środa, 28 grudnia 2011

Magia świąt w praktyce

Dawno, dawno temu, a może całkiem niedawno, bo raptem niewiele ponad czterdzieści lat temu, Pan C. doświadczył w praktyce... ducha świąt Bożego Narodzenia.
Działo się to w drugim roku panowania Edwarda Wspaniałego, tego samego, który chciał, aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej. Po siermiężnej gomułkowszczyźnie kraj stawał się dziesiątą potęgą gospodarczą świata. Niestety później, znacznie później dekada jego rządów została przerwana, ale... nie o tym ten wpis.
Florentynowo, niewielka wieś we wschodniej Wielkopolsce.  Pół kilometra od szosy zasypane śniegiem zabudowania, w ogrzanym kaflowym piecem pokoju duży stół zastawiony postnymi, ale wykwintnymi daniami, w narożniku po lewej stronie żywa choinka przystrojona bombkami i świeczkami. W szczycie stołu ukochany dziadek Pana C., wokół - w hierarchii wynikającej z wieku -  domownicy i goście. Życzenia już były złożone i potwierdzone połamanym opłatkiem, a w tle brzmiały odtwarzane z czarnej winylowej płyty kolędy. Uczestnicy wigilijnej biesiady niespiesznie degustowali świąteczne potrawy.
W pewnym momencie dało się słyszeć głośne kołatanie do drzwi wejściowych. Brat Pana C. i Paweł, syn pani Józi, gosposi dziadków, poszli sprawdzić kto o tej porze zakłóca świętowanie. Po chwili wrócili do pokoju i zakomunikowali:
- To Kaziu od sąsiadów, ale... jest podpity.
- Nie wpuszczajcie go - powiedziała szybko i zdecydowanie pani Józia.
Wszyscy jednak wyczekiwali reakcji siedzącego w szczycie stołu dziadka.
- Spójrzcie na stół - powiedział spokojnie. - Po cóż położyliście na stole ten pusty talerz dla wędrowca?
Brat Pana C. bez słów wrócił do korytarza i po chwili wprowadził do pokoju Kazia, parobka, który od kilku miesięcy pracował u sąsiadów. Dziadek wskazał mu miejsce przy stole, a siedzącym najbliżej gościa polecił podać jedzenie, by się posilił. Czuć było od niego  alkohol, ale nie był pijany.
- Dlaczego dzisiaj zostałeś sam? - zapytał dziadek.
- Nie zaprosili mnie na wigilię - odpowiedział drżącym głosem. - Siedziałem sam w pokoiku nad oborą.
Gdy to wypowiedział z oczu pociekły mu łzy. Po chwili zaczął opowiadać o sobie i o tym, jak jest traktowany przez gospodarzy. Nie musiał. W jego łzach była cała prawda o tym, czego doświadczał.
Pan C. (drugi od lewej) w towarzystwie Dziadka i Mamy oraz Mikołaja
Grudzień 1969 - przed "Okrąglakiem" w Poznaniu
(rok przed opisywanym wydarzeniem).

piątek, 23 grudnia 2011

Numerologia na święta

Gdy pewne rzeczy są odległe i nie dotykają nas bezpośrednio, to podchodzimy do nich z dystansem. Tak jest choćby z przepowiedniami końca świata w 2012 roku. Ileż to razy słyszeliśmy lub czytaliśmy o mającym nastąpić kresie naszego istnienia. Ot, fajny temat dla tabloidów. 

Zupełnie inaczej rzecz się przedstawia, gdy wokół nas, w bardzo w wąskim przedziale czasowym, mają miejsce zdarzenia trudno wytłumaczalne zbiegiem okoliczności. Otóż, znajoma Pana C. od jakiegoś czasu ma nieodparte wrażenie, iż liczby... tak liczby, chcą jej coś ważnego powiedzieć. Inwazja liczb występuje okresowo i jak dotąd nie znalazła dlań żadnego racjonalnego wytłumaczenia.

Tuż przed świętami znów się zaczęło. W miniony wtorek zrobiła zakupy w trzech różnych miejscach i w czwartek dwukrotnie. W każdym z tych miejsc kupowała więcej niż jedną rzecz. Kwoty do zapłaty były sumą.


Paragony fiskalne, które zachowała dają do myślenia:
  • 99,99 zł, 
  • 57,57 zł
  • 44,44 zł
  • 20,20 zł
  • 35,35 zł


Ki diabeł? Sen mara, bóg wiara... A może metafizyka?




wtorek, 20 grudnia 2011

Pan C. w szoku

Do rzadkości należą sytuacje, w których Pan C. odczuwa zakłopotanie, a zaskoczyć go czymkolwiek to umiejętność niebywała. Tak było jeszcze do niedawna, ale doświadczenia minionego piątku (tzw. syndrom śledziowy) tę jego pewność siebie zachwiały w sposób zdecydowany.

Od niedzieli Pan C. jest bardzo szczęśliwy, bo prawie po półrocznej nieobecności na święta przyleciało jego Pierworodne Szczęście. Niezwłocznie opowiedziało o wszystkim, co się w ciągu tego czasu wydarzyło i wydarzyć mogło, a tym samym ciekawości Pana C. stało się zadość.

Następny dzień obecności dziecka to już wyższa szkoła jazdy wymagająca cierpliwości. Pan C. wiedział, że musi zarezerwować czas wyłącznie dla niej i uzbroić się w cierpliwość, jaką można mieć dla swojej córeczki. A wie o tym aż nadto znając ją bez mała dwadzieścia pięć lat. Punkt pierwszy programu dnia przebiegł zgodnie z przewidywaniami, czyli potwierdzenie wiedzy, że dziecko jest nieprzewidywalne i trzeba być gotowym na zaskakujące zwroty akcji. Ale zacznijmy od początku.

Córka umówiła się na godzinę dwunastą do fryzjera. Pan C. odpowiednio wcześniej podjechał w miejsce wskazane przez pasażerkę pojazdu. Miał już odjechać i wrócić mniej więcej po czterdziestu minutach, ale coś go tknęło i postanowił wejść razem do zakładu fryzjerskiego. Cóż się okazało? Imienia fryzjerki, z którą córka Pana C. była umówiona, nikt nie znał, a na dodatek w kalendarzu rezerwacji nie było nazwiska Pierworodnego Szczęścia.
- Pod jaki numer pani dzwoniła? - spytała przytomnie recepcjonistka.

Po chwili wszystko było jasne. To nie był ten zakład fryzjerski, w którym ukochane dziecko było umówione. Po wyjściu na zewnątrz Pan C. zadzwonił pod numer telefonu podany przez córkę i dowiedział się, że ma dziesięć kilometrów do właściwego miejsca i siedem minut, by zdążyć na czas. Spóźnienie wyniosło raptem cztery minuty.

Po mniej więcej godzinie przyszła pora na kolejny punkt programu, czyli kupno butów. Pan C. wiedział, że teraz rozpoczyna się kolęda po sklepach, oglądanie różnych fasonów i kolorów, wielokrotne przymierzanie, oglądanie itp. itd. Podwiózł swoje Pierworodne Szczęście do pierwszego sklepu i powiedział, że wróci za chwilę. Pojawił się dosłownie dziesięć minut później, odnalazł córkę między regałami, gdy chowała buty do kartonika.
- Idziemy do kasy - powiedziała zdecydowanie.


Pan C. nie wypowiedział słowa, gdyż była to sytuacja bez precedensu w dotychczasowych jego doświadczeniach związanych z zakupami robionym razem z córką. Był tak zaskoczony, że machinalnie zaczął realizować kolejny punkt programu: odwiedziny sklepów meblowych. Podjechali do salonu o wdzięcznej nazwie BODZIO. Przywitało ich ciepło i zapach nowych mebli. Parter zajmowała ekspozycja mebli kuchennych, wiec kroki skierowali na piętro.

