niedziela, 29 stycznia 2012

Nowa teoria wojny

W latach osiemdziesiątych Pan C. zmuszony był w ramach obowiązkowych zajęć dla studentów uczestniczyć w studium wojskowym. Udział w tym ważnym dla obronności kraju szkoleniu był okazją do poznania wybitnych postaci ludowego wojska polskiego. Jeden z nich w stopniu majora starał się przekonać nieświadomych niczego studentów, że wojna i sprawy wojskowe to wybitna nauka, która wymaga inteligencji i szerokich horyzontów. Wykazywał, że wojna jest nieodzowną składową polityki, a za autorytet przywołał... pruskiego generała i teoretyka wojny Carla Philipa Gottlieba von Clausewitza (1780-1831), którego twierdzenie Wojna jest jedynie kontynuacją polityki innymi środkami uznawał za obowiązujące w każdym systemie politycznym. Nie wiadomo dlaczego nie udało się znaleźć czegoś bardziej stosownego w pismach Marksa, czy choćby takiego Lenina. 
    
Pan C. zapamiętał tę Clausewitzowską tezę, jako jedną z niewielu rzeczy z rocznego uczęszczania do studium wojskowego. Mało tego, uważał ją za jedną z niewielu za prawdziwą i oczywistą, ale... do czasu.

Przed kilkunastu laty pracująca z panem C. w tym samym dziale koleżanka opowiedziała zdarzenie, które miało miejsce w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Do jej kilkuletniego synka przyszła od sąsiadów z naprzeciwka koleżanka. Przyniosła ze sobą domek Barbie, który dostała pod choinkę. Weszła do pokoju synka, z którym na początku wymieniali się informacjami na temat otrzymanych prezentów. Synek koleżanki otrzymał pistolety, czołgi, samochody, czyli to wszytko, co potrzebne chłopcu do dobrej zabawy. Koleżanka Pana C. coś tam szykowała w kuchni, ale jednym uchem nadsłuchiwała rozmów dzieci, które po wymianie informacji na temat prezentów zaczęły ustalać, w co się bawić.
- Pobawimy się w wojnę - zaproponował chłopiec.
- Lepiej w dom - zaproponowała dziewczynka. - Będziesz mężem, a ja twoją żoną.

Przez kilka chwil trwało wzajemne przekonywanie się, ale dziewczynka postawiła na swoim i zaczęli bawić się w dom. Mama chłopca cały czas nadsłuchiwała.
- Mężu, wynieś śmieci - dobiegał głos z pokoju.
- Dobrze, żono - odpowiadał chłopiec.
- Mężu, a teraz posprzątaj mieszkanie i odkurz dywany.
- Dobrze, żono - przytakiwał chłopiec.

Ta wymiana poleceń ze strony żony dotyczyła wielu aspektów życia domowego. Mama chłopca zaczęła zauważać w głosie chłopca swoistego rodzaju irytację i brak satysfakcji z zabawy. W pewnym momencie, gdy pojawiło się kolejne polecenie ze strony dziewczynki chłopiec zdecydowanie powiedział:
- Żono, to teraz ty się baw dalej w dom, a ja pójdę sobie na wojnę.

Ta opowieść, odkurzona nieco, uświadomiła Panu C., jak to z tymi wojnami naprawdę było i jest. Faceci po prostu nie wytrzymują presji i ciśnienia życia domowego. Nie chcąc uczynić krzywdy swoim wybrankom serca zajmują się polityką i wywołują wojny, byle tylko mieć mocny pretekst do wyjścia z domu.

Foto: gazeta.pl
Foto: gazeta.pl
posted from Bloggeroid

piątek, 27 stycznia 2012

Babci sranie

Marian od trzydziestu lat odgrywał role wyznaczone przez Helę. Niby równość i partnerstwo, ale jakiekolwiek próby postawienia na swoim kończyły się karczemnymi awanturami, które wszczynała Hela. Nie znosił jej wrzasków i teatralnych łez, dlatego ustępował. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że był i jest kapciowym...

Pan C., kolega i przyjaciel Mariana jeszcze z czasów studenckich, wielokrotnie próbował poukładać go, ale bezskutecznie. Dopóki rozmawiali i był przy nim Marian zgadzał się we wszystkim i odgrażał, że od teraz - jak tylko wróci do domu - będzie inaczej. To inaczej zazwyczaj wyglądało  tak, że było inaczej niż Marian zapowiadał w trakcie rozmowy z Panem C., czyli... po staremu.

Szczere chęci i życzliwość kolegi niewiele dały, jeśli chodzi o zmianę postępowanie Mariana z Helą. Jednak traf chciał, że firma, dla której pracował zorganizowała dla pracowników dwudniowe warsztaty z asertywności. Wszystko, co było tam omawiane i prezentowane okazało się taką oczywistością, że ... zachodził w głowę, jak to możliwe, że wcześniej o takim sposobie postępowania nie pomyślał. Postanowił wszystko wdrożyć w pożyciu małżeńskim i zmienić dotychczasowe relacje z Helą. 

Tak dłużej być nie może - to jego podsumowanie i postanowienie z warsztatów.

Do domu powrócił wieczorem około dziewiętnastej. Intensywnie załomotał do drzwi. Jakież było  zdziwienie Heli na widok Mariana, który nigdy w tak obcesowy sposób nie pukał. Już chciała zapytać, co się stało, ale nie dopuścił jej do głosu. Odsunął ją na bok, wszedł do środka i zaczął mówić... prawie krzyczeć:
- Słuchaj, Hela! Skończyło się babci sranie....
- Marian, no co Ty... - próbowała przerwać tyradę
- Powtórzę jeszcze raz wyraźnie: skończyło się babci sranie! Trzydzieści lat ustawiałaś mnie i rządziłaś. Zawsze było tak, jak ty chciałaś. Koniec z tym!

Z każdym wypowiadanym przez Mariana słowem twarz Heli była coraz bledsza, a oczy nabierały dziwnego wyrazu, usta zaś zaciskały się w złości. Marian niezrażony kontynuował wykorzystując element zaskoczenia.
- Słuchaj dalej, Hela! Słuchaj uważnie! To ja jestem panem w tym domu. Wszystko, co powiem jest dla ciebie rozkazem, jasne???

