niedziela, 28 listopada 2010

Symonici w Kościele

Rok 1986. Anna w ostatnim tygodniu zimy urodziła synka. Było to jej czwarte dziecko. Andrzej - ojciec wszystkich pociech - bardziej niż żonę i dzieci kochał ognistą wodę. Jeśli zdołał donieść wypłatę do domu, to i tak niewiele jej pozostawało. W okolicy Wielkiejnocy Anna zgłosiła się do kancelarii w parafii prowadzonej przez franciszkanów. Tak tych samych, których ojcem duchowym był św. Franciszek zwany biedaczyną z Asyżu. Ten sam, który nie pozwolił wymienić swego dziurawego habitu na nowy, tylko naszyć łaty.

Anna była parafianką tego kościoła, do którego - może nie co niedzielę - ale chodziła. Zawsze po nowym roku przyjmowała w swe progi apostołów Dobrej Nowiny przychodzących po kolędzie. Przedłożyła wszystkie konieczne dokumenty, a proboszcz w kartotece odszukał adnotacje, że jej małżeństwo miało charakter sakramentalny, co było warunkiem chrztu. Uzgodniono termin, godzinę, wskazano chrzestnych, określono, co powinni przedłożyć tuż przed chrztem dziecka.

- Jaką ofiarę powinnam złożyć za chrzest? - spytała nieśmiało na zakończenie.
- Co łaska -
odpowiedział proboszcz - ale dają po 1000 zł.

Anna zadrżała, gdyż w portfelu miała tylko 500 zł, co i tak było dla niej ogromną sumą. W głowie zawsze miała listę rzeczy, które powinna kupić dzieciom, a na które najzwyczajniej w świecie nie było jej stać.

- Mam tylko 500 zł - powiedziała zmieszana. Z zawstydzenia chciała zapaść się pod kamienną posadzkę klasztornej kancelarii.
- Skoro Cię teraz nie stać -
powiedział wyraźnie poirytowany proboszcz - to ochrzcimy za miesiąc lub kiedyś tam. W tym czasie może chrzestni się dołożą.

Wróciła jak zbity pies do domu i do dzieci, które zostawiła z matką. Andrzej... jak zwykle gdzieś przepijał pieniądze.

---

Kodeks Kanoniczny tak opisuje powyższą sytuację:
Kan. 848 - Oprócz ofiar określonych przez kompetentną władzę kościelną*, szafarz nie może domagać się niczego za udzielanie sakramentów, przy czym potrzebujący nie powinni być pozbawieni pomocy sakramentów z racji ubóstwa.

Kan. 1380 - Kto stosując symonię sprawuje lub przyjmuje sakrament, powinien być ukarany interdyktem* lub suspensą**.

* Kompetentna władza kościelna, czyli biskup, do dziś nie określiła wysokości ofiar (taks) za udzielenie sakramentów w diecezji, do której należy parafia prowadzona przez franciszkanów.
**Interdykt - nakładany przez władze kościelne lub powstający na mocy prawa kanonicznego przez sam czyn zakaz odprawiania obrzędów religijnych na danym terenie przez daną osobę.
***Suspensa - kara kościelna stosowana tylko wobec duchownych, polegająca na zakazie lub ograniczeniu suspendowanym kapłanom możliwości pełnienia przez nich czynności im przynależnych z racji stanu.

czwartek, 25 listopada 2010

Z dala od polityki - manipulacje

Jeszcze nie opadł pył samorządowej batalii, choć sztaby odbębniły sukces, to są jeszcze miejsca, gdzie trwają lokalne dogrywki o fotele wójtów, burmistrzów i prezydentów. Im dalej - na linii danego mi czasu - jestem od młodzieńczych ideałów, tym wyraźniej dostrzegam emocje i namiętności związane z pragnieniem zdobycia i posiadania władzy. W opisanym przeze mnie kiedyś grzechu pierworodnym ukazałem istotę tego, co dotyka każdego sięgającego po władzę... kłamstwo ubrane w słowa interpretacji.


