czwartek, 9 grudnia 2010

Cztery nogi i pierze

Do dzisiejszego wpisu inspirację znalazłem u babci bez mohera. Skojarzenia to czasami przekleństwo, dziś jednak przypomniały mi opowieść zasłyszaną ponad 40 lat temu.


Początek XX w. Ślesin - niewielka miejscowości na skraju zachodniej części Imperium Carskiego. Raz w miesiącu odbywały się tam jarmarki, na które zjeżdżali kupcy z okolicznych miejscowości. Podczas jednego z takich jarmarków pojawił się znany ziemianin. Spotkał Icka, żydowskiego handlarza staroci.


- Dzień dobry, Panie dziedzic - zagadnął Żyd spotkawszy człowieka, z którym wielokrotnie handlował i z którym dobrze się znał od lat.
- A dzień dobry Żydzie - odpowiedział uprzejmie, jak na ówczesny czas dziedzic. - Ciesze się, że Cie widzę.
- Oooo, jakiż dziedzic łaskawy dla biednego Żyda - rzekł Icek.
- Posłuchaj, Icek - rzekł dziedzic - mam propozycję: będziemy zadawać sobie zagadki...
- Ale po co, panie dziedzic? - spytał rezolutnie Żyd
- No, jak po co? Gdy ja zadam zagadkę i ty nie odpowiesz, to zapłacisz mi rubla, natomiast, gdy ty zadasz mi zagadkę i ja nie odpowiem to zapłacę ci dwa ruble.
- Dobrze, panie dziedzic - odpowiedział szybko Icek - ale ja zadam zagadkę pierwszy.
- Niech tak będzie - zgodził się dziedzic.


Icek chwilę pomyślał i przedstawił zagadkę:

- Co to za zwierzę, ma cztery nogi i pierze i w powietrzu lata?


Dziedzic zaskoczony pytaniem główkował przez dłuższą chwilę, ale nic nie wymyślił. Niepyszny wyciągnął z pugilaresu* 2 ruble i wręczył Ickowi. Ten przyjął dwa ruble i wydał jednego rubla reszty.

- A to dlaczego, Żydzie?
- Jak dlaczego? - rzekł Icek - Przecież ja też nie wiem.

____
*pugilares - dawniej portfel


poniedziałek, 6 grudnia 2010

Takie numery tylko w... Erze

Pan C. zmienił na przełomie listopada i grudnia firmy, w ramach których prowadzi swoją działalność gospodarczą. Powody tej zmiany dla klarowności tego wpisu nieistotne, wszak jest wolność i swoboda biznesowania. Pan C. nawet musi przyznać, że w ciągu minionych 2 lat znacznie się poprawiło w sprawie ułatwień dla przedsiębiorców, bo wszystko załatwił w jednym okienku w urzędzie miasta. Nie musiał się fatygować ani do urzędu skarbowego, ani ZUS, czy też urzędu statystycznego. No postęp jakich mało. Ta sprawa Tuskowi wyszła lepiej niż włosy i orliki razem wzięte.


Optymistycznie nastawiony postanowił przenieść (fachowo określa się to cesją) dwa telefony z poprzedniej firmy do aktualnej. Jeden z telefonów jest w Play, drugi w Erze. U pierwszego operatora GSM obyło się bez problemów. Wystarczyło pokazać dokumenty nowej firmy oraz dowód osobisty. Ustalone, że cesja nastąpi na koniec okresu rozliczeniowego, czyli 31 grudnia.


20 m dalej znajdował się salon Ery. Pan C. optymistycznie nastawiony wszedł i usiadł przed panią, która swą postawą, wyrazem twarzy i miłym powitaniem dawała do zrozumienia, że zrobi wszystko, by panu C.  zrobić dobrze... znaczy się dobrze obsłużyć jako klienta Ery. Pan C. podał nr telefonu i wyłuszczył w czym rzecz. Pani wklepała w system i powiedziała, że cesja jest niemożliwa, bo najpierw należy uiścić opłatę za telefon.


- Droga, Pani - klarował spokojnym tonem pan C. - termin rzeczonej platności upływa 11 grudnia, a ja chce zabukować cesję na koniec okresu rozliczeniowego, tj. na 27 grudnia. Tak więc w tym czasie Era pobierze sobie opłatę z konta samodzielnie.


Pani zaskoczona żądaniem pana C. powiedziała, że bez wniesienia opłaty nie można mówić o cesji. Poza tym jeśli chcę, by było to 27 grudnia, to muszę się właśnie w tym dniu pofatygować osobiście jeszcze raz. Błogi spokój i nastrój opuścił pana C. i lekko poirytowanym głosem powiedział;


- Przed chwilą dokonałem cesji w Play. Tam płatność wypada 17 grudnia. Nie przyszło im do głowy, by żądać ode mnie wcześniejszej zapłaty, skoro cesja ma nastąpić na koniec okresu rozliczeniowego. Chcę być potraktowany tak samo i chce by uszanowano mój czas.


Pani rozłożyła ręce i powiedziała, że oni prowadzą salon na zasadzie franszyzy i jeśli chcę to może w salonie firmowym coś wskóram. Taki głupi to nie jestem, taki głupi to aż nie... pomyślał pan C., by tułać się po salonach. Wybrał, żeby nie powiedzieć wykręcił,  nr 602 900 i czekał na połączenie z konsultantem.


Połączenie - z przerwami na konsultacje pana konsultanta z kierownikiem - trwało ok. 20 minut. Oczywiście za 1 zł na koszt pana C. Konsultant zaproponował następujące rozwiązanie:


- Wpłaci pan na nasze konto kwotę za fakturę. Prześle na podany nr faksu potwierdzenie i za 4 godziny będzie miał to pan zaksięgowane.
- Dobrze - odpowiedział pan C. - ale czy będę mógł wtedy załatwić cesję?
- Tak.
- Ale czy będzie to cesja z datą 27 grudnia?
- Nieeee - odpowiedział skonsultowany konsultant - z datą dziesiejszą.


Pan C. rozeźlił się, gdyż konsultant nagrywający rozmowę - ponoć dla mojego dobra i zapewnienia jakości obsługi - nie zrozumiał nic a nic z tego, o co chodziło panu C. Posmutniał wielce i powiedział:


- Dziękuję. Mam wpływ na 5 telefonów w sieci Era. Uprzejmie informuję, że na koniec okresu ważności umowy, będę je sukcesywnie przenosił do innej sieci...
- Ale dlaczego??? - zapytał konsultant.
- Bo tam rozumieją, że klient jest najważniejszy,  a takie rzeczy - jak ta dzisiaj - to tylko w Erze.

piątek, 3 grudnia 2010

Prawdziwy mężczyzna

Jest takie powiedzenie Prawdziwy mężczyzna musi postawić dom, posadzić drzewo i spłodzić syna.


