niedziela, 30 października 2011

Runkeeper

Pan C. lubi w wolnych chwilach bawić się grafiką, co dziś znalazło odzwierciedlenie w nagłówku tego bloga. Inna - praktycznie codzienna jego aktywność - to dziarskie przemierzanie duktów rezerwatu przyrody okalającego Złotą Górę. Pogodne i słoneczne dni sprawiły, że mógł w dębowym lesie sycić wzrok złotem jesieni. Chrzęst liści pod stopami miarowo odmierzał drogę.

Przedwczoraj Pan C. odkrył w android market niewielką aplikację o wdzięcznej nazwie runkeeper  i zainstalował w swoim telefonie. Ta niewielka aplikacja wykorzystuje mapy google i GPS do rejestrowania przebywanej przez użytkownika trasy (dystans, wysokość, czas, tempo). Można ustawić różne parametry w zależności od tego, co kogo interesuje. Najciekawsze w tym wszystkim jest, że można pochwalić się i pokazać innym, jakimi szlakami można wędrować.

Dostęp do zarejestrowanych i upublicznionych wędrówek Pana C. znajduje się tutaj: Trekingowo na Złotą Górę. Aby szczegółowiej zobaczyć teren i przemierzaną przez niego trasę należy na wyświetlonej mapie rozwinąć menu (prawy górny róg) i wybrać opcję hybrydowa. Poniżej mapy znajduje się dynamiczny diagram: zielona linia pokazuje różnicę wzniesień, niebieska - tempo marszu. Przesuwanie wskaźnikiem myszki po wybranej linii pokazuje na mapie odcinek, którego dotyczy.
Jedna drobna niedogodność - odległości pokazywane są w milach. W samym zaś telefonie jest możliwość rejestrowania odległości w kilometrach.


środa, 26 października 2011

Przymus apostazji

Państwo polskie chcąc nie chcąc jest agendą Kościoła Katolickiego. Stało się tak wbrew Ustawie o systemie oświaty z 1992 roku, a w szczególności wbrew napisanemu do niej Rozporządzeniu w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w szkołach publicznych. Przywołane zapisy mówią, że w szkole nauczanie religii, czy etyki organizuje się  n a  ż y c z e n i e  rodziców. Jeśli więc coś ma być życzeniem to powinny wystąpić warunki do wyrażania tego w  sposób wolny i nieprzymuszony.

Jakież było moje zaskoczenie, gdy przed kilku laty syn rozpoczął naukę w liceum. Po spotkaniu z wychowawcą poinformował mnie, że  m u s z ę  napisać pismo, w którym jednoznacznie oświadczę, iż nie wyrażam zgody, by uczęszczał na lekcję religii. Ci, co mnie nieco znają wiedzą, jak reaguję na przymus, a przymus w sprawach światopoglądowych w szczególności. Ze złości zagotowało się we mnie wszystko i pociemniało w oczach. Na szczęście po chwili wzburzenie ustąpiło i zdrowie zachowałem.

Podczas pierwszego zebrania rodziców próbowałem dopytać wychowawczynię o formę i zasadność inkryminowanego oświadczenia. Przekonywała mnie, że jest to wymóg władz oświatowych, które nałożyły taki obowiązek na dyrektora szkoły. Próbowałem spokojnie wyjaśnić, że kwestie religii jako takiej - w tym także nauczanie religii - są sprawą prywatną i nie można wymagać ode mnie składania oświadczeń, poprzez które będę zmuszony ujawnić swe przekonania. Nie chciałem przyjąć za właściwe praktyki, by wszystkich uczniów bez wyjątku wpisać w plan katechezy bez  zgody rodziców. W pierwszej chwili gotów byłem zrobić zadymę w stylu siwy dym i czarne chmury, ale po rozmowie z synem odpuściłem. Przekonał mnie, że nie zależy mu na zostaniu bojownikiem o wolność sumienia i wyznania... Nie chciał  uczestniczyć w lekcjach religii, a kwestie pryncypialne nie zajmowały go tak, jak teraz.

Mam świadomość, że ulegając namowie szkoły umożliwiłem złamanie zapisu Konstytucji, który mówi ni mniej, ni więcej: 
Nikt nie może być obowiązany przez organy władzy publicznej do ujawnienia swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania (art. 53 ust. 7). 
Dyrektor szkoły - w opisanym powyżej zakresie - reprezentował  władzę publiczną. 
Źle reprezentował.




niedziela, 23 października 2011

Urzekająca historia

Chodzenie do kościoła nie należy do ulubionych zajęć najmłodszych. Kiedyś do kościoła i w jego okolice przyciągały odpustowe kramy i wata cukrowa. W dobie telewizji i internetu niechęć do odwiedzin tego miejsca jest bardziej zauważalna niż kiedykolwiek.

Wiele matek mając na uwadze swoiście rozumiane dobro pociech, co niedziela ciągnie je do kościołów na msze. Wychodzą z założenia, że dzieciom może się  to przydać, bo odpowiednich papierków i kwitków nigdy zadość. Chrzest, pierwsza komunia, bierzmowanie, świadectwo religii etc. Wyziera z tej postawy sławetny zakład Pascala: lepiej wierzyć w istnienie Najwyższego i nie narażać się jego urzędnikom... tak na wszelki wypadek.

Dzieci przymuszane matczyną troską cierpią katusze i strasznie się nudzą, gdy ksiądz głosi słowo Boże. Chcąc objaśnić trudne teksty biblijne jeden pan ksiądz z drugim panem księdzem, prześcigają się w podawaniu  przykładów będących opowiastkami o nich samych.

Michałek - rezolutny i nad wyraz dojrzały chłopiec - miał chyba dziewięć lat, gdy znalazł się w podobnej sytuacji. Kolejna niedziela i kolejna katorga słuchania kazania, z którego tylko niektóre fragmenty był w stanie zrozumieć. Wielokrotnie chwytał matkę za rękaw i próbował namówić do wyjścia. Ta cierpliwie przekonywała, by jeszcze chwilę wytrwał.

Wreszcie, gdy po długim i przynudnawym kazaniu wybrzmiało sakramentalne amen, w kościele zaległa cisza. Wzdłuż nawy głównej kościoła oraz w kruchtach wszyscy odczuwali niewypowiedzianą ulgę. Rezolutny Michałek odwrócił się wtedy do matki i na cały głos skomentował:
- Mamo! Urzekła mnie jego historia!
Po chwili konsternacji znudzeni wierni gruchnęli szczerym śmiechem. W niezamierzony sposób wychynęli z narzuconej smutnej pozy i okazali radosne oblicze.

Dzieci podczas kazania


Zobacz: Żywa woda

niedziela, 2 października 2011

Anioły upadają jesienią

W niedzielne wczesne popołudnie Pan C. wybrał się na spacer po parku dawnej posiadłości hrabiego Kreutza w Kościelcu. Sycił wzrok widokiem spokojnej toni jeziorka oraz kolorami jesieni, które coraz natarczywiej osiadają na drzewach i krzewach.
Liście licznie opadają i wyściełają parkowe alejki.