Hela nadal nie mogła wydusić z siebie słowa, a ktoś kto ją zna gotów byłby pomyśleć, że zaraz dostanie apopleksji.
- Zaraz biegusiem podasz mi kapcie, na stole postawisz obiadek, a później schłodzone piwko! I nie obchodzi mnie skąd je weźmiesz.
- Marian... - próbowała mówić Hela.
- Nie przerywaj, gdy pan domu mówi! - ryknął Marian. - Po piwku się zdrzemnę. Wieczorkiem zaś napuścisz mi wody do wanny. I nie muszę chyba mówić, kto mnie po kąpieli ubierze i uczesze?

Nastąpiła chwila ciszy po której padła spokojna, acz sycząca odpowiedź Heli:
- Ależ wiem!!!... Zakład pogrzebowy, ty sukinsynu!

Asertywny Marian... do czasu:-)))

wtorek, 24 stycznia 2012

Hela u lekarza

W drugi dzień tygodnia* Pan C. udał się z jedyną i ukochaną siostrą do miasta Łodzi. Cel wizyty prozaiczny, ale konieczny: tomografia kręgosłupa w Akademii Medycznej. Tak to już jest, że w pewnym wieku niektóre ustrojstwa w człowieku - w kobiecie również, żeby nie było - wymagają przeglądów i remontów. 

Gdy dotarli do właściwego oddziału, który nadzoruje opiekun medyczny siostry, pani sekretarka wypisała stosowne dokumenty, karteczki, ksero dokumentów itp. Na koniec wyjaśniła dalszą procedurę związaną z badaniem. Pan C. chcąc oszczędzić chodzenia sfatygowanej życiem siostrze posadowił ją na krześle przed pracownią tomografii, sam zaś udał się w poszukiwaniu rejestracji do poradni neurochirurgicznej, gdzie miały zostać dopełnione formalności.

Po odbyciu wędrówki korytarzami i piętrami Pan C. odnalazł lokum rejestracji. Zwróciło jego uwagę estetycznym wyposażeniem oraz kilkoma czynnymi okienkami z napisami co i kto obsługuje. Ustawił się karnie w kolejce do jednego z nich. Upłynął kwadrans, a może ciut więcej, gdy stanął twarzą w twarz z panią rejestratorką. Podał dokumenty i czekał na załatwienie formalności. 
- Ale co mi pan tutaj daje? - fuknęła na niego w uprzejmy i charakterystyczny dla służby zdrowia sposób.
- No, jak to co? - zdziwił się Pan C. - Byłem z siostrą na neurochirurgi i dano nam skierowanie na tomograf.
- To jest rejestracja neurologii - wycedziła przez zęby - neurochirurgia dwa okienka dalej.

W tym momencie Pan C. zamiast się zdenerwować roześmiał się na głos, gdyż albowiem aczkolwiek... przypomniał sobie pewne zdarzenie z przeszłości. Nie pamiętał już dokładnie w jakich okolicznościach zapisało się w jego pamięci, ale było wymowne. Dla uproszczenia opowieści przyjmijmy, że dotyczyło to ukochanej Mariana... Heli.

Hela odczuwała silny ból ucha, który od kilku dni nie dawał jej spokoju. Nie mogła pracować, myśleć i spać. Wreszcie - za namową Mariana - udała się do przychodni i zapisała się do laryngologa. Na korytarzu było wiele gabinetów z nazwiskami lekarzy i nazwami specjalności. Ból był tak przejmujący, że nie była w stanie czytać, a wzrok był jakiś taki zamazany. Usiadła pod jednym z gabinetów i gdy wyszła pacjentka, która była przed nią, weszła do środka. Marian, który czekał wraz z nią, chciał ją zatrzymać widząc, że wchodzi do ginekologa, ale było już za późno.

Lekarz po standardowym przywitaniu zapytał się o nazwisko, wiek i wagę. Wszystko pilnie zapisywał.
- A teraz niech pani wejdzie za parawan i rozbierze się od pasa w dół - polecił Heli.
- Ależ, panie doktorze, mnie boli ucho - próbowała protestować...
- Wszystko dokładnie sprawdzimy - uspokajał lekarz.

Po chwili przyszedł do niej i kazał usadowić się na fotelu ginekologicznym. Hela była tak zaskoczona, że nie była w stanie zaprotestować. Pomyślała nawet, że być może jest to jakaś innowacyjna metoda diagnozowania i leczenia ucha środkowego. Wszak postęp medycyny jest tak szalony, że człowiek nie nadąża za tym wszystkim.

Lekarz usiadł między jej udami i rozpoczął standardowe badanie ginekologiczne. Przyglądał się bacznie temu wszystkiemu, co było przedmiotem jego specjalizacji. Badanie trwało już kilka minut, ból ucha nasilał się i Hela zaczynała się niecierpliwić.
- Panie doktorze, nie wydaje mi się... - mówiła do lekarza.
- Jeszcze chwila - uspokajał lekarz - zaraz skończymy.
- Panie doktorze! Nie wydaje mi się... by tędy udało się panu dostać do ucha!





*poniedziałek - vide: Rdz 1:6

niedziela, 22 stycznia 2012

Przez dziurkę od klucza

Pan C. spotkał się ze swoim przyjacielem Marianem, który wielokrotnie gościł w tym miejscu z Helą... kobietą swego życia. Pan C. zauważył, że Mariana coś gnębi, bo rozmowa od początku się nie kleiła, a piwo jakoś dziwnie smakowało.
- Marian... - zagadnął Pan C. - czy coś się stało?
- Dlaczego pytasz? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- No przecież widzę! Pokłóciłeś się z Helą?