Troskliwy i jeszcze zaskoczony poprzednim zakupem ojciec stanął z boku i obserwował córkę. Ta rozejrzała się po salonie i szybkim krokiem udała się w jego przeciwległy kraniec. Stanęła przy kanapie w kolorze szaro-grafitowym i odwróciwszy się powiedziała:
- To jest świetny kolor, pasuje do wszystkiego. Kupuję.

Pan C. już nic więcej nie powiedział. Przyglądał się tylko, czy aby to wszystko dzieje się naprawdę i czy rzeczywiście, ta młoda kobieta podejmująca szybkie decyzje, to jego własna córka...

sobota, 17 grudnia 2011

Niedobrze

Piątkowy poranek zaczął się dla Pana C. nie najlepiej. A tak w ogóle to Pan C. był bardzo rozczarowany, że musiał wstać o tak barbarzyńskiej porze. Morfej trzymał go w objęciach i nie chciał poluzować żelaznego uścisku. Kiedy wreszcie po wyczerpujących zmaganiach zszedł do kuchni zastał tam Koleżankę Małżonkę. 
Wstawił czajnik z wodą na palnik gazowy i czekając stał na środku kuchni i zastanawiał się, co by tu zjeść. Dzień wcześniej kupił pięć śledzi w zalewie octowej. Zdawało mu się, że po wczorajszej degustacji co najmniej jeden powinien zostać. Wiedziony tym przeczuciem zajrzał do lodówki, ale znalazł tam tylko rozczarowanie. 
- Zjadłaś może tego ostatniego śledzia? - zwrócił się do Koleżanki Małżonki.
- Nawet nie spróbowałam - odpowiedziała oschle.
Rękę by dał sobie odjąć, że jeden śledzik został. Odruchowo zerknął do pojemnika na odpady plastikowe i ku swemu zaskoczeniu zobaczył opakowanie po śledziach. Nie pamiętał, żeby je tam wyrzucał. 
 - Chyba jednak zjadłem - powiedział kiwając głową z niedowierzaniem.
- Skoro ja nie zjadłam - zaczęła mówić Małżonka - zostajesz tylko ty. Wiesz przecież, że twój syn ryb pod żadną postacią nie jada.
- No tak, masz rację - potwierdził zrezygnowany.
Różne myśli zaczęły krążyć mu po głowie, a najbardziej przerażało go, że nie pamięta... Czyżby to pierwsze objawy demencji i starości. Przecież zmęczenie nie może być wyłączną tego przyczyną??? - myślał w cichości. 
 Dzień jakoś minął. Wieczorem, gdy wrócił do domu Koleżanka Małżonka z rozbrajającym uśmiechem oznajmiła, że wie kto zjadł śledzia. 
- No przecież ja zjadłem - powiedział Pan C.
- Tak tylko ci się zdawało. To twój syn go zjadł wczoraj wieczorem. Miał na niego apetyt, jak nigdy dotąd.
 Wszyscy troje szczerze i głośno się zaśmiali, a najbardziej Pan C. Odetchnął z ulgą, że z jego pamięcią nie jest tak źle, jak początkowo przypuszczał. O wiele groźniejsze i zastanawiające dla niego stało się teraz przeświadczenie, że oto uległ sugestii i przyjął bez oporu, że zrobił coś, czego faktycznie nie zrobił. 

Kobiety potrafią... Oj, potrafią!



czwartek, 8 grudnia 2011

Autorytet

Każdy z nas poza wiedzą, do której dochodzi swym mozołem, uzyskuje też i taką, którą zapodają mu najróżniejsze autorytety. Ktoś jest Autorytetem lub nie, to się po prostu wie i czuje. Autorytet to ktoś mający nasze zaufanie, co do rzetelnego i profesjonalnego podejścia do spraw, o które go pytamy. Odpowiedzi Autorytetu nie podlegają dyskusji i są przyjmowane na zasadzie ufam, więc wierzę, że jest tak, jak mi oznajmiono. Jednak czasami zdarza się, że jakaś osoba nie rozumie czym lub kim jest Autorytet i zaczyna zadawać pytania.
Zdarzenie miało miejsce przed laty na jednej z hal, na której górale wypasali owce. Zbliżał się już wieczór, słońce uciekało za horyzont, a księżyc wznosił się ku górze, by rządzić nadchodzącą nocą. Obok szałasu, w którym spędzali noce pasterze, paliło się ognisko, a na rozłożonych baranich skórach leżał baca z juhasami. Przegryzali upieczone mięsiwo i przepijali gorzałeczką własnej roboty. Juhas leżący najbliżej bacy przez dłuższą chwilę spoglądał w okrąg wschodzącego księżyca. W pewnym momencie odwrócił się ku bacy i zapytał:
- Baco! Jak tak pacsę na tyn ksienzyc to tak se myślę, cy ta nasa zimia tys tak, jak i łon sama z siebie w powietsu wisi?
Leżący obok juhasi spojrzeli zaskoczeni i wyczekiwali reakcji bacy. Ten lekko uniósł się na łokciu, rozejrzał się wokół i upewniwszy, że wszyscy słuchają powiedział:
- Łoj, Jaśku, jakiś ty gupi! Wsyćko jest proste: jest zimia, a pod nią jest taki podstawecek, na którym łona się wspiro.
Wokół zaległa cisza i tylko głowy słuchających potakiwały znacząco z uznaniem dla mądrości bacy. Jasiek zamilkł, ale nadal wpatrywał się w srebrzysty okrąg i widać było, że udzielona odpowiedź go nie satysfakcjonuje. Po chwili znów zwrócił się do bacy:
- Tak godocie, baco, ze ta nasa zimia nie sama z siebie unosi sie w powiecsu, ale jest na podtsawecku. A jo sie pytom: A na cym jest tyn podstawecek?
- Jaśku jakiś ty gupi! - powiedział z politowaniem baca. - No, jak na cym? Jest zimia, jestpodstawecek, a pod podstaweckiem jest kolumienka. Ot i co!
Słuchający znów pokiwali głowami słysząc szybką i konkretną odpowiedź bacy. Tęga głowa i jaka mądrość, żeby to wszystko ogarnąć i znać. Jaśkowi jednak to nie wystarczało.
- Baco, tak godocie, ze ta nasa zimia nie sama z siebie w powiecsu wisi, jeno jest na podstawecku, a pod podstaweckiem jest kolumienka. A jo sie pytom: na cym jest ta kolumienka?
- Łoj, Jaśku, jakiś ty gupi! Jest zimia, pod niom jest podstawecek, pod podstaweckiem kolumienka, a pod kolumienką jest postumencik!
Wszyscy byli przekonani, że ta odpowiedź całkowicie przygwoździła dociekliwego juhasa i obnażyła jego ignorancję.
- Baco, tak godocie, ze ta nasa zimia nie sama z siebei w powiecsu wisi - znów zaczął juhas - jeno jest na podstawecku, a tyn podstawecek na kolumience, a ta kolumienka na postumenciku. A jo sie pytom na cym jest tyn postumencik?
Baca zacisnął szczękę, rzucił złowrogie spojrzenie i poirytowany odpowiedział:
- Jaśku! Cosik mi sie widzi, ze w morde chces!!!


niedziela, 27 listopada 2011

Akwarele

Gdy pustka w głowie i brak pomysłu na notkę warto skorzystać z cudzych podpowiedzi. W takiej sytuacji znajdował się od kilku dni Pan C. Na szczęście w sukurs przyszedł mu kuzyn Barnaba - jak zwykle niezawodny - i podesłał e-maila z akwarelami. Ich autor dwukrotnie (1907 i 1908) ubiegał się o przyjęcie do nobliwej i najstarszej w Europie Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu (Akademie der bildenden Künste). Władze wiedeńskiej uczelni nie doceniły talentu młodego i ambitnego człowieka i swoimi decyzjami sprawiły, że został zmuszony znaleźć ujście dla swej aktywności w innej dziedzinie. Gdybyż przewidziały, jaki ciężar gatunkowy niesie ich decyzja dla Europy i świata, zapewne w tym szczególnym przypadku zrezygnowałyby z wysokich standardów.