17 kwietnia. Środa. Piękny słoneczny dzień. Wiosna w pełni. W Belwederze urzęduje wybrany jednogłośnie generał-prezydent, reformy Balcerowicza wdrażane są pełną parą, Jacek Kuroń gotuje zupę, a Wałęsa z Kaczyńskimi planują obalenie panującego układu. Wszędzie kwitnie przedsiębiorczość... wszędzie znaczy się na łóżkach polowych, na maskach samochodów i w otwartych bagażnikach działają nowe i dynamiczne firmy. Zajmują każdy wolny skrawek placów, zaułków i chodników. Sprzedają musztardę i deficytowy do niedawna papier toaletowy, czasami też i książki. Piękny czas burzy i naporu...


Gdy pan C. wychodził rano do pracy nic nie wskazywało, że to właśnie tego dnia nastąpi dopełnienie - przytoczonego na początku - powiedzenia o настоящим мужчине*. Tej środy (we wcześniejsze dni również) nie ujawniano nikomu płci dziecka przed urodzeniem... no prawie nikomu. Mężczyzna nie miał prawa wejść do szpitala, a co dopiero asystować narodzinom potomka. Tak jak drzewiej bywało, wyczekiwać musiał pod drzwiami nerwowo wyłamując palce.


Teraz moment przyjścia na świat odarto z tajemnicy i szczególnego zaskoczenia. Dzięki technice mamy do czynienia z big-brotherem. Wzrastające życie jest filmowane i pokazywane wszem i wobec. Płeć znana jest na wiele tygodni przed urodzeniem. Pokój dziecka urządzony, zakupy poczynione, kolory i zabawki stosowne do płci oraz bezalternatywna wersja imienia. Brak emocji, jakie towarzyszą pierwszemu krzykowi dziecka. Jednak tej środy tego wszystkiego jeszcze nie było... na szczęście.


Po godz. 9. pan C. zadzwonił do domu. Nikt nie podnosił telefonu, a takie ustrojstwa, jak komórka nie były jeszcze znane. Podekscytowany zadzwonił do sąsiadów, którzy powiedzieli, że Wielce Szacowna Koleżanka Małżonka pana C. została przewieziona przez pogotowie na oddział porodowy. Seria telefonów do szpitala, ale do 12.30 nic jeszcze się nie wydarzyło. Niepokój i niecierpliwość wzrastały, a prowadzone przez pana C. zajęcia lekcyjne strasznie się się dłużyły.


13.30 przerwa. Szybki krok do sekretariatu. Telefon. Drżące z emocji dłonie i głos.


- Ma pan syna. Urodził się o 13.20.


Pan C. był przygotowany na urodzenie drugiej córki. Z resztą często powtarzał, że nie ma to jak dziewczynki. Nie przypuszczał, że ta zaskakująca wiadomość sprawi mu tyle radości. Koszula na klatce piersiowej się napięła tak, że niemalże odskoczył jeden guzik. Z ulgą i dumą wypuścił powietrze.


- Mam syna - powiedział głośno i wokół zaległa cisza.


Uświadomił sobie, że jest z tego dumny w sposób, o jaki się nawet nie podejrzewał. Poczuł spełnienie.


Pan C. jest... prawdziwym mężczyzną.


------


*Prawdziwy mężczyzna

środa, 1 grudnia 2010

5 zł - postscriptum do symonii

Rok 1962. Jesień. Kancelaria parafialna w niewielkiej miejscowości we wschodniej wielkopolsce.
Dyżur pełnił młody wikariusz. Trafił na tę placówkę tuż po święceniach kapłańskich, które otrzymał 24 czerwca z rąk biskupa Antoniego. Szczupły, z charakterystyczna dużą głową, rogowymi oprawkami, w których osadzone były soczewki z bardzo dużym plusem. Stający na wprost niego mieli nieodparte wrażenie, że dotyka wzrokiem ich myśli. Do kancelarii zgłosiła się młoda para, by dopiąć formalności przedślubne. Protokół został sporządzony wcześniej, teraz tylko dostarczono świadectwa chrztu pana młodego oraz świadków.
Towarzyszący narzeczonym ojciec pana młodego był pułkownikiem wojska polskiego, choć podczas wizyty był bez munduru. Na zakończenie spotkania spytał obcesowo:
- Ile za ślub?
- Nie wyznaczamy ile ktoś ma ofiarować. Oczekujemy zawsze ofiary "Co łaska"! - odpowiedział łagodnie młody ksiądz.


Pułkownik z chytrym uśmiechem sięgnął do portfela i ostentacyjnie położył na biurku 5 zł. Młody ksiądz, niezrażony zachowaniem i wyraźną drwiną wyciągnął dłoń i placami przesunął monetę w kierunku ofiarodawcy.
- Nie wiedziałem, że pana nie stać. Ślubu udzielimy za darmo - powiedział do pułkownika przenikliwie spoglądając mu w oczy.
Nastąpiła konsternacja. Widać było niesamowite zakłopotanie żartownisia. Próbował naprawić swoje zachowanie, bełkotał jakieś przeprosiny, chciał dać więcej pieniędzy. Wikariusz był niezwykle uprzejmy, ale niewzruszony. Nic nie przyjął. Z uśmiechem podziękował za wizytę wyrażając nadzieję na rychłe spotkanie podczas ślubu.
Całą sprawę zreferował proboszczowi, który przyklasnął tylko. Następnego dnia przyszli rodzice panny młodej, chcieli przeprosić i skłonić proboszcza do przyjęcia ofiary. Odmówił. Sam ślub miał piękna oprawę, kazanie było - w każdym razie tak je odebrano - ładniejsze i ciekawsze niż wszystkie inne, ale to może tylko takie wrażenie tych, którzy wiedzieli o incydencie.

Postscriptum
Ten młody ksiądz w późniejszym okresie odbył studia w Rzymie i Jerozolimie, zna biegle kilka języków, w tym łacinę, grekę i hebrajski. Od 2004 roku jest arcybiskupem wrocławskim i następcą kardynała Gulbinowicza .

niedziela, 28 listopada 2010

Symonici w Kościele

Rok 1986. Anna w ostatnim tygodniu zimy urodziła synka. Było to jej czwarte dziecko. Andrzej - ojciec wszystkich pociech - bardziej niż żonę i dzieci kochał ognistą wodę. Jeśli zdołał donieść wypłatę do domu, to i tak niewiele jej pozostawało. W okolicy Wielkiejnocy Anna zgłosiła się do kancelarii w parafii prowadzonej przez franciszkanów. Tak tych samych, których ojcem duchowym był św. Franciszek zwany biedaczyną z Asyżu. Ten sam, który nie pozwolił wymienić swego dziurawego habitu na nowy, tylko naszyć łaty.