Marian spojrzał nieprzytomnym wzrokiem, wziął głęboki oddech, jakby zbierał się w sobie i powiedział:
- Sprawa dotyczy Heli i mnie, ale... nie pokłóciliśmy się.
- Więc, co się stało?
- Nic szczególnego, ale prześladuje mnie sen, który powraca co jakiś czas i śni się niczym serial.
- Opowiedz mi o tym - powiedział Pan C.
- Dobrze, ale zanim to zrobię odpowiedz mi tylko na jedno pytanie: do jakiego wieku mężczyzna może efektywnie uprawiać seks z kobietą?

Pan C. żachnął się, ale zorientował się, że sprawa jest dość poważna.
- Myślę, że dość długo, oczywiście przy odpowiednim trybie życia. Sześćdziesiąt, a może nawet siedemdziesiąt lat jest tą granicą.
- A co później?
- Nic - odpowiedział Pan C. - ciepłe kapcie i telewizor.
Chyba o tę wizję było Marianowi za wiele, bo z oczu wyzierała rezygnacja.

- Od kilku tygodni prześladuje mnie sen, który za każdym razem rozgrywa się według tego samego scenariusza. W pierwszą noc śni mi się, że budzę się, wstaję z łóżka i podchodzę do dużych drzwi, gdzie przez dziurkę od klucza widać smugę światła. Gdy się zbliżam słyszę przytłumione głosy rozmowy. Pochylam się i zaglądam przez dziurkę. W głębi pokoju widzę duże łóżko, na które pada światło nocnej lampki. Po chwili podchodzi do niego dwoje starszych ludzi w wieku około osiemdziesięciu lat. W ich twarzach poznaję siebie i Helę, tyle, że trzydzieści lat starszych niż teraz.
- Czyżby to jakaś projekcja przyszłości? - zapytał Pan C.
- Nie wiem - powiedział Marian. - Ale słuchaj dalej.

W swoim śnie Marian widział, jak tych dwoje - będących nimi, tyle, że w przyszłości - kładzie się obok siebie. Ułożywszy się on wyciąga rękę w jej kierunku i ujmuje jej drobną pomarszczoną czasem dłoń. Ona odwzajemnia uścisk i tak trwają, aż sen ogarnia oboje. Następnego dnia sen się powtarza. Marian wstaje i widzi te samą scenkę: kładą się, on wyciąga dłoń i ujmuje ją czule. Ona odwzajemnia i po jakimś czasie zasypiają.

Trzeciego dnia sen rozgrywa się nieco inaczej. Marian budzi się, podchodzi do drzwi, słyszy odgłos krzątania, pochyla się i podgląda przez dziurkę od klucza. Dwoje staruszków kładzie się obok siebie, on wyciąga rękę, by uchwycić jej dłoń. Ona lekko ją cofa i odwróciwszy wzrok ku mężczyźnie mówi:

- Marian, kochanie, nie dzisiaj... boli mnie głowa.





posted from Bloggeroid

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Apetyczna przyjaźń z Józefem C.

Emocje związane z konkursem Blog Roku 2011 są ogromne. Nasi przyjaciele Angie i Maxcel startują w dyscyplinie, której mierzalność jest wielce umowna, bo czyż można zmierzyć i porównać wartość słów w sposób zupełny? Liczą się wrażenia i emocje, a nasze wyobrażenia o ludziach nabierają realnych barw i kształtów dopiero, gdy stajemy z nimi twarzą w twarz.

O tym właśnie jest poniższy fragment wspomnienia o Józefie Janie (zob. też Tobie, Tobie i... Tobie), którego lekturę - dzięki uprzejmości  Autorki  (ekk) - z przyjemnością polecam.

*****************
Ona o nim
Przyjaźń z nim zawdzięczam... kawałkowi ciasta. Kiedy byłam spikerką lokalnego radia, szef wyznaczył mnie do prowadzenia wieczornych programów z człowiekiem, który miał przyjechać z wielkiego świata, czyli z Poznania. Wiedziałam o nim jedynie tyle, że pisywał świetne felietony do ,,Głosu Wielkopolskiego” pod nazwą ,,Kup Pan Cegłę”, wydał ,,parę” książek i współpracował z Radiem Merkury. To wystarczyło, żeby przed pierwszym spotkaniem z nim czuć ogromną tremę. 

Ówczesny dyrektor naszej rozgłośni pojawił się w moim domu, wysprzątanym dokładnie na tę okazję, w towarzystwie owego niezwykłego gościa. Zaskoczyło mnie, że ten wielki człowiek jest tak niskiego wzrostu i w ogóle jest mężczyzną na wskroś niepozornym. Było w nim jednak coś wyrazistego – oczy. Pamiętam te oczy z naszych późniejszych spotkań, pozornie obojętne, dające jednak za każdym razem dyskretny znak, że widzi mnie i cieszy się ze spotkania. 

Usiedliśmy [...]. Na stoliku, oprócz świątecznych filiżanek, stało przygotowane przeze mnie ciasto. Zważywszy, że w tym względzie (oczywiście ciasta) natura poskąpiła mi talentów, przy pieczeniu owego wspaniałego wiktuału towarzyszyła mi córka. (Zupełnie nie na miejscu wydawało mi się wtedy przyjmowanie gości ciastem kupionym w cukierni!). Po utarciu wszystkich składników, niecierpliwym zaglądaniu do piekarnika uznałyśmy, że bez poczucia wstydu możemy produkt naszych kilkugodzinnych zabiegów podać na stół. Tak też się stało. Ciasto, które zaserwowałyśmy powleczone było grubą warstwą czekolady.

