czwartek, 30 czerwca 2011

Chwile z Zuzanną

Zuzanna jest przy Panu C. już od kilku miesięcy. Przyzwyczaił się do jej obecności. Nie wie i nie potrafi ocenić, czy ta nowa i zarazem stara sytuacja jest dla niego dobra. Jej wiek zawsze go zastanawiał, bo gdy był dzieckiem była już leciwa, żeby nie powiedzieć stara. W ciągu ponad czterdziestu lat nieobecności zębów jej nie ubyło, ani też nie wyrosły nowe. Nadal ma wszystkie trzy, które lśnią za każdym razem, gdy tylko się uśmiecha.

Most w Ślesinie, lokum Zuzy i jej znajomych
Gdy Pan C. był pacholęciem Zuza była z nim każdego dnia i praktycznie nie odstępowała na krok. Dziś wygląda to nieco inaczej. Widocznie uznała, że jest na tyle dorosły, by pozostać bez jej opieki, więc znika na kilka dni bez uprzedzenia. Ma kilka ulubionych miejsc, do których ucieka. Jednym z nich jest betonowy most, który łączy kilkudziesięciometrowy przesmyk między jeziorami Ślesińskim i Mikorzyńskim. Z tego, co się od niej dowiedział ma tam grono znajomych, z którymi popija piwo, słucha gry na gitarze i prowadzi dysputy o sensie życia przy dogasającym ognisku. Gdy jest chłodniej tuli się do kogoś, kto siedzi najbliżej i zechce przygarnąć ją życzliwym ramieniem. Nie miała, nie ma i nie chce mieć telefonu komórkowego. Powiedziała Panu C., że te wynalazki są dla niej zbyt skomplikowane, a poza tym nie chce się stresować telefonami od niego. Tyle lat bez niej wytrzymał to tych kilka dni też mu nie zaszkodzi.

Najczęściej wraca brudna, śmierdząca i wycieńczona. Ktoś inny, by ją wyrzucił z domu, ale nie Pan C. Denerwuje się, gdy jej nie ma, ale cieszy za każdym razem z jej powrotów. Widząc ją taką umęczoną i zaniedbaną napuszcza do wanny gorącej wody, dodaje piany, zapala jej ulubione kadzidełko i podaje kubek mocnej czarnej kawy z pięćdziesiątką rumu. Zbiera brudne ubrania i wrzuca do pralki.

Po takim godzinnym gabinecie odnowy Zuza ubiera flanelową koszulę Pana C., jego spodnie od dresu i siada z podkurczonym stopami na fotelu w salonie. Wielokrotnie chciał ją okupić, ale nie chce nowych ciuchów. Woli swoje stare, do których żywi szczególny sentyment. Pan C. nalewa jej wtedy do kieliszeczka koniaku. Ożywiona kąpielą i rozgrzewającym alkoholem zaczyna swoje opowieści, które tak naprawdę są wspomnieniami. Najchętniej i najczęściej wraca do końca lat sześćdziesiątych, gdy poznała Leonarda Cohena.  Cały czas podkreśla, że ten raptem po kilku tygodniach znajomości popełnił dla niej piosenkę. Śpiewał ją później w duecie z Judy Collins. Pan C. włącza wtedy odtwarzacz, a Zuza zatapia się w swych myślach. Przymyka oczy  i widać na jej twarzy błogość i szczęście. 

Pan C. patrzy wtedy na nią i poddaje się nastrojowi chwili.



DWIE SIOSTRY >>>>



___________________

środa, 29 czerwca 2011

Pora umierać

Marian to człowiek światły niczym Księżyc w pełni. Jest taki zawsze, no chyba, że obok jest Hela, której blask przesłania wszystko.

Niedawno Marianowi stuknęła pięćdziesiątka, szczególna cezura, która nieco podkręciła jego nastrój i wzmogła hipochondrię. O swoich przemyśleniach na temat upływu czasu i stanu zdrowia wspominał Heli, która podpowiedziała mu, że powinien pójść do lekarza i gruntownie się przebadać. Profilaktycznie rzecz jasna. Nie obyło się bez wykładu na temat tego, co i jak powinien sobie przepadać. Na szczęście na początku nie było tak drastyczne, jak w przypadku bakterii e.coli. Dramat Mariana rozpoczął się nieco później.