W maju 2010 w Licheniu, obok którego znajduje się miasto K. ówczesny marszałek sejmu i kandydat na prezydenta RP  spotkał się z sołtysami i działaczami popierającej go partii. Radni PO z miasta K. postanowili zaistnieć i zaświecić światłem odbitym: uchwalili poparcie dla marszałka i ustawili się do sesji zdjęciowej. Oczywiście kandydat na prezydenta miasta skorzystał, by ustawić się do zdjęcia indywidualnie.



Nie było w tym zdarzeniu nic zdrożnego, może poza tym, że po raz kolejny przestrzeń kościelna została wykorzystana w kampanii wyborczej...  ale to już taka polska osobliwość.


Gdy ruszyła kampania do samorządów kandydat na prezydenta w mieście K. sięgnął do zasobów archiwalnych i udekorował przydrożne billboardy plakatami, które przebiły wszystkie inne. W tym czasie pan Bronisław K. był już  prezydentem RP, a Pan S. prowadził kampanię ponoć z dala od polityki.



Dziś w lokalnej dogrywce pozostało dwóch kandydatów: wspomniany wyżej z hasłem Z dala od polityki. Nowoczesny Konin i drugi z Siłą argumentów. Znam obydwu i przyznam, że drugie hasło w moim najgłębszym odczuciu nie trąci fałszem.

sobota, 13 listopada 2010

Wyimaginowany facet na zięcia

Pan C. poza tym, że czasami coś tam skrobnie na blogu w wolnej chwili od mniej lub bardziej intratnych zajęć, to jeszcze troszczy się o swoje Pierworodne Szczęście. Przed 24 laty miał sposobność, ale i niewątpliwą przyjemność...  popełnić dziecko płci przeciwnej. Dla jasności i koszerności dodać należy, że chodzi o córkę. Dziewczę to jest już wystudiowane i pracujące nawet, ale oddalone o jakieś 2 godziny lotu. Jest jednak z nią w kontakcie przy wykorzystaniu osiągnięć współczesnej techniki, co pozwala szczęśliwemu (nieustannie od jej urodzenia) ojcu mniemać, że ma nad nią pieczę... trele morele tere fere kuku!. Niech sobie tak myśli, a będzie spokojniejszy.
Rozmowa z córką zaczęła się standardowo:
- Co słychać, jakie plany na weekend itd. itp.?
- Wszystko OK, tatku, byłam na aerobiku, teraz się relaksuje, jutro idę na randkę...
- No w klasie!!! - pomyślał pan C. i zaraz przez świadomość przepłynął mu wartkim nurtem strumień najróżniejszych scenariuszy.
- Znowu randka??? - powiedział głośno. - Nie za często zmieniają się ci absztyfikanci wokół Ciebie?
Córka pana C., czyli dziecko płci przeciwnej, rozumie słowo absztyfikant, bo pan C. często używał z upodobaniem określeń trącących staropolszczyzną. Wyczuła charakterystyczny dla pana C. sarkazm i lekko się poirytowała.
- Często??? Od lata jestem praktycznie sama, a tych dwóch ostatnich to palanci - powiedziała kładąc szczególny nacisk na słowo palanci.
Ocho!!! - przemknęło panu C. przez myśl - jest punkt zaczepienia do przeprowadzenia manewru oskrzydlającego. Zadał więc pytanie wyciszające emocje ukochanego dziecka:
- Czy jest to ktoś z Polski?
- Tak i nie wyobrażam siebie z żadnym Kenem - odpowiedziała.
Nie jest źle - pomyślał pan C. Ken to po dawnemu Angol - Moja krew!  Legendę o Wandzie, co nie chciała Niemca wyssała z mlekiem matki. Ken to Anglosas spokrewniony z Germanem, tak więc bliskie jest jej patriotyczne podejście. Niektóre łotrpressowe blogi mogłyby ją uznać za ikonę polskości, gdyby nie to, co skonstatowała później.
W toku dalszej rozmowy pan C. chytrze wywiedział się co nieco o aplikującym na stanowisko przybocznego przy Pierworodnym Szczęściu. Rzucił wówczas w powietrze żartobliwą uwagę:
- A może byś tak została zakonnicą, albo co? 
- Tatku! - rzekła do pana C. czule i z wyrozumiałością,  dając mu jednocześnie do zrozumienia, jak mało wie - Idea związku z wyimaginowanym facetem jakoś mi... nie podchodzi. W dodatku nie byłby mi wierny, ma zbyt wiele kobiet i mężczyzn, którzy mu ślubują.
W tym momencie pan C. zamilkł znacząco. Krótka, acz treściwa uwaga uświadomiła mu, jak bardzo obraz Najwyższego jest zdominowany przez męski punkt widzenia. Język, którym się posługujemy identyfikuje Go jako faceta. Zatem czy Bóg, jako praprzyczyna wszystkiego może ujmować sobie w obrazie, który promuje płeć męską? Jest chyba czymś więcej... jeśli jest?