Podwójnie stremowana – z powodu ,,światowości” mojego gościa i niepewna wrażenia, jakie zrobi na nim wytwór moich kulinarnych zabiegów, uśmiechałam się do Józefa Jana jednym z moich najbardziej ujmujących uśmiechów. Rozmowa toczyła się o zainteresowaniach, ewentualnych tematach wspólnych programów, radiu, ludziach itd. I kiedy już wydawało się, że nasza współpraca jest jak najbardziej możliwa – pojawił się niespodziewany gość. Ów najmniej proszony gość, ktoś z rodziny, a konkretnie szwagier, niezupełnie trzeźwy, a wręcz pijany, który tuż po wejściu do pokoju począł odgrywać jakieś przedziwne przedstawienie, które zakończyło się rozpłaszczeniem mojego wspaniałego, powleczonego czekoladą ciasta, na głowie gościa. Zadowolony szwagier (nie byle kto, bo znany i ceniony skądinąd chirurg) zrobiwszy kilka zręcznych przysiadów, opuścił nas równie nagle, jak się pojawił. Przez cały czas owego przedstawienia Józek zachował kamienny spokój. Jego komiczny wygląd, z ,,kupą” ciasta na głowie, nie był w stanie mnie rozśmieszyć. Zrozpaczona, rzuciłam się, by pomóc mu uwolnić włosy z rozmaźganej czekolady, ale on twierdził, że nic się nie stało. Żegnając się, powiedział, że to właśnie ze mną chce prowadzić zaplanowany cykl programów i na odchodnym uścisnął mi znacząco rękę. Ten uścisk był początkiem przyjaźni, która zakończyła się jednak niespodziewanie i nieodwołalnie. Ale zanim śmierć wtrąciła się w tę naszą przyjaźń, były miedzy nami godziny rozmów. Zdaje mi się, że one ciągle się jeszcze toczą, bo przecież nikt nigdy nie odchodzi bezwzględnie. [...]

On o niej w jej.. wspomnieniu
Do dzisiaj mam jego wizytówkę, którą podczas oficjalnej konferencji rozdawał dziennikarzom, a mnie napisał na odwrocie: Wyglądasz bardzo apetycznie[...]

Napisała: ekk 1999

sobota, 14 stycznia 2012

Czuły krajobraz

Dwoje przyjaciół z kręgu TWA odważyło się i postanowiło wziąć udział w konkursie BLOG ROKU 2011. Występują w odrębnych kategoriach, które odzwierciedlają ich temperament i osobowość. ANGIE stanęła w szranki ze swoim, zdawać by się mogło, zwariowanym i zakręconym, jak słoiczek twist życiem, MAXCEL natomiast wystawił na osąd jurorów i czytelników wrażliwą duszę poety. Poniższy tekst, napisany jeszcze w ubiegłym wieku, jest moim głosem poparcia dla obojga. Każde z nich swoimi wpisami uczy mnie czegoś nowego, mam nadzieję, że dostrzegą to także inni. 
Caddicus Caddi

*****************

Po raz pierwszy trafili tam wiosną. Pogoda nie była wtedy najlepsza. Zbierało się na burzę, taką z wichurą i gradem. Podobne zjawisko, fascynujące, ale nieco przerażające, mieli okazję obserwować w ostatnich dniach już kilka razy. Niebo przesłaniały chmury i w zapadłym nagle półmroku wszystko wydawało się nierealne. Ona trochę się bała. Nie wiedziała dokładnie, gdzie się znajdują. Piaszczysta droga była zupełnie bezludna. Wokół też nie było widać ,,żywego ducha”. Mijali zabudowania opuszczone przez ludzi, podnieceni, zadziwieni i zauroczeni jednocześnie. – Zatrzymaj się – powiedziała, wskazując na dach domu widoczny za rozłożystymi akacjami. Do zabudowań nie prowadziła żadna droga. Z pewnością od dawna nikt już tu nie mieszkał. Przedarli się przez kolczaste krzaki i znaleźli się w miejscu, które było kiedyś wiejskim podwórzem. Gliniany domek okazał się niewielki. Składał się z trzech izb – dwóch pokoi i kuchni. Po prawej stronie stał chlewik i kurnik. Przez otwór w ścianie widzieli grzędę, na której sypiały kiedyś kury. Po drugiej stronie znajdowały się jeszcze dwie dziwaczne budowle, jedna z głęboką piwnicą, służącą zapewne do przechowywania warzyw. – To taki „sklepik” – powiedział – od sklepienia, które znajdowało się nad zagłębieniem. U jego dziadków na wsi, u których wychowywał się po rozwodzie rodziców, w takim schowku przechowywano ziemniaki. Taki ,,sklep” chronił je zimą przed srogim mrozem. Do czego służył miniaturowy domek przypominający obrazek namalowany ręką dziecka, gdzie małe okna wyglądają jak ludzkie oczy, a niewielkie drzwiczki przypominają nos – nie wiedzieli. Może mieszkał tu jakiś Burek, Reksio albo gęś Klementyna? 

Najważniejszym elementem krajobrazu była olbrzymia stodoła lub raczej to, co z niej zostało. Rusztowanie z grubych belek wydawało się prawie nietknięte zębem czasu, podobnie jak słomiany dach. Najważniejsza była jednak wszechobecna cisza, prawdziwa cisza, dźwięcząca w uszach nie przywykłych do braku jakichkolwiek dźwięków. – Jak cudownie! – myślała. – Dobrze byłoby zatrzymać to miejsce tylko dla siebie. Przyglądała się mężczyźnie swojego życia i widziała wyraźnie, że jest zachwycony tak samo jak Ona. Przeczuwała, że to opuszczone przez ludzi miejsce, to kolejny dar Niebios. Przez wiele lat zastanawiała się nad fenomenem ich związku – kruchego chwilami, a jednocześnie nienaruszalnego. Niczego w swoim życiu nie była pewna jak tego, że kocha go, a przecież... . Był mężem innej kobiety. Ona też nie była wolna. Kiedy spotkała go kilka lat temu, wcale nie wiedziała, że On to właśnie Ten. Powiedziała nawet, że największą miłość swojego życia ma już za sobą. Myliła się. 

Nie zawsze układało się dobrze, choć wyraźnie czuła, że ktoś czuwa nad nimi. Miała nadzieję, a nawet przeświadczenie, że Bóg, jeżeli nie błogosławi ich miłości, to też jej nie potępia i patrzy na nich łaskawym okiem. Kiedy znaleźli się w opuszczonej chatce czuła to samo. W życiu nie ma przypadków, są tylko znaki. Zapamiętała to z książek Coelho. Absolutnie się z tym zgadzała, zwłaszcza kiedy odnaleźli to pełne ukojenia miejsce. To musiało coś znaczyć. Kiedy odchodzili stamtąd wiedziała, że wrócą tu jeszcze. 