Po doznanym upokorzeniu niespełniony artysta jeszcze przez jakiś czas  utrzymywał się ze sprzedaży swoich akwarel i malowanych pocztówek, nie gardził też pracą pomocnika murarza. Jeszcze wiele lat później wykorzystał swoje umiejętności i opracował kilka rozpoznawalnych do dziś logogramów, zmodyfikował też model kultowego samochodu produkowanego nieprzerwanie do 2003 roku. 

Odniósł więc jakiś sukces, ale... popatrzmy:



O kim mowa i za co pośrednio współodpowiedzialna jest szacowna uczelnia? A może tych, co nie przyjęli adepta sztuki malarskiej do Akademii sądzić pośmiertnie za brak dalekowzroczności? 

Praktyczne skutki osądu żadne, ale za to poczucie, że oto sprawiedliwości stanie się zadość.



czwartek, 10 listopada 2011

Fundator i czarownica

Nic tak nie łechce naszej dumy za życia, jak możliwość wykonania gestu, który zapisze się w pamięci przyszłych pokoleń. Jedni podejmują działania destrukcyjne, jak Herostrates, który podpalił świątynię Artemidy w Efezie, drudzy zaś, jak mądry i wrażliwy król Salomon ułożyli ponadczasowy poemat miłosny Pieśń nad Pieśniami.  Zdarza się, że część osób pragnie dokonać rzeczy dobrych i służących ogółowi. Przykłady można mnożyć i prowadzić niekończące się spory o najlepszy sposób utrwalenia imienia w annałach.

W roku dwa tysiące siódmym Konin celebrował czterechsetną rocznicę śmierci jednego ze swych znamienitych obywatelów. Nie wiem, co szczególnego jest w osobistej katastrofie, jaką jest śmierć, by ją inni uroczyście świętowali, ale tak było. Możliwe, że to był tylko pretekst, by powspominać czyjeś dokonania. Wiemy o nim, że miał ułatwiony start życiowy, gdyż ojciec był dobrze sytuowanym sołtysem w nieodległej wsi Kurów, zarabiał także na udzielaniu pożyczek kapitałowych, skupował w mieście grunty, a także posiadał zakład produkujący sukno (folusz). W odniesieniu do ojca naszego bohatera powiedzenie pieniądz robi pieniądz jest jak najbardziej zasadne.

Status rodziny umożliwił mu podjęcie w 1560 roku studiów w Akademii Krakowskiej, które ukończył w 1569 roku z tytułem magister artium. Kontynuował studia w Padwie skąd przywiózł w 1575 roku tytuł doktora medycyny i filozofii (sic!). Dziś medycyna i filozofia nie idą w parze, choć nie wykluczają się.

Nie będąc szlachcicem, ale za to wyposażony w wiedzę i nobilitujące dyplomy powrócił na krótko do rodzinnego miasta, by niebawem przenieść się na kilkanaście lat do nieodległego Kalisza. praktykował tam jako lekarz, aptekarz oraz sprawował różne funkcje publiczne (wójt, rajca i burmistrz), co tylko świadczy o jego autorytecie jakim się cieszył. Po raz pierwszy wybrano go na burmistrza w 1580 roku. 

W tym miejscu - gwoli rzetelności kronikarskiej, a także w celu wprowadzenia wątpliwego tropu - należy odnotować znamienny fakt. W roku objęcia przez naszego bohatera urzędu burmistrza odbył się w tym mieście pierwszy proces o czary. Wędrowna złodziejka (inne źródła podają, że prostytutka) o imieniu Barbara została oskarżona o czary i czarną magię oraz o to, że była... kochanicą diabła. Użyte najnowocześniejsze środki śledcze skłoniły niewiastę do wyznania winy. Została skazana na spalenie.

Jan Zemełka vel Zemelius - bo o nim piszemy - był wybierany na burmistrza Kalisza kilkakrotnie. Ostatni raz w 1594 roku. W tzw. międzyczasie ożenił się z córką złotnika z Koła. Małżonkowie nie doczekali się potomstwa. Czyżby rzucony urok spalonej wiedźmy? Tego nie wiemy, ale nie możemy też tego wykluczyć. Drugi znamienny fakt w życiu Jana to rok 1588, kiedy to zaraza nawiedziła miasto, a on najzwyklej uciekł z Kalisza wywożąc miejskie fundusze.


W kolejnych latach Zemełka poczynił wiele kroków, które także dziś budzą watpliwości. 
  • 1599 - ufundowanie (ponad 12 tysięcy florenów*) i wyposażenie w Koninie kolegium mansjonarskiego**.
  • 1602 - ufundował dla Akademii Krakowskiej, której był absolwentem, pierwszą w Polsce katedrę anatomii i botaniki lekarskiej.
Resztę aktywów rozdysponował testamentem na rzecz szpitali w Kaliszu i Koninie oraz na stypendia dla dzieci mieszczan z Konina, Koła i Kalisza. Swój niemały udział w zapisie miało też miasto Konin oraz studenci teologii zamierzający studiować w Italii. Z namacalnych rzeczy, które do dziś się ostały w rodzinnym mieście Zemeliusa,   jest ufundowana przez niego kaplica (przylega do kościoła farnego od południa i skrywa w krypcie doczesne szczątki fundatora) oraz pierwszy murowany dom w Koninie, znany od zawsze jako dom Zemełki (zdj. po lewej).

Dobro (czytaj: przekazane pieniądze), które wyświadczył było w odczuciu współczesnych Zemełce ogromne, dlatego opisano to i zachowano dla potomności.  Ludzie odczuwali to obiektywnie, jest jednak we mnie przekorny niepokój dotyczący intencji dobroczyńcy i fundatora.

Pierwszy niepokój - o bardzo wątpliwych podstawach faktograficznych - to, czy szacowny doktor filozofii i medycyny, światły i wykształcony człowiek, właściciel dwóch aptek w Kaliszu i zarazem burmistrz tegoż miasta miał jakikolwiek udział w procesie czarownicy Barbary? Jeśli tak to, czy miał wątpliwości, co do słuszności oskarżeń i czy wyrzuty sumienia nie towarzyszyły mu do końca dni? Przywołana wcześniej uwaga o rzuceniu uroku na burmistrza Jana jest tylko rodzajem licentia poetica.


Drugi niepokój związany jest z wydarzeniami roku 1588, kiedy to burmistrz czmychnął z Kalisza z kasą miejską i nigdy tak do końca nie wytłumaczył się z tego postępku. Annały mówią tylko o jego tajemniczym zniknięciu. Panosząca się wówczas w mieście zaraza nie może być wystarczającym usprawiedliwieniem dla lekarza i głowy miasta.

Zamiast konkluzji.
Schyłek życia jest dobrą okazją do podsumowań i podjęcia próby naprawienia wyrządzonych krzywd. Czy jest zatem możliwe pomyśleć, iż wielce prawdopodobnym powodem dobroczynności Jana Zemełki były wyrzuty sumienia i obawa, że łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, aniżeli bogatemu wejść do królestwa Bożego?

__________

*1 FLOREN = 30 groszy = 90 szelągów = 540 denarów
     Siła nabywcza ok. 1570 roku: dniówka murarska 5 groszy, para butów 20 groszy, koszula męska 5 groszy, gęś 2 grosze, koń 20 – 22 floreny
____________
** MANSJONARZ, mansjonariusz (łac. maneo - zostaję) - w hierarchii kościelnej kapłan niższej rangi, wikariusz, bez       
    obowiązków kościelnych, który z tytułu zapewnionego utrzymania był zobowiązany trwać na miejscu i pełnić 
    wyznaczone funkcje duszpasterskie i liturgiczne przy katedrachkolegiatach i znaczniejszych parafiach (za: Wikipedia).