Anna była parafianką tego kościoła, do którego - może nie co niedzielę - ale chodziła. Zawsze po nowym roku przyjmowała w swe progi apostołów Dobrej Nowiny przychodzących po kolędzie. Przedłożyła wszystkie konieczne dokumenty, a proboszcz w kartotece odszukał adnotacje, że jej małżeństwo miało charakter sakramentalny, co było warunkiem chrztu. Uzgodniono termin, godzinę, wskazano chrzestnych, określono, co powinni przedłożyć tuż przed chrztem dziecka.

- Jaką ofiarę powinnam złożyć za chrzest? - spytała nieśmiało na zakończenie.
- Co łaska -
odpowiedział proboszcz - ale dają po 1000 zł.

Anna zadrżała, gdyż w portfelu miała tylko 500 zł, co i tak było dla niej ogromną sumą. W głowie zawsze miała listę rzeczy, które powinna kupić dzieciom, a na które najzwyczajniej w świecie nie było jej stać.

- Mam tylko 500 zł - powiedziała zmieszana. Z zawstydzenia chciała zapaść się pod kamienną posadzkę klasztornej kancelarii.
- Skoro Cię teraz nie stać -
powiedział wyraźnie poirytowany proboszcz - to ochrzcimy za miesiąc lub kiedyś tam. W tym czasie może chrzestni się dołożą.

Wróciła jak zbity pies do domu i do dzieci, które zostawiła z matką. Andrzej... jak zwykle gdzieś przepijał pieniądze.

---

Kodeks Kanoniczny tak opisuje powyższą sytuację:
Kan. 848 - Oprócz ofiar określonych przez kompetentną władzę kościelną*, szafarz nie może domagać się niczego za udzielanie sakramentów, przy czym potrzebujący nie powinni być pozbawieni pomocy sakramentów z racji ubóstwa.

Kan. 1380 - Kto stosując symonię sprawuje lub przyjmuje sakrament, powinien być ukarany interdyktem* lub suspensą**.

* Kompetentna władza kościelna, czyli biskup, do dziś nie określiła wysokości ofiar (taks) za udzielenie sakramentów w diecezji, do której należy parafia prowadzona przez franciszkanów.
**Interdykt - nakładany przez władze kościelne lub powstający na mocy prawa kanonicznego przez sam czyn zakaz odprawiania obrzędów religijnych na danym terenie przez daną osobę.
***Suspensa - kara kościelna stosowana tylko wobec duchownych, polegająca na zakazie lub ograniczeniu suspendowanym kapłanom możliwości pełnienia przez nich czynności im przynależnych z racji stanu.

czwartek, 25 listopada 2010

Z dala od polityki - manipulacje

Jeszcze nie opadł pył samorządowej batalii, choć sztaby odbębniły sukces, to są jeszcze miejsca, gdzie trwają lokalne dogrywki o fotele wójtów, burmistrzów i prezydentów. Im dalej - na linii danego mi czasu - jestem od młodzieńczych ideałów, tym wyraźniej dostrzegam emocje i namiętności związane z pragnieniem zdobycia i posiadania władzy. W opisanym przeze mnie kiedyś grzechu pierworodnym ukazałem istotę tego, co dotyka każdego sięgającego po władzę... kłamstwo ubrane w słowa interpretacji.


W maju 2010 w Licheniu, obok którego znajduje się miasto K. ówczesny marszałek sejmu i kandydat na prezydenta RP  spotkał się z sołtysami i działaczami popierającej go partii. Radni PO z miasta K. postanowili zaistnieć i zaświecić światłem odbitym: uchwalili poparcie dla marszałka i ustawili się do sesji zdjęciowej. Oczywiście kandydat na prezydenta miasta skorzystał, by ustawić się do zdjęcia indywidualnie.



Nie było w tym zdarzeniu nic zdrożnego, może poza tym, że po raz kolejny przestrzeń kościelna została wykorzystana w kampanii wyborczej...  ale to już taka polska osobliwość.


Gdy ruszyła kampania do samorządów kandydat na prezydenta w mieście K. sięgnął do zasobów archiwalnych i udekorował przydrożne billboardy plakatami, które przebiły wszystkie inne. W tym czasie pan Bronisław K. był już  prezydentem RP, a Pan S. prowadził kampanię ponoć z dala od polityki.



Dziś w lokalnej dogrywce pozostało dwóch kandydatów: wspomniany wyżej z hasłem Z dala od polityki. Nowoczesny Konin i drugi z Siłą argumentów. Znam obydwu i przyznam, że drugie hasło w moim najgłębszym odczuciu nie trąci fałszem.

sobota, 13 listopada 2010

Wyimaginowany facet na zięcia

Pan C. poza tym, że czasami coś tam skrobnie na blogu w wolnej chwili od mniej lub bardziej intratnych zajęć, to jeszcze troszczy się o swoje Pierworodne Szczęście. Przed 24 laty miał sposobność, ale i niewątpliwą przyjemność...  popełnić dziecko płci przeciwnej. Dla jasności i koszerności dodać należy, że chodzi o córkę. Dziewczę to jest już wystudiowane i pracujące nawet, ale oddalone o jakieś 2 godziny lotu. Jest jednak z nią w kontakcie przy wykorzystaniu osiągnięć współczesnej techniki, co pozwala szczęśliwemu (nieustannie od jej urodzenia) ojcu mniemać, że ma nad nią pieczę... trele morele tere fere kuku!. Niech sobie tak myśli, a będzie spokojniejszy.
Rozmowa z córką zaczęła się standardowo:
- Co słychać, jakie plany na weekend itd. itp.?
- Wszystko OK, tatku, byłam na aerobiku, teraz się relaksuje, jutro idę na randkę...
- No w klasie!!! - pomyślał pan C. i zaraz przez świadomość przepłynął mu wartkim nurtem strumień najróżniejszych scenariuszy.
- Znowu randka??? - powiedział głośno. - Nie za często zmieniają się ci absztyfikanci wokół Ciebie?
Córka pana C., czyli dziecko płci przeciwnej, rozumie słowo absztyfikant, bo pan C. często używał z upodobaniem określeń trącących staropolszczyzną. Wyczuła charakterystyczny dla pana C. sarkazm i lekko się poirytowała.
- Często??? Od lata jestem praktycznie sama, a tych dwóch ostatnich to palanci - powiedziała kładąc szczególny nacisk na słowo palanci.
Ocho!!! - przemknęło panu C. przez myśl - jest punkt zaczepienia do przeprowadzenia manewru oskrzydlającego. Zadał więc pytanie wyciszające emocje ukochanego dziecka:
- Czy jest to ktoś z Polski?
- Tak i nie wyobrażam siebie z żadnym Kenem - odpowiedziała.
Nie jest źle - pomyślał pan C. Ken to po dawnemu Angol - Moja krew!  Legendę o Wandzie, co nie chciała Niemca wyssała z mlekiem matki. Ken to Anglosas spokrewniony z Germanem, tak więc bliskie jest jej patriotyczne podejście. Niektóre łotrpressowe blogi mogłyby ją uznać za ikonę polskości, gdyby nie to, co skonstatowała później.
W toku dalszej rozmowy pan C. chytrze wywiedział się co nieco o aplikującym na stanowisko przybocznego przy Pierworodnym Szczęściu. Rzucił wówczas w powietrze żartobliwą uwagę:
- A może byś tak została zakonnicą, albo co? 
- Tatku! - rzekła do pana C. czule i z wyrozumiałością,  dając mu jednocześnie do zrozumienia, jak mało wie - Idea związku z wyimaginowanym facetem jakoś mi... nie podchodzi. W dodatku nie byłby mi wierny, ma zbyt wiele kobiet i mężczyzn, którzy mu ślubują.
W tym momencie pan C. zamilkł znacząco. Krótka, acz treściwa uwaga uświadomiła mu, jak bardzo obraz Najwyższego jest zdominowany przez męski punkt widzenia. Język, którym się posługujemy identyfikuje Go jako faceta. Zatem czy Bóg, jako praprzyczyna wszystkiego może ujmować sobie w obrazie, który promuje płeć męską? Jest chyba czymś więcej... jeśli jest?

