karol, N... jak Norbert, osiem, dziewięć i...
 Tak... zanotowałam. Proszę dalej.
 I jeszcze... M... jak mama i T... jak tata!  dopowiedział kierowca.



niedziela, 22 kwietnia 2012

Warzenie zupy


Temat bocianów sprzed pięćdziesięciu lat na tyle pobudził wyobraźnię emocjonalną bywalców tego bloga, a i samego Pana C., że należałoby dorzucić jakieś wspomnienie. Chodzi w gruncie o to, żeby nie zakończyło się zarzutami, że oto ciemnogrodzianie w czasach Gomułki wciskali dzieciom bajania, miast promować właściwą i nowoczesną edukację seksualną. Niestety nie było wtedy jeszcze Michaliny Wisłockiej, znaczy się była, ale nie była nagłośniona tak, jak w latach siedemdziesiątych, gdy promowała swoją Sztukę kochania. Ale przecież nie o edukację seksualną chodzi. Ot, takie zagajenie przed przejściem do właściwego wątku.

Marian i Hela palili papierosy od zawsze. Kiedyś - zwłaszcza podczas studiów - był to wyraz swobody i luzu, jakiejś nonszalancji. Pan C. też wówczas palił, więc rozumie, jaką przyjemność daje pierwszy mach. Dreszczyk przyjemności docierający do czubka uszu, rozchodzący się po karku i potylicy tak, że włosy zaczynają się jeżyć... ehhh!
Hela była łaskawą urodzić Marianowi dwóch synów, ale traf sprawił, że po kilku latach bocian przyleciał do niej po raz trzeci. Z tym trafem to może nie do końca prawda, bo jak to mówią człowiek strzela Pan Bóg kule nosi. To tak w ramach wyjaśnienia, że wiemy o co chodzi.
Przyzwyczajenie i przyjemność palenia to jedno, natomiast odpowiedzialność za bocianią przesyłkę do drugie. W domu Heli i Mariana całkowity zakaz palenia dla wszystkich, także dla Mariana. Chodziło z jednej strony o czyste powietrze, z drugiej zaś, by zapach dymu nie prowokował Heli. Bardzo źle znosiła sytuacje, gdy czuła dolatującą smużkę papierosowego dymu. Katorga i cierpienie nie-do-zniesienia. Kto poznał smak palenia ten wie o czym mowa.
Pewnego razu ten głód nikotyny dopadł Helę w ciągu dnia i był tak dojmujący, że wracając z pracy wyzbierała wszystkie pety napotkane na chodniku i przystankach. Było tego objętościowo tyle, co kilogram mąki poznańskiej. W domu była sama. Napełniła czterolitrowy garnek wodą i włączyła gaz. Gdy woda zaczęła wrzeć dosypała zebrane pety. Wywar przybierał barwę ciemnobrązową. W powietrzu unosił się niesamowicie przyjemny aromat. Dziwiła się, dlaczego wcześniej nie wpadła na tak prosty i genialny pomysł. Wzięła drewnianą łyżkę i z rozmysłem mieszała zawartość garnka. Nie mogła się doczekać końca. Po kwadransie wyłączyła kuchnię. Wazówką nalała przygotowany wywar do ulubionej miseczki. Usiadła przy stole, pochyliła się nad parującym talerzem, nozdrzami wzięła głęboki oddech, nabrała łyżką zawiesinę wywaru, podniosła do ust i...

Ostry dźwięk budzika przerwał degustację.



poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Dawkins się myli


Pan C. czasami podróżuje po polskiej krainie i chcąc nie chcąc coś wrazi się w jego umysł i nie daje mu spokoju. No, niektórzy tak mają, że nie przestaną dopóty dopóki nie wypakują z tego pudełeczka w głowie wszystkiego, co tam się kotłuje. W minionym tygodniu Pan C. zauważył przylatujące z ciepłych krajów bociany, które zaczęły zasiedlać opuszczone jesienią gniazda. Nic nadzwyczajnego, gdyż dzieje się tak od niepamiętnych czasów. Bezwiednie uruchomił pamięć emocjonalną, która przeniosła go w czasy, gdy zaczynał dociekać skąd się wziął na tym najlepszym ze światów. 
Miał trzy, a może cztery lata, gdy będąc w odwiedzinach u dziadków, zadał fundamentalne pytanie: 
– Mamo, skąd się wziąłem?
Wzbudził konsternację dorosłych, ale ukochany dziadek Pana C. przejął inicjatywę i powiedział:
– No, jak to skąd? Przecież wszyscy wiedzą, że dzieci przynoszone są przez bociany.
– Przez bociany? – zdziwił się malec. – A skąd one biorą dzieci?
– Z Afryki – powiedział dziadek w sposób nie budzący wątpliwości.
W tym momencie Pan C. zamilkł, ale tylko na chwilę, by zaraz dopytać dziadka:
– A skąd bociany wiedzą komu przynieść dzieci?
– Pisze się do nich listy – wyjaśnił dziadek. – Podaje się, czy chce się chłopca, czy dziewczynkę i bociany przylatują pod wskazany adres.
Wyjaśnienie na tyle zaintrygowało Pana C., że słuchał z otwartymi z wrażenia ustami, a oczy zrobiły się okrągłe jak siedmiozłotówka.
– Ciebie na przykład bocian wrzucił przez komin, dlatego masz takie czarne włosy. Natomiast Ewę (to kuzynka Pana C.) zostawił w kapuście.
Ta dawka wiedzy na temat pochodzenia dzieci, ich karnacji oraz tego czy są brunetami, czy blondynami była tak obszerna i pełna, że Pan C. o nic więcej już nie pytał. Musiał to wszystko przetrawić.

Blisko pięćdziesiąt lat minęło od tej rozmowy, a Pan C., gdy tylko widzi bociany smutnieje. 
Dorosłość i zgromadzona wiedza odarły go z pięknej wiary w moc sprawczą bocianów. Nie ma miejsca dla skrzatów pomagających w gospodarstwie, nie ma przestrzeni dla sierotki Marysi, czy krasnoludków.
Teraz dominują w opisie świata i człowieka różne teorie naukowe, Darwin, Dawkins, ewolucje, rewolucje, czy choćby kopulacje...
I komu to wszystko przeszkadzało?





środa, 11 kwietnia 2012

Popas

Mówią, a nawet śpiewają, że dziś prawdziwych cyganów już nie ma. Może to i prawda, ale są i wśród braci Polan tacy, którzy jak ongiś pochodzący z Indii lud, przemierzają Polskę wzdłuż i wszerz. A że czasem trzeba zatrzymać się i odpocząć po trudach podróży to nie pozostaje nic innego, jak zatrzymać konie (mechaniczne) na popas*.
Widząc to, co poniżej można skrytykować rząd za niewystarczającą szerokość poboczy, czy brak  koszy na śmieci. Jedno jest pewne, że działania rządzących zawsze będę słuszne i najlepsze z możliwych, zaś krytyka ze strony opozycji pryncypialna i zasadna.


Konie na popasie

Przydrożne kosze na śmieci


*Popas - daw. «zatrzymanie się w drodze dla nakarmienia koni i odpoczynku» (Słownik Języka Polskiego)