Urodziny dawno minęły, ale zawsze znajdował pretekst, by odsunąć w czasie zapowiadane badania. Przeszkód było mnóstwo. Praca, brak czasu, zajęty telefon w przychodni itp. itd. Musiało upłynąć kilkanaście tygodni nim, nie mogąc znieść zrzędzenia Heli, ustawił się karnie w kolejce i po odczekaniu kilkudziesięciu minut wszedł do pokoju rejestracji. Pani rejestratorka sprawnie odnalazła jego kartę, sprawdziła aktualność ubezpieczenia i wydała... numerek. Jakież było jego zaskoczenie, gdy oprócz numerka dostał formularz zatytułowany Oświadczenie. Widząc pytający wzrok Mariana rejestratorka pospiesznie wyjaśniła:
- To taki dokument, który musi pan wypełnić na wypadek śmierci.

Mariana przeszył zimny dreszcz. Czyżby Hela uknuła coś, by się mnie pozbyć? 

- Czy pan się dobrze czuje? - spytała kobieta spoglądając na Mariana
- Tak... chyba tak - odpowiedział niepewnie.
- Może zbadam panu ciśnienie? Wygląda pan jakoś niewyraźnie.
- Nie, nie... wszystko w porządku tylko... - Marian zawiesił głos - to oświadczenie mnie zastanawia.
- Ależ to zwykłe oświadczenie. Wypełni pan na spokojnie w domu i odda pani doktor, gdy przyjdzie na wizytę.

Ładnie mi spokojnie - pomyślał. Wyszedł na korytarz i zaczął się intensywnie zastanawiać, czy aby na pewno powinien tu wrócić, gdy przyjdzie jego kolej. W domu przeczytał dokument, wypełnił i powiedział głośno cytując Grabowskiego ze skeczu SPA:
- Srał pies! Trudno, idę tam. Nie zabiją mnie chyba.


Marian pogodzony ze swym losem udał się do przychodni i wszedł do gabinetu lekarki. Po zwyczajowym powitaniu, trzymając w ręce wypełniony formularz, drżącym z przejęcia i zdenerwowanym głosem powiedział:
- Pani rejestratorka kazała mi oświadczyć się pani doktor...
- Lekarka spojrzała znad okularów lekko zdziwiona. Widząc wyciągnięty w swoją stronę arkusz papieru wzięła go do ręki.
- Aaaaaaa.... - uśmiechnęła się - ale mnie pan zaskoczył. A już myślałam...
- A co ja mam powiedzieć, gdy przychodzę w sprawie swojego zdrowia, a tu każą mi wypowiadać się w sprawie mojej śmierci?
- To tylko formalność... - powiedziała łagodnym i uspokajającym tonem - i nie chodzi tu o pańską śmierć, panie Marianie. Proszę się nie denerwować. Widzę, że wyprowadziło to pana z równowagi. Całkiem niepotrzebnie. Proszę powiedzieć, co pana sprowadza do mnie?
- Jak by tu powiedzieć... - zaczął Marian - Jestem całkowicie zdrowy i dziś tak naprawdę nic mi nie dolega. Czy pani doktor przyjmuje takich pacjentów?
- Rzadko, ale zdarza się - odpowiedziała z uśmiechem.
- To w takim razie proszę przebadać mnie na okoliczność, że wszystko ze mną w porządku.


Jan Kaczmarek i Ewa Szumańska









sobota, 25 czerwca 2011

Zuzanna odnaleziona!

Pan C. bardzo lubi spacerować z kijami trekingowymi po sobie znanych ostępach i duktach leśnych. Ostatnio wdarli się w jego przestrzeń drwale i poczynili spore spustoszenie. Dzięki Bogu, jeszcze wszystkiego nie wykarczowali. Teraz tylko intensywniej odczuwa zapach żywicy, gdy mija ścięte i poukładane bale drewna. Ulubioną trasę w kształcie dużej pętli pokonuje w sto trzydzieści minut. Czasami modyfikuje ją nieznacznie lub idzie w przeciwnym kierunku niż zwykle. Zawsze towarzyszy mu Pestka, czworonożny domownik, który przed dziewięciu laty - za sprawą dzieci -został sprowadzony ze schroniska. Pan C. czułby się samotny jak palec, gdyby nie ktoś jeszcze...