Zobacz: BAWARIA



Wszechmoc ze skazą

Kontakt z dziadkami jest dla młodego człowieka, jak spotkanie ze światem wróżek i dobrych czarowników. Wszystko, co znajduje w ich domach i otoczeniu jest takie inne i... magiczne. Ukochana babcia gotuje najlepsze pierogi i najpyszniejszy budyń z wiśniami. Natomiast najkochańszy dziadek potrafi wystrugać najlepszą procę i wie, gdzie raki zimują. Nie musi sprawdzać dziadków, bo oni zawsze są  najlepsi i wyjątkowi.
Do rodziców Michałka - swego czasu urzeczonego historią opowiedzianą podczas kazania - przyszedł znajomy. Chcąc nie chcąc dał się wciągnąć w rozmowę z chłopcem.
- A moja babcia to potrafi zrobić wszystko - zagadnął Michałek.
- Oj, chyba nie wszytko - odpowiedział przekornie gość.
- Przecież ci mówię, że moja babcia potrafi wszystko - powtórzył zdecydowanie młody człowiek.
- Czy jesteś pewien, że twoja babcia potrafi wszystko? Zastanów się dobrze - powiedział wątpiąco mężczyzna.

Michałek spojrzał uważnie na rozmówcę, przechylił głowę, zmrużył oczy, westchnął i przyznał zrezygnowany:
- Masz rację! Nie wszystko. Nigdy nie widziałem, żeby kiedykolwiek zrobiła... miód.



wtorek, 8 listopada 2011

Konkurencja pęka

Współcześni mają w użyciu liczący prawie sto lat rewolucyjny w swej prostocie i użyciu produkt. O jego proweniencji wie niewielu, choć wszyscy wiedzą do czego służy i jak go stosować. Tak się składa, że wynalazca tegoż ustrojstwa urodził się w mojej małej ojczyźnie, choć biznesowe sukcesy odniósł już po jej opuszczeniu. W Niemczech otworzył w 1914 roku przedsiębiorstwo zajmujące się produkcją perfum i wyrobów gumowych. Opatentował wyrób, który bardzo szybko przyjął się w Niemczech, choć wzbudził protesty katolickich biskupów. Zdobył kontrakt na dostawy tego wyrobu dla armii niemieckiej.

O kim i o czym mowa?

Najpierw wstęp odsuwający o kilka wersów odpowiedź.
Przedwojenny polski slogan reklamowy odnosił się wprost do wynalazku naszego bohatera: Prędzej ci serce pęknie. Kilkadziesiąt lat później Anita Błochowiak, posłanka SLD, prowadziła w Pabianicach akcję pod hasłem: Załóż gumę na instrument.

Nasz bohater wolał swoje uwidocznione w tytule hasło, które okazało się bardzo skuteczne i wpływające na dochodowość przedsięwzięcia. Julius Fromm (1883-1945) - bo o nim tu mowa - koniński Żyd i wynalazca bezszwowej prezerwatywy z lateksu dokonał rewolucji w obszarze zabezpieczeń przed niechcianą ciążą. Dotychczasowe zabezpieczenia były produkowane z pęcherzy ryb, zwierzęcych jelit lub bardzo grubych gum. Nastąpiła zmiana jakościowa, która przyczyniła się do finansowego sukcesu. Co ciekawe, swój biznes prowadził z sukcesami aż do 1938 roku, kiedy to zmuszono go do sprzedania intratnego przedsiębiorstwa Elizabeth von Epestein, matce chrzestnej Hermana Goeringa. Zaskakuje fakt, że naziści wypłacili Frommowi 3 miliony ówczesnych marek, co dziś odpowiada 30 milionom euro.

Konin postanowił uczcić znanego rodaka, choć dla większości pole sukcesów Fromma to powód zawstydzenia i zażenowania. A szkoda! Poniżej filmik z happeningu, który odbył się w sto dwudziestą ósmą rocznicę urodzin niedocenianego koninianina.

Hołd dla Fromma

niedziela, 30 października 2011

Runkeeper

Pan C. lubi w wolnych chwilach bawić się grafiką, co dziś znalazło odzwierciedlenie w nagłówku tego bloga. Inna - praktycznie codzienna jego aktywność - to dziarskie przemierzanie duktów rezerwatu przyrody okalającego Złotą Górę. Pogodne i słoneczne dni sprawiły, że mógł w dębowym lesie sycić wzrok złotem jesieni. Chrzęst liści pod stopami miarowo odmierzał drogę.

Przedwczoraj Pan C. odkrył w android market niewielką aplikację o wdzięcznej nazwie runkeeper  i zainstalował w swoim telefonie. Ta niewielka aplikacja wykorzystuje mapy google i GPS do rejestrowania przebywanej przez użytkownika trasy (dystans, wysokość, czas, tempo). Można ustawić różne parametry w zależności od tego, co kogo interesuje. Najciekawsze w tym wszystkim jest, że można pochwalić się i pokazać innym, jakimi szlakami można wędrować.

Dostęp do zarejestrowanych i upublicznionych wędrówek Pana C. znajduje się tutaj: Trekingowo na Złotą Górę. Aby szczegółowiej zobaczyć teren i przemierzaną przez niego trasę należy na wyświetlonej mapie rozwinąć menu (prawy górny róg) i wybrać opcję hybrydowa. Poniżej mapy znajduje się dynamiczny diagram: zielona linia pokazuje różnicę wzniesień, niebieska - tempo marszu. Przesuwanie wskaźnikiem myszki po wybranej linii pokazuje na mapie odcinek, którego dotyczy.
Jedna drobna niedogodność - odległości pokazywane są w milach. W samym zaś telefonie jest możliwość rejestrowania odległości w kilometrach.


środa, 26 października 2011

Przymus apostazji

Państwo polskie chcąc nie chcąc jest agendą Kościoła Katolickiego. Stało się tak wbrew Ustawie o systemie oświaty z 1992 roku, a w szczególności wbrew napisanemu do niej Rozporządzeniu w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w szkołach publicznych. Przywołane zapisy mówią, że w szkole nauczanie religii, czy etyki organizuje się  n a  ż y c z e n i e  rodziców. Jeśli więc coś ma być życzeniem to powinny wystąpić warunki do wyrażania tego w  sposób wolny i nieprzymuszony.

Jakież było moje zaskoczenie, gdy przed kilku laty syn rozpoczął naukę w liceum. Po spotkaniu z wychowawcą poinformował mnie, że  m u s z ę  napisać pismo, w którym jednoznacznie oświadczę, iż nie wyrażam zgody, by uczęszczał na lekcję religii. Ci, co mnie nieco znają wiedzą, jak reaguję na przymus, a przymus w sprawach światopoglądowych w szczególności. Ze złości zagotowało się we mnie wszystko i pociemniało w oczach. Na szczęście po chwili wzburzenie ustąpiło i zdrowie zachowałem.

Podczas pierwszego zebrania rodziców próbowałem dopytać wychowawczynię o formę i zasadność inkryminowanego oświadczenia. Przekonywała mnie, że jest to wymóg władz oświatowych, które nałożyły taki obowiązek na dyrektora szkoły. Próbowałem spokojnie wyjaśnić, że kwestie religii jako takiej - w tym także nauczanie religii - są sprawą prywatną i nie można wymagać ode mnie składania oświadczeń, poprzez które będę zmuszony ujawnić swe przekonania. Nie chciałem przyjąć za właściwe praktyki, by wszystkich uczniów bez wyjątku wpisać w plan katechezy bez  zgody rodziców. W pierwszej chwili gotów byłem zrobić zadymę w stylu siwy dym i czarne chmury, ale po rozmowie z synem odpuściłem. Przekonał mnie, że nie zależy mu na zostaniu bojownikiem o wolność sumienia i wyznania... Nie chciał  uczestniczyć w lekcjach religii, a kwestie pryncypialne nie zajmowały go tak, jak teraz.