środa, 10 listopada 2010

Kawa

Przejmujący gwizd czajnika wyrwał go z porannego letargu. Zerwał się z wygodnego fotela, ruszył do kuchni i wyłączył gaz. W jego ulubionej filiżance czekała świeżo zmielona kawa. Uniósł czajnik i powoli zalewał ciemnobrązowe drobiny do momentu, aż u szczytu naczynia pojawiła się spulchniona i aromatyczna pierzynka.
Dla czcicieli ciśnieniowych maszyn do kawy to profanacja, ale mało go to obchodziło... To jemu miało sprawić przyjemność picie własnie tak przygotowanej kawy.
Uchwycił delikatnie spodeczek, na którym obok filiżanki położył niewielką łyżeczkę i powrócił na fotel. Kawa spoczęła na stoliku obok tak, aby była na wyciągnięcie dłoni. Zza okna wyzierał półmrok poranka, wokół zalegała błoga cisza. Siedział z odchyloną głową i wyciągniętymi stopami. Oczy miał zamknięte. Słyszał niemalże, jak w nozdrza uderza cudowny aromat, by za chwile dotrzeć do uszu i przedrzeć się do tylnej części czaszki. Wzbierała w nim siła i moc, jakby chciał krzyknąć Chwilo trwaj! Zmysł słuchu i powonienia zdominowały odczucia, przywoływały najpiękniejsze wspomnienia i najszczęśliwsze chwile, cudne uniesienia.
Odczuwał dojmujące napięcie w oczekiwaniu na moment, gdy do spragnionych ust przybliży filiżankę. Po chwilach błądzenia w oparach wspomnień otworzył oczy i sięgnął po kawę. Przybliżył krawędź filiżanki do ust, lekkim dmuchnięciem odpędził resztki kawowej pierzynki i zanurzył usta w gorzkim i ciemnym wywarze. Pociągnął mały łyczek, który wlewając się pod język zaskoczył go swoim smakiem i krzykiem... Opadły mgły i miasto ze snu się budzi... zaczyna się dzień.

czwartek, 4 listopada 2010

Fakt autentyczny*

Pani Bożenka jest dość nobliwą niewiastą, można nawet rzec, że i wiek balzakowski jest już poza nią. Przebyte choroby sprawiły, że ciało naznaczone jest cierpieniem. Znaczna nadwaga sprawia, że porusza się powoli i z wysiłkiem, a stracone podczas opieki nad wnukiem oko jest dodatkowym stygmatem na jej ciele. Jakby wbrew temu  jest dość pogodną i ciepłą osobą, a w jej relacjach z innymi emanuje szczególna aura. Jest osobą religijną, ale nie dewotką... nie ma w niej nic z moherowej nachalności. Jej religijność jest dyskretna. Poza tym jest... główną książkową** w firmie, dla której pracuję.


28 października byliśmy przez jakiś czas sami w jej pokoju i piliśmy przedpołudniową kawę. Pani Bożenka tego dnia była jakaś taka inna niż zwykle. Spytałem, czy wszystko w porządku i czy dobrze się czuje.



- Ach, Panie C., nie lubię dzisiejszej daty i bardzo się jej boję - powiedziała wzdychając.
- Ale dlaczego? - spytałem zdziwiony - Dziś fajny dzień, wszyscy Tadeusze obchodzą imieniny
- 28 października to data, która kojarzy mi się ze śmiercią wielu bliskich osób - odpowiedziała. - W tym dniu zmarł mój ojciec, teść, brat, szwagier i dziadek.
- To tylko szczególny zbieg okoliczności. Nie ma czegoś takiego jak fatum.

 


Nic nie odpowiedziała, tylko pokiwała głową dając do zrozumienia, że swoje to ona wie.


Kolejne spotkanie z panią Bożenką miałem 2 listopada. Przyjechałem do firmy około południa. Jak zwykle zaparzyłem kawę po turecku i siadłem za biurkiem u niej w pokoju. Aromat kawy unosił się w pomieszczeniu i wnikał w nozdrza. Lubie te chwile poprzedzające pierwszy łyk. Spojrzałem na panią Bożenkę i spytałem, jak minęły te szczególne święta.



- W sobotę byłam na pogrzebie. 28 października zmarła siostra męża.

 


Odjęło mi mowę. Chciałbym zobaczyć wtedy swój wyraz twarzy. Nie wierzę w jakieś przeznaczenie, czy fatum. Czuję się jednak bezsilny wobec syndromu 28 października.


To już pogranicze, a nawet manowce tego, co znane, rozpoznawalne i dające się wyjaśnić.