Ponownie odwiedzili glinianą chatkę w środku upalnego lata. Mieli za sobą kolejne rozstanie. Dopadły ją kłopoty. Potrzebowała pomocy. On był jednak zajęty. Nie miał czasu. Niewiele też poświęcał jej swoich myśli. Wyraźnie to czuła. Była rozczarowana i pełna goryczy. Kiedy się wreszcie spotkali, siedząca w niej ta bardziej agresywna wykrzyczała swoje żale i oskarżenia. Łagodna i czuła była nieszczęśliwa, kiedy zorientowała się, że znowu zwyciężyła w niej ta druga. Krzykliwa powiedziała Koniec i ... odeszła trzaskając drzwiami. Tymczasem On wyjechał z rodziną na wakacje. Miała nadzieję, że gdzieś tam, w towarzystwie zachodzącego za morzem słońca znowu wybaczy jej impulsywność i zajadłość. Ale nie. Po powrocie nawet do niej nie zadzwonił. Drzemiący w nim ten obrażalski i pamiętliwy On, przez całe wakacje pielęgnował swój żal. Kiedy w końcu zadzwoniła – nie chciał z nią rozmawiać. Wtedy rozpłakała się i jego upór zelżał. – Chcesz porozmawiać? – zapytał. 

Kiedy jechali do glinianego domku, mieli już kolejny kryzys za sobą. On doskonale zapamiętał drogę, trafili więc bez problemu. Nie spieszyli się. Za oknem panował niemiłosierny upał, ale w jego klimatyzowanym aucie było przyjemnie. Uwielbiała podróżować w jego towarzystwie. Rozmawiali wtedy i słuchali muzyki. Mieli swoje ulubione utwory, które kojarzyły im się z krajobrazami, które razem odkrywali. To zadziwiające jak wiele było miejsc, które darzyli sentymentem: kapliczka za miastem, las w pobliżu klasztoru pustelników, tama, jeziorko, baszta, wszystkie knajpki i hotele... . Teraz mają jeszcze glinianą chatkę. Zanim dotarli do celu, postanowili zboczyć z drogi, by zobaczyć przedziwne miejsce, wyglądające trochę jak lądowisko kosmitów. Wiedziała, że trzeba mu będzie poświęcić kiedyś więcej uwagi, ale dzisiaj najważniejszy był cel, który sobie wcześniej wyznaczyli. Kiedy jechali dalej, tuż przy drodze wiodącej wprost do ,,ich” chatki zauważyli ogromny drewniany krzyż, wciśnięty między drzewa. Akacje wyglądały tak, jakby wyrosły specjalnie, by otoczyć go i chronić gałęziami. Kiedy jechali tędy wiosną, nie widzieli go. Teraz pewnie też przejechaliby obok, ale Ona zwróciła uwagę na czerwone pelargonie rosnące wśród pni. Kiedy przystanęli, by podziwiać to zjawisko (pelargonie w lesie?), spojrzeli w górę i wtedy go zobaczyli. Była to najpiękniejsza kapliczka, jaką dotąd udało im się spotkać. 

O mało nie przejechali obok chatki. Akacje rozrosły się i prawie całkowicie kryły dostęp do cud-miejsca, które ich za pierwszym razem tak urzekło. Kiedy przedarli się przez gąszcz – zamarli z wrażenia. Było jeszcze piękniej niż wtedy, kiedy zakochali się w tym zapomnianym przez wszystkich skrawku ziemi. Małe podwórko wydawało się jeszcze mniejsze, na środku bowiem rozrósł się ogromny krzak. Wszystko dokoła falowało w upalnym, pachnącym latem powietrzu. Zauważyli też ogromny krzak jałowca, który przeoczyli za pierwszym razem. Szkielet stodoły w blasku popołudniowego słońca aż prosił o obiektyw aparatu fotograficznego. Chlewik zapadł się jeszcze bardziej. Wiosenne ulewy dały mu się we znaki. On zauważył w szczycie domu otwory dla gołębi. A więc były tu kiedyś i gołębie! Nigdzie nie było natomiast świeżych śladów ludzi. 

Poczuli, jak cisza i spokój wypełniają ich z każdą chwilą coraz mocniej. Stanęli urzeczeni, tuląc się do siebie i patrząc sobie w oczy. Wiedziała, że on należy teraz tylko do niej. Nie planowali, że będą się tu kochać, ale ona marzyła o tym. Popchnął ją lekko ku ścianie domu. Przywarł do niej, dotykając jej pełnych piersi i pośladków. Już po kilku chwilach leżeli pod krzewiastą akacją. Pozbawieni wstydu i świadomi pełnego oddania sobie i temu miejscu kochali się jak szaleni. Ona zdjęła suknię, pod którą była całkiem naga. Wiedziała, że w blasku słońca jej nagość jest wyrazistsza niż kiedykolwiek. Kilka zbędnych kilogramów, które umiejscowiły się na brzuchu i biodrach, nie miały w tej chwili żadnego znaczenia. Tonęli w swoich oczach i stanowili dla siebie ósmy cud świata. – Jesteśmy jedno – Ja, On i Nasza Chata – pomyślała naiwnie, zanim napełniła ciszę krzykiem rozkoszy. 

Kiedy leżeli obok siebie patrząc w niebo, czuli niezmąconą harmonię i pełnię szczęścia. – To co się stało nie może być grzechem! – usprawiedliwiała się, przyglądając się jednocześnie koronom akacji. Dobrze wiedziała, że nie są to prawdziwe akacje, bo te rosną tylko w gorących krajach. Drzewo, które użyczyło im cienia to grochodrzew albo, jak mówią botanicy, Robinia pseudoacacia. Przypomniała sobie, że w dawnej Polsce nazywano je czułodrzewem. – To drzewo jest wrażliwe na zranienia zupełnie jak ja –uświadomiła sobie. Jest tak kruche, że pod wpływem silnych wiatrów jego gałęzie łatwo się łamią, a z rany pozostałej po odłamanej gałęzi długo sączy się przezroczysta ciecz. To drzewo ,,płacze”. – Zdziwi się jednak ten, kto jego wrażliwość pomyli ze słabością – myślała. Czułodrzew nie potrzebuje wiele do życia – jedynie odrobinę słońca i ciepła. Rośnie tam, gdzie inne gatunki drzew nie miałyby odwagi zapuszczać korzeni. Jest tak żądny życia, że jeśli ktoś uszkodzi jego korzenie lub nawet potnie je na kawałki, z każdego fragmentu, jak gdyby na przekór losowi, wyrasta nowe drzewo. 

