środa, 28 grudnia 2011

Magia świąt w praktyce

Dawno, dawno temu, a może całkiem niedawno, bo raptem niewiele ponad czterdzieści lat temu, Pan C. doświadczył w praktyce... ducha świąt Bożego Narodzenia.
Działo się to w drugim roku panowania Edwarda Wspaniałego, tego samego, który chciał, aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej. Po siermiężnej gomułkowszczyźnie kraj stawał się dziesiątą potęgą gospodarczą świata. Niestety później, znacznie później dekada jego rządów została przerwana, ale... nie o tym ten wpis.
Florentynowo, niewielka wieś we wschodniej Wielkopolsce.  Pół kilometra od szosy zasypane śniegiem zabudowania, w ogrzanym kaflowym piecem pokoju duży stół zastawiony postnymi, ale wykwintnymi daniami, w narożniku po lewej stronie żywa choinka przystrojona bombkami i świeczkami. W szczycie stołu ukochany dziadek Pana C., wokół - w hierarchii wynikającej z wieku -  domownicy i goście. Życzenia już były złożone i potwierdzone połamanym opłatkiem, a w tle brzmiały odtwarzane z czarnej winylowej płyty kolędy. Uczestnicy wigilijnej biesiady niespiesznie degustowali świąteczne potrawy.
W pewnym momencie dało się słyszeć głośne kołatanie do drzwi wejściowych. Brat Pana C. i Paweł, syn pani Józi, gosposi dziadków, poszli sprawdzić kto o tej porze zakłóca świętowanie. Po chwili wrócili do pokoju i zakomunikowali:
- To Kaziu od sąsiadów, ale... jest podpity.
- Nie wpuszczajcie go - powiedziała szybko i zdecydowanie pani Józia.
Wszyscy jednak wyczekiwali reakcji siedzącego w szczycie stołu dziadka.
- Spójrzcie na stół - powiedział spokojnie. - Po cóż położyliście na stole ten pusty talerz dla wędrowca?
Brat Pana C. bez słów wrócił do korytarza i po chwili wprowadził do pokoju Kazia, parobka, który od kilku miesięcy pracował u sąsiadów. Dziadek wskazał mu miejsce przy stole, a siedzącym najbliżej gościa polecił podać jedzenie, by się posilił. Czuć było od niego  alkohol, ale nie był pijany.
- Dlaczego dzisiaj zostałeś sam? - zapytał dziadek.
- Nie zaprosili mnie na wigilię - odpowiedział drżącym głosem. - Siedziałem sam w pokoiku nad oborą.
Gdy to wypowiedział z oczu pociekły mu łzy. Po chwili zaczął opowiadać o sobie i o tym, jak jest traktowany przez gospodarzy. Nie musiał. W jego łzach była cała prawda o tym, czego doświadczał.
Pan C. (drugi od lewej) w towarzystwie Dziadka i Mamy oraz Mikołaja
Grudzień 1969 - przed "Okrąglakiem" w Poznaniu
(rok przed opisywanym wydarzeniem).

piątek, 23 grudnia 2011

Numerologia na święta

Gdy pewne rzeczy są odległe i nie dotykają nas bezpośrednio, to podchodzimy do nich z dystansem. Tak jest choćby z przepowiedniami końca świata w 2012 roku. Ileż to razy słyszeliśmy lub czytaliśmy o mającym nastąpić kresie naszego istnienia. Ot, fajny temat dla tabloidów. 

Zupełnie inaczej rzecz się przedstawia, gdy wokół nas, w bardzo w wąskim przedziale czasowym, mają miejsce zdarzenia trudno wytłumaczalne zbiegiem okoliczności. Otóż, znajoma Pana C. od jakiegoś czasu ma nieodparte wrażenie, iż liczby... tak liczby, chcą jej coś ważnego powiedzieć. Inwazja liczb występuje okresowo i jak dotąd nie znalazła dlań żadnego racjonalnego wytłumaczenia.

Tuż przed świętami znów się zaczęło. W miniony wtorek zrobiła zakupy w trzech różnych miejscach i w czwartek dwukrotnie. W każdym z tych miejsc kupowała więcej niż jedną rzecz. Kwoty do zapłaty były sumą.


Paragony fiskalne, które zachowała dają do myślenia:
  • 99,99 zł, 
  • 57,57 zł
  • 44,44 zł
  • 20,20 zł
  • 35,35 zł


Ki diabeł? Sen mara, bóg wiara... A może metafizyka?




wtorek, 20 grudnia 2011

Pan C. w szoku

Do rzadkości należą sytuacje, w których Pan C. odczuwa zakłopotanie, a zaskoczyć go czymkolwiek to umiejętność niebywała. Tak było jeszcze do niedawna, ale doświadczenia minionego piątku (tzw. syndrom śledziowy) tę jego pewność siebie zachwiały w sposób zdecydowany.

Od niedzieli Pan C. jest bardzo szczęśliwy, bo prawie po półrocznej nieobecności na święta przyleciało jego Pierworodne Szczęście. Niezwłocznie opowiedziało o wszystkim, co się w ciągu tego czasu wydarzyło i wydarzyć mogło, a tym samym ciekawości Pana C. stało się zadość.

