czwartek, 21 kwietnia 2011

Alternatywny symbol

Wyobraźmy sobie, że praktyczni Rzymianie, dzięki przedziwnemu zbiegowi okoliczności oraz możliwości podróżowania w czasie, wybrali się na zakupy w przyszłość. Chcieli sprowadzić w swoje czasy urządzenie, którego użycie znacznie przyspieszało wykonywanie słusznych wyroków śmierci. Najpierw pertraktowali z bliższym czasowo Karolem Andegaweńskim, który zastosował to urządzenie w 1268 roku wobec Konradyna Hohenstaufa i Fryderyka z Badenii. Niestety, w czasie prezentacji urządzenie zawiodło, a poprawianie nastawień nic nie dało. Wysłańcy Rzymu powędrowali w przyszłość tunelem czasu o kolejne 534 lata. Dotarli do Tobiasa Schmidta, niemieckiego producenta klawesynów, który na zlecenie rządu francuskiego wyprodukował tanią i sprawną gilotynę. W dobie rewolucji francuskiej wyrób ten okazał się bardziej dochodowy niż produkcja instrumentów muzycznych.

Jedno z wielu zakontraktowanych urządzeń trafiło do Jerozolimy w czasie, gdy prefektem Judei był Poncjusz Piłat. Właśnie odbywała się jedna z rozpraw, podczas której wydany przez sanhedryn wyrok śmierci miał być zatwierdzony przez namiestnika Rzymu.
- Cóż więc mam uczynić z tym Jehoszuą, którego nazywają Mesjaszem? - spytał Poncjusz Piłat.
- Na gilotynę z nim!
 - zaryczał tłum podburzony i opłacony przez Sanhedryn
- Cóż właściwie złego uczynił poza tym, że głosił nieco inna wersję waszej religii? 

- Na gilotynę z nim!
 - krzyczeli jeszcze głośniej.
Piłat zorientował się, że nic nie wskóra. Rozwydrzony tłum falował i stawał się coraz groźniejszy. Nie chciał okazać słabości, dlatego na oczach wszystkich wziął wodę i umył ręce. Chciał pokazać, że nic go to nie obchodzi i nie zajmuje jego namiestnikowskiej uwagi. By gest był w pełni zrozumiały dopowiedział:
- Nie biorę na siebie skutków śmierci tego człowieka. To wasza rzecz za co chcecie go uśmiercić. 
Niech jego śmierć spadnie na nas i na dzieci nasze - wołali opłaceni prowodyrzy w tłumie.
Wydał swoim żołnierzom polecenie, by wymierzono Jehoszui 40 batów, a później odprowadzono na miejsce egzekucji. Urządzenie z przyszłości pracowało na wzgórzu czaszki. Tam wykonywano wszystkie wyroki śmierci. Jego zaletą była szybkość z jaką odbierano życie. Bywały dni, że ścinano po kilku opryszków za najróżniejsze przestępstwa. Gdy tylko kohorta ze skazańcem dotarła na miejsce została otoczona tłumem gawiedzi. Pośród tłuszczy byli też wysłannicy sanhedrynu, sprawdzający, czy stało się zadość ich woli. Jehoszuę przywiązano do deski, zdążył tylko krzyknąć Eli, Eli, lema sabachthani, przechylono go i ukośne ostrze runęło w dół. Głowa spadła do wiklinowego kosza wypełnionego trocinami, z korpusu trysnęła krew... Wypełniło się.


A teraz wyobraźmy sobie, że ponad osiemnaście wieków później Adam Mickiewicz w przypływie patriotyzmu pisze:


Tylko pod tą gilotyną tylko pod tym znakiem – Polska jest Polską, a Polak Polakiem.



wtorek, 19 kwietnia 2011

Marian! Marian!