środa, 10 listopada 2010

Kawa

Przejmujący gwizd czajnika wyrwał go z porannego letargu. Zerwał się z wygodnego fotela, ruszył do kuchni i wyłączył gaz. W jego ulubionej filiżance czekała świeżo zmielona kawa. Uniósł czajnik i powoli zalewał ciemnobrązowe drobiny do momentu, aż u szczytu naczynia pojawiła się spulchniona i aromatyczna pierzynka.
Dla czcicieli ciśnieniowych maszyn do kawy to profanacja, ale mało go to obchodziło... To jemu miało sprawić przyjemność picie własnie tak przygotowanej kawy.
Uchwycił delikatnie spodeczek, na którym obok filiżanki położył niewielką łyżeczkę i powrócił na fotel. Kawa spoczęła na stoliku obok tak, aby była na wyciągnięcie dłoni. Zza okna wyzierał półmrok poranka, wokół zalegała błoga cisza. Siedział z odchyloną głową i wyciągniętymi stopami. Oczy miał zamknięte. Słyszał niemalże, jak w nozdrza uderza cudowny aromat, by za chwile dotrzeć do uszu i przedrzeć się do tylnej części czaszki. Wzbierała w nim siła i moc, jakby chciał krzyknąć Chwilo trwaj! Zmysł słuchu i powonienia zdominowały odczucia, przywoływały najpiękniejsze wspomnienia i najszczęśliwsze chwile, cudne uniesienia.
Odczuwał dojmujące napięcie w oczekiwaniu na moment, gdy do spragnionych ust przybliży filiżankę. Po chwilach błądzenia w oparach wspomnień otworzył oczy i sięgnął po kawę. Przybliżył krawędź filiżanki do ust, lekkim dmuchnięciem odpędził resztki kawowej pierzynki i zanurzył usta w gorzkim i ciemnym wywarze. Pociągnął mały łyczek, który wlewając się pod język zaskoczył go swoim smakiem i krzykiem... Opadły mgły i miasto ze snu się budzi... zaczyna się dzień.

czwartek, 4 listopada 2010

Fakt autentyczny*

Pani Bożenka jest dość nobliwą niewiastą, można nawet rzec, że i wiek balzakowski jest już poza nią. Przebyte choroby sprawiły, że ciało naznaczone jest cierpieniem. Znaczna nadwaga sprawia, że porusza się powoli i z wysiłkiem, a stracone podczas opieki nad wnukiem oko jest dodatkowym stygmatem na jej ciele. Jakby wbrew temu  jest dość pogodną i ciepłą osobą, a w jej relacjach z innymi emanuje szczególna aura. Jest osobą religijną, ale nie dewotką... nie ma w niej nic z moherowej nachalności. Jej religijność jest dyskretna. Poza tym jest... główną książkową** w firmie, dla której pracuję.