No właśnie! Zacznijmy od początku.
Jakiś czas temu, bodajże w sierpniu lub wrześniu ubiegłego roku, Pan C. przemierzał swoje leśne ścieżki. Przed nim biegła Pestka, która cały czas czuje się bardziej właścicielką i opiekunką Pana C. niż odwrotnie. Jest to układ dość sprawny i dający wzajemną satysfakcję. Gdy byli mniej więcej w połowie drogi Pan C. zauważył, że Pestka, co jakiś czas nadstawia uszu i wbiega w chaszcze. Słyszał też jakiś dziwny szelest, jakby ktoś przedzierał się skrycie przez gęstwinę. Nikogo nie widział, ale zaczął odczuwać niepokój. Zdawało się , że ktoś skrycie przebiega ścieżkę za jego plecami. Gdy się odwracał widział tylko falujące gałęzie czeremchy porastającej pobocze duktu. W pewnym momencie kątem oka zauważył sylwetkę mieniącą się kolorami tęczy.
- Ki diabeł? Bóg wiara, czart mara! - zamruczał pod nosem Pan C., a Pestka nastawiła uszu i zamarła w bezruchu.
Wyraźnie słyszał za sobą kroki, jakby się ktoś skradał. Postanowił wytrzymać narastające napięcie i przyłapać intruza wzrokiem.
Jak postanowił tak też uczynił. Zamarł w bezruchu sparaliżowany tym, co ujrzał.
- Zuzanna?!!! - krzyknął.
Stała przed nim ubrana w różnokolorowe fatałaszki, z nierównym, acz wyrazistym makijażem, dawno zapomniana przyjaciółka z dzieciństwa.

Pojawiła się, gdy miał trzy lata i towarzyszyła mu do siódmego roku życia. Była jego jedyną szczerą i bezwarunkowa przyjaciółką, której powierzał swe sprawy i sekrety. Miała tę właściwość, że zawsze była przy nim, gdy jej potrzebował. Nikt poza bardzo młodym Panem C. jej nie widział i nie słyszał. Była oddana mu bezwarunkowo, ale nadszedł taki dzień, gdy po przebudzeniu się nie zastał jej w fotelu, na którym siadała tuż przy jego łóżku.  Opuściła go bez uprzedzenia. Na początku tęsknił, złościł się i płakał. Później zrozumiał, że była tylko tworem jego wyobraźni. Zuzanna odpowiadała jego potrzebie bliskości i oddania.

Spojrzała na niego, jak dawniej i obdarzyła tym charakterystycznym zniewalającym uśmiechem.
- To ja, Caddi! - wyszeptała wzruszona. - Poznałeś mnie... Dawno się nie widzieliśmy.

Nic się nie zmieniła przez te lata. Zawsze była stara. Jedno oko zachodziło bielmem, a w uśmiechu szczerzyła wszystkie trzy zęby. Miała jednak w sobie coś, co sprawiło, że Pan C. znów poczuł się małym chłopcem. Czuł się bezpiecznie. 
- Tęskniłem - wypowiedział z trudem. - Nie sądziłem, że kiedykolwiek się spotkamy.
- Wróciłam... - oznajmiła Zuzanna. - Chcesz bym została?
- Tak!

cdn.

Pestka nasłuchuje odgłosów lasu.



Zuzanna Odnaleziona:-)))
To o niej napisał kiedyś piosenkę Pan Leonard C.
Czyżby kiedyś też z nim była?

