czwartek, 27 grudnia 2012

J'Accuse*

Podczas minionych świąt Pan C. spełnił obietnicę daną przede wszystkim sobie oraz swojej najwierniejszej towarzyszce Pestce. Obiecał, że bez względu na rodzaj pogody, wybierze się na długi spacer duktami wokół Złotej Góry. Nie spodziewał się, że magia świąt i cud Bożego Narodzenia dotkną go w sposób, jakiego nie mógł przewidzieć w najczarniejszych snach. Trakt leśny był pokryty na wpół roztopionym lodem, a ciepły powiew wiatru skłonił go do rozpięcia kurtki i swetra. Pestka biegła kilkanaście metrów przed nim, zatrzymując się co chwila i strzygąc uszami. Znajdowali się mniej więcej pośrodku lasu u podnóża góry, gdy pociemniało gwałtownie, wzmógł się wiatr i otoczyła ich nieprzenikniona mgła. Pestka zaskomlała przestraszona, przybiegła i przywarła do nóg Pana C. Czuł jej drżenie. Nagle błysnęło, zagrzmiało i ogarnęła ich ciemność i cisza.
– Ki diabeł? – wycedził półgłosem pytanie, którym zawsze wyrażał zaskoczenie i zdziwienie.
Stracił orientację, by po chwili poczuć, jakby znajdował się w szybkobieżnej windzie. Żołądek podszedł mu do gardła, a włosy przystrzyżone w jeżyka zjeżyły się jeszcze bardziej.  Trwało to nie dłużej niż dziesięć sekund, ale to tylko jego odczucie.  Rozbłysło światło i Pan C. zauważył, że znajduje się w dużej sali, gdzie na środku siedział sędzia, a naprzeciwko w czarnej todze z czerwonymi wypustkami pod szyją prokurator.
– Kurtka jego kancelaria! – zaklął w swoim stylu nie wierząc w to, co widzi i co się dzieje – Czyżby świąteczne obżarstwo mi zaszkodziło? A może zestaw trunków był jakiś trefny i pochodził z kontrabandy?
– Panie prokuratorze – powiedział przewodniczący składu – proszę o przedstawienie zarzutów.
Siedzący naprzeciwko Pana C. prokurator, chudy niczym papieros typu slim i smutny jak noc listopadowa, podniósł się i wziąwszy w dłonie leżące kartki, zaczął wyliczać jego przewiny. Po pierwszych kilkunastu zdaniach wypowiedzianych przez oskarżyciela próbował protestować, ale sędzia przywołał go do porządku i zapewnił, że będzie mógł się odnieść do stawianych zarzutów później. Im dłużej słuchał, tym większą miał pewność, że to jakaś maskarada i że za chwilę ktoś to przerwie i powie Jesteś w ukrytej kamerze! Niestety spektakl trwał dalej, a Pan C. czuł, że to, w czym uczestniczy, to czeski film i Franz Kafka w jednym. 
Powoli zaczął wyłączać się i rejestrować inne szczegóły miejsca, w którym znalazł się tak niespodziewanie. Pod ścianą dostrzegł coś na kształt katedralnych stalli, ale zamiast pobożnych kanoników, odmawiających brewiarz, siedziało dwanaście osób, których twarzy w większości nie rozpoznawał. 
– To chyba ława przysięgłych – pomyślał – ale przecież w polskim systemie nie ma czegoś takiego, jak "ława przysięgłych". No tak, nie ma, ale w ogóle ta sytuacja jest jakąś niedorzecznością.
Najdziwniejsze w tym wszystkim były zarzuty dotyczące jego wpisów na blogu. Podważanie tradycyjnej roli rodziny i pokazywanie w wypaczony sposób relacji pomiędzy kobietą a mężczyzną, to jedne z najlżejszych oskarżeń. Później pojawiło się posądzenie o ujawnienie szczegółów pożycia małżeńskiego i danych osobowych Heli i Mariana oraz pisanie o miłości w taki sposób, jakby to było najważniejsze zajęcie człowieka, społeczeństwa i narodu. Tak! Naród, ojczyzna, żydzi, cykliści... Później prokurator, przy głośnej aprobacie zebranej na sali gawiedzi, odczytywał paragrafy i wynikające z nich kary. Najwyższa to zakaz pisania i publikowania oraz wykasowanie bloga.
Im dłużej to trwało, tym bardziej Pan C. przeczuwał nieuchronność kar i plag wszelakich. O ile na początku zakładał, że wszystko obali w kilku zdaniach, o tyle teraz nie był już tego taki pewien. Spoglądając na ławę przysięgłych dostrzegał w oczach sędziów uznanie winy i wyrok. A gdy prokurator zakończył odczytywanie aktu oskarżenia, sędzia zwrócił się do Pana C.:
– Czy oskarżony przyznaje się do winy?
– Nie przyznaję się do winy wyartykułowanej w formie przedstawionej przez pana prokuratora – powiedział Pan C. 
– Czy jest coś, o czym oskarżony chciałby powiedzieć ławie przysięgłych, co w jakikolwiek sposób wyjaśniałoby jego  inkryminowaną pisarsko-blogową aktywność?
Pan C. wziął głęboki oddech, wzrokiem ogarnął salę i zaczął mówić:
 – Wysoki sądzie! Źródło mojego zachowania tkwi w takich maleńkich składowych, które otrzymałem od przodków. Wszystko zaczęło się w czasach, gdy ludzie i nauka nie byli tego świadomi, choć to już było. To geny!
– Sprzeciw! – zakrzyknął prokurator – Oskarżony gra na czas i próbuje rozmydlić problem w dywagacjach z dziedziny biologii. Sąd, to nie miejsce na takie rozważania.
– Panie prokuratorze – powiedział sędzia – nikt panu nie przerywał. Proszę uszanować czas, jaki dostał oskarżony. Proszę kontynuować! Co z tymi genami?
– Mój pradziadek Michał miał trzy żony. W pamięci rodzinnej zachowało się określenie, że był kochliwym mężczyzną. Ta pewna biologiczna i emocjonalna właściwość przeszła na dziadka Władzia, który miał tylko dwie żony, ale za to w okresie międzywojennym co roku odwiedzał Ciechocinek. Oficjalna wersja mówi, że dla podratowania zdrowia. O ojcu swoim nie będę się wypowiadał, bo jeszcze żyje. Tak więc mam prawo domniemywać, że relacje damsko-męskie i to wszystko, co tyczy  się emocji, jakie te relacje budzą, jest wpisane w mój życiorys. Jest to rodzaj determinizmu, któremu nolens volens* podlegam, a skoro tak, to nie mogę ponosić zań odpowiedzialności. Moją jedyną winą jest, że o tym piszę. A że inni czytają z upodobaniem? Cóż? Może dostrzegają pokrewieństwo duchowe? Ponoć mamy wolność, więc z tej wolności korzystałem. Z niczego więcej.
– Czy to już wszystko? – zapytał sędzia.
– Nie, wysoki sądzie! W tym miejscu pragnę skorzystać z przywileju posiadania obywatelstwa blogosfery. Nie godzi się, abym był sądzony przed tym gremium. Niech mnie osądzi i wyda werdykt blogosfera.
Sędzia, prokurator i sędziowie przysięgli byli zaskoczeni, ale nie pozostało im nic innego, jak przyjąć to do wiadomości.
– Zamykam przewód sądowy i rozwiązuję ławę przysięgłych – powiedział sędzia. – Zgodnie z obowiązującym prawem, na które powołał się oskarżony, werdykt wyda blogosfera, która wyrazi go poprzez cząstkowe wypowiedzi na blogu Pana C. Ich sumaryczna wartość będzie wiążąca dla sądu i uczyni zadość sprawiedliwości.