On: Czy wiesz, że kiedy się śmiejesz to tak, jakby się śmiał cały świat?
Ona: Właściwie dlaczego mówi mi pan na 'ty'?
On: Bo trudno całować kogoś, do kogo mówi się 'pani'.
[Leopold Tyrmand, Zły]
______________


Hela, ukochana Mariana, wyjechała na dwa tygodnie. Taki miała plan. Jakież było zaskoczenie Mariana, gdy po tygodniu w piątek-dziesiątek wieczorem z zadumy wyrwał go dzwonek do drzwi. Tuż za nimi stała jego najmilejsza.
- Witaj, kochanie - szczebiotała od progu - postanowiłam zrobić ci niespodziankę. Tak mało czasu spędzamy ostatnio ze sobą....
- Aleee... - dukał coś Marian - miałaś być dopiero za tydzień
- Tak! - odpowiedziała Hela - ale nie samą praca żyje człowiek. Dziś się zabawimy i pójdziemy w miasto. Wezmę tylko prysznic i się przebiorę. Zamów taksówkę, niech podjedzie za 20 minut.

Wjechali centrum miasta, gdy Hela dojrzała znany i uczęszczany lokal Rialto.
- Wejdźmy tutaj.
- Nie warto! Pełno ludzi i nieciekawe typki się tu kręcą - powiedział pospiesznie Marian
- Nie zamierzam dłużej szukać - zdecydował Hela. - Szkoda czasu.
Wysiedli z taksówki i podeszli do szerokich drzwi wejściowych. Powitał ich radośnie ochroniarz:
- Dzień dobry, panie Marianie!
- Bywasz tutaj? - spytała Hela.
- Ależ skąd! Musieli mnie z kimś pomylić - odpowiedział zmieszany Marian.
Gdy usiedli przy jednym ze stolików podszedł kelner i zapytał:
- Podać karty, czy to co zwykle, panie Marianie?
Hela poczerwieniała na twarzy, a z oczu strzelały błyskawice. Sytuacja była bardzo napięta i przyniesione drinki popijali w milczeniu. W tle śpiewał jakiś knajpiany zespół. Gdy wybiła dwudziesta pierwsza na niewielki podest wszedł ubrany w estradowy wodzirej. Egzaltowanym głosem zapowiedział:
- Szanowni państwo! Teraz wystąpi czarnowłosa Yolanda. Wykona taniec na rurze i mam nadzieję rozpali zmysły wszystkich obecnych panów.
Dynamiczna muzyka wywabiła dziewczynę na niewielka scenę. Wiła się i tańczyła, podchodziła do najbliższych stolików i kusiła amatorów kobiecych wdzięków. Później zaczęła się okręcać się wokół mosiężnej rury.
- Kto zachęci Yolandę i sprawi, że wszyscy zobaczymy więcej? - spytał prowadzący wieczór.
- Marian! Marian! Marian!- zebrani na sali zaczęli skandować.
W tym momencie Hela poczuła, że grunt usuwa się jej spod nóg, a krew odpływa z twarzy.
- Wychodzimy - syknęła i chwyciła Mariana za mankiet. 
Przed lokalem czekało taxi. W milczeniu usiedli na tylnym siedzeniu. Kierowca ruszył z miejsca nie pytając się o adres. Cały czas zerkał w lusterko. Na pierwszych światłach odwrócił się przez ramię i powiedział konfidencjonalnie:
- Panie Marianie! Z taką dziewczyną to jeszcze pana nie wiozłem...
___________
- Marian!!! Marian! - krzyczała Hela szarpiąc Mariana za ramię - Obudź się! To tylko zły sen....

 .

niedziela, 17 kwietnia 2011

Druga córka

Pan C., z tego, co mu wiadomo, ma tylko jedną córkę i jednego syna. Nie doniesiono mu, by gdziekolwiek na świecie były inne jego córki, czy synowie, ale jak to mówią człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi. Wypowiadane słowa mają ogromną moc i ex nihilo kreują nowe byty i sytuacje, a przede wszystkim... opinie o kimś.

Siostrzenica koleżanki małżonki niebawem wychodzi za mąż i przygotowała stosowne zaproszenia, by wręczyć je mile widzianym gościom. Zwyczajowi stało się zadość, gdy koleżanka małżonka była z wizytą u starszej siostry tuż za płotem. Oprócz zaproszenia dla cioteczki z wujaszkiem przygotowano zaproszenie dla córki Pana C. z osobą towarzyszącą. Natomiast w kwestii syna, czyli dziecka płci właściwej padło kluczowe pytanie:
- Będzie sam, czy z dziewczyną?
- Jeśli już to będzie z drugą siostrą... - odpowiedziała przytomnie koleżanka małżonka.
- Jak to? - spytała zaskoczona przyszła panna młoda - Ależ ja jej nie znam...
- Ja też... - odpowiedziała szczerze koleżanka małżonka.
Widząc minę siostry i jej córki zorientowała się, co w tym momencie mogły sobie pomyśleć i zaczęła się głośno śmiać.

