niedziela, 31 lipca 2011

1 sierpnia - prywata Pana C.

Pierwszy sierpnia sprzyja różnego rodzaju mniej lub bardziej mądrym dyskusjom na temat powstania warszawskiego. Rzucam zasłonę milczenia na wszelkie wypowiadane przy tej okazji głupstwa i niedorzeczności. Tamte wydarzenia wywołują we mnie silne emocje, choć może w większym stopniu odczuwa to mój drogi kuzyn Barnaba, o czym pisze u siebie na blogu w Powrocie do historii.

Janina (Nina) Lewandowska ps. „Sosna” Jana(1915-2004)
Niemcy 1946
Poniżej fragment jego wspomnień o rodzinnym udziale w powstaniu:


[...] Dla rodziny zawsze Nina, bądź zdrobniale – Ninka. Dla Zbyszka, Jego kolegów oraz swoich koleżanek często Jana. No i jeszcze „Sosna”„Jana”, z podziemia i Powstania Warszawskiego. Też mało w niej było z typowego kombatanctwa oraz chwalenia się własnymi tej mierze dokonaniami. Za to też, dużo – jak u Męża- pasji do aktywności społecznej w środowisku, z którym szła przez młodzieńcze życie. Chwile wzruszenia zobaczyłem dopiero, gdy wraz w koleżankami patrzyły na pokrywę kanału, którym kiedyś Powstańcy ewakuowali się ze Starego Miasta, a potem na właz przy Wareckiej, gdzie dostojne po latach panie, a wtedy dziewczęta, wychodziły, by stanąć do dalszej walki. [...] - więcej >>>>











-

środa, 20 lipca 2011

Droga do sexu

Kuzyn Pana C. skrywający się pod wdzięcznym nickiem Barnaba (Echa Wydarzeń) podesłał mu w ostatnich dniach dość interesujący schemat opisujący męską drogę do upragnionego seksu. Wynika z niego jasno, że facet to świnia i tylko jedno mu w głowie. W tym momencie przypomniało się Panu C. powiedzenie znanego aktora Robina Williamsa: Facet ma dwa organy: mózg i penisa. Nigdy nie używa ich jednocześnie.

Coś jest na rzeczy, ale żeby nie przedłużać wstępu ponad miarę uruchomcie wyobraźnie i zerknijcie na poniższy rysunek. Prześledźcie kilka ścieżek i ślepych zaułków, które napotyka mężczyzna w drodze seksu... znaczy się sukcesu. 


Kliknij schemat aby powiększyć

Rajska pokusa







___________________

niedziela, 17 lipca 2011

Szczotka Mariana

Firma, dla której pracuje Marian jest dość ekspansywna i wymaga od pracowników dużego zaangażowania także w wolne popołudnia i wieczory. Marian nie stanowił wyjątku w zespole i taki dzień przytrafił mu się w miniony czwartek.