Mam świadomość, że ulegając namowie szkoły umożliwiłem złamanie zapisu Konstytucji, który mówi ni mniej, ni więcej: 
Nikt nie może być obowiązany przez organy władzy publicznej do ujawnienia swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania (art. 53 ust. 7). 
Dyrektor szkoły - w opisanym powyżej zakresie - reprezentował  władzę publiczną. 
Źle reprezentował.




niedziela, 23 października 2011

Urzekająca historia

Chodzenie do kościoła nie należy do ulubionych zajęć najmłodszych. Kiedyś do kościoła i w jego okolice przyciągały odpustowe kramy i wata cukrowa. W dobie telewizji i internetu niechęć do odwiedzin tego miejsca jest bardziej zauważalna niż kiedykolwiek.

Wiele matek mając na uwadze swoiście rozumiane dobro pociech, co niedziela ciągnie je do kościołów na msze. Wychodzą z założenia, że dzieciom może się  to przydać, bo odpowiednich papierków i kwitków nigdy zadość. Chrzest, pierwsza komunia, bierzmowanie, świadectwo religii etc. Wyziera z tej postawy sławetny zakład Pascala: lepiej wierzyć w istnienie Najwyższego i nie narażać się jego urzędnikom... tak na wszelki wypadek.

Dzieci przymuszane matczyną troską cierpią katusze i strasznie się nudzą, gdy ksiądz głosi słowo Boże. Chcąc objaśnić trudne teksty biblijne jeden pan ksiądz z drugim panem księdzem, prześcigają się w podawaniu  przykładów będących opowiastkami o nich samych.

Michałek - rezolutny i nad wyraz dojrzały chłopiec - miał chyba dziewięć lat, gdy znalazł się w podobnej sytuacji. Kolejna niedziela i kolejna katorga słuchania kazania, z którego tylko niektóre fragmenty był w stanie zrozumieć. Wielokrotnie chwytał matkę za rękaw i próbował namówić do wyjścia. Ta cierpliwie przekonywała, by jeszcze chwilę wytrwał.

Wreszcie, gdy po długim i przynudnawym kazaniu wybrzmiało sakramentalne amen, w kościele zaległa cisza. Wzdłuż nawy głównej kościoła oraz w kruchtach wszyscy odczuwali niewypowiedzianą ulgę. Rezolutny Michałek odwrócił się wtedy do matki i na cały głos skomentował:
- Mamo! Urzekła mnie jego historia!
Po chwili konsternacji znudzeni wierni gruchnęli szczerym śmiechem. W niezamierzony sposób wychynęli z narzuconej smutnej pozy i okazali radosne oblicze.

Dzieci podczas kazania


Zobacz: Żywa woda

niedziela, 2 października 2011

Anioły upadają jesienią

W niedzielne wczesne popołudnie Pan C. wybrał się na spacer po parku dawnej posiadłości hrabiego Kreutza w Kościelcu. Sycił wzrok widokiem spokojnej toni jeziorka oraz kolorami jesieni, które coraz natarczywiej osiadają na drzewach i krzewach.
Liście licznie opadają i wyściełają parkowe alejki.


niedziela, 25 września 2011

Problem z aniołami

W minione dni Pan C. po raz kolejny sięgnął po lekturę Mistrza i Małgorzaty Michaiła Bułhakowa. Z kart tej powieści wyziera ogromna erudycja autora i wolna przestrzeń dla wyobraźni czytelnika. Szatan, Jezus, Poncjusz Piłat, dobro i zło... prawda.

Słowa i pytania, z którymi zostaje się na dłużej niż tylko na czas lektury.

Szatan. Któż to jest Szatan?

Pan C. zaczął szperać w zakamarkach pamięci, ale krążące po głowie i natrętne niczym mucha pytanie nie dawało spokoju. Odpowiedzi, które znajdował nic nie wyjaśniały i pozostawał niedosyt. Przekaz katechetyczny, ale także ten potoczny, mówi, że Szatan to przeciwnik Boga, który kiedyś był jednym z jego najważniejszych aniołów, ale się zbuntował. Niektórzy jeszcze podają, że miał na imię Lucyfer*. Ponoć opowiedziała się za nim jedna trzecia zastępów anielskich.

Rzecz wielce zastanawiająca, bo żadna z dwóch sąsiadujących w Biblii wersji opisujących powstanie świata i człowieka (Genesis 1,1-31 i Genesis 2,4-25) nie wymienia aniołów, jako dzieła Boga. Opis stworzenia jest dość szczegółowy i jak sądzę natchniony autor nie omieszkałby wspomnieć aniołów, gdyby były dziełem Najwyższego. Cóż za despekt wobec istot odgrywających tak ważką rolę zarówno w judaizmie, jak i w chrześcijaństwie. 
Może proweniencja aniołów jest zgoła inna, a monoteizm Jahwe to najzwyklejsza uzurpacja?



*Określenie "Luciferus" pojawia się dopiero w IV w. n.e. w przekładzie Biblii na łacinę przez św. Hieronima. Odnosi się do gwiazdy Wenus (Jutrzenki) i oznacza dosłownie 'niosącego światło'.




Zobacz: MATRIOSZKA

poniedziałek, 12 września 2011

Pikantny mężczyzna

Pan C. ostatnio jawił się bardzo kulinarnie. Odcisnęło to na nim dość wyraziste piętno i każdy, mający z nim jakikolwiek kontakt, odczuwał niepowtarzalny smak i zapach.

Nie inaczej było w minioną sobotę, gdy udał się na zakupy z potomkiem płci właściwej. Na co dzień Pan C. unika zakupów i traktuje je niczym dopust Boży. Motywem przewodnim sobotniej wycieczki po sklepach było doposażenie syna w buty, koszule, spodnie i tym podobne ustrojstwa potrzebne młodemu człowiekowi.

W jednym ze stoisk uwagę Pana C. przykuła koszula w kolorze grafitowo-granatowym. Zdawała się pasować do jego czarnych spodni. Przymierzył ją i przejrzał się w lustrze. Wychodząc z przymierzalni dostrzegł podobną tyle, że w stalowej tonacji. Przymierzył ją również i zaczął się zastanawiać, którą wybrać. W pewnym momencie gotów był odłożyć zakup do następnej okazji, by wybór mogła ocenić Koleżanka Małżonka. Doświadczona ekspedientka zorientowała się, że transakcja jest zagrożona i postanowiła działać.
- Proszę pana - powiedziała z przekonaniem i takim szczególnym błyskiem w oku - nie chcę być natrętna, ale w tej pierwszej koszuli wygląda pan... całkiem  p i k a n t n i e.
Męska duma Pana C. i połechtane ego sprawiły, że poczuł się kimś szczególnie ważnym dla tej kobiety, której dotąd nie dostrzegał.
- Czy jest pani tego pewna? - zapytał wyczekując potwierdzenia.
- Ależ tak - mówiła głosem, który sprawia, że każdy mężczyzna zaczyna... ulegać. - W tej koszuli wygląda pan bardzo... bardzo atrakcyjnie.
Trafiony, zatopiony. 
Pan C. wrócił do domu z nową koszulą.




_

poniedziałek, 5 września 2011

Gospodarka odpadami

Andsol był łaskaw pochwalić się obrazkami z São Paulo. Przyznam, że i ja poczułem nieodpartą potrzebę podzielenia się ciekawostkami z okolic mojej Złotej Góry. Znajdujące się wokół niej lasy i przecinające je dukty nie odbiegają zbytnio swym wyglądem od światowej stolicy karnawału tego, co pokazał Andsol.