________


*fakt autentyczny - szczególny rodzaj wzmocnienia, którym żartobliwie chcę podkreślić wagę i doniosłość opisywanego zdarzenia :-)


** główna książkowa - w moim prywatnym języku: główna księgowa

wtorek, 2 listopada 2010

Zaduszki w POLOmarkecie

Jak tak dalej pójdzie, to powiatowe miasto Turek będę śnił każdej nocy. Ponownie odwiedziłem siostrę w szpitalu w związku z opisaną w poprzednim wpisie ponadnormatywną długością. Towarzyszył mi siostrzeniec ze swoją żoną... za jakiś czas zapewne będzie znajomą ze ślubu (to taka dygresja na marginesie). Po spotkaniu z lekarzem i siostrą udaliśmy się do znajdującego się po drugiej stronie sklepu POLOmarket. Drzwi otworzyły się same... takie szmery bajery. Weszliśmy do środka, poczułem taką przyjemną i przyjazną atmosferę, taki szczególny klimacik. Młodzi małżonkowie postanowili powrzucać do koszyka kilka produktów więcej niż wstępnie zamierzali. Postanowiłem więc wrócić do szpitala, napić się kawy z automatu i pozwolić strumieniowi (bez)myśli płynąć leniwie  przez zwoje mózgowe.


Zanim jednak dotarłem do celu musiałem przejść przez bramkę wyjściową z marketu i jak mną nie rąbnęło, zadymiło, zakurzyło, dostałem, jak obuchem w łeb... Sen mara, Bóg wiara... Ki diabeł?


Z tego, co pamiętam z dzieciństwa i co nadal obecne jest w naszej kulturze, to 2 listopada jest Dniem Zadusznym. To dzień, w którym Kościół katolicki modli się za wszystkich zmarłych. Przez moment pomyślałem, że urwał mi się film na przeciąg dwóch miesięcy. Ale nawet po gorzkiej żołądkowej nie miałem takiego resetu.


Dlaczego tak poczułem??? Z głośników płynęły piękne i wzruszające pienia... Nie dziwi nic. Ręce i gacie opadają.







 

niedziela, 31 października 2010

Panowie, długość ma... znaczenie

Tytuł wpisu ma odniesienia falliczne, ale sprawa jest naprawdę poważna i nad wyraz przykra.
Gdyby spytać przeciętnego faceta, takiego macho, czy typa figo-fago, czy woli mieć swoją męskość bez zmian, czy dłuższą to kładę głowę, że 9 na 10 odpowie, że dłuższą. Abstrahuję od cud metody jaką miałoby się to dokonać. Są jednak okoliczności, w których wydłużenie staje się problemem.
Moja ukochana siostra - nie powiem nigdy, że starsza (kobietom nie wolno tego mówić) - urodzona wcześniej ode mnie o... bagatela 11 lat, poddała się operacji wymiany stawu biodrowego na endoprotezę. Powód oczywisty: zwyrodnienie stawu, bóle kręgosłupa itp. itd. Miejsce operacji nieprzypadkowe. Sprawdzony i mający dobrą opinię szpital powiatowy w Turku. Oddział ortopedii współpracuje ze specjalistami z Poznania, tak więc dostęp do najnowszych technologii i umiejętności zapewniony. Jednego dnia zawiozłem, a drugiego już odbyła się operacja. Wszystko się udało, siostra odzyskiwała siły. Jednak, gdy rozpoczęła się rehabilitacja i chodzenie z kulami, urodzona 11 lat wcześniej siostra zauważyła, że noga niby naprawiona, ale jakby było jej... więcej. Niezwłocznie poinformowała mnie o swej obserwacji. Naocznie stwierdziłem, że gdy leży na łóżku to jej prawa noga jest dłuższa.
Jest takie powiedzenie Od przybytku głowa nie boli, ale... kręgosłup może podczas chodzenia reagować już inaczej. Zgłosiła to ordynatorowi, który był wykonawcą tego cud-zabiegu. W asyście zadumanych medyków dokonano pomiaru obydwu nóg i wg ich wyliczeń potwierdzono różnicę w długości o 3,5 cm. Dla faceta z wiadomymi kompleksami to szczyt marzeń, ale dla mojej siostry to problem. To tak, jakby chodzić w dwóch butach, ale od jednego oderwać korek. Szacowny pan ordynator zbagatelizował sprawę i powiedział, że różnica w długości wynika z problemow z jej kośćmi, a konkretnie z budową jej kości. Przyznam szczerze, że troszkę mnie to zastanawia, bo lekceważenie problemu przypomina wypowiedź pijanego murarza, który postawił ściany pod skosem, a później winę za swą nieudolność zrzuca na ukształtowanie terenu. Sprawa nadaje się do robionego ukrytą kamerą programu TVN pt. Fachowcy.
- Panie doktorze - powiedziała siostra - zanim przyszłam do szpitala to cierpiałam tylko w nocy, od teraz będe kaleką przez 24 godziny na dobę
- Ależ droga Pani - odpowiedział niczym niezbity z tropu lekarz... konował (sic!!!) - kalectwo zaczyna się, gdy noga jest dłuższa  o 6 cm.
Ciekaw jestem reakcji pana ordynatora, gdyby poddał się zabiegowi wydłużenia tego-i-owego, a po zabiegu stwierdził, że zamiast więcej jest tego o 3,5 cm... mniej?

piątek, 29 października 2010

Najlepsze życzenia

Wszystkiego najlepszego...
Zdrowia, szczęścia, pomyślności i słodyczy...
Wszystkiego, co szczęściem się zwie...

Ileż to razy słyszałem takie i tym podobne życzenia. Czułem jakąś by(d)lejakość i bezradność wynikająca z niewiedzy o tym, CO powinno życzyć się solenizantowi, czy jubilatowi. Mam wrażenie, że jesteśmy w codziennych relacjach z innymi, jak sprzedawca w sklepie z przyklejonym uśmiechem i nieszczerym Dziękujemy i zapraszamy ponownie. Krew mnie zalewa, bo nie potrzebuję tej sztuczności... Mierzi i brzydzi mnie ta wymuszona serdeczność. Cenię powściągliwość i uprzejmy dystans w sytuacjach, gdy nie znam kogoś.


Mam wrażenie, że współcześni wypowiadają dużo słów, ale mało... rozmawiają ze sobą. Nie cenią słów, nie przywiązują do nich wagi, rzucają je na wiatr niczym perły przed wieprze i nie liczą się zupełnie z ich sensem i znaczeniami.


Coraz mniej się rozumieją... a może po prostu nie chcą?

poniedziałek, 18 października 2010

Mniej pragniesz, będziesz szczęśliwszy

W wolnym czasie, po ponad 30 latach wróciłem do lektury Historii filozofii wg Tatarkiewicza. Pierwszy kontakt z tym opracowaniem miałem jeszcze w czasach licealnych w ramach obowiązkowych zajęć z marksizmu-leninizmu (sic!!!). Nasz wychowawca w liceum był członkiem egzekutywy KW PZPR. Zależało mu na ukształtowaniu w nas człowieka socjalizmu. Drugi kontakt z tym dziełem i to w znacznie rozszerzonym zakresie miałem już w trakcie studiów.