Opuszczona chata powoli stawała się ich azylem. Przyjeżdżali tu często Ona wzięła kiedyś z sobą aparat fotograficzny i zrobiła zdjęcia. Teraz lubi na nie spoglądać. Uspokaja ją widok tego miejsca. Najbardziej cieszy ją obraz stodoły, która przetrwała już tylko na fotografii. Nie ma ich ulubionej budowli, którą tak podziwiali w promieniach zachodzącego słońca. Kiedy któregoś dnia odkryli, że ktoś rozebrał drewniany szkielet, nie mogli ukryć żalu i oburzenia. Tak bardzo przywiązali się do tego miejsca, że już przywykli uznać je wyłącznie za swoje. Obca ingerencja w ów krajobraz wydała im się niemal świętokradztwem. Nadal jednak szczerze kochali to miejsce. On zabrał stąd kilka kamieni, na szczęście, by ułożyć je w swoim ogródku. 

Często zostawiali samochód pod jałowcem i spacerowali wsłuchując się w beztroski śpiew ptaków i zachwycając się krajobrazem. Ziemie są tu marne – same piaski. Wszędzie dominował żółty kolor od kocanek piaskowych, Jej ulubionych wakacyjnych kwiatów, które zasuszone stoją od lat w jej pokoju. Lubiła ich zapach – pełen słońca i gorącego powietrza. Las, który zaczynał się tuż za zabudowaniami też był lichy. Rosły tu jedynie marne sosny i mało wymagające brzozy. Często zastanawiali się, dlaczego dotychczasowi mieszkańcy opuścili swoje domy? Może piaszczysta ziemia nie była w stanie ich wyżywić? Na pewno nie mieli łatwego życia, bo co, poza kocankami, mogło tu rosnąć? Jadąc drogą rozpoznaje się nadal miejsca, gdzie kiedyś stały domy. Wśród zieleni akacji i sosen pysznią się bzy fioletowe i białe, przypominając, że kiedyś udzielały swoim gospodarzom cienia i wspaniałego zapachu, a młodym dziewczynom, na dobrą wróżbę, podsuwały czasem pięciopłatkowe kwiatki. 

Ona i On marzą czasem głośno o własnym, koniecznie drewnianym domu, który mógłby stanąć pod lasem, wśród kocanek, o popołudniowym wylegiwaniu się na werandzie, cichych rozmowach toczonych do późna i o... pisaniu. Ona tu właśnie chciałaby przeżyć resztę życia. Może dlatego, że kiedy widzi z daleka ich chatę od razu łagodnieje. Czuje wtedy, że opuszczają ją wszystkie złe myśli. W czułym krajobrazie wypełnia ją tylko czułość. On wie o tym dobrze, dlatego zabiera ją tam, kiedy mają kłopoty. 

Jesień przyszła tego roku wyjątkowo szybko. Pewnie dlatego, że i wiosna zawitała nieco wcześniej niż zwykle. Ona siedzi w swoim pokoju i przyglądała się widokowi za oknem. Lubi patrzeć na kępę sosen zamykającą horyzont. Przywiązała się też do tego niewielkiego fragmentu ziemi, znajdującego się tuż po drugiej stronie ulicy, gdzie jeszcze nie rozpoczęto żadnej budowy i dzięki temu żyć tu mogą bezkarnie mniszki lekarskie, krwawniki, szczawie i rumianki. Niesforni sąsiedzi wyrzucają tam czasem chwasty ze swoich ogródków, dzięki temu rośnie tu także ogórecznik i wiele innych roślin, których nazw nawet nie zna. Cieszy się, że do tej pory nie wyrosła tu żadna ,,willa”, która przesłoniłaby jej widok ulubionych sosen. 

Jesień jest coraz bardziej wyrazista. Przystroiła się już w kolorowe suknie i otuliła się czerwono-żółtym szalem. Wraz z jesienią rośnie w niej smutek. Ta ,,czarna dziura”, która pojawiła się w jej duszy, czuje się z dnia na dzień coraz bardziej u siebie. Nie pomaga już zapach kocanek i zdjęcie glinianej chaty. Niezbędny jest jeszcze ktoś. A tymczasem On znowu nie ma czasu – wyjazdy służbowe, konferencje... . Ona dobrze to zna i mogłaby znowu przeczekać, ale... . Nie ma w niej już agresji i desperacji, z którą kiedyś w podobnej chwili rzuciłaby się na niego. Czuje tylko cichy, bolesny żal. 

On już od kilku dni nie dzwoni, nie odbiera telefonów – pojechała więc sama do chatki. Zauważyła, że kocanki przekwitły, zabudowania pochyliły się jeszcze bardziej, a akacje straciły liście. Przyjrzała się też sobie. Zobaczyła samotną, starzejącą się kobietę. Co z tego, że wyglądała na 20 lat mniej? Serce szeptało, że to koniec złudzeń. Myślała, miała nadzieję, że uda się jej oszukać samą siebie, przechytrzyć innych, ale... . Stała przed niszczejącą budowlą z gliny i czuła, że zapada się wraz z nią coraz bardziej. I ją przecież nie oszczędziły deszcze, ani burze. Czuła, że nie chce się już bronić. Wtapiała się coraz bardziej w krajobraz, który tak bardzo ją rozczulał. Tak jak kiedyś, w chwili uniesienia, teraz jeszcze bardziej czuła się jego częścią. I wiedziała, że już niedługo w tym czułym krajobrazie pozostanie tylko kępa fioletowych bzów, przypominających, że stał tu kiedyś dom pełen ludzi, że po podwórku biegały psy, w kurniku kury znosiły jaja i że dwoje zabłąkanych kochanków miało tu kiedyś swój ,,skrawek ziemi’’. 
napisane w 1998

czwartek, 12 stycznia 2012

Osobowe źródło informacji

Zdarzenie miało miejsce w drugiej połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Pan C. dopiero uczył się składać słowa z pierwszych poznanych literek, a otaczający świat wyglądał zupełnie inaczej niż teraz. Nieopodal,  w niewielkiej odległości od siebie leżały dwie bliźniacze wioski o nic nie mówiących nikomu nazwach...Różnowa i Goranin. Centralnym punktem jednej z nich był geesowski* sklepik, w drugiej zaś rozjechane i grząskie skrzyżowanie. 