Resztka z szafy na ubrania
Resztki po remoncie łazienki
Resztki bo bitkach wołowych
Resztka człowieczeństwa

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Hela i Marian w tańcu z gwiazdami

Hela i Marian wzięli niedawno udział w jednej z wielu edycji Tańca z Gwiazdami. Po obejrzeniu poniższej relacji sami przyznacie, że nikt z nimi nie może się równać. Ten duet to żywioł, nieskrywana zmysłowość i... cudowny erotyzm!

Mesdames et Messieurs, ici devant vous... Hela et Marian!!! 
Szanowne Panie, Szanowni Panowie! Oto przed wami... Hela i Marian!!!


sobota, 27 sierpnia 2011

Szarlotka - wersja dla Marianów

Barnaba dostrzegał zmagania Pana C. ze złożonością procesów kulinarnych. Postanowił wesprzeć kuzyna i podesłał arcyciekawy przepis na szarlotkę, który spełniał także funkcję instrukcji obsługi. Pod nieobecność Heli Pan C. i każdy inny mężczyzna, który by się podjął tego wyzwania, powinien stosować rygorystycznie tę instrukcję ze względu na swoje i innych... bezpieczeństwo.

Któż nie lubi szarlotki? Wiadomo, że każdy mężczyzna to łasuch, ale żeby mógł jej spróbować najpierw musi ją upiec. Barnaba, jako doświadczony życiowo, żeby nie powiedzieć... starszy (wybacz Kuzynie), postanowił wesprzeć działania mające na celu upieczenie przywołanej w tytule pyszności.

Panowie! Nie ma Heli, kuchnia w naszym władaniu!
  1. Z lodówki weź 10 jajek, połóż na stole ocalałe 7, wytrzyj podłogę, następnym razem uważaj!
  2. Weź sporą miskę i wbij jajka, rozbijając je o brzeg naczynia.
  3. Wytrzyj podłogę, następnym razem bardziej uważaj! W naczyniu mamy 5 żółtek.
  4. Weź mikser, wstaw do niego skrzydełka i zacznij ubijać jajka.
  5. Wstaw od nowa skrzydełka do miksera, tym razem do oporu. Zacznij ubijać.
  6. Umyj twarz, ręce i plecy. W naczyniu zostały 2 żółtka, dokładnie tyle potrzeba na szarlotkę.
  7. Oklej ściany i sufit kuchni gazetami, meble pokryj folią, będziemy dodawać mąkę.
  8. Nasyp 20 dkg mąki do szklanki, pozostałe 80 dkg zbierz z powrotem do torebki.
  9. Sprawdź, czy ściany i sufit są oklejone szczelnie, przystąp do miksowania.
  10. Weź szybciutko prysznic!
  11. Weź 4 jabłka i ostry nóż.
  12. Idź do apteki po jodynę, plaster i bandaże. Po powrocie zacznij obierać jabłka. Przemyj jodyną kciuk!
  13. Potnij jabłka w kostkę pamiętając, że potrzebujemy 2 jabłek, więc nie wolno zjeść więcej niż połowę ! Przemyj jodyną palec wskazujący i środkowy.
  14. Jedyne pozostałe jabłko pocięte w kostkę wrzuć do naczynia z ciastem, pozbieraj z podłogi pozostałe kawałki i przemyj woda.
  15. Wymieszaj wszystkie składniki w naczyniu mikserem, umyj lodówkę, bo jak zaschnie, to nie domyjesz!
  16. Przelej ciasto do foremki, wstaw do piekarnika.
  17. Po godzinie, jeśli nie widać żadnych zmian, włącz piekarnik.
  18. Po przebudzeniu nie dzwoń po straż pożarną! Otwórz okno i piekarnik!
I w tym miejscu Barnaba doradza, by po wszystkich tych przeżyciach pójść do sklepu i kupić coś z większą zawartością alkoholu. Dodam od siebie, że lepiej zrobić to przed przystąpieniem do pieczenia. Im więcej alkoholu we krwi tym znieczulenie pewniejsze.
Smacznego!!!


apple pie





_

środa, 24 sierpnia 2011

Kwaśnica z kiszonych pomidorów... a co się dziwisz?*

Jakiś czas temu Pan C. chwalił się, że dzięki porankowi w TVN odżył w nim stary pomysł na kiszone pomidory. Co umyślił to i zrobił, a nawet... opisał.

Gdy upłynął tydzień od zakiszenia pomidorów postanowił je skosztować. Smak wielce zaskakujący w porównaniu z tym, co do tej pory smakował, ale wyborny. Na talerz wyjął trzy pomidory i - wiedząc, że nie są to bezy - posługując się nożem i widelcem dogadzał swemu podniebieniu. Soczystość, kwaśność i miękkość. Doznania zaskakujące. Lewitował niemalże, a emocje wywołane smakiem przeniosły go w czasie i przestrzeni na Kresy Wschodnie... praźródło i ojczyznę tych rozkoszy.

Gdy już ochłonął nieco postanowił podzielić się smakowitościami z najbliższymi, wszak stara łacińska maksyma głosi bonum est diffusivum sui**. Jakież było zaskoczenie Pana C., gdy Koleżanka Małżonka po wzięciu kęsa zrobiła minę, jakby próbowała łyżkę tranu, a syn widząc twarz rodzicielki całkowicie odstąpił od degustacji.

No to klops! Kulinarna porażka. - pomyślał Pan C. i posmutniał, ale... nie na długo. 

Wyjechał do Bawarii na chwil kilka, ukradkiem wypatrywał Telemacha, podziwiał urodę stoków i dolin pokrytych żywo zielonymi tykami chmielu, gładkość autostrad i... w ogóle pozwolił myślom na całkowitą swobodę. Muzyczka, prędkość zgodna z ograniczeniami (czasami, a co!!!), gdy w w pewnym momencie wraziły się w jego myśli  kiszone pomidory.

Archimedesowa Eureka i pomysłowy Dobromir w jednym.

Po powrocie swoje odkrycie zrealizował ze skutkiem, że palce lizać.



* A co się dziwisz? (Jasminum).
**Dobro z natury swej rozlewa się (udziela się innym).




CIOS MAMUTA

______________

niedziela, 21 sierpnia 2011

Cukiniowy orgazm

Nie samym chlebem żyje człowiek... To prawda, ale samo jedzenie, a wcześniej całe przygotowanie posiłku jest znakomitą okazją do tworzenia przestrzeni, w której spotykają się ludzie. Jedzenie jest przyjemnością dla podniebienia, powonienia i oczu. Tak naprawdę to jemy najpierw oczami... na pewno Pan C. tak ma, a i powonienie ma wysublimowane w sposób szczególny.

Mówi się o endorfinach, że to hormony szczęścia wydzielane z różnym natężeniem w zależności od tego, co je wyzwala. Znawcy tematu wymieniają pośród aktywatorów śmiech, smakowanie czekolady, pikantne przyprawy, zakochanie, czy choćby coś tak prozaicznego, jak... orgazm. Co prawda Pan C. nie zna przypadku orgazmu wywołanego jedzeniem, ale kto wie, może nauka radziecka odnotowała takie przypadki.

Przy dobrym jedzeniu odczucie przyjemności jest tak dojmujące, że współbiesiadnicy są szczęśliwi i łagodni. A skoro tak to otwarci na innych i sposobniejsi do rozmowy, w której  j e s t e ś m y  r a z e m.
Jest dużo prawdy w powiedzeniu byle co jesz i byle co gadasz. Warto zatem jeść rzeczy, które pozytywnie wpływają na stan ciała i... ducha.





Sprawdź mobilność BLACKBERRY :-)))
______________________________

wtorek, 16 sierpnia 2011

Konfitura z zielonych pomidorów

Telemach, autor i gospodarz bloga, na którym stawia pytania do znanych odpowiedzi, swoim komentarzem pod wpisem dotyczącym kiszonych pomidorów, zainspirował Pana C.  do sprawdzenia w praktyce przepisu na konfitury z zielonych pomidorów. Postawił pytanie, na które Pan C. postanowił odnaleźć praktyczną odpowiedź.