*J'Accuse - oskarżam.
**nolen volens - łac. chcąc nie chcąc.

wtorek, 25 grudnia 2012

My hometown


Pan C. miał dzisiaj nostalgiczny nastrój. Zawsze tak go nachodzi podczas kolejnych świąt Bożego Narodzenia. Ma tak bez względu na to, co sądzi o ich wiarygodności i zgodności z tym, co mówi Pismo. W nastrojowaniu wspomaga go czerwone wino i stosownie dobrane jutubkowe piosenki. Dziś wypadło na wsparcie ze strony Bruce'a Springsteena, który sam z siebie i nieproszony zaśpiewał My Hometown

W lutym 2013 roku minie sto lat, gdy ukochany dziadek Pana C., na kilka dni przed ukończeniem dwudziestu jeden lat, wypłynął z Bremy za ocean. Pod opieką miał Annę, żonę starszego brata Józefa, który już czekał tam na nich. Kryzys w zaborze rosyjskim był taki, że młodzi i silni szukali godnego zajęcia daleko poza miejscem zamieszkania. Płynęli z nadzieję na spełnienie marzeń. Witała ich szybka i upokarzająca procedura imigracyjna na wyspie Ellis Island. Była to skromna cena za przejście tej bramy do raju, za jaki wówczas uchodziła Ameryka.

Roman Rajewski na liście pasażerów SS Hannover, 20 lutego 1913

Roman Rajewski, US Army
1917 - tuż przed wyruszeniem na wojnę do Europy


niedziela, 23 grudnia 2012

Dirty Marian

Wielokrotnie wywoływany do tablicy staję przed wami, by powiedzieć krótko i treściwie.
Po pierwsze primo: to, co łaskawie wypisuje na mój temat Pan C. to dalece posunięta licentia poetica. W tych jego opowieściach ważniejsze jest piękno niż dosłowność.
Po drugie primo... ups! secundo: Hela specyficznie postrzega mnie i nasze relacje. Śmiało mogę powiedzieć, że jej punkt widzenia momentami jest skażony feministyczną optyką, ale Ksantypą żadną nie jest... No może czasami.
Po trzecie wreszcie, czyli tertio: nikt tak naprawdę nie wie, jak jest między nami i co tak naprawdę czujemy, gdy jesteśmy we dwoje. Niebawem minie nam trzydzieści trzy lata razem, a to nie w kij dmuchał! To w końcu o czymś świadczy!
Mając to trzecie na uwadze niechcący rzucę wam nutkami i ruchomym obrazem, który najlepiej oddaje to szczególne  napięcie i wzajemne przyciąganie, jakie nieustannie jest między mną a Helą. Tak było zawsze, ale odkąd dzieci poszły w świat nasila się niemożebnie. Popatrzcie na siebie i pomyślcie przez moment, ile wokół was niezagospodarowanych i zapomnianych pól wzajemnych relacji? Weźcie je w posiadanie i bądźcie szczęśliwi!
To moje życzenia dla wszystkich, także dla Pana C.

Marian (Helenowy)


czwartek, 20 grudnia 2012

Pościelówa

Marian w ubiegłym tygodniu był kilka dni w delegacji. W firmie to normalne, więc nie jest to coś, co mogłoby zaskoczyć żonę Mariana, czy Koleżankę Małżonkę Pana C. Nie oznacza to jednak, że sama sytuacja domowa przed wyjazdem nie może zaskoczyć Mariana. Kto zna Helę ten wie, że wszystko jest możliwe. 
Marian planował wyjazd w poniedziałek w godzinach porannych, o czym Hela doskonale wiedziała. Zauważył, że od kilku dni była bardzo miła i jakaś taka klejająca się do niego. A to musnęła go w ucho lub kark, a to znów się otarła biodrami. Podskórnie czuł, że coś się święci, choć nie był w stanie przewidzieć szczegółów.
W sobotni grudniowy wieczór zmierzch zapadł dość wcześnie. W salonie na ławie pojawiły się dwa kieliszki i butelka czerwonego wina. Mrok rozświetlały dwie świece o delikatnym zapachu. Marian w sposób znaczący spojrzał na Helę, która pospieszyła z wyjaśnieniem.
– W poniedziałek wyjeżdżasz na cztery dni, więc pomyślałam, że byłoby całkiem miło spędzić ten wieczór w ten sposób.
– Nie pierwszy raz wyjeżdżam – powiedział Marian – Czy mamy jakąś szczególną okazję?
– Od razu szukasz wyjaśnień – sarknęła Hela. – Czyż nie może być nam miło ot tak sobie?
– Oj, może, może! Przyznam jednak, że nigdy nie urządzałaś mi takich pożegnań.
Oczy Heli lśniły, a na twarzy pojawił się zagadkowy uśmiech jak u Mona Lisy. Czyżby miały coś wspólnego? – pomyślał patrząc na kobietę swojego życia.
– Już dobrze, dobrze – skwitował Marian. – Cieszę się, że jesteś.
– Przecież wiesz, jak cię kocham i każda chwila bez ciebie to dla mnie dolegliwość.
W tle sączyła się jakaś nastrojowa muzyka, którą uprzednio nastawiła. Ciepłe kaloryfery i popijane wino sprawiły, że obydwojgu zrobiło się ciepło a na policzkach pojawiły się wypieki. Rozmowa toczyła się powolnie i z każdym łykiem wina stawała się intymniejsza. W pewnym momencie Hela zaproponowała:
– Może przeniesiemy się do sypialni?
– Naprawdę? – zapytał z udawanym zaskoczeniem Marian.
– Naprawdę, głuptasie! 
Przeszli do pokoju obok, gdzie migotały i pachniały takie same świeczki. Cienie Heli i Mariana błądziły po ścianach. Hela uruchomiła stojący przy łożu odtwarzacz, z którego popłynęły dźwięki pościelówy wszechczasów  Je t'aime moi non plus. Przywarli biodrami i jak onegdaj, jakieś trzydzieści trzy lata temu, zaczęli falować wokół siebie w zgodzie z nutkami.
– Nie będzie ciebie kilka dni – szepnęła Hela. – Pościel jest świeża, chcę ją zrosić tobą, sobą... nami.
– Heluś!?
– No co? – powiedziała tonem, jak dziecko przyłapane na czymś niestosownym.
– Nic. Po prostu zaskakujesz mnie... nieustannie. 
Przygarnął ją do siebie, dłoń zatopił we włosach i wcałował się w jej spragnione i rozpulchnione usta. A gdy na chwilę złapała oddech wyszeptała:
– Bo ciągle mi ciebie mało, mało i mało...