Pewnego letniego dnia w miejscowości ze sklepem zatrzymał się samochód marki "warszawa". Wyszedł z niego mężczyzna wyglądający na miastowego i skierował się do widocznego obiektu handlowego. W tym samym momencie wyszła z niego stara Miętkiewska objuczona zakupami. 
- Dzień dobry - powiedział przybysz. - Czy może mi pani powiedzieć, jak dojechać do Różnowy?
- A pewnie, że mogę - powiedziała kobieta. - To akurat mi o drodze, więc jeśli mnie weźmiecie to bez problemu traficie.

Kierowca pomógł kobiecie włożyć siatki za tylne siedzenie, a ją usadowił obok siebie. Skinieniem głowy pokazała mu, w którą drogę ma skręcić. Trochę kołysało na wertepach, ale samochód powoli pokonywał odległość. Po przejechaniu około dwóch kilometrów pojawiły się zabudowania. W takich miejscach jak ta nie było żadnych tablic informacyjnych. 
- Zatrzymajcie się przy drugiej chałupie po prawej stronie - zadysponowała kobiecina.
- Czy Rożnowa to tutaj, gdzie przyjechaliśmy?
- W żadnym razie - zaprzeczyła Miętkiewska - Różnowa jest dokładnie tam skąd mnie wzięliście...
- Ale, ale... - zaczął się jąkać zaskoczony właściciel warszawy - ale mnie pani urządziła!
- No, co wy? - żachnęła się kobieta. - Teraz to już bez problemu chyba traficie.




Published with Blogger-droid v2.0.3

piątek, 6 stycznia 2012

Tobie, Tobie i... Tobie!

Druga połowa lat siedemdziesiątych, późny Gierek, Polska dziesiątą potęgą gospodarczą świata. Po wydarzeniach w Radomiu i Ursusie mało kto wierzył w nachalną kreację  serwowaną przez Radiokomitet sterowany przez wydział propagandy KC PZPR. Zawodowi funkcjonariusze przewodniej siły narodu mieli sporo wątpliwości, ale starali się dostosowywać do sytuacji i panujących warunków.

Józef C. był młodym, bo raptem trzydziestokilkuletnim adiunktem w instytucie nauk politycznych UAM w Poznaniu. Pisał habilitację. Był członkiem PZPR i jednocześnie sekretarzem POP* na wydziale nauk społecznych, w ramach którego funkcjonował jego instytut. W okresie pierwszej Solidarności zaangażował się  w  tzw. struktury poziome stawiające sobie za cel zastąpienie hierarchicznego i scentralizowanego zarządzania państwem i partią przez porozumienia lokalne. Po 13 grudnia nie przeszedł weryfikacji prowadzonej przez SB i posłuszne jej władze uczelni, stracił pracę i został usunięty z PZPR. Późniejsze jego losy są dość ciekawe i pełne dramatycznych zwrotów akcji, ale o tym może przy innej okazji. 

Pan C. poznał Józefa C. (zbieżność "C." przypadkowa) w połowie lat dziewięćdziesiątych, gdy współpracowali przy pewnym projekcie medialnym. Podczas wielu godzin spędzanych razem był czas na zwykłe pogaduchy  o pierdołach i różne wspominki.

Tak więc w tej drugiej połowie lat siedemdziesiątych Józef C. był lektorem KW w Poznaniu. Partia szczyciła się takimi ludźmi i chętnie ich wykorzystywała do pracy w terenie. Wiadomo, że skoro taki uniwersytecki doktor jakichś tam nauk jest w partii i ją popiera to takie żuczki i krówki boże, do których jechał na prowincję upewniały się, że są po właściwej stronie mocy. Była jesień i właściwa jej szaruga. Późnym popołudniem dotarł do jakiejś podpoznańskiej pipidówy, gdzie powitał go szef lokalnych struktur partyjnych. Na wstępie zwrócił się do niego konfidencjonalnie:
- Towarzyszu, wiecie... to są prości ludzie, ale oddani partii. Proszę, by wykład był niezbyt długi, najwyżej pół godziny. Przygotowaliśmy skromny poczęstunek, by w bardziej kameralnym gronie podyskutować o problemach stających przed aktywem.

Na sali było około dwudziestu towarzyszy, w tym kilka kobiet w różnym wieku. W większości byli to etatowi funkcjonariusze lokalnych instytucji osadzeni na stanowiskach z rekomendacji partii. Gdy wykład towarzysza lektora dobiegł końca gospodarz miejsca dał znać i na stołach pojawiło się gorące jadło, szkło i żytnia uchodząca w owym czasie za trunek szlachetny. Po kilku toastach zebrani towarzysze stali się bardziej rozmowni i skłonni do bezpośredniego wyrażania obaw i nadziei związanych z sytuacją społeczną i polityczną. W pewnym momencie szef lokalnych struktur partyjnych  powstał dając gestem  znać, by wszyscy uciszyli się. Trzymając kieliszek w lewej ręce zwrócił się dowszystkich donośnie:
- Szanowne towarzyszki! Szanowni towarzysze! Jesteśmy w swoim gronie i o pewnych sprawach możemy mówić otwarcie.