28 października byliśmy przez jakiś czas sami w jej pokoju i piliśmy przedpołudniową kawę. Pani Bożenka tego dnia była jakaś taka inna niż zwykle. Spytałem, czy wszystko w porządku i czy dobrze się czuje.



- Ach, Panie C., nie lubię dzisiejszej daty i bardzo się jej boję - powiedziała wzdychając.
- Ale dlaczego? - spytałem zdziwiony - Dziś fajny dzień, wszyscy Tadeusze obchodzą imieniny
- 28 października to data, która kojarzy mi się ze śmiercią wielu bliskich osób - odpowiedziała. - W tym dniu zmarł mój ojciec, teść, brat, szwagier i dziadek.
- To tylko szczególny zbieg okoliczności. Nie ma czegoś takiego jak fatum.

 


Nic nie odpowiedziała, tylko pokiwała głową dając do zrozumienia, że swoje to ona wie.


Kolejne spotkanie z panią Bożenką miałem 2 listopada. Przyjechałem do firmy około południa. Jak zwykle zaparzyłem kawę po turecku i siadłem za biurkiem u niej w pokoju. Aromat kawy unosił się w pomieszczeniu i wnikał w nozdrza. Lubie te chwile poprzedzające pierwszy łyk. Spojrzałem na panią Bożenkę i spytałem, jak minęły te szczególne święta.



- W sobotę byłam na pogrzebie. 28 października zmarła siostra męża.

 


Odjęło mi mowę. Chciałbym zobaczyć wtedy swój wyraz twarzy. Nie wierzę w jakieś przeznaczenie, czy fatum. Czuję się jednak bezsilny wobec syndromu 28 października.


To już pogranicze, a nawet manowce tego, co znane, rozpoznawalne i dające się wyjaśnić.


________


*fakt autentyczny - szczególny rodzaj wzmocnienia, którym żartobliwie chcę podkreślić wagę i doniosłość opisywanego zdarzenia :-)


** główna książkowa - w moim prywatnym języku: główna księgowa

wtorek, 2 listopada 2010

Zaduszki w POLOmarkecie

Jak tak dalej pójdzie, to powiatowe miasto Turek będę śnił każdej nocy. Ponownie odwiedziłem siostrę w szpitalu w związku z opisaną w poprzednim wpisie ponadnormatywną długością. Towarzyszył mi siostrzeniec ze swoją żoną... za jakiś czas zapewne będzie znajomą ze ślubu (to taka dygresja na marginesie). Po spotkaniu z lekarzem i siostrą udaliśmy się do znajdującego się po drugiej stronie sklepu POLOmarket. Drzwi otworzyły się same... takie szmery bajery. Weszliśmy do środka, poczułem taką przyjemną i przyjazną atmosferę, taki szczególny klimacik. Młodzi małżonkowie postanowili powrzucać do koszyka kilka produktów więcej niż wstępnie zamierzali. Postanowiłem więc wrócić do szpitala, napić się kawy z automatu i pozwolić strumieniowi (bez)myśli płynąć leniwie  przez zwoje mózgowe.


Zanim jednak dotarłem do celu musiałem przejść przez bramkę wyjściową z marketu i jak mną nie rąbnęło, zadymiło, zakurzyło, dostałem, jak obuchem w łeb... Sen mara, Bóg wiara... Ki diabeł?


Z tego, co pamiętam z dzieciństwa i co nadal obecne jest w naszej kulturze, to 2 listopada jest Dniem Zadusznym. To dzień, w którym Kościół katolicki modli się za wszystkich zmarłych. Przez moment pomyślałem, że urwał mi się film na przeciąg dwóch miesięcy. Ale nawet po gorzkiej żołądkowej nie miałem takiego resetu.


Dlaczego tak poczułem??? Z głośników płynęły piękne i wzruszające pienia... Nie dziwi nic. Ręce i gacie opadają.