wtorek, 18 grudnia 2012

List otwarty do Wugusia

Wielce Szanowny Wugusiu,

W pierwszych zdaniach listu pragnę wytłumaczyć się z tej formy kontaktu z Tobą. Z wielu względów nie chciałam korzystać z pośrednictwa Pana C., z którym, jak powszechnie wiadomo, jesteście w komitywie. Natomiast pełne i racjonalne wyjaśnienie tego kroku da się sprowadzić do czterech punktów.
Po pierwsze: moderujesz komentarze i nie mogłam się wpisać z pytaniami, które się nasuwają po lekturze wpisu Kto wistuje? 
Po drugie: uważam, że najlepiej, gdy ludzie komunikują się bezpośrednio. 
Po trzecie: ostatnio stało się modne i w dobrym tonie pouczanie innych w obecności publiki.
Po czwarte wreszcie i najważniejsze: jedno z Twoich zdań ożywiło moją babską dociekliwość i nie daje mi spokoju, nie mogę przez to spać. Heleny już tak mają, że muszą tematy roztrzaskać do końca. Nie kryję, że próbowałam dociec, co autor miał na myśli, ale rozmowy z Marianem nie przybliżyły mnie ani o krok.
    Ale po kolei, by nie zagmatwać tego, co już i tak jawi się bardzo skomplikowanie. Mój niepokój wywołuje drugie zdanie z przytoczonych poniżej:
    Pajęczarka podrapała się po prostych włosach, potem po nodze. Drapanie nieznacznie, ale jednak, odsłoniło jej alabastrowo-berylowe udo.
    Wiem, jak wyglądają alabaster i beryl, ale jakoś tak bardziej mi to pasuje na materiał, z którego rzeźbi się figury Przenajświętszej Dziewicy. Minerał jest ładny, ale zimny w dotyku, a uda kobiece (moje także) aspirują raczej do gorących.  Poza tym nie jestem jakaś tam kościołowa, a i pana księdza widuję bardzo rzadko. Poruszona wytłuszczonym określeniem podeszłam do lustra w holu i przyjrzałam się sobie dokładnie. Chciałam moje uda i nogi w jakikolwiek skojarzyć z czymś fajnym, ale nijak mi nie wychodziło na alabaster i beryl. Poza tym beryl kojarzy mi się jeszcze z bronią. Chyba za dużo discovery oglądam.
    Wiesz przecież, że każda kobieta, w tym także Twoja Wiewiórka, szuka potwierdzenia i akceptacji przede wszystkim w oczach swojego mężczyzny. Mając to na uwadze poprosiłam Mariana, by odszedł na moment od tego paśnika przed telewizorem, odstawił piwo, sernik i sałatki i przyszedł do mnie.
    – Spójrz, kochanie, na moje nogi – powiedziałam zachęcająco.
    – Co znowu wymyśliłaś? – zapytał poirytowany sądząc, że znów sprawdzam jakąś dietę na sobie i zawracam mu gitarę wyciągając z salonu.
    – Przyjrzyj się uważnie moim nogom – powiedziałam. 
    – Coś z nimi nie tak? – mówiąc to mierzył mnie wzrokiem z góry na dół.
    – Oj, Marian, proszę cię! Czy moje nogi mógłbyś określić alabastrowo-berylowymi?
    – Coś się stało? Masz jakiś problem?
    – Chce tylko wiedzieć, czy alabastrowo-berylowe to takie eleganckie i apetyczne, czy niekoniecznie?
    – Heluś, twoje uda i nogi nie mają nic wspólnego z tymi alabastrami. Daj sobie spokój!
    – Chcesz mi powiedzieć, że są do niczego?
    – W życiu! – szedł w zaparte – uwielbiam twoje nogi i uda. Działają na mnie. Coś jeszcze?
    – A z czym byś je porównał?
    – Są fajne i silne! Są, jak nogi zdrowej kobiety, która jest w stanie... udeptać beczkę kapusty na zimę.

    W tym miejscu uznałam, że dalsza wymiana zdań z Marianem może zakończyć się awanturą. Z właściwą sobie kulturą i powściągliwością zakończyłam rozmowę. Wiedziałam, że  o alabastrach i berylach w kontekście kobiecych ud nie ma pojęcia, dlatego postanowiłam się zwrócić w tej sprawie bezpośrednio do Ciebie. Mam nadzieję, że publicznie wyjaśnisz, jak rozumiesz i jak... czujesz alabastrowo-berylowe udo kobiety?

    Serdecznie pozdrawiam

    Helena

    poniedziałek, 17 grudnia 2012

    Ptasie smutki

    – Wiesz, Caddi – zagadnęła Hela, gdy ten zaszedł do jej domu – mam pewien problem ze zrozumieniem jednej frazy, na którą trafiłam u Wugusia.
    – Doprawdy? – zdziwił się Pan C. – przecież Wuguś pisze prosto i prześmiewczo. To się po prostu czuje.
    – To prawda, ale czasami nie nadążam za jego abstraktami i absurdaliami. Bardzo je lubię, ale gubię się w tym wszystkim.
    – A Marian nie pomógł nic w tej materii?
    – Odesłał mnie do ciebie. Powiedział, że z Wugusiem łączy cię komitywa, więc będziesz w stanie cokolwiek wyjaśnić. Ponoć wspólnie się obraziliście i jesteście w jakimś s(za)pisku bretońskim zawiązanym przeciwko ukrywającym się w stołpie, czy jakoś tak. Jest z wami w tym porozumieniu jeszcze jakaś kochanica hrabiego Stroganowa i grono nienawistnej gawiedzi pamiętającej stołpianom zaprzeszłe urazy.
    Nie potwierdzam, nie zaprzeczam i proszę nie wyciągaj z tego wniosków – uśmiechnął się znacząco Pan C. – Powiedz lepiej czego nie rozumiesz.
    – Wuguś opisując otoczenie i głównego bohatera napisał tak: Cisza była taka, że słychać było jak ptasie smutki spadały z drzew. Wiesz, Caddi, ptaki na drzewach kojarzą mi się niestety z jednym...
    – Z czym?
    – Trzeba uważać, by nie zafajdały ubrania, gdy znajdziesz się pod nimi.
    Zaskoczony Pan C. nie od razu udzielił odpowiedzi. Przymknął na chwilę powieki, sięgnął pamięcią do Wugusiowej fiktoryjki* i kreowanego w niej klimaciku. 
    – Pamiętasz, jak w połowie lat dziewięćdziesiątych odtwarzaliśmy w radiu w odcinkach powieść Sergiusza Piaseckiego zatytułowaną Zapiski oficera armii czerwonej?
    – Oczywiście, że pamiętam – potwierdziła żarliwie Hela. – Czytał ją nieodżałowanej pamięci Henryk Bista. Rewelacja.
    – A pamiętasz, jak się zaczynała ta powieść?
    – Tego nigdy nie zapomnę... Noc była ciemna jak sumienie czekisty**, jak zamiary polskiego pana, jak polityka angielskiego ministra...
    – No właśnie! – powiedział Pan C.
    – Nie rozumiem, Caddi...
    – Naprawdę nie rozumiesz? Zestaw tylko swoje rozumienie ptasich smutków z.. sumieniem czekisty. Tylko tyle.