Następny dzień obecności dziecka to już wyższa szkoła jazdy wymagająca cierpliwości. Pan C. wiedział, że musi zarezerwować czas wyłącznie dla niej i uzbroić się w cierpliwość, jaką można mieć dla swojej córeczki. A wie o tym aż nadto znając ją bez mała dwadzieścia pięć lat. Punkt pierwszy programu dnia przebiegł zgodnie z przewidywaniami, czyli potwierdzenie wiedzy, że dziecko jest nieprzewidywalne i trzeba być gotowym na zaskakujące zwroty akcji. Ale zacznijmy od początku.

Córka umówiła się na godzinę dwunastą do fryzjera. Pan C. odpowiednio wcześniej podjechał w miejsce wskazane przez pasażerkę pojazdu. Miał już odjechać i wrócić mniej więcej po czterdziestu minutach, ale coś go tknęło i postanowił wejść razem do zakładu fryzjerskiego. Cóż się okazało? Imienia fryzjerki, z którą córka Pana C. była umówiona, nikt nie znał, a na dodatek w kalendarzu rezerwacji nie było nazwiska Pierworodnego Szczęścia.
- Pod jaki numer pani dzwoniła? - spytała przytomnie recepcjonistka.

Po chwili wszystko było jasne. To nie był ten zakład fryzjerski, w którym ukochane dziecko było umówione. Po wyjściu na zewnątrz Pan C. zadzwonił pod numer telefonu podany przez córkę i dowiedział się, że ma dziesięć kilometrów do właściwego miejsca i siedem minut, by zdążyć na czas. Spóźnienie wyniosło raptem cztery minuty.

Po mniej więcej godzinie przyszła pora na kolejny punkt programu, czyli kupno butów. Pan C. wiedział, że teraz rozpoczyna się kolęda po sklepach, oglądanie różnych fasonów i kolorów, wielokrotne przymierzanie, oglądanie itp. itd. Podwiózł swoje Pierworodne Szczęście do pierwszego sklepu i powiedział, że wróci za chwilę. Pojawił się dosłownie dziesięć minut później, odnalazł córkę między regałami, gdy chowała buty do kartonika.
- Idziemy do kasy - powiedziała zdecydowanie.


Pan C. nie wypowiedział słowa, gdyż była to sytuacja bez precedensu w dotychczasowych jego doświadczeniach związanych z zakupami robionym razem z córką. Był tak zaskoczony, że machinalnie zaczął realizować kolejny punkt programu: odwiedziny sklepów meblowych. Podjechali do salonu o wdzięcznej nazwie BODZIO. Przywitało ich ciepło i zapach nowych mebli. Parter zajmowała ekspozycja mebli kuchennych, wiec kroki skierowali na piętro.

Troskliwy i jeszcze zaskoczony poprzednim zakupem ojciec stanął z boku i obserwował córkę. Ta rozejrzała się po salonie i szybkim krokiem udała się w jego przeciwległy kraniec. Stanęła przy kanapie w kolorze szaro-grafitowym i odwróciwszy się powiedziała:
- To jest świetny kolor, pasuje do wszystkiego. Kupuję.

Pan C. już nic więcej nie powiedział. Przyglądał się tylko, czy aby to wszystko dzieje się naprawdę i czy rzeczywiście, ta młoda kobieta podejmująca szybkie decyzje, to jego własna córka...

sobota, 17 grudnia 2011

Niedobrze

Piątkowy poranek zaczął się dla Pana C. nie najlepiej. A tak w ogóle to Pan C. był bardzo rozczarowany, że musiał wstać o tak barbarzyńskiej porze. Morfej trzymał go w objęciach i nie chciał poluzować żelaznego uścisku. Kiedy wreszcie po wyczerpujących zmaganiach zszedł do kuchni zastał tam Koleżankę Małżonkę. 
Wstawił czajnik z wodą na palnik gazowy i czekając stał na środku kuchni i zastanawiał się, co by tu zjeść. Dzień wcześniej kupił pięć śledzi w zalewie octowej. Zdawało mu się, że po wczorajszej degustacji co najmniej jeden powinien zostać. Wiedziony tym przeczuciem zajrzał do lodówki, ale znalazł tam tylko rozczarowanie. 
- Zjadłaś może tego ostatniego śledzia? - zwrócił się do Koleżanki Małżonki.
- Nawet nie spróbowałam - odpowiedziała oschle.
Rękę by dał sobie odjąć, że jeden śledzik został. Odruchowo zerknął do pojemnika na odpady plastikowe i ku swemu zaskoczeniu zobaczył opakowanie po śledziach. Nie pamiętał, żeby je tam wyrzucał. 
 - Chyba jednak zjadłem - powiedział kiwając głową z niedowierzaniem.
- Skoro ja nie zjadłam - zaczęła mówić Małżonka - zostajesz tylko ty. Wiesz przecież, że twój syn ryb pod żadną postacią nie jada.
- No tak, masz rację - potwierdził zrezygnowany.
Różne myśli zaczęły krążyć mu po głowie, a najbardziej przerażało go, że nie pamięta... Czyżby to pierwsze objawy demencji i starości. Przecież zmęczenie nie może być wyłączną tego przyczyną??? - myślał w cichości. 
 Dzień jakoś minął. Wieczorem, gdy wrócił do domu Koleżanka Małżonka z rozbrajającym uśmiechem oznajmiła, że wie kto zjadł śledzia. 
- No przecież ja zjadłem - powiedział Pan C.
- Tak tylko ci się zdawało. To twój syn go zjadł wczoraj wieczorem. Miał na niego apetyt, jak nigdy dotąd.
 Wszyscy troje szczerze i głośno się zaśmiali, a najbardziej Pan C. Odetchnął z ulgą, że z jego pamięcią nie jest tak źle, jak początkowo przypuszczał. O wiele groźniejsze i zastanawiające dla niego stało się teraz przeświadczenie, że oto uległ sugestii i przyjął bez oporu, że zrobił coś, czego faktycznie nie zrobił. 