Otworzyłem pierwszy tom na chybił-trafił... jak w totolotka. Diogenes z Synopy (ok. 413 p.n.e. – ok. 323 p.n.e.). W tym momencie przypomniałem sobie ciekawostki i plotki o filozofie, który wzbudzał wśród współczesnych skrajne emocje od uwielbienia do potępienia. Dziś mógłby stać się swoistego rodzaju celebrytą opisywanym przez różnej maści i kolorów lub czasopisma.


Nie wiem czy się starzeje, a może wreszcie dojrzewam do tego, by doświadczone i wypowiedziane przez innych mądrości rozumieć. Wprowadzał w czyn głoszone przez siebie poglądy zaczynając od siebie. Uważał, że człowiek może być... że tylko wtedy będzie szczęśliwy, gdy uwolni swą dusze od pragnienia posiadania dóbr materialnych, że może mieć pełnię szczęścia nie odczuwając napięcia związanego z pragnieniem czegokolwiek poza tym, co jest mu dane.


Pewnego razu Diogenes zobaczył dziecko pijące rękoma wodę ze studni. Powiedział wtedy: Dziecko prześcignęło mnie w sztuce ograniczania potrzeb życiowych. Innym razem dowód na szczerość swego wyboru intelektualnego, emocjonalnego i życiowego dał, gdy odwiedził go Aleksander Wielki. Gdy ten podszedł do Diogenesa opalającego się przed będąca jego domem beczką zaproponował filozofowi, że spełni każde życzenie.



- Co mogę dla Ciebie zrobić, Diogenesie?
- Przesuń się, zasłaniasz mi słońce - miał odpowiedzieć krótko filozof.

sobota, 16 października 2010

Flary teściowej...

Tydzień temu pisałem o zasłonach dymnych Tuska. Zapomniałem jednak, że najlepszy i indywidualny przykład otrzymałem od ukochanej teściowej w nocy z piątku na sobotę. Na wspomnienie tej wspólnie spędzonej nocy uśmiecham się z sympatią.


Ale w czym rzecz. Po 23ej zawiozłem matkę mojej koleżanki małżonki na pomoc doraźną. Ciśnienie 240 i więcej, farmakologia w tabletkach bezskuteczna. Przyjęcie przez lekarza dyżurnego, badanie i skierowanie do drugiego szpitala na izbę przyjęć. Badania, aplikacja dożylna środków obniżających ciśnienie itp. itd. Ukochana teściowa nie lubi przebywać w szpitalach nawet jeśli służy to zdrowiu. Jeszcze do ostatniej chwili wypowiadała niczym mantrę Może dadzą mi zastrzyk jakiś i puszcza do domu.


Gdy ok. 2.15 stało się już jasne, że jednak pozostanie w szpitalu nastąpiła w niej gwałtowna przemiana. Już nie było to problemem i nastąpiło niezrozumiałe dla mnie przeniesienie w inny wymiar problemów. Siedzieliśmy obok siebie na krzesłach, a teściowa z największa powagą zaczęła mówić. I nie była to jej ostatnia wola.


- W lodowce jest zmielone mięso na gołąbki, na kuchni sparzona kapusta na gołąbki i ugotowany ryż. - Zauważyła chyba, że z każdym wypowiadanym przez nią słowem moje oczy mimo późnej pory stają się okrągłe jak 5 zł. Spowolniła nieco, ale kontynuowała wydawanie instrukcji i podawania listy spraw do załatwienia. W pewnym momencie żachnąłem się:


- Mamo!!! - tak ładnie zwracam się do jedynej teściowej - A my to w jakiej sprawie przyjechaliśmy do szpitala???


Zaskoczona moim pytaniem zamilkła. W tym momencie uświadomiłem sobie, że gołąbki, kapusta i ryż były typową zasłoną dymną dla niekomfortowej sytuacji w jakiej się znalazła. Typowy mechanizm wyparcia. Osoba stosująca go nie przyjmuje, że jest już na innym torze i działa, jakby zwrotnica nie została przestawiona. Stara się działać z dotychczasową rutyną, która wypełniała dotąd jej codzienność.


Taki imperatyw wewnętrzny... godny rozważań Kanta.

sobota, 9 października 2010

Zasłona dymna i flary Tuska

Sytuacja  w PO rzeczywiście staje się napięta. Janusz Palikot - dziecko szczęścia, ulubieniec Tuska i Komorowskiego postanowił pójść na swoje zabierając z PO część poparcia wyborców. Dotychczas niczym partyzant uderzał z zaskoczenia w najbardziej czułe punkty PiS. Nie stosował się do żadnych dotychczas akceptowanych reguł walki politycznej. Uczestniczył w wojnie totalnej pomiędzy PiS a PO


Odchodzenie Palikota, przygotowywany przez niego show oraz zbliżająca się trudna debata nad budżetem na 2011 uświadomiły Tuskowi, że król jest nagi, a zielona wyspa jest jedynie fatamorganą. Premier i jego otoczenie mogli się spodziewać, że staną się swoistego rodzaju celem, w który będą mierzyć dziennikarze i opozycja. I Palikot, i budżet to zbyt trudna koincydencja  w czasie i przestrzeni, by nie ucierpiał wizerunek partii rządzącej.


Współpracownicy Tuska, a zwłaszcza nienazwany i bliżej nieokreślony sztab, pracują pełną parą, by tego typu sytuacje przewidywać, rozbroić lub... przesłonić. W  każdym razie zawsze neutralizować ich negatywne skutki dla rządu.


W jaki sposób? Bardzo prosty. Wystarczy wprowadzić w tym samym czasie i przestrzeni nowe i nie mniej spektakularne wydarzenie, którym zajmie się opinia publiczna. Wydarzenie, które będzie fizycznie blisko opinii publicznej bo... na sąsiedniej ulicy i to w każdym większym mieście.


W sobotę poprzedzającą zapowiadane show Palikota rząd uruchomił akcję pod kryptonimem DOPALACZE. Zaangażował 3 tys. policjantów i kilkuset pracowników inspekcji sanitarnej. W oparciu o kopię wątpliwej prawnie decyzji Głównego Inspektora Sanitarnego zaangażowani funkcjonariusze naszego państwa wkroczyli do sklepów z tzw. artykułami kolekcjonerskimi i zaplombowali je. Co się działo w kolejnych godzinach i dniach?


Opis działań, zdjęcia i filmy oraz wypowiedzi wypełniły media przez cały tydzień. Palikota praktycznie nie było widać i słychać, a budżet będacy przedmiotem krytyki nikogo nie interesował poza nielicznymi. Cała  akcja okazała się sprawną obroną przed atakiem i niczym flary wyrzucone przez samolot zmyliły atakujące rakiety i naprowadziły je na fałszywe cele.