W swe miejsce nad rzeką
Zabiera cię Zuzanna
Możesz słuchać plusku łodzi

Możesz zostać z nią do rana
Wiesz że trochę źle ma w głowie [...]
Dziś Zuzanna za rękę
Prowadzi cię nad rzekę
Cała w piórach i w łachmanach

Z jakiejś Akcji Dobroczynnej [...]
I już chcesz z nią powędrować
Powędrować chcesz na oślep
Wiesz że można jej zaufać
Bo dotknęła twego ciała
Myślą swą



TRWAM I CZUWAM >>>>

_______________________

środa, 15 czerwca 2011

Hela walczy z bakterią E. coli

Hela ma taką szczególną właściwość, że jak już się za coś weźmie to musi temat roztrzaskać do końca. Marian doskonale rozpoznaje takie sytuacje i wie, że wtedy nie wolno jej rozpraszać. Schodzi jej z drogi, a jeśli już przez przypadek znajdzie się w pobliżu lewituje tuż nad podłogą, by nie słyszała jego kroków.
Ostatnio Hela nasłuchała się sporo o skażonych ogórkach z Hiszpanii, które później okazały się całkiem dobre i ustąpiły pierwszeństwa pomidorom, sałacie, czy wreszcie kiełkom pszenicy wyhodowanym przez niemieckie gospodarstwo ekologiczne.
Hela lubi warzywa i informacje o ich skażeniu bakterią escherichia coli sprawiły, że na poważnie się wystraszyła. Postanowiła przestudiować wszystkie dostępne materiały i okazało się, że zagrożenia, jakie na nią czyhają to wierzchołek góry lodowej większy od tej, o którą rozbił się Titanic. Trzeba przyznać, że gdy zobaczyła na zdjęciu, jak miło i sympatycznie prezentuje się inkryminowana bakteria to z niedowierzaniem czytała doniesienia o jej okrucieństwie i ofiarach.
- Posłuchaj, Marian - powiedziała do swego mężczyzny - muszę ci coś ważnego powiedzieć...
Zawiesiła głos w sposób, który dla Mariana jednoznacznie oznaczał, że musi się całkowicie skupić na Heli i tym, co będzie do niego mówiła.
- Nie wiem - kontynuowała - na ile śledziłeś sprawę zakażenia warzyw pałeczką okrężnicy w Niemczech, ale na pewno słyszałeś, że blisko trzydzieści osób zmarło, a trzy tysiące jest zakażonych?
- Słyszałem - odpowiedział Marian.
- Musimy wszystko zmienić w naszym sposobie żywienia - oznajmiła Hela - gdyż niechybnie możemy umrzeć. A gdy będziemy mieli odrobinę szczęścia to tylko raz w tygodniu będziemy odwiedzać najbliższą stację dializ.
Marian z każdym wypowiadanym przez Helę słowem tężał i odczuwał ucisk w dołku, a jego oddech przyspieszał. Hela widziała tę reakcję i była zadowolona z wrażenia, jakie wywarły jej słowa. Teraz postanowiła przejść do sedna sprawy.
- Wiesz, gdzie występują bakterie escherichia coli? - zapytała.
- Nie do końca, ale coś mi się z szambem kojarzy...
- Blisko, mój drogi, ale tak naprawdę te bakterie są w każdym z nas, w naszym w układzie trawiennym.
- To w czym problem? - spytał Marian.
- No... Że są groźne jeśli dostaną się do naszego organizmu z pokarmem. Najgorsze są te w wersji zmutowanej. Ich nadmiar atakuje organizm i stąd te wszystkie problemy, które dotknęły Niemców.
- Wystarczy nie spożywać ich z jedzeniem - skonstatował rezolutnie Marian.
- No właśnie, ale to nie takie proste - powiedziała Hela. - Wyobraź sobie, że tuż za płotem pies lub jakiś nieszczęśnik wracający z imprezy zrobił kupę...
Marianowi zrobiło się jakoś niedobrze, o czym świadczył wyraz twarzy. Miał jednak świadomość, że Hela nie odpuści i będzie kontynuować.
- Takie muchy - mówiła - urządzają sobie ucztę na odchodach, do ich odnóży przyczepiają się najróżniejsze bakterie w tym te najgorsze dla nas. Gdy już poucztują na takiej kupie to lecą dalej. Zapach pieczonego mięsa wabi je do kuchni pobliskich domów, do kuchni restauracji i barów i jeśli okno nie jest osłonięte siatką to siadają na produktach przygotowanych do zjedzenia. Znów kosztują ze smakiem, ale pozostawiają to, co przyczepiło się im wcześniej do odnóży...
Marian coraz intensywniej odczuwał skurcze żołądka i lekko pobladł. Hela spojrzała na niego i spytała:
- Marian! Może Ty jesteś głodny? Zaczekaj chwilę, zaraz ci coś upichcę. Może schabowego...
Nie dokończyła zdania. Marian zakrył usta dłonią i pognał, jak poparzony do łazienki.