Kobiety potrafią... Oj, potrafią!



czwartek, 8 grudnia 2011

Autorytet

Każdy z nas poza wiedzą, do której dochodzi swym mozołem, uzyskuje też i taką, którą zapodają mu najróżniejsze autorytety. Ktoś jest Autorytetem lub nie, to się po prostu wie i czuje. Autorytet to ktoś mający nasze zaufanie, co do rzetelnego i profesjonalnego podejścia do spraw, o które go pytamy. Odpowiedzi Autorytetu nie podlegają dyskusji i są przyjmowane na zasadzie ufam, więc wierzę, że jest tak, jak mi oznajmiono. Jednak czasami zdarza się, że jakaś osoba nie rozumie czym lub kim jest Autorytet i zaczyna zadawać pytania.
Zdarzenie miało miejsce przed laty na jednej z hal, na której górale wypasali owce. Zbliżał się już wieczór, słońce uciekało za horyzont, a księżyc wznosił się ku górze, by rządzić nadchodzącą nocą. Obok szałasu, w którym spędzali noce pasterze, paliło się ognisko, a na rozłożonych baranich skórach leżał baca z juhasami. Przegryzali upieczone mięsiwo i przepijali gorzałeczką własnej roboty. Juhas leżący najbliżej bacy przez dłuższą chwilę spoglądał w okrąg wschodzącego księżyca. W pewnym momencie odwrócił się ku bacy i zapytał:
- Baco! Jak tak pacsę na tyn ksienzyc to tak se myślę, cy ta nasa zimia tys tak, jak i łon sama z siebie w powietsu wisi?
Leżący obok juhasi spojrzeli zaskoczeni i wyczekiwali reakcji bacy. Ten lekko uniósł się na łokciu, rozejrzał się wokół i upewniwszy, że wszyscy słuchają powiedział:
- Łoj, Jaśku, jakiś ty gupi! Wsyćko jest proste: jest zimia, a pod nią jest taki podstawecek, na którym łona się wspiro.
Wokół zaległa cisza i tylko głowy słuchających potakiwały znacząco z uznaniem dla mądrości bacy. Jasiek zamilkł, ale nadal wpatrywał się w srebrzysty okrąg i widać było, że udzielona odpowiedź go nie satysfakcjonuje. Po chwili znów zwrócił się do bacy:
- Tak godocie, baco, ze ta nasa zimia nie sama z siebie unosi sie w powiecsu, ale jest na podtsawecku. A jo sie pytom: A na cym jest tyn podstawecek?
- Jaśku jakiś ty gupi! - powiedział z politowaniem baca. - No, jak na cym? Jest zimia, jestpodstawecek, a pod podstaweckiem jest kolumienka. Ot i co!
Słuchający znów pokiwali głowami słysząc szybką i konkretną odpowiedź bacy. Tęga głowa i jaka mądrość, żeby to wszystko ogarnąć i znać. Jaśkowi jednak to nie wystarczało.
- Baco, tak godocie, ze ta nasa zimia nie sama z siebie w powiecsu wisi, jeno jest na podstawecku, a pod podstaweckiem jest kolumienka. A jo sie pytom: na cym jest ta kolumienka?
- Łoj, Jaśku, jakiś ty gupi! Jest zimia, pod niom jest podstawecek, pod podstaweckiem kolumienka, a pod kolumienką jest postumencik!
Wszyscy byli przekonani, że ta odpowiedź całkowicie przygwoździła dociekliwego juhasa i obnażyła jego ignorancję.
- Baco, tak godocie, ze ta nasa zimia nie sama z siebei w powiecsu wisi - znów zaczął juhas - jeno jest na podstawecku, a tyn podstawecek na kolumience, a ta kolumienka na postumenciku. A jo sie pytom na cym jest tyn postumencik?
Baca zacisnął szczękę, rzucił złowrogie spojrzenie i poirytowany odpowiedział:
- Jaśku! Cosik mi sie widzi, ze w morde chces!!!