W jaki sposób? W najprostszy z możliwych. 

Pan C. wybrał się do warzywnej części swego ogródka w celu zlokalizowania zielonych pomidorów. Odetchnął z ulgą, bo takowe były na krzaczkach. Uzbierał ich jeden kilogram. Niewiele to, ale jak na kulinarny eksperyment wystarczająco. W przypadku niedostatku zielonego składnika zawsze można zajrzeć do ogródka sąsiadów.



skład (przykładowe proporcje)
  • 3 kg zielonych pomidorów
  • 1 kg cukru
  • 1 i 1/2 cytryny

P r z y g o t o w a n i e
Dzień pierwszy
Pomidory i cytrynę myjemy, parzymy gorąca wodą, wszystko kroimy w drobna kosteczkę i wrzucamy do garnka.
Gotujemy przez 60 minut.
Następnie dodajemy 1/3 cukru i gotujemy przez kolejne 60 minut mieszając od czasu do czasu zapobiegając przywarciu.
Odstawiamy do następnego dnia.

Dzień drugi
Dodajemy 1/3 kg cukru i gotujemy przez dwie godziny na wolnym ogniu mieszając. 
Odstawiamy do następnego dnia.

Dzień trzeci
Dodajemy pozostałą ilość cukru i gotujemy aż konfitura nabierze zielono-brązowego koloru.
Gotową konfiturę przekładamy  do rozgrzanych słoiczków, zakręcamy i odstawiamy w ciepłe miejsce by powoli stygły. Dla spowolnienia stygnięcia okrywamy je ręcznikiem.

Na czwarty dzień i w każdy z kolejnych trzystu sześćdziesięciu czterech dni można rozkoszować się konfiturą.

*) Ilość składników można zwielokrotnić pod warunkiem zdobycia większej ilości zielonych pomidorów.


Wersję z czerwonych pomidorów jako dodatek do mięs znajdziecie u Ziemianina w kuchni.




Nadal SEX NA ŁONIE NATURY:-)
____________________________

niedziela, 14 sierpnia 2011

Chleb Caddicusowy

Sierpień to pora roku, w której Pan C. zaczyna odczuwać zmęczenie wypoczynkiem. Nie żeby się tam od razu lenił od chwili zrównania dnia z nocą, on prostu w miesiącach wakacyjnych nawet, jak pracuje to wypoczywa. Dziwne to, ale prawdziwe. Najbardziej relaksują go prozaiczne i powtarzalne czynności, które dotykają tego, co najbardziej pierwotne w człowieku... przetrwania. Dlatego poprzedni wpis traktował o kiszonych pomidorach, ten zaś o chlebie... najlepszym chlebie, bo pieczonym przez Pana C. co tydzień.

Składniki
1 kg mąki pszennej
1/2 kg mąki żytniej
1 szklanka otrąb pszennych lub żytnich
1 szklanka ziaren siemienia lnianego
1 szklanka ziaren słonecznika
1 szklanka płatków owsianych
1/2 szklanki pestek dyni
5 łyżeczek soli
2 łyżeczki cukru
1 i 1/2 litra przegotowanej ciepłej wody
4 łyżki zakwasu

Wykonanie
Wyjmujemy z lodówki przygotowany wcześniej słoiczek z zakwasem i odstawiamy na 3 godziny w ciepłym miejscu.
Gotujemy 1 i 1/2 litra wody.
Wszystkie składniki mieszamy, dodajemy wody i dalej mieszamy aż do uzyskania jednorodnej masy. Do przygotowanego słoiczka odkładamy 4-5 łyżek ciasta na zakwas i odkładamy do lodówki. Użyjemy go do wypieku kolejnej porcji chleba.
Przygotowujemy dwie dwulitrowe foremki do pieczenia: smarujemy olejem i posypujemy tarta bułką.
Ciasto dzielimy na dwie równe części i wkładamy do foremek.
Foremki odstawiamy na 6 godzin w ciepłe miejsce i przykrywamy lnianą ściereczką.

Pieczenie
Wstawiamy wyrośnięte ciasto do piekarnika.
- 10 minut pieczemy w temp. 50 st. C.
- 10 minut pieczemy w temperaturze 150 st. C.
- 75 minut pieczemy w temperaturze 180 st. C.

Po upieczeniu wyjmujemy chleb z piekarnika i foremek.
Cierpliwie czekamy, aż chleb ostygnie.














.


piątek, 12 sierpnia 2011

Kiszone pomidory

Pan C. lubi czasami nieco spowolnić i oddać się błogim atawistycznym zajęciom... robi przetwory na zimę. Nie, żeby nie było go stać na ich zakup w jednej z wiodących sieci handlowych, ale po prostu uwielbia swojski smak i czerpie przyjemność w samym przygotowywaniu przetworów. 
Jakiś czas temu, całkiem niedawno, bo raptem ćwierć wieku wcześniej, nieodżałowanej pamięci teść Pana C. wspominając okres przedwojenny, opowiedział  mu, jak smakowały kiszone pomidory na kresach wschodnich. Pan C. odłożył to wszystko w pamięci aż do przedwczoraj, gdy w Dzień Dobry TVN Monika Marczuk - Ukrainka z urodzenia - mówiła i pokazywała, jak ukisić pomidory. Wszystko odżyło, a kubki smakowe i powonienie zatęskniły za tym rarytasem.
  • 5 kg pomidorów - odmiana podłużnych (twarda skórka i mało pestek) 
  • 4 litry przegotowanej wody 
  • 6 łyżek stołowych soli kamiennej
  • 2 główki czosnku
  • 6 gałązek kopru (baldachy, listki, łodyżki)
  • 4 liście chrzanu
  • 2 korzenie chrzanu
  • 10 liści wiśni
  • 4 gałązki lubczyka ogrodowego (listki i łodyżki)
  • 20 ziaren czarnego pieprzu 









SIERPNIOWY BRZASK >>>>




.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Modelka

Nie spodziewałam się, że dzisiaj mnie spotka taki zaszczyt i to w najmniej oczekiwanym momencie. Właśnie przemykałam przez leśny trakt, gdy zobaczyłam Pana C. Owszem, słyszałam, że lubi chodzić po lesie i rezerwacie przyrody i robi zdjęcia drzewom i innym ciekawym miejscom. Nie sądziłam jednak, że mogę stać się obiektem jego zainteresowania, bo ja... jestem taka mała >>>>.
Zrobił mi aż cztery zdjęcia i nawet się nie poruszyłam. To poniżej jest najlepsze i jestem ponoć fotogeniczna niczym Joanna Krupa.
Tak mi powiedział Pan C....Wierzę mu i bardzo go lubię, bo jest miły.







AFRODYZJAK >>>>



-

niedziela, 31 lipca 2011

1 sierpnia - prywata Pana C.

Pierwszy sierpnia sprzyja różnego rodzaju mniej lub bardziej mądrym dyskusjom na temat powstania warszawskiego. Rzucam zasłonę milczenia na wszelkie wypowiadane przy tej okazji głupstwa i niedorzeczności. Tamte wydarzenia wywołują we mnie silne emocje, choć może w większym stopniu odczuwa to mój drogi kuzyn Barnaba, o czym pisze u siebie na blogu w Powrocie do historii.