    *fiktoryjki - zmyślone i zabawne opowiastki pisane ku radości P.T. Gości Sza-pisków
    ** w oryginale jest: faszysty

    niedziela, 16 grudnia 2012

    Zakurzony list

    Przed wielu laty Pan C. robił porządki w domu swojego ojca. Na strychu znalazł poukładane i przewiązane sznureczkiem stare dokumenty, jakieś akta notarialne oraz pożółkłe i zakurzone upływem czasu listy. Te ostatnie stały się dla niego źródłem informacji o rodzinie i rodzinnych, często bardzo powikłanych, relacjach. Uzyskane dane skrzętnie wykorzystał w dociekaniach genealogicznych. Kiedyś, gdy nie było internetu, mejli czy esemesów, może dziś wydaje się to dziwnie, ale pisano do siebie listy.  Pośród znalezionych skarbów w ręce Pana C. trafił list całkowicie nieprzystający treścią do pozostałych. Inny, bardzo osobisty i poruszający, bo napisany przez kobietę. Bardzo intymny i piękny.

    Najdroższy Mój,
    Dopiero dwa dni minęły odkąd wyjechałeś, a mnie wydaje się, że całe wieki. Gdzie nie spojrzę, widzę Ciebie, Twoje gesty, czuję Twoją obecność. Może to zabrzmi niewłaściwie, ale jeszcze nie zmyłam z siebie Twojego dotyku i zapachu. Chcę jak najdłużej zachować Ciebie na sobie. Pościel pachnie nami, wszystko pachnie naszą bliskością. [...]
    Cały czas czuję Twój wzrok, którym mnie pochłaniałeś, a na skórze nadal pozostają ślady Twoich delikatnych i czułych dłoni. Przypominam sobie z jaką siłą brałeś mnie w ramiona, trzymałeś za biodra i dziko chwyciłeś z tyłu za włosy, jakbyś chciał mnie powstrzymać przed ucieczką. Wiesz dobrze, że nie chcę uronić niczego z tego, co było między nami. [...]
    Banany z Pewexu może nie były tak smaczne, jak poprzednio, ale cieszę się, że mogłam je zjadać w Twojej obecności. Wiem, wiem! Pomyślisz "wariatka", ale jak nie zwariować przy kimś takim, jak Ty. Mówiłam Ci wielokrotnie, ale napiszę to kolejny raz: nigdy z nikim, z żadnym mężczyzną nie czułam się tak cudownie; nigdy żaden mężczyzna nie zawładnął mną i moimi uczuciami, jak Ty. [...]
    Całuję tak jak lubisz
    Twoja I.


    środa, 12 grudnia 2012

    Goście, goście

    Nie wiem tak do końca, dlaczego Caddi umożliwił mi i Danci pisanie na swoim blogu. Jest prawdopodobne, że z lenistwa, albo z kunktatorstwa pod wpływem słusznej krytyki, że zbytnio wczuwa się w narrację Mariana. Ale zostawmy te szczegóły, ważne, że tu jestem i mam wpływ na to, co o mnie i Danci będzie czytane.  W tym miejscu z góry przepraszam gospodarza bloga oraz czytelników za niektóre dosadne określenia, które pojawią się w tekście, ale nie mogłam ich pominąć, by przekaz nie stracił wyrazistości.
    Helena (ta od Mariana)

    Kilka lat temu zachciało mi się odwiedzić rodzinę na południu kraju. Region dość ubogi, ale uroczy i całkiem inny od tego, z którym stykałam się na co dzień. Ludzie tam religijni i prości, ale nie prymitywni, pracowici i poukładani. Wszystko u nich ma swój czas i miejsce... swoisty rytm. A co najważniejsze bardzo gościnni.  Marianowi wypadły w tym czasie jakieś pilne zadania w pracy i nawet nie chcę myśleć, że podszepnął mu to Caddi, którego dobrze znacie. Nie chcąc jechać sama zabrałam ze sobą Dancię. Fajna kumpela i koleżanka. Żadna z niej gwiazda nadająca się na okładki, taka mała krępa niewywrotna z dużym biustem, za którą faceci zawsze się oglądali. Lubię jej towarzystwo, bo jest bezpośrednia i niepretensjonalna. Nie szuka problemów tam, gdzie ich nie ma i zawsze pierwsza do pomocy. Ma jedną cechę, którą mogłaby obdzielić połowę znajomych: szczerość i spontaniczność we wszystkim, co mówi i robi.
    Spędziłyśmy u moich kuzynów około tygodnia. Najtrudniejszy był pierwszy dzień, gdy potraktowano nas jako miastowe paniusie, co to wyżej srają niż dupę mają i wynoszą się ponad prostych ludzi. Chwilę to zajęło, ale dzięki Danci przekonali się. że jesteśmy normalne
    W pierwszym dniu na proszoną kolację z okazji naszej wizyty przyszło kilku kuzynów i kuzynek, by poznać nas i przypomnieć sobie mnie z czasów dzieciństwa, gdy częściej tam bywałam.  Na początku bacznie się nam przyglądali. Patrzyli, jak jemy i czy wszystkie specjały chcemy spróbować. Ostateczny test postanowił przeprowadzić kuzyn Jurek, który postawił na stole bimberek własnej produkcji. Nie przepadam za tego typu wynalazkami, ale w takich sytuacjach piję jak wszyscy, by nikogo nie urazić. Obawiałam się nieco o Dancię, która generalnie nie pije. Gdy tylko nalali jej w kieliszek powiedziała wojowniczym tonem:
    – Alkoholu nie cierpię, ale nie myślcie sobie, że nie dam rady.
    Bimberek pachniał charakterystycznie, ale Dancia ku zaskoczeniu wszystkich palcami zacisnęła nos, a drugą ręką szybko przechyliła kieliszek. Potrząsnęła lekko głową, ale tylko przez moment pojawił się na jej twarzy grymas. Kuzynki i kuzyni, a i ja sama patrzyliśmy z uznaniem na jej wyczyn. Dancia nie dała nam czasu ochłonięcie z wrażenia. Nie czekając aż trunek rozejdzie się po kościach poprosiła o uzupełnienie kieliszka. Wypiła w podobny sposób, jak za pierwszym razem. Na ten widok aż mnie skręciło.
    – No, no! – zakrzyknął kuzyn – Myślałem, że wy takie miastowe, a tu widzę normalne kobitki. 
    – Do tańca i do różańca – dodała z entuzjazmem żona kuzyna.
    Dancia zerknęła to na mnie, to na nich i wypaliła z błyskiem w oczach:
    – A co wy sobie myśleliście?!! Że my to co? Bułkę przez bibułkę, a ch...  gołą ręką?