Z pracy wrócił znacznie wcześniej niż zwykle, ale tylko po to, by się odświeżyć i przygotować do spotkania. Wziął prysznic, ogolił się po raz wtóry, włożył białą koszulę, ciemnogranatowy garnitur, czarne skarpety i takież buty. Stanął przed lustrem, by jeszcze raz rzucić okiem na fryzurę i ułożenie krawata. Wszystko było we właściwym ładzie, gdy w pewnym momencie zauważył białe pyłki na ciemnym materiale marynarki. Próbował je strzepnąć dłonią, ale bezskutecznie. Rozejrzał się wokół, ale nigdzie nie zauważył szczotki do ubrań. Kupił ją przed kilku laty na jakimś pchlim targu i był to jeden z jego ulubionych drobiazgów z drewnianym uchwytem i końskim włosiem. 
- Hela!!!! - zawołał - gdzie jest ta moja szczotka do ubrań?
- A skąd ja mogę wiedzieć - odpowiedziała Hela - przecież to ty jej zawsze używasz.
- Heluś najdroższa - powiedział najspokojniej, jak tylko potrafił - owszem, ale nie czas na dyskusje. Spieszę się na spotkanie biznesowe. Powiedz tylko, gdzie ona może być.
- Jest tam, gdzie być powinna - odpowiedziała Hela.
- A gdzie ona być powinna? - dopytywał Marian.
- Tam, gdzie jej miejsce - odpowiedziała z sarkazmem Hela
- Hela!!! - ponowił prośbę Marian - powiedz tylko gdzie ona jest? W pokoju na stole, w przedpokoju na półce, a może w łazience na pralce?
- Hela to, Hela tamto... - burknęła ze swego miejsca oganiając się od Mariana, jak od natrętnej muchy. - Wymień jeszcze dziesięć miejsc, w których powinna ta szczotka być.
- Hela - powiedział stanowczym i nie znoszącym sprzeciwu głosem. - Mam spotkanie biznesowe i muszę na nie zdążyć. Nie mam czasu na przepychanki słowne. Możemy to poćwiczyć w weekend, jeśli tak bardzo ci na tym zależy.
W tym momencie Hela zorientowała się, że linia krytyczna została przekroczona. Zerwała się z fotela odkładając na bok czytaną książkę. Zaczęła szukać szczotki w łazience, zajrzała nawet za pralkę mając nadzieję, że tam ją znajdzie. Szukała w salonie, w przedpokoju i nic. Stanęła zrezygnowana na wprost Mariana.
- Marian? - powiedziała 
- Tak, Heluś?
- Czyś ty sam ostatnio nie brał i nie używał tej szczotki?
- No brałem tydzień temu, gdy wychodziłem na kolację z dostawcami...
Spojrzała na niego z wyrzutem.
- Oj, Marian! A trzeba bylo mnie wtedy poprosić, sama bym ci ją podała i teraz byłoby wiadomo, gdzie jest.


600 metrów w głąb ziemi >>>>


_________________________

czwartek, 14 lipca 2011

Czterdzieści lat później

Marian lubił wolne piątkowe popołudnia i wieczory spędzać z kolegami z pracy. Hela niechętnie zostawała sama, ale wiedziała, że dla Mariana to taki wentyl bezpieczeństwa, taki... maleńki resecik. Czasami w takie dni także wychodziła z domu na babskie pogaduchy przy kawie lub gorzkiej żołądkowej.
Tak było i w miniony piątek.
--------
Noc minęła i bladym świtem siostra sobota witała wszystkich fanów weekendu. 
Kobietę obudził dzwonek do drzwi. Spojrzała na zegarek. Była piąta rano. Nie zamierzała wstawać, gdyż sobota jest dniem, w którym może sobie pospać. Pewnie znów jakiś tirowiec szuka właściwej drogi. A niech poczyta sobie Alchemika Coelho to się dowie, gdzie jego cel - pomyślała złośliwie i przewróciła się na drugi bok. 
Dzwonek zadzwonił ponownie tyle, że natarczywiej i znacznie dłużej. Nie wytrzymała i zerwała się z łóżka. Zeszła na parter i uchyliła drzwi. Półtora metra od niej stał szczupły mężczyzna z jednodniowym zarostem. Sportowa marynarka, biała koszula z rozpiętym kołnierzykiem, dopasowane spodnie dżinsowe i czarne buty. Mimo dziwacznej pory na odwiedziny gość wydał się całkiem szykowny.

- Słucham pana? - powiedziała z chłodem w głosie. 
 - Proszę pani... - mówił niepewnym i zrezygnowanym głosem - czy może mi pani powiedzieć, gdzie ja właściwie jestem?
 - Nie rozumiem - odpowiedziała zaskoczona.
 - No, gdzie jestem? W jakiej miejscowości?
 - Jak to w jakiej - żachnęła się. - W Płońsku...
 - W Płocku??? 
 - Nieeee! W Płońsku! Przecież mówię wyraźnie. Płock jest kilkadziesiąt kilometrów dalej.

Na twarzy mężczyzny pojawiło się przerażenie i rezygnacja. Było widać, że znalazł się w sytuacji, na którą nie miał wpływu.

- O Boże!!! - zawołał. 
- Stało się coś? Pan chciał dojechać do Płocka? - spytała i rozglądała się, gdzie może stać jego samochód.
- Proszę pani - zaczął mówić łamiącym się głosem - jestem z Krakowa. Wczoraj z kolegami wyskoczyliśmy za miasto, by pogawędzić przy kieliszeczku czegoś mocniejszego.
- Jak to???? - spytała zaskoczona. - Gdzie Kraków, a gdzie Płońsk?
- No właśnie! Wiem tylko, że złapałem okazję, by wrócić do domu. Obudziłem się tutaj i kierowca wysadził mnie na rondzie. Nie wiem, jak ja wrócę do domu i co powiem żonie.
- To może zadzwonimy do żony, żeby się nie denerwowała. Ona tam musi się strasznie zamartwiać o pana...
- Wszystko!!! Wszystko, tylko nie dzwońmy do Heli!!!!  - jęknął przerażony.