Młodsze dziecko Pana C. chcąc nie chcąc wywołało krótkotrwałe zamieszanie w rodzinie. Syn Pana C. jest dość dyskretny jeśli chodzi o swoje związki z dziewczynami i niewiele o nich mówi. Jest natomiast jedna o wdzięcznym imieniu Patrycja, o której mówi siostra lub druga siostra
Pan C. i koleżanka małżonka przejęli bezwiednie tę klasyfikację i nią się posługują. Niestety, tajemny kod komunikacji nie był znany tuż za płotem.

Druga córka

niedziela, 10 kwietnia 2011

Hela, Guderian i... Dubynin (epilog)

Guderian poprowadził Helę do największej sali balowej. Po lewej stronie na scenie chór Armii Rosyjskiej śpiewał Kalinkę, a poniżej z boku niewielka orkiestra kameralna z widocznym zainteresowaniem i uznaniem przysłuchiwała się Rosjanom. Na sali stało dość liczne grono sowieckich i niemieckich oficerów w towarzystwie pań. Wszyscy dyskretnie przyglądali się Guderianowi i jego partnerce, która promieniała subtelną elegancją. Kobiece oczy zdradzały skrywaną zawiść i zdziwienie, że tej nikomu nieznanej kobiecie udało się stanąć u boku pierwszego tankisty Rzeszy.
Gdy tylko wybrzmiały ostatnie strofy Kalinki Guderian podszedł do stojącego nieopodal generała Dubynina, gubernatora ostatniego skrawka Rosji w tej części Europy. Dla Heli to wszystko było wręcz nieprawdopodobne, że jest w jednym miejscu i czasie z ludźmi, których dzieli przede wszystkim... czas. Nie rozumiała do końca, o co w tym wszystkim chodzi, ale czuła się bardzo dobrze. Sprawiało jej ogromną przyjemność zarówno atencja, z jaką się do niej odnoszono, ale i zachwyt z jakim na nią spoglądano. Była się królową wieczoru.
- Pani Heleno! Generale Dubynin!- powiedział Guderian przedstawiając ich sobie...
- Któż nie słyszał o pani Helenie? Toż to najznamienitsza dama na tym balu - przerwał rubasznie Dubynin i zwrócił się do Heli - . Pani Heleno! Jest mi niezmiernie miło poznać panią osobiście. Mam nadzieję, że zarezerwuje pani przynajmniej jeden taniec dla mnie?
- Ależ oczywiście, generale! - odpowiedziała z błyskiem w oku.
Guderian poczuł lekki uścisk w dołku i przełknął ślinę. Nie spodziewał się, mimo całej kurtuazji wobec Rosjan, że Hela zechce okazać takie zainteresowanie sowieckiemu generałowi. Owszem miał doświadczenia wojenne w Afganistanie, ale nie mogło się ono równać z tym, czego on sam dokonał.
W tym czasie orkiestra kameralna z Neustettin zajęła miejsce na scenie. Po chwili zaczęły dobiegać dźwięki Geschichten aus dem Wienerwald. Guderian odwrócił się do Heli i podał prawe ramię. Ruszyli na parkiet, a w ślad za nimi inni. Większość przyglądała się taksując poszczególne pary. W pewnym momencie do tańczących Guderiana i Heli podszedł Dubynin i rubasznie zawołał:
- Odbijany, generale!!!
Wokół zapanowała konsternacja i zaskoczenie. Słowiańska fantazja i tupet zmroziły stojących wokół. Uprzejmość i urok, którą Hela widziała w chwili poznania Dubynina całkowicie z niego wyparowały. W jego oczach dostrzegła zdecydowanie i... zawziętość.
- Ależ, generale Dubynin! - powiedział donośnie Guderian - proszę zaczekać na kolejny taniec!
- Odbijany!!! Teraz moja kolej.... - krzyczał niezrażony odmową Dubynin.
- Proszę się opanować!!!
Hela bardzo się wystraszyła, gdyż nie tego oczekiwała po wcześniejszym miłym powitaniu. Zaczęło się dziać coś nieoczekiwanego, a Dubynin nie odpuszczał i próbował odciągnąć ją od Guderiana. Szarpał za ramię...
- Dość! - zawołał Guderian - Zachowuje się pan skandalicznie. Proszę opuścić nasze kasyno!
- Wasze??? - zawołał ze śmiechem Dubynin - Guderian, raczysz żartować. Od 1945 roku jest to nasze kasyno...
- Nalegam, panie generale Dubynin! Póki co, do roku 1945 mamy jeszcze kilka lat, więc proszę nie fantazjować!
Hela stanęła o dwa kroki od generałów. Wywiązała się miedzy nimi kłótnia i szarpanina, której była przyczyną. W tym momencie nie wiedzieć czemu przypomniała sobie piękną Helenę, z powodu której zniszczono Troję. Wokół zgromadzili się oficerowie obydwu armii i przyglądali się rozwojowi wypadków. W pewnym momencie Guderian wyaplił:
- Skoro nie może się pan zachować honorowo, obraża mnie i panią Helenę zmuszony jestem wyzwać  pana na pojedynek.
Orkiestra od kilku chwil już nie grała. Zaległa grobowa cisza, a twarze wszystkich wyrażały zaskoczenie.
- Dobrze! - odpowiedział przerywając ciszę rosyjski generał - możemy pojedynkować się choćby zaraz.
Ustalono, że każdy użyje swojej osobistej broni.
Stanęli  plecami do siebie na ścieżce u brzegu jeziora. Większość gapiów zgromadziła się na schodach prowadzących od strony kasyna. Hela stała na samym szczycie, była rozdygotana i rozglądała się za Marianem. Zaczęło się odliczanie kroków... Odwrócili się do siebie i rozległ się huk wystrzałów. Obydwaj padli martwi, a z ust zgromadzonych Rosjan i Niemców wydarł się jęk zawodu.
---------------
- Ludzie, ratunku!!!! - wrzeszczał Marian - Pomóżcie, zróbcie coś!!!!
- Obudź się Marian - wołała Hela szarpiąc go za ramię. - Jestem przy Tobie kochany!