    poniedziałek, 10 grudnia 2012

    Bażant roku 2012

    Sezon polowań na bażanty rozpoczęty. Pan C. z polowaniami niewiele ma wspólnego ani jako zwierzyna, ani tym bardziej jako myśliwy. Bażantem nie jest, ale blogerem jak najbardziej. Stąd miłe połechtanie dwiema nominacjami, jakie otrzymał od Pani Peoni (Blog of the year 2012) i od MrsDalloway (Very Inspiring Blogger Award).


    Zasady zabawy:
    1. Nominować blogi, które według mnie zasługują na wyróżnienie.
    2. Poinformować blogerów, o tym, że są nominowani.
    3. Podziękować blogerowi, który mnie nominował.
    4. Dołączyć nagrodę na swoim blogu.
    Wugusiowe Sza-piski - za humor, wyobraźnię i dystans do siebie
    Czarownica Angie - za szczerość, bezpretensjonalność i dzielenie się radością
    Judyta - za... piękne życie (La vie est belle) i ona... też
    Mmrr - za wytrwałość w pisaniu o miłości
    BlueBird - za wrażliwość i apetyt na życie
    Ziemianin w kuchni - za dar smacznego pisania
    Margerithes - za poezję na co dzień
    Especjalnie - za pasję zgłębiania i dzielenia się teologią
    Oczy w oczy - za przybliżanie świata mikro
    Urden - za pasję podglądania drewnianych kościółków
    Maurycy - za życie na serio
    Poranna Rosa - za pięciolinię słów
    U Goldenbrown - za pomnażanie radości






    sobota, 8 grudnia 2012

    Okiem i uchem Danci

    Pan C. zauważył, że jego doniesienia o pożyciu Heli i Mariana budzą czasami wątpliwości. Pojawiały się opinie, że zbyt jednostronnie opisuje przyjaciół przyjmując punkt widzenia Mariana. Mówiąc kolokwialnie: przyjmuje postawę męskiej szowinistycznej świni, która chce pognębić kobiety. Ten zarzut jest z gruntu fałszywy i nie mający nic wspólnego z intencjami Pana C. Mając to na uwadze porozumiał się z Helą i Dancią, że dla równowagi będą mogły przedstawiać pewne sytuacje ze swojego punktu widzenia.
    Dziś Hela widziana oczami Danci.

    Spotkałyśmy się z Helą na kawie w dniu, w którym Marian poszedł kupić sobie buty. Hela wpadła do mnie bez uprzedzenia – jak zawsze –  oznajmiając radośnie od drzwi:
    – Wysłałam Mariana do sklepu obuwniczego. Mam dość ciągłego doradzania. Niech w końcu dorośnie i zacznie ubierać się sam.
    – Żartujesz? – zapytałam nie wierząc swoim uszom.
    – W żadnym razie! Po prostu chciałam mieć parę chwil dla siebie. Poszedł z Caddim, więc jestem o niego spokojna.
    Pokiwałam ze zrozumieniem, ale w moich oczach była cała prawda... gadaj opowiadaj, a ja swoje wiem.
    – Wiesz, Danciu – kontynuowała z entuzjazmem Hela – trafiłam na bardzo ciekawy test w internecie.
    – Jaki znów test? –  nie nadążałam za jej myślami, zwłaszcza, że korzystanie z dobrodziejstw internetu nie było moją domeną.
    – A chciałam sprawdzić, jak wyglądają moje relacje i pożycie z Marianem.
    – To nie wiesz tego? – zapytałam i w tym momencie ugryzłam się w porę w jęzor i nie dopowiedziałam, że wszyscy wiedzą, tylko ty nie wiesz?.
    – Wiem, ale test pozwala poprzez odpowiednio dobrane pytania zobiektywizować ocenę. 
    – Możliwe, choć nie mam przekonania – powiedziałam. – Czuję, że chcesz mi to opowiedzieć, więc wal prosto z mostu.
    Hela tylko czekała na zachętę. Wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić.
    – Najpierw zapytali, jak często się kochamy... – tu zawiesiła znacząco głos.
    – I co odpowiedziałaś? – weszłam jej w zdanie.
    – Że kilka razy w tygodniu.
    – Naprawdę? – zdziwiłam się nieco.
    – Tak, bo tak jest – żachnęła się Hela – Później było wiele pytań natury ogólnej i szczegółowej, na które starałam się odpowiedzieć bez zastanawiania, by nie zafałszować wyniku.
    – Jak to zafałszować – zdziwiłam się nieco. – Przecież sama wypełniałaś i nie miałaś powodu niczego fałszować.
    – Tak, ale jest taka prawidłowość w testach, że im dłużej się zastanawiamy to udzielamy odpowiedzi nie  "jak jest", ale.... "jak być powinno".
    – I jak wypadł ten test?
    – Cudownie – odpowiedziała z entuzjazmem Hela. – W podsumowaniu było napisane, że Marian jest ze mną jednym z najszczęśliwszych mężczyzn na świecie. Inni powinni mu zazdrościć.
    Mówiąc to oczy jej błyszczały, a twarz promieniała uśmiechem i dumą. Przyznam, że zawsze urzekało mnie w niej to, jak walczyła o swego mężczyznę na każdym polu i pod każdym względem. Rutyna była jej obca. Próbowałam wielokrotnie hamować jej kierownicze zapędy, ale marny trud. Poza tym Marianowi chyba było z tym dobrze. Cud, że dziś mu odpuściła.
    – A jakieś pytania z testu zapamiętałaś?
    – Niewiele, bo szybko wypełniałam, ale jedno tak.
    –  Jakie?
    – A było to: Jak lubisz się kochać ze swoim mężczyzną?
    – I jakie były opcje?
    – Pierwsza to "po misjonarsku", druga "ja na nim" i trzecia "nieważne jak, byle  z nim".
    – Wiem, co odpowiedziałaś – skwitowałam. – Stawiam milion, że była to trzecia opcja.
    – Tak, Danciu – potwierdziła Hela – bo znasz mnie i wiesz, że tylko ze mną jest możliwe coś takiego, że im dłużej, tym bardziej...