_________________

wtorek, 14 czerwca 2011

Babcia

Pierwsza połowa lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Miejscowość  z tradycjami drobnych handlarzy pierzem i gęśmi, cwaniaczków, którzy w swym zachowaniu i działaniu zachowali mentalność przemytników z pogranicza carsko-pruskiego. Mimo upływu wielu lat od tamtych czasów nic sobie nie robili z tego, że wczesny Gierek pompował cudze pieniądze w budowę hut i konsumpcję. Żyli w swoim świecie.

W miejscowej szkole lekcje matematyki prowadził pan Kazimierz G. Znakomity nauczyciel, ale zarazem raptus, który potrafił wytargać za ucho lub strzelić z otwartej ręki, gdy... zdolny inaczej uczeń nie potrafił rozwiązać najprostszego zadania. Romek należał właśnie do tej kategorii zdolnych inaczej. Nauczyciel chcąc mieć pewność, że rodzice Romka poznają jego osiągnięcia w zakresie królowej wszystkich nauk wpisał ocenę niedostateczną do dziennika i do zeszytu.
- Jutro przyniesiesz mi zeszyt i pokażesz podpis rodziców - zwrócił się surowo do Romka
- Dobrze, proszę pana - odpowiedział pokornie chłopiec.
Następnego dnia pan Kazimierz G. czytał listę obecności, a gdy doszedł do nazwiska Romka zapytał:
- Masz podpis mamy lub taty?
- Tak, proszę pana.
- Podejdź i pokaż zeszyt.
Romek wstał i podszedł do nauczyciela z otwartym zeszytem. Pan Kazimierz G. zerknął na zeszyt, później na Romka i spytał:
- Czyj to podpis?
- Babci - odpowiedział szczerze Romek.

ŚWIADEK PRZESZŁOŚCI >>>>


____________

środa, 8 czerwca 2011

Wycieraczka

Pan C. jest w trakcie porządków wew-i-wokół-domowych. Koleżanka małżonka Pana C. przed wyjściem do pracy rzuciła w powietrze:
- Wyrzuciłam wycieraczkę!
- Co???? - zawołał z zakamarków domu Pan. C.
- Pstro!!!! - usłyszał w odpowiedzi. - Wyrzuć ją do pojemnika na śmieci.
I na tym zakończyła się poranna wymiana czułości. 

Kilkanaście minut później Pan C. wyszedł przed dom, przeciągnął się, ziewnął, powdychał świeże i chłodne powietrze poranka, podrapał się po tułowiu i... jeszcze gdzieś także. Rozczulony tym błogostanem w pewnym momencie spojrzał w dół i dostrzegł leżącą na schodach wycieraczkę.

Wycieraczka Heli
W tym momencie przypomniał sobie dalszą część opowieści Mariana o jego kłótni z Helą. Pan C. opisał był to we wpisie pt. Tramwaju na Rapaka. Jak niektórzy być może pamiętają awantura Heli z Marianem zakończyła się wypadkiem tramwajowym we Wrocławiu.