Premier i rząd zaprezentowali lajtową wersje ziobryzmu. Tusk to taki szeryf z sympatyczną twarzą Johna Wayne'a.


A że wszystko to lipa... cóż? Takie czasy.






piątek, 1 października 2010

Nie wierz nigdy kobiecie

Słysząc Budka Suflera to przede wszystkim skojarzenie Krzysztof Cugowski i Romuald Lipko.


Piosenka sprzed lat sprawiła, że informacja o śmierci człowieka uczyniła go dla mnie rozpoznawalnym. Romuald Czystaw (1950-2010) i Nie wierz nigdy kobiecie...








sobota, 25 września 2010

wtorek, 21 września 2010

Metafizyczny niepokój Złotych Pól

[...] Zobacz! Zachodni wiatr porusza się, jak kochanek
Po polach jęczmienia
Dotknij wzniesionego ciała, gdy całujesz jej usta
Pośród złotych pól [...]







Gdy usłyszałem tę znaną piosenkę Stinga w interpretacji Evy Cassidy ciarki przeszyły mój kark i skronie, a rzeczywistość została wzięta w nawias. Nie potrafię do końca opisać tego, co czułem. Słowa wydają się tandetną imitacją, gdy próbuję to wyrazić.

Przez kilka dni słuchałem tego wykonania niemalże bez przerwy i wtapiałem się w tę metafizyczną przestrzeń dźwięków i słów. Nigdy wcześniej nie słyszałem nic w wykonaniu tej wokalistki, nawet nie wiedziałem, że ktoś taki jest. W jej głosie było coś szczególnego, co nie dawało mi spokoju. Wracało do mnie niczym natrętna mucha o poranku.

Teraz już wiem, co to było. Evy Cassidy już nie ma pośród żywych. Odeszła przedwcześnie w wieku zaledwie 33 lat w 1996 roku. Nie była celebrytką, tłumy ją onieśmielały. Wolała występy kameralne. Wrażliwa uciekała przed światem. Pojawiła się, by zachwycić swym głosem i talentem i... odeszła.

Mam wrażenie, że zapowiedź odejścia słyszałem w jej głosie i to właśnie nie dawało mi spokoju.

Teraz czuję ją i... wiem, co wyrażała.

niedziela, 5 września 2010

Dr House, Dr G, Porucznik Columbo

Obudziłem się wyjątkowo późno, bo o 6.28. Z reguły wstaję godzinę wcześniej bez względu na dzień tygodnia. O tym, że zaspałem uprzytomniły mi dzwony z pobliskiego kościoła franciszkanów. Rozpocząłem codzienny rytuał z kawą i poranne snucie się po domu. Wszyscy jeszcze spali poza Pestką, moją najwierniejszą towarzyszką i... właścicielką.


Wiele lat temu fascynowały mnie powieści Karola Maya tak samo, jak i powstałe w oparciu o jego dzieła  filmy o dzielnym wodzu Apaczów Winnetou i jego przyjacielu Old Shatterhandzie. Szczególną uwagę zwracałem na tropicieli, którzy po śladach pozostawionych na ziemi, ugniecionej trawie lub po obłamanych gałęziach potrafili określić ilość osób oraz to, w jakim czasie byli w danym miejscu i co tam robili.


Dziś z tą samą i nie mniejszą fascynacją oglądam kanał Discovery i prezentowane odcinki o Dr G. Interesują mnie także wszystkie inne programy o dociekaniach śledczych ustalających przebieg zdarzeń w oparciu o pozostawione ślady. Możliwe, że jest we mnie jakiś niespełniony glina, ale gdy w latach 80. na ostatnim roku studiów padła taka propozycja to odrzuciłem ja z niesmakiem... nie chciałem zostać milicjantem.


Wracając jednak do niedzielnego poranka. Po wypiciu kawy i wybiciu 10-ej wziąłem kije trekingowe, podjechałem do lasu i przemierzałem zapamiętale ostępy leśne. Było chłodno - raptem 10 st. - ale szybki marsz sprawiał, że po kilku minutach już odczuwałem ciepło. Jak nigdy spotkałem wielu niedzielnych grzybiarzy.


Wędrując odmierzałem czas i przebyte metry, gdy niespodziewanie po 30 minutach marszu natrafiłem w środku lasu na coś, co sprawiło, że poczułem się śledczym. Nie takim, że to od razu można powiedzieć Dr G,  Dr House, czy choćby porucznik Columbo, ale jednak... Boczna zarośnięta dróżka i takie oto ślady sprawców zdarzenia. Hm!!! Ale jakiego zdarzenia?





  • Nr 1. Butelka po czerwonym winie

  • Nr 2-7. Chusteczki higieniczne

  • Nr 8. Nasączana chusteczka higieniczna z włókniny.


Moją uwagę zwróciły chusteczki higieniczne (nr 2-7) praktycznie rozłożone przez deszcz i wilgoć. Delikatna materia szybko ulega degradacji. Zatem goście tego miejsca byli tutaj dobrych kilka dni temu. Natomiast chusteczka nasączana Nr 8 jest z włókniny i jest znacznie trwalsza niż zwykła chusteczka, stąd zachowana w dobrym stanie. Tak samo butelka po winie. Zdarta etykieta raczej wskazuje na działanie podczas spożycia i jej resztki musiały zostać w samochodzie, którym podjechali biesiadnicy.


Brakuje naczyń do picia wina. Mogły pozostać w samochodzie, jednak gdyby były plastikowe, zapewne znalazłyby się obok butelki i chusteczek. Jest więc prawdopodobne, że wino było kosztowane bezpośrednio z flaszy.


W tym miejscu powinno powstać kilka prawdopodobnych wersji zdarzenia, którymi powinien zająć się śledczy i w drodze falsyfikacji odrzucić najmniej prawdopodobne.