Marian zerwał się, usiadł na pościeli i  nieprzytomnie spojrzał na Helę, by po chwili z ulgą powiedzieć:

- O Boże!!! Jak dobrze, że to tylko... sen.


środa, 6 kwietnia 2011

Hela, Guderian i... Dubynin (2)

Gdy tylko Hela odeszła z Guderianem w głąb kasyna do Mariana podszedł wysoki rangą oficer w mundurze Wehrmachtu.
– Panie Marianie – przypadł mi w udziale zaszczyt zaopiekowania się panem na czas trwania balu.
– Ale co tu się dzieje? – przerwał mu obcesowo Marian – O co w tym wszystkim chodzi?
– Proszę się nie denerwować. Nazywam się Wilhelm Thofern i jestem komendantem garnizonu Gross Born. Pozwoli pan, że wezmę pana na krótką przejażdżkę po garnizonie. Czas nam szybciej upłynie, a będę mógł więcej panu powiedzieć…
– Chcę wiedzieć, co z moją Helą?! – nalegał poirytowany Marian. – Cholernie proszę… o informację!
– Proszę pana – odpowiedział spokojnie, acz zdecydowanie Thofern – wszystko panu wyjaśnię w trakcie zwiedzania garnizonu. Pani Helenie nic nie grozi, wręcz przeciwnie, jej obecność jest niezbędna i konieczna do rozwikłania tej przedziwnej sytuacji, w której wszyscy się znaleźliśmy.
W tym momencie Marian zorientował się, że wszystko, czego doświadczył w ciągu ostatniej godziny jest faktem i że w tym miejscu zaszło coś, o czym mógł przeczytać tylko w powieściach science-fiction.