Janina (Nina) Lewandowska ps. „Sosna” Jana(1915-2004)
Niemcy 1946
Poniżej fragment jego wspomnień o rodzinnym udziale w powstaniu:


[...] Dla rodziny zawsze Nina, bądź zdrobniale – Ninka. Dla Zbyszka, Jego kolegów oraz swoich koleżanek często Jana. No i jeszcze „Sosna”„Jana”, z podziemia i Powstania Warszawskiego. Też mało w niej było z typowego kombatanctwa oraz chwalenia się własnymi tej mierze dokonaniami. Za to też, dużo – jak u Męża- pasji do aktywności społecznej w środowisku, z którym szła przez młodzieńcze życie. Chwile wzruszenia zobaczyłem dopiero, gdy wraz w koleżankami patrzyły na pokrywę kanału, którym kiedyś Powstańcy ewakuowali się ze Starego Miasta, a potem na właz przy Wareckiej, gdzie dostojne po latach panie, a wtedy dziewczęta, wychodziły, by stanąć do dalszej walki. [...] - więcej >>>>











-

środa, 20 lipca 2011

Droga do sexu

Kuzyn Pana C. skrywający się pod wdzięcznym nickiem Barnaba (Echa Wydarzeń) podesłał mu w ostatnich dniach dość interesujący schemat opisujący męską drogę do upragnionego seksu. Wynika z niego jasno, że facet to świnia i tylko jedno mu w głowie. W tym momencie przypomniało się Panu C. powiedzenie znanego aktora Robina Williamsa: Facet ma dwa organy: mózg i penisa. Nigdy nie używa ich jednocześnie.

Coś jest na rzeczy, ale żeby nie przedłużać wstępu ponad miarę uruchomcie wyobraźnie i zerknijcie na poniższy rysunek. Prześledźcie kilka ścieżek i ślepych zaułków, które napotyka mężczyzna w drodze seksu... znaczy się sukcesu. 


Kliknij schemat aby powiększyć

Rajska pokusa







___________________

niedziela, 17 lipca 2011

Szczotka Mariana

Firma, dla której pracuje Marian jest dość ekspansywna i wymaga od pracowników dużego zaangażowania także w wolne popołudnia i wieczory. Marian nie stanowił wyjątku w zespole i taki dzień przytrafił mu się w miniony czwartek.

Z pracy wrócił znacznie wcześniej niż zwykle, ale tylko po to, by się odświeżyć i przygotować do spotkania. Wziął prysznic, ogolił się po raz wtóry, włożył białą koszulę, ciemnogranatowy garnitur, czarne skarpety i takież buty. Stanął przed lustrem, by jeszcze raz rzucić okiem na fryzurę i ułożenie krawata. Wszystko było we właściwym ładzie, gdy w pewnym momencie zauważył białe pyłki na ciemnym materiale marynarki. Próbował je strzepnąć dłonią, ale bezskutecznie. Rozejrzał się wokół, ale nigdzie nie zauważył szczotki do ubrań. Kupił ją przed kilku laty na jakimś pchlim targu i był to jeden z jego ulubionych drobiazgów z drewnianym uchwytem i końskim włosiem. 
- Hela!!!! - zawołał - gdzie jest ta moja szczotka do ubrań?
- A skąd ja mogę wiedzieć - odpowiedziała Hela - przecież to ty jej zawsze używasz.
- Heluś najdroższa - powiedział najspokojniej, jak tylko potrafił - owszem, ale nie czas na dyskusje. Spieszę się na spotkanie biznesowe. Powiedz tylko, gdzie ona może być.
- Jest tam, gdzie być powinna - odpowiedziała Hela.
- A gdzie ona być powinna? - dopytywał Marian.
- Tam, gdzie jej miejsce - odpowiedziała z sarkazmem Hela
- Hela!!! - ponowił prośbę Marian - powiedz tylko gdzie ona jest? W pokoju na stole, w przedpokoju na półce, a może w łazience na pralce?
- Hela to, Hela tamto... - burknęła ze swego miejsca oganiając się od Mariana, jak od natrętnej muchy. - Wymień jeszcze dziesięć miejsc, w których powinna ta szczotka być.
- Hela - powiedział stanowczym i nie znoszącym sprzeciwu głosem. - Mam spotkanie biznesowe i muszę na nie zdążyć. Nie mam czasu na przepychanki słowne. Możemy to poćwiczyć w weekend, jeśli tak bardzo ci na tym zależy.
W tym momencie Hela zorientowała się, że linia krytyczna została przekroczona. Zerwała się z fotela odkładając na bok czytaną książkę. Zaczęła szukać szczotki w łazience, zajrzała nawet za pralkę mając nadzieję, że tam ją znajdzie. Szukała w salonie, w przedpokoju i nic. Stanęła zrezygnowana na wprost Mariana.
- Marian? - powiedziała 
- Tak, Heluś?
- Czyś ty sam ostatnio nie brał i nie używał tej szczotki?
- No brałem tydzień temu, gdy wychodziłem na kolację z dostawcami...
Spojrzała na niego z wyrzutem.
- Oj, Marian! A trzeba bylo mnie wtedy poprosić, sama bym ci ją podała i teraz byłoby wiadomo, gdzie jest.


600 metrów w głąb ziemi >>>>


_________________________

czwartek, 14 lipca 2011

Czterdzieści lat później

Marian lubił wolne piątkowe popołudnia i wieczory spędzać z kolegami z pracy. Hela niechętnie zostawała sama, ale wiedziała, że dla Mariana to taki wentyl bezpieczeństwa, taki... maleńki resecik. Czasami w takie dni także wychodziła z domu na babskie pogaduchy przy kawie lub gorzkiej żołądkowej.
Tak było i w miniony piątek.
--------
Noc minęła i bladym świtem siostra sobota witała wszystkich fanów weekendu. 
Kobietę obudził dzwonek do drzwi. Spojrzała na zegarek. Była piąta rano. Nie zamierzała wstawać, gdyż sobota jest dniem, w którym może sobie pospać. Pewnie znów jakiś tirowiec szuka właściwej drogi. A niech poczyta sobie Alchemika Coelho to się dowie, gdzie jego cel - pomyślała złośliwie i przewróciła się na drugi bok. 
Dzwonek zadzwonił ponownie tyle, że natarczywiej i znacznie dłużej. Nie wytrzymała i zerwała się z łóżka. Zeszła na parter i uchyliła drzwi. Półtora metra od niej stał szczupły mężczyzna z jednodniowym zarostem. Sportowa marynarka, biała koszula z rozpiętym kołnierzykiem, dopasowane spodnie dżinsowe i czarne buty. Mimo dziwacznej pory na odwiedziny gość wydał się całkiem szykowny.

- Słucham pana? - powiedziała z chłodem w głosie. 
 - Proszę pani... - mówił niepewnym i zrezygnowanym głosem - czy może mi pani powiedzieć, gdzie ja właściwie jestem?
 - Nie rozumiem - odpowiedziała zaskoczona.
 - No, gdzie jestem? W jakiej miejscowości?
 - Jak to w jakiej - żachnęła się. - W Płońsku...
 - W Płocku??? 
 - Nieeee! W Płońsku! Przecież mówię wyraźnie. Płock jest kilkadziesiąt kilometrów dalej.

Na twarzy mężczyzny pojawiło się przerażenie i rezygnacja. Było widać, że znalazł się w sytuacji, na którą nie miał wpływu.

- O Boże!!! - zawołał. 
- Stało się coś? Pan chciał dojechać do Płocka? - spytała i rozglądała się, gdzie może stać jego samochód.
- Proszę pani - zaczął mówić łamiącym się głosem - jestem z Krakowa. Wczoraj z kolegami wyskoczyliśmy za miasto, by pogawędzić przy kieliszeczku czegoś mocniejszego.
- Jak to???? - spytała zaskoczona. - Gdzie Kraków, a gdzie Płońsk?
- No właśnie! Wiem tylko, że złapałem okazję, by wrócić do domu. Obudziłem się tutaj i kierowca wysadził mnie na rondzie. Nie wiem, jak ja wrócę do domu i co powiem żonie.
- To może zadzwonimy do żony, żeby się nie denerwowała. Ona tam musi się strasznie zamartwiać o pana...
- Wszystko!!! Wszystko, tylko nie dzwońmy do Heli!!!!  - jęknął przerażony.

[zasłyszane - opowieść oparta na faktach]









_________________________