Co było dalej? Otóż Hela zdała sobie sprawę, że wypowiedziane w złości złorzeczenie sprawdziło się choć dotknęło kogoś innego niż tego chciała. Spojrzała na Mariana i poczuła się idiotycznie, jak nigdy dotąd. Gorący rumieniec pokrył jej policzki.
- To może pójdę  za karę spać na wycieraczkę? - spytała niepewnie.
Marian spojrzał nieprzytomnym wzrokiem nie wiedząc o co chodzi.
- No... sama się ukarzę i będę spała na wycieraczce z drugiej strony drzwi.
- Zwariowałaś??? - powiedział podniesionym głosem.
- Nie - odpowiedziała zdecydowanie - po prostu wyjdę i położę się na wycieraczce. 
- Pogięło cię chyba! - powiedział nie swoimi słowami Marian. - A jak będzie przechodził ten staruszek z drewnianą laską i niechcący zahaczy o ciebie?... Nieszczęście gotowe!
W tym momencie Hela wyobraziła sobie, jak to w mroku nocy staruszek-sąsiad kuśtyka po korytarzu. Wzdrygnęła się, gdy wyobraziła sobie, co mogłoby się wydarzyć. Czego, jak czego, ale wyobraźni to Heli nigdy nie brakowało. Szybko więc dodała:
- No dobrze, Marian. Masz rację, położę się więc może nie na całą noc, tylko na jakiś kwadrans? Co ty na to? Będę drapać paznokciami drzwi i zawołam: Marian, Marian... Przepraszam! Przepraszam! Już będę grzeczna.
Niewtajemniczonym wypada zdradzić, że Marian jest wyposażony w zestaw kilku guziczków. Hela sama je odkryła i poznała skuteczne sposoby ich użycia. Przepraszam, Przepraszam należy do najważniejszych przycisków obok takich, jak Proszę, Proszę, czy choćby... no właśnie?
Idealny Marian
Makówki >>>>

czwartek, 2 czerwca 2011

Obwiniony Pan C.

Pan C. (plecami do obiektywu)
przed Sądem Rejonowym
Zdarza się Panu C. podróżować po naszym pięknym kraju służbowo, a i prywatnie również. W kwietniu minął rok, jak zdecydował się na trzydniowy wypad nad morze do Ustronia Morskiego. Po co? Oczywiście dla podładowania i rozładowania akumulatorów, sprawdzenia jak smakuje gorzka żołądkowa, czy choćby poinstruowania (niektórych oczywiście), że prościej jest przesunąć mały stolik, niż ciężkie łóżko i... takich tam. Czas pobytu wspaniały, na plażach pusto, duża przestrzeń bez gwaru, który zawsze go męczył. No jednym słowem wszystko, czego mu było potrzeba.

Ale to, co miłe szybko się kończy i musiał wracać do Wielkopolski. Droga wiodła przez Koszalin i miejscowości o tak wdzięcznych nazwach jak Kretomino, Manowo, Grzybnica, Bobolice, Biały Dwór, czy choćby... Biały Bór. Nastrój po wypoczynku wspaniały, muzyczka w samochodzie mile łechtała narządy słuchu, noga swobodnie spoczywała na pedale (bez podtekstów) gazu.

Jakież było zdziwienie Pana C., gdy w jakiś miesiąc po powrocie jego osobista Koleżanka Małżonka otrzymała przesyłkę poleconą. Urzędowe pismo miało dołączone zdjęcie w kolorze czarno-białym i przedstawiało Pana C. za kierownicą . No prawie, jak nekrolog to wyglądało, ale pal licho estetyczne uwagi. Otóż Straż(a) Miejska w Białym Borze informowała, że w określonym dniu i godzinie pojazd należący do Kol. Małżonki jechał z prędkością 56 km na godzinę i przekroczył o 16 km dozwoloną prędkość. To fakt! W stosownym formularzu Koleżanka Małżonka (w)skazała Pana C. jako sprawcę wykroczenia.

Po pewnym czasie poczta polska dostarczyła Panu C. mandat w wysokości stu złotych polskich. Pan C. w natłoku innych bardzo ważnych spraw zapomniał był uiścić należność na rzecz urzędu miejskiego w Białym Borze, więc po jakimś czasie przyszło ponaglenie, które odebrał ze znacznym opóźnieniem. Gdy za jakiś czas zabrał się za porządkowanie tej sprawy i zadzwonił do wystawiającego mandat okazało się, że jest za późno. Straż(a) Miejska w Białym Borze skierowała sprawę do sądu rejonowego w malowniczej miejscowości Szczecinek. Sąd szczecinecki poprosił o pomoc prawną sąd właściwy dla miejsca zamieszkania Pana C. i w ten oto sposób Pan C. w Dniu Dziecka stanął przed Sądem, by jeszcze raz przyznać się do straszliwego wykroczenia. Sąd Rejonowy Wydział Karny (sic!) utrzymał mandat w wysokości stu złotych polskich i zwolnił Pana C. z kosztów sądowych.

[bez morału]

A to milsze wspomnienie ubiegłorocznego wyjazdu:-)))