    I tego jej i Marianowi zazdroszczę.


    środa, 5 grudnia 2012

    Pliszka w obuwniczym

    Marian wybrał się na zakupy w towarzystwie Pana C. Chciał kupić sobie jakieś porządne buty na zimę. Hela uznała się za wyjątkowo zmęczoną, by iść razem z nimi, poza tym miała jeszcze coś do załatwienia u krawcowej. Pan C. wydał się jej wystarczającą obstawą dla jej mężczyzny.
    Przyjaciele ustalili listę sklepów i marszrutę tak, by w sposób pewny dokonać rzeczonego zakupu. Zaczęli od dużej galerii handlowej, w której obok siebie handlowały dwie znane i konkurencyjne marki. Gdy tak kroczyli pomiędzy regałami Pan C. zauważył, że Marian zachowuje się dziwnie. Zamiast patrzeć na wystawione modele butów patrzył pod stopy i mruczał coś pod nosem kierując wzrok na ścianę sklepu.
    – Maniek! Wszystko w porządku? 
    – Tak, a co?
    – Hm! Jakoś tak dziwnie się zachowujesz. Coś się dzieje?
    – Wydaje się tobie – odburknął Marian.
    Kręcili się dalej między regałami.  W pewnym momencie Pan C. podszedł niezauważony do Mariana i ponownie usłyszał jego warkliwe mruczenie. Tym razem usłyszał wyraźnie.
    – A Ty czego się gapisz? Cały czas mnie prowokujesz! – wyzłośliwiał się Marian.
    Mówiąc to wzrok miał zwrócony w kierunku dużego plakatu, z którego kusząco patrzyła Halle Berry.
    – Nie ma tu Heli, więc nie denerwuj mnie i nie zaczepiaj wzrokiem!




    niedziela, 2 grudnia 2012

    Bohater wieczoru

    Z upływem lat namiętność i żar, z jakim ludzie udają się we wspólną podróż przez życie powoli stygnie. Marian i Hela należą do tych współwędrowców, którzy intensywność początkowych etapów mają za sobą. Elementy dłuższego i intensywnego popasu zdarzają się, choć już nie tak często jak kiedyś. Są jednak powodem wspólnej radości.
    – Marian, co ty dzisiaj taki zadowolony? – zapytał Pan C. widząc rozpromienionego przyjaciela.
    – A nic szczególnego – skwitował Marian, ale wyraz jego twarzy zdecydowanie temu przeczył.
    – Ej... ściemniasz coś. Czyżby wczoraj coś się przydarzyło? 
    – No... było.
    – Ale to chyba normalne, że od czasu do czasu coś się przydarza – powiedział Pan C. wyczuwając, że Marian chce się czymś podzielić. – Czyżby Hela zaatakowała w sposób jaki lubisz?
    – Była niesamowita – potwierdził z błyskiem w oku. – Na ten wieczór przy świecach i lampce wina ubrała się w takie rzeczy,  że dech mi zaparło.
    Pan C. słuchał i uśmiechał się dostrzegając niekłamaną radość.
    – Ale wiesz – kontynuował Marian – Hela doceniła i moje starania. Przyznam, że wczoraj byłem bardzo, ale to bardzo... bohaterski. Pożerała mnie wzrokiem i chłonęła całą sobą. Najpierw spojrzała mi głęboko w oczy, by po chwili skierować wzrok niżej i wyszeptać: Oto mój bohater wieczoru!

    piątek, 30 listopada 2012

    Appendix do... tupotu mefff

    Poprzedni wpis przywołał wiele indywidualnych wspomnień związanych z przeżytym  syndromem dnia następnego. Niezależnie od tego pojawiły się dociekliwe pytania o Dancię, która towarzyszyła Heli. Obiecałem, że delikatnie dopytam i jak tylko cokolwiek się dowiem to uprzejmie doniosę. Przedstawiony wczoraj w okrojonej formie dialog pomiędzy przyjaciółkami wyglądał mniej więcej tak:
    – Co wybierasz, Danciu?
    – Wiesz przecież, że nie cierpię alkoholu w żadnej postaci.
    – Zatem czego się napijesz, bo ja lubię wszystko poza anyżówką – powiedziała Hela
    – Obojętnie co, byle było mocne i dużo –  odpowiedziała z niekłamaną niechęcią  Dancia.
    Co było dalej już wiemy. Barek Mariana został opróżniony i około drugiej w nocy Hela z Dancią zakończyły kuchenne rewolucje, czyli mówiąc językiem zrozumiałym: nie poczyniły żadnych kulinarnych przygotowań, które wcześniej były zamierzone. Dancia mieszkała dwa domy dalej, więc wzięła swoją torebkę i lekko chwiejnym krokiem – z naciskiem na słowo "chwiejnym" – udała się do siebie. Od strony ulicy był niewysoki płotek, który służył jej za podpórkę. Z trudem dotarła przed drzwi domu. Torebka była przepastna i miała problem ze znalezieniem kluczy. Nie chciała dzwonić, by nie obudzić domowników, a zwłaszcza męża. Gdy wreszcie znalazła klucze szszszczęśliwa przytrzymując się kolumienki próbowała wsunąć je w zamek. Nie dała rady, a delikatność i subtelność jej ruchów słyszane było w promieniu kilkudziesięciu metrów.
    Po chwili uchyliły się drzwi, w których stanął mąż Danci, Gdy ją zobaczył słaniającą się na nogach i poczuł charakterystyczny oddech zapytał podniesionym głosem:
    – Do jasnej cholery! Hałasujesz, budzisz mnie i sąsiadów. Gdzie byłaś do tej pory???
    – No jak to gdzieee? – odpowiedziała spowolnionym i rozciągniętym głosem – Jestem chrzestną Heleniątka i byłam z nią w... kościoooole.