[zasłyszane - opowieść oparta na faktach]









_________________________

niedziela, 10 lipca 2011

Księżycowy wypad

Rok 1972. Jedna z ostatnich misji programu Apollo wylądowała na Księżycu. Członkowie załogi zgodnie z planem po raz kolejny opuścili lądownik i wykorzystując niską grawitację w podskokach przemierzali przestrzeń wokół swego pojazdu. W niewielkiej odległości znajdowały się różnego rozmiaru skały i zagłębienia. Jedno z takich miejsc zwróciło ich uwagę i udali się w tamtą stronę. Jakież było ich zdziwienie, gdy pod jednym z głazów dostrzegli człowieka w garniturze, białej koszuli i krawacie, który najzwyczajniej w świecie smacznie spał.
Oniemieli z wrażenia. Nie mogli pojąć, jak to możliwe, że jest tu ktoś oprócz nich. Mało tego...nie ma kombinezonu chroniącego przed próżnią i promieniowaniem kosmicznym.

Szturchnęli śpiącego delikatnie, ale ten tylko przekręcił się na drugi bok i spał dalej. Ponowili budzenie z tym, że znaczenie intensywniej. Mężczyzna się zerwał się i półprzytomnym wzrokiem spojrzał na astronautów.
- Ale... ale, o co się rozchodzi???? - zapytał bełkotliwym i zaspanym głosem.
- Jak to o co? - spytał Amerykanin - Kim jesteś i skąd się tu wziąłeś?
- Marian jestem!!! - powiedział, jakby to było oczywiste. - Wracam z wesela, ale co wam do tego.



(na motywach starego dowcipu)




Na szczycie >>>>





______________

niedziela, 3 lipca 2011

Cały świat w dłoni

Pan C. odczuwał niewątpliwą przyjemność wyjazdu do Poznania, bo miał odebrać swoje Pierworodne Szczęście z lotniska. Nie przypuszczał, że oprócz wymienionej w pierwszym zdaniu radości przytrafi mu się kolejna, a jego męskie ego zostanie połechtane w dość szczególnych okolicznościach.

Miał do pokonania sto kilometrów. Dzień był pochmurny i ciągle padał deszcz. Po ujechaniu raptem kilkunastu kilometrów zatrzymał się na stacji paliw i kupił pierwszą kawę. Od razu poczuł się lepiej, a i wzrok się mu znacznie wyostrzył. Tej ostrości widzenia i działania kofeiny wystarczyło raptem na pięćdziesiąt kilometrów. Kolejna stacja, kolejna kawa.

Gdy Pan C. dojeżdżał do lotniska czuł, że ostatnim wysiłkiem mięśni Kegla powstrzymuje to, co nerki przefiltrowały. Udało mu się znaleźć wolne miejsce parkingowe i szybko pognał do budynku. Wpadł w wąski korytarz i dotarł w miejsce, o którym intensywnie marzył od dwudziestu minut.

Stanął przy najbliższym pisuarze. Poczuł, jak ciśnienie i napięcie spada... O, bogowie!!! Jaka ulga! 
Z każdą kolejną sekundą zmysły zaczęły rejestrować więcej bodźców. Zauważył przed sobą dużą  kolorową plakietkę przyczepioną do pisuaru.
- Kurtka w dętkę! Już nie mają gdzie reklam przywieszać! - powiedział półgłosem do siebie.

Nim wybrzmiały wypowiedziane słowa zaczął czytać napisy.  W pierwszej kolejności taki w jaskrawo czerwonym kolorze:  W TEJ CHWILI TRZYMASZ W DŁONI CAŁY ŚWIAT.
Wstrzymał oddech i zamarł niemalże. Spojrzał na napis jeszcze raz, następnie spojrzał w dół na to... co trzymał akuratnie w dłoni. 
W życiu by nie pomyślał, że on i  że to, i że... CAŁY ŚWIAT:-)))





PERSKIE OCZKO >>>>



____________________