Wyszli przed kasyno oficerskie, gdzie zgodnie łopotały flagi niemieckie z sowieckimi. Usiedli na tylne siedzenia generalskiego kabrioletu i ruszyli uliczkami garnizonu, który urzekał regularną zabudową. Wszechobecna zieleń wypełniała każdą wolną przestrzeń. Podjechali w miejsce, gdzie znajdowała się willa Heinza Guderiana. Zatrzymali się i generał Thofern poprosił gestem, by Marian wyszedł za nim. Stanęli w pewnej odległości od budynku.


– Proszę spojrzeć na to miejsce. Od kilkunastu godzin doświadczamy czegoś, co można określić spłaszczeniem czasoprzestrzeni. Inaczej mówiąc mamy do czynienia z czymś, co skutkuje nałożeniem się zdarzeń, miejsc i osób w tej samej chwili. Dziś nie mamy konkretnej daty, ale kilka dat nałożonych na siebie. Stąd spotykamy tyle osób z różnych epok.
 Czy chce pan przez to powiedzieć, że stało się coś niespodziewanego, co zapętliło czas i ludzi? – spytał Marian odwołując się do swych młodzieńczych lektur, a zwłaszcza „Opowieści pilota Pirxa”.
– Tak… – powiedział Thofern i zawiesił głos. – Problem, z którym się wspólnie w tej chwili stykamy zaczął się prozaicznie. Nałożenie się czasu i zdarzeń zostało uruchomione przez zgoła niewinny przyczynek do historii II wojny światowej autorstwa Telemacha pod tytułem Braterstwo broni, albo jak trafić do encyklopedii. Wpis pokazał wstydliwy współudział Sowietów w tym, co wydarzyło się we wrześniu 1939 roku, a zdjęcie generałów Guderiana i Kriwoszeina dokumentuje niemiecko-sowieckie braterstwo broni.

Marian słuchał generała Thoferna z niedowierzaniem i swoistego rodzaju oszołomieniem. Bo z jednej strony czuł, że pochodzi z innych czasów, z drugiej zaś doświadczał przeszłości. Po głowie błądziły myśli, których nijak nie mógł poskładać w spójną całość.

– Rozumiem – powiedział – ale jaka jest rola Heli i moja w tym wszystkim? Nie może się to obejść bez nas?
– Bez pana… tak – powiedział z rozbrajająca szczerością generał – natomiast pani Helena jest częścią naszego misternego planu. Zamierzamy za jej zgodą rozsupłać ten swoistego rodzaju węzeł gordyjski i odmienić bieg historii… To szczególna i niepowtarzalna okazja.

Podeszli do willi Guderiana, która w miarę zbliżania zmieniała się z okazałej budowli w ruinę. Thofern wskazując w jej kierunku powiedział z naciskiem:

– Musimy to odmienić… ważne, by pan nie przeszkadzał.

W tym momencie Marian dostrzegł w kacikach ust generała złowieszczy uśmieszek.



piątek, 1 kwietnia 2011

Hela, Guderian i... Dubynin (1)

Hela jeśli już coś sobie umyśli to z delikatnością walca drogowego doprowadza do celu. Marian poddawany jest emocjonalnej i słownej obróbce niczym schabowy ubijany tłuczkiem. Z reguły jest tak, że na propozycje Heli odpowiada:

- Nigdy w życiu!!! – i na tym samym oddechu dopowiada – Dobrze, już to robię, kochanie.

Tak się złożyło, że we dwoje spędzili kilka dni w Bornem Sulinowie. Miejscowość przeurocza, a willa w której przyszło im spędzać czas wygodna i oddająca klimat miejsca. Codzienne spacery, chodzenie śladami przeszłości wywoływało w nich metafizyczne odczucia. Heli zdawało się, że słyszy rozmowy po rosyjsku. Odczucie to wzmagały pozostałości napisów w tym języku, choć samych Rosjan nie było tu już od dziewiętnastu lat. Nastrój miejsca udzielił się także Marianowi z tym tylko, że on słyszał gwar dawnego niemieckiego garnizonu Groß Born. Hela nie znosi tego języka, a dla Mariana – jakby na przekór – ten szwargot miło pobrzmiewał w uszach.

Tuż przed wieczorem zeszli nad jezioro Pile kierując się ścieżką tuż obok dawnego kasyna dla ofierów, zbudowanego jeszcze w latach trzydziestych przez Niemców. Patrzyli na spokojną taflę jeziora i cieszyli się ciepłem wieczoru.