    czwartek, 29 listopada 2012

    Tupot białych... mefff

    Barek na trunki i stosowne szkło to coś, co znajduje się w każdym... prawie każdym domu. Ma je nauczyciel z nauczycielką, urzędnik, ksiądz i policjant. A Wuguś z Wichrowych to ma nawet piwniczkę, ale to już wyższa szkoła jazdy. Barek ma swoje miejsce także u Pana C. i jego przyjaciół Mariana i Heli. Zasobność tych szczególnych sejfików zależna jest od upodobań i fantazji właścicieli.
    Przed kilku laty córka Mariana i Heli przygotowywała się do pierwszej komunii. Obydwoje nie należeli do osób szczególnie religijnych, ale chcieli dziecku dać możliwość wyboru. Plan związany z tą uroczystością był bardzo napięty. Zwłaszcza dla Heleny. W piątek trzeba było pójść z dzieckiem do spowiedzi, a później przygotować, co nieco dla gości, którzy mieli zjechać z daleka dzień przed uroczystością. Ale zacznijmy do początku.
    O siedemnastej w piątek Hela ze swoim Heleniątkiem i jej chrzestną karnie stawiły się w kościele i ustawiły w kolejce do spowiedzi. Mariana tam nie było, gdyż od zawsze uważał, że z Panem Bogiem lepiej mieć ograniczone kontakty, a jeśli już będzie to konieczne to być w relacjach osobistych. Poza tym Bóg - tak uważał Marian  ma cały świat na głowie i nie zamierzał zawracać Mu gitary jakimiś osobistymi pierdołami. Jednak Hela chciała w tym wszystkim być ze swoim dzieckiem. 
    Około osiemnastej było już po stresie i wróciły do domu Heli. Dancia, chrzestna Heleniątka, miała pomóc w przygotowaniu paru sałatek i przekąsek. W tym miejscu wypada gwoli kronikarskiej rzetelności napisać, że Dancia była dla Heli kimś takim, jak Pan C. dla Mariana.
    – Wiesz, Dancia  zagaiła Hela, gdy weszły już do domu – ta spowiedź była dla mnie dość traumatyczna.
    – Dla mnie też.
    – Może się nieco zrelaksujemy?
    – Ale jak?
    – Zajrzyjmy do barku – powiedziała Hela. – Po kieliszeczku czegoś mocniejszego nie przeszkodzi nam w kuchennych zajęciach.
    Jak powiedziały tak zrobiły. W barku stało kilka butelek, ale żadna pełna. Resztki gorzkiej żołądkowej, niedopity ballantine, bols, jakieś martini cytrynowe, puszka piwa i tym podobne wynalazki. Zaczęły od kieliszeczka gorzkiej żołądkowej miętowej. To ulubiony trunek Heli. 
    Z kulinarnych przygotowań niewiele wyszło. Bliskość barku sprawiła, że tego wieczoru do znajdującej się tuż obok kuchni już nie dotarły. Babskie rozmowy wsparte mieszankami procentów zeszły im do drugiej w nocy. Marian próbował delikatnie przypomnieć, że następnego dnia będą goście, że kuchnia, że trzeba by coś przedsięwziąć, ale nie z Helą takie sugestie i uwagi. 
    O siódmej rano zadzwonił budzik, który rozorał mózg Heli. Głowa zajmowała połowę poduszki, a oczy miały pole widzenia w zakresie, jaki daje dziurka od klucza. Udało się jej dotrzeć do łazienki, obmyć twarz i ubrać dres. Powoli zeszła po schodach do salonu, gdzie Marian w fotelu już popijał czarną kawę. Nim zdążyła poprosić go o to samo z radia zaczął sączyć się niczym koszmarny wyrzut sumienia... Tupot białych mew.

    wtorek, 27 listopada 2012

    Kochanek Heli - wersja lite

    Helena jest kobietą życia Mariana, ale to akurat bywalcy tego bloga wiedzą, bo Pan C. wielokrotnie o tym oraz o jej legendarnej zazdrości pisał. 
    Wczoraj Hela wrociła z pracy podekscytowana scenką rodzajową opowiedzianą jej przez koleżankę. Postanowiła podzielić się nią, by wybadać reakcję Mariana na całkowicie hipotetyczną sytuację.
    - Wiesz, Marian, że jestem zazdrosna, ale tylko dlatego, że cię kocham. Przesadzam czasami, ale już zdążyłeś się do tego przyzwyczaić.
    Marian podniósł wzrok znad okularówi i odłożył czytaną gazetę. Czekał na ciąg dalszy.
    - Nie patrz tak na mnie tylko posłuchaj i odpowiedz. Wyobraź sobie, że wracasz wcześniej do domu i zastajesz mnie w łóżku z Caddim. Jak wtedy byś zareagował, co byś zrobił?
    - Sięgnąłbym po pistolet i zastrzeliłbym go - odpowiedział bez namysłu Marian.
    - Tego mogłam się spodziewać - powiedziała z rozczarowaniem w głosie Hela. - Jak tak będziesz postępować to stracisz po kolei wszystkich przyjaciół.

    niedziela, 25 listopada 2012

    Margarita Magiopoula

    Czasami i Panu C. brakuje odpowiednich słów, by wyrazić zdziwienie i zaskoczenie wypowiedziami... niektórych. Zazdrość i zawiść są stadne i najczęściej dotyczą drobiazgów, po które - z oczywistego lenistwa - nie chce się schylić samemu. Dobrze byłoby to przemilczeć, ale zdecydowanie stosowniej i właściwiej jest wyszeptać: Eppur si muove*.


    Zasadziła drzewko pomarańczowe
    i cała okolica zazdrościła

    i cała okolica zazdrościła
    Zasadziła drzewko pomarańczowe

    Oh, Margarita Magiopoula
    Oh, Margarita Magiopoula
    Oh, Margarita czarodziejka

    Każdego ranka podlewała je pocałunkami
    Wieczorem zabierały je ptaki
    Wieczorem zabierały je ptaki
    Każdego ranka podlewała je pocałunkami

    Oh, Margarita Magiopoula
    Oh, Margarita Magiopoula
    Oh, Margarita czarodziejka

    /Iakovos Kampanellis, Mikis Theodorakis/

    ______________________________________
    *A jednak się kręci - słowa, które ponoć wyszeptał Galileusz stając przed Inkwizycją kwestionującą jego pogląd, że Ziemia kręci się wokół Słońca.

    wtorek, 20 listopada 2012

    Instrukcja srania

    Kiedyś śmialiśmy się z EWuGowskiego (dziś UE) normalizowania kształtu i wielkości ogórków, czy kojarzących się w wiadomy sposób... bananów. Wydawało się, że sowicie opłacana z naszych podatków banda urzędników już odeszła od tego typu tfurczości, ale załączone poniżej zdjęcie przeczy temu mniemaniu.
    Przed kilkunastu laty, gdy Pan C. wracał z urlopu spędzonego nad morzem, słuchał w radiu ZET audycji Dzwonię do pana/pani w nietypowej sprawie. Janusz Weiss rozmawiał ze słuchaczem, który komentując zmiany w podatku drogowym podpowiadał, że może warto opodatkować kobiety chodzące w szpilkach, gdyż niszczą chodniki bardziej niż mężczyźni. Weiss zareagował błyskawicznie:
     O nie, proszę pana! Proszę takich sugestii nie podawać na antenie, bo nie ma takiej głupoty i takiego idiotyzmu, na który urzędnicy wcześniej lub później nie wpadną.