W tym momencie wystrzelił palcem wskazującym w kierunku kilku wybranych towarzyszy i wskazując po kolei każdego z nich kontynuował:
- Tobie chuja, tobie chuja, i tobie...

W tym momencie jedna z towarzyszek zaczęła protestować uznając zapewne, że ta propozycja z chujem to niekoniecznie dla niej, że to może... przez pomyłkę.
- Nie przerywaj i słuchaj - uciszył ją i kontynuował: - Tobie... i koleżance obok też, chuja! I nam wszystkim chuja zrobią, gdy będziemy trzymać się razem!



*POP - podstawowa organizacja partyjna, czyli taki najbardziej elementarny składnik - poza członkami i członkiniami (tfu!, co za feministyczne określenie) - dwumilionowej przewodniej siły narodu.

Published with Blogger-droid v2.0.2

wtorek, 3 stycznia 2012

Zuzanna od... promesji

Zuzanna to imię, które w szczególny sposób jest bliskie Panu C. 

Pierwsza Zuzanna to ta jedyna i niepowtarzalna z czasów dzieciństwa, która niczym Mały Książę została odnaleziona w czerwcu ubiegłego roku. Druga Zuzanna, która urzekła go przed bardzo wielu laty, to opisana w trzynastej księdze proroka Daniela żona Joakima.  Jej wierność, czystość i niewinność zostały wystawione na próbę przez dwóch obleśnych starców chcących z nią poswawolić pod nieobecność męża. Trzecia Zuzanna o wdzięcznym zdrobnieniu Zuzanka lub Zujka, jest mu współczesna i nastoletnia, a jej pasją jest taniec towarzyski. Panu C. muzyka w tańcu nie przeszkadza, ale dyskretnie śledzi jej taneczną karierę bez mała od dwóch lat. 

Nie przypuszczał, że w krótkim czasie pojawi się kolejna, która go zafascynuje nie mniej niż kiedyś Maria Skłodowska-Curie. Kilka dni temu przyszło Panu C. spędzić półtorej godziny w damskim salonie fryzjerskim. Nie żeby tam od razu podstawiał głowę, jak żaba łapę u kowala do podkucia. Po prostu czekał na ufarbowanie i wyfiokowanie Pierworodnego Szczęścia, a  że wszędzie było daleko, więc zdecydował się na lekturę kolorowych czasopism leżących na stoliku obok kawy, którą mu podano. Kto z kim i dlaczego, ile razy, itp. itd... to tylko niektóre z zajmujących wątków. Pomyślałby kto, że to czas stracony, a jednak pośród doniesień śmieciowych Pan C. trafił na informacje prowadzące go do czwartej Zuzanny. Zaintrygowała go na tyle, że po powrocie do domu postanowił pójść jej tropem. 

Urodziła się w połowie lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, ukończyła studia w dziedzinie biologii morskiej i związała się na blisko piętnaście lat z dużym przedsiębiorstwem. Z mężem kupiła na wyspie Lyn u zachodnich wybrzeży Szwecji stary dom, który z mozołem odnowiła. W wolnym czasie prowadziła uprawę kwiatów i krzewów ozdobnych. To hobby dawało jej wytchnienie od pracy zawodowej. Często przynosiła różne sadzonki kolegom z pracy, którzy szukali ciekawych i ładnych roślin. Kontakt z przyrodą i cyklem przemian: wzrost, dojrzewanie, obumieranie i rozkład roślin zaowocował wieloma obserwacjami i refleksjami o szczególnym charakterze. Nic się nie marnowało, wszystko, co pozostawało i było odpadem (trawa, łodygi, liście) było rozdrabniane i kompostowane, by w następnym roku zostać wykorzystane jako nawóz pod nowe uprawy. Taki zaklęty krąg, w którym wszystko przenika się i przechodzi jedno w drugie. W 1996 roku Zuzanna rozstała się że swoim dotychczasowym pracodawcą, by zająć się wyłącznie swoimi uprawami. Zima jest okresem przestoju, ale i czasem na planowanie, lektury fachowe i... rozmyślania. Człowiek jest częścią tego samego ekosystemu, co świat zwierząt i roślin - skonstatowała - i mimo kresu życia działa wbrew naturalnemu cyklowi przemian, za wszelką cenę stara się poprzez obrzędy i szczególną praktykę, jak najdłużej zapewnić trwanie  swej cielesności. 

Ze śmierci człowieka nie ma żadnej korzyści dla środowiska, a cmentarze zajmują coraz więcej przestrzeni. Co roku na świecie umiera ponad siedemdziesiąt milionów ludzi.  Rozkład zwłok następuje pod ziemią bez dostępu tlenu, wszystko gnije i skaża środowisko. Tradycyjna utylizacja ludzkich szczątków trwa 20-30 lat w zależności od rodzaju gleby w jakiej zostają złożone Spopielanie zwłok też nie jest środowisku obojętne, gdyż w wyniku spalania dostają się do atmosfery szkodliwe gazy i pierwiastki. Czy zatem nie można spróbować czegoś ekologicznego? - pomyślała Zuzanna - Może warto efektywniej chować zmarłych i w praktyce wykazać możliwość reinkarnacji?
Zuzanna podglądając przyrodę opracowała prosty i ekologiczny przepis, choć ma świadomość, że trudniej będzie zmienić mentalność ludzi niż technicznie przeprowadzić ekologiczny pochówek.

Mało kto lubi rozmawiać o śmierci, ale to i tak nieuniknione. Śmierć trzeba oswoić i sprawić, by były z niej korzyści. A oto recepta Zuzanny na udany ekologiczny pochówek:
  1. - schłodzić ciało do minus 18 st. C.
  2. - zanurzyć ciało w ciekłym azocie o temp. minus 186 st. C
  3. - rozkruszyć ciało drganiami na drobinki
  4. - odparować z okruszyn wodę
  5. - odseparować metale ciężkie w tym ołów
  6. - ok. 30 kg ludzkich okruszyn ludzkiego ciała zapakować w urnę/trumienkę z biodegradowalnej skrobi.
  7. - zakopać na niewielkiej głębokości i posadzić na niej roślinę.