Jakież było ich zaskoczenie, gdy nagle pojawiła się mgła i w sposób niespotykany pokryła całe jezioro, podeszła do brzegu, nad którym stali i zaczęła wspinać się do góry ku pustym oczodołom spalonego budynku, który przed chwilą minęli. Stali otoczeni mleczną poświatą. Poczuli się dziwnie i nieswojo, a jakiś chłodny dreszcz polizał ich po karkach.

- Lepiej wracajmy – powiedziała trwożliwie Hela. – Ta mgła jakaś taka dziwna.

Marian nerwowo rozejrzał się dookoła, ale nie dał po sobie poznać, że i sam odczuwa niepokój. Ścisnął mocniej dłoń Heli i raźniej ruszył po schodach ku opuszczonemu klubowi oficera. Jakież było ich zaskoczenie, gdy z oparów mgły i mroku zaczęły dobiegać dźwięki muzyki klasycznej. Przechodząc wzdłuż budynku, zauważyli padające z okien smugi światła i usłyszeli gwar dobiegających rozmów. Gdy znaleźli się na wysokości głównego wejścia ujrzeli ludzi w galowych mundurach, samochody z lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku, a na masztach łopotały flagi.

- Czy widzisz i słyszysz to, co ja? – zapytał Marian.
- Tak – odpowiedziała ściszonym głosem Hela.

Z dali dobiegały rozmowy w języku niemieckim i rosyjskim. Hela wiedziona ciekawością podchodziła coraz bliżej. Na progu stali przystojni i sprężyści oficerowie Wehrmachtu i… Armii Sowieckiej. Marian zaskoczony tym wszystkim zerknął na Helę i zamarł. Odziana była w elegancką balową suknię, takież buciki eksponujace jej stopy, ramiona zaś miała przykryte delikatnym tiulem. Z tego, co pamiętał to wyszli na spacer w strojach sportowych. Nie mógł zrozumieć co się stało, chciał spytać Helę, ale w tej chwili poczuł się… jak niewidzialny i nie czuł już dłoni swej kobiety.

- Pani Heleno! – dobiegł głos ze stopni tuż przed wejściem głównym. Młody i przystojny oficer witał kobietę Mariana. – Jakżesz cieszymy się z pani przybycia. Generał Guderian będzie zaszczycony, oczekiwał pani nie mając pewności, czy przyjmie pani jego zaproszenie.

Co dziwne początkowy gwar mieszających sie języków był w pełni zrozumiały, a Marian nie odczuwał obcości dobiegających słów i rozmów. Podążał za Helą, ale nic nie mógł zrobić. Nie widziała go i nie słyszała. Na jej twarzy rysował się dyskretny i zalotny uśmiech, a blask oczu mówił, jak bardzo się cieszy, że jest w tym miejscu.

Wewnątrz, w dużym przestronnym i okrągłym holu zwieńczonym kopułą, stali gospodarze tego oficerskiego rautu. Gdy tylko Hela pojawiła się w progu wszyscy spojrzeli na nią, a Guderian skierował kroki w jej stronę. Zatrzymał się, wyprężył jak struna i pocałował delikatnie podaną na powitanie dłoń.

- Pani Heleno – powiedział tak, by wszyscy słyszeli – to dla mnie zaszczyt, że przyjęła pani zaproszenie. Teraz wreszcie możemy zaczynać ten piękny wieczór.
- Ależ panie generale – odpowiedziała Hela – toż nadmiar łaskawości z pańskiej strony.
- Pani Heleno, cieszę się, że pani tu jest. Myślę, że poznanie pani będzie zaszczytem także dla komendanta garnizonu Gross Born generała Wilhelma Thoferna.

W tym momencie ucichła orkiestra kameralna i po chwili ciszy zaczęła dobiegać znana rosyjska pieśń Kalinka.

– Proszę się nie dziwić – powiedzial Guderian widząc na twarzy Heli zaskoczenie – gościmy tu generała Wiktora Dubynina.

Guderian podał prawę ramię i ruszyli do środka w kierunku sali balowo-koncertowej.