    Załączone zdjęcie jest dość marnej jakości, dlatego w celu ułatwienia zajmującej lektury i zapewnienia dobrej zabawy przepisałem in extenso.

    INSTRUKCJA STANOWISKOWA KORZYSTANIA Z WC
    Na podstawie Dyrektywy Europejskiej EU-3800/248-03

    1. Ubikacja powinna być zawsze utrzymana w czystości zgodnie z systemem HACCP.
    2. Korzystać z ubikacji mogą tylko osoby, które ukończyły instruktaż stanowiskowy udzielony przez bezpośredniego przełożonego.
    3. Do muszli klozetowej nie wrzucać śmieci, szmat, niedopałków papierosów, środków higieny osobistej, zapałek, resztek jedzenia oraz dokumentów urzędowych.
    4. Muszla klozetowa nie służy do mycia głowy, połowu ryb oraz uprawianiu seksu.
    5. Na muszlę klozetową nie należy wchodzić nogami tylko siadać w sposób ergonomiczny, jak na krześle, całym ciężarem ciała, aby pośladki dokładnie i całym ciężarem ciała przylegały do deski klozetowej. Tułów powinien być wyprostowany przy czym punkt ciężkości należy przenieść ze stóp na pośladki kładąc ręce na kolana. Siedzieć należy w taki sposób, aby kał spadał centralnie z niewielką prędkością do muszli, a nie na deskę. Jednocześnie nie należy zabrudzić deski  moczem lub krwią.
    6. W przypadku zabrudzenia deski klozetowej (krople moczu, krew, pozostałości kału) należy bezwzględnie usunąć zabrudzenia papierem toaletowym.
    7. W przypadku gdy do muszli klozetowej wpadną środki higieny osobistej (podpaski, wkładki higieniczne, tampony, chusteczki higieny osobistej) należy je natychmiast wyciągnąć, włożyć w woreczek foliowy znajdujący się po prawej stronie muszli klozetowej i wyrzucić do kosza na śmieci.
    8. W przypadku zmiany środka higieny osobistej należy go umieścić w specjalnym przeznaczony do tego celu woreczku znajdującym się na ścianie po prawej stronie muszli klozetowej i następnie wyrzucić do kosza.
    9. Po zakończeniu czynności fizjologicznych należy zamknąć muszlę klozetową, wyczyścić poprzez użycie wody znajdującej się w spłuczce, następnie umyć ręce zgodnie z instrukcja mycia rąk.
    10. Kabinę WC opuszczamy dopiero po upewnieniu się, że zostały spełnione wszystkie warunki dotyczące korzystania z WC.
    11. W przypadku zauważenia nieprawidłowości w funkcjonowaniu kabiny WC należy natychmiast powiadomić Dyrektora przedszkola.



    poniedziałek, 19 listopada 2012

    Sztuka pytania

    Dawno, dawno temu, a może całkiem niedawno.... Właściwie czas to rzecz względna, ale niekiedy biegnie zbyt szybko. Zatem wyrażając się nieco precyzyjniej wypada powiedzieć, że było to na przełomie tysiącleci, gdy do Pierworodnego Szczęścia aplikowali młodociani absztyfikanci. Dzwonili do drzwi, które osobiście otwierał Pan C. występując w życiowej roli ojca swojej córki. Wyczekująco patrzył w oczy  młodzieńców i bezwiednie taksował każdego z nich.
     Dzień dobry, czy jest Oliwia?
     Jest  odpowiadał Pan C. nie ustępując ani na krok.
     A czy mógłby pan ją poprosić?
     Mógłbym  odpowiadał i dalej stał wprawiając delikwenta w coraz większe zakłopotanie.
    Po chwili młody człowiek zaczynał nerwowo przestępować z nogi na nogę. Jeśli był bystrzejszy zwracał się:
     W taki razie proszę, by pan zawołał Oliwię.
    Po czymś takim zyskiwał uznanie Pana C. i droga stała otworem.


    sobota, 17 listopada 2012

    Scio me nihil scire

    Pan C. zapoznał się z Sokratesem jeszcze w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Wtedy ufnie i bezkrytycznie wierzył w siłę poznawczą nauki i tzw. postępu. Dziwiło go, że taki filozof i mistrz, jakim był Sokrates opowiadał o sobie, że jedyne co wie to, że nic nie wie. Najsensowniejsze ówczesne podsumowanie sokratejskiej postawy mógł streścić w powiedzeniu Kpi, czy o drogę pyta?
    Musiało upłynąć wiele wody w Warcie i sporo lat nim zrozumiał całą mądrość tej szczególnej postawy brzydala, jakim był filozof. Za życia wyrażano się o nim z pogardą i lekceważeniem, bezpodstawnie uznawano za nieudacznika i fajtłapę. Było w tym wiele kłamstwa ze strony ludzi, którym wykazywał nieuctwo i brak wiedzy. Nie interesował się plotkami i nie zabiegał o bycie celebrytą, co i wówczas mutatis mutandis miało miejsce. Był znienawidzony przez ówczesny establishment za bezkompromisowe wykazywanie miałkości postaw, interesownej motywacji i zwykłej ignorancji. Przypłacił to w końcu wyrokiem śmierci na podstawie fałszywych oskarżeń ze strony tych, których ośmieszył.
    O Sokratesie można prawić bez końca, ale i o jego żonie Ksantypie nie mniej. Być może jej upierdliwość i dokuczliwość sprawiły, że rozwinął się jako filozof. Sokrates i Ksantypa to archetyp Mariana i Heli.

    Kiedyś do Sokratesa  człowieka doświadczonego i... doświadczanego małżeństwem  przyszedł młodzieniec po życiową poradę.
    – Uchodzisz nauczycielu za mądrego człowieka i chciałbym zasięgnąć twojej opinii.
    – Mów, co cię trapi – zachęcił Sokrates – może będę w stanie cokolwiek pomóc.
    – Jest w moim życiu piękna i ponętna kobieta, z którą spotykam się od wielu miesięcy. Dobrze nam ze sobą. Jej rodzice, ale i moi również, nalegają byśmy sformalizowali związek. Na razie nie jestem jeszcze na to gotów, ale nie chciałbym wystawiać na próbę jej zainteresowania i lekceważyć rodziców.
    – Cóż mogę ci powiedzieć – rzekł zafrasowany filozof – gdy wezmę pod uwagę własne życie z Ksantypą i doświadczenie to nie mam dobrej rady. Możliwa odpowiedź jest taka: Żeń się lub się nie żeń. Cokolwiek uczynisz będziesz żałował.