Ciekaw jestem, co przychodzi Wam na myśl, gdy spoglądacie na tę dokumentację?

niedziela, 29 sierpnia 2010

Akademia Nauk ZSRR

W ubiegły weekend czas spędziłem z pierworodną i jej nieco młodszym bratem (obydwoje już pełnoletni). Pojechaliśmy najpierw do Bornego Sulinowa, gdzie odbywał się zlot pojazdów militarnych, następnie do Szczecinka, gdzie celem był najlepszy wyciąg nart wodnych w Polsce. Zawsze w miejscach, które zwiedzam - choćby przelotnie - lubię zajrzeć także na cmentarze.
W sobotnie popołudnie moje pociechy poszły samopas do miasta... zapewne na jakieś piwo, natomiast ja trafiłem na cmentarz komunalny w Szczecinku. Trafiłem... znaczy się nie w sensie, że mnie tam zaniesiono i złożono, ale że o własnych siłach i niczym nie przymuszony przekroczyłem bramy cmentarza.
Zaraz po wejściu moją uwagę przykuł cmentarz wojenny żołnierzy radzieckich i polskich. Muszę przyznać, że zadbany i godnie utrzymany. Tak być powinno. Śmierć równa wszystkich bez wyjątku. Każdy z poległych - bez względu na to, po której walczył stronie nosił w sobie jakieś patriotyczne uczucia... walczył za swoją ojczyznę. W tym miejscu przychodzi mi na myśl dosadne powiedzenie gen. George'a Pattona Celem wojny nie jest śmierć za ojczyznę, ale sprawienie, aby tamci skurwiele umierali za swoją. Ale to już tak na... bardzo dużym marginesie rozważań o wojnie i patriotyzmie.


Zbliżając się do monumentu czytałem nazwiska i daty zapisane cyrylicą. Wszystko pięknie utrzymane i lśniące. Rozpierała mnie duma z europejskości włodarzy Szczecinka utrzymujących taki stan rzeczy i gdybym miał koszulę zapinaną na guziki z pewnością, by... odpadły. Wszystkim, którzy pomstują na zaściankowość Polaków, antyrosyjskość, antysemityzm, czy antycyklistyzm chciałem pokazać słynny gest Kozakiewicza z olimpiady w Moskwie (1980). Niestety nie było w pobliżu ani red. Michnika Adama, Kutza Kazimierza, Niesiołowskiego Stefana, Palikota Janusza, Nałęcza Tomasza, czy choćby dr Środy Magdaleny.
Podszedłem do samego monumentu, niemalże frunąłem nad chodnikiem, gdy w pewnym momencie skierowałem wzrok na dwie tablice z napisami po polsku i rosyjsku. Ki diabeł? Bóg wiara, czart mara... krzyknąłem. Znaczy się chciałem krzyknąć, ale opanowałem się w ostatniej chwili, dlatego był to tylko krzyk wewnętrzny. To moje myśli krzyczały...
Po chwili wrócił spokój wewnętrzny, oddech stał się miarowy, a strumień myśli spokojniejszy. Przypomniała mi się w tym momencie stara anegdota z czasów, gdy Związek Radziecki trzymał się mocno (Chińczycy również), a osiągnięcia naukowe akademików radzieckich były równe - jeśli nie wyższe - nauce zgniłego zachodu.
Wyprawa naukowa na Daleki Wschód badająca wieczną zmarzlinę, znalazła dobrze zachowane szczątki mamuta z epoki lodowcowej. Ucieszeni uczestnicy wyprawy postanowili dokładnie opisać i zbadać znalezisko. Jakież było ich zdziwienie, gdy się okazało, że długość mierzona od trąby do ogona wynosi 19 m, natomiast od ogona do trąby 21 m. Pomiary powtarzano, ale z tym samym skutkiem. W końcu kierownik wyprawy postanowił skontaktować się drogą teleksową z Radziecką Akademią Nauk w Moskwie. Opisał znalezisko oraz problemy dotyczące pomiarów. Poprosił o wytyczne dotyczące dalszego postępowania.

Po kilku dniach przyszła oczekiwana odpowiedź:

Towarzysze! Cieszymy się z waszego odkrycia. To, co zostało przez Was opisane nie jest niczym szczególnym. Nauka radziecka zna takie przypadki. Proszę kontynuować badania.
A skąd właśnie takie skojarzenia na cmentarzu?

145 miejscowości

143 miejscowości
Jak widać duch Radzieckiej Akademii Nauk - w części dotyczącej liczb - przetrwał czas upadku Związku Sowieckiego na terenach nawet dość odległych od centrum dawnego imperium.

__________


Zobacz także:
Cmentarz Wojenny Żołnierzy Polskich i Radzieckich w Szczecinku

sobota, 7 sierpnia 2010

Prawda, nieprawda, interpretacja...

Zgoła niewinna wątpliwość dotycząca Sokratesa - podniesiona przez Fla w komentarzu -  a dotycząca jego wiem, że nic nie wiem sprawiła, że zacząłem zastanawiać się nad zagadnieniem prawdy.

Wiedzieć, znaczy mieć pojęcie o rzeczach i sytuacjach, o tym jak coś było/jest. Jedną z moich ulubionych definicji prawdy jest ta sformułowana przez Akwinatę Veritas est adequatio rei et intellectum (prawda jest to zgodność myśli i rzeczy/zdarzeń). Ni mniej, ni więcej definicja mówi, że z prawdą mamy do czynienia wówczas, gdy słowa i pojęcia opisujące wydarzenia dokładnie odzwierciedlają stany realne.

Na poziomie ogólnym jest to definicja do zaakceptowania dla wszystkich. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. To kwestia języka, pojęć, ich rozumienia itp.,itd. Do tego można jeszcze dodać złą lub dobrą wolę tych, którzy przekazują informację [prawdę (sic!!!)] dalej. Jest w tym wszystkim coś z głuchego telefonu, ale i z osobistych mniemań oraz wyobrażeń o tym, jaka powinna być ta prawda o Kimś, czy o czymś.

Fla była łaskawa napisać o imć Panu Sokratesie:
...Tak dalece oddani uczniowie bywają zniekształcającym obrazem nauczyciela, sztucznie dodając mu uroku i bystrości/głębokości myśli...

Pozwolę sobie w tym miejscu przytoczyć anegdotę dotycząca Karola Wojtyły. Był jako arcybiskup krakowski z wizytacją w jednej z góralskich parafii. Jak zwykle w tego typu wydarzeniach biorą udział wierni, witają arcypasterza wszyscy mniej i bardziej ważni oficjele społeczności lokalnej. Przedstawicielka rady parafialnej miała przygotowane przemówienie, które w wersji zapisanej zaczynało się słowami: Najdostojniejszy Księże Kardynale...

Kobiecina była tak stremowana obecnością Wojtyły, że zamiast przygotowanych słow rozpoczeła powitanie:

- Najprzystojniejszy Księże Kardynale.....

Wojtyła znany z poczucia humoru i autoironii miał powiedzieć z uśmiechem: COŚ W TYM JEST.

Idąc tropem Wojtyły powtórzę: coś w tym jest, gdy poznajemy myśli mistrza poprzez jego uczniów, ich teksty i wypowiedzi. Często opisują go na swój obraz i podobieństwo lub na miarę swoich wyobrażeń. Tak więc prawda najczęściej jest ich najpierwszą ofiarą.

Trzymając się wątku mistrza i uczniów przytoczę dwa fragmenty tekstów, które pokazują jak fundamentalne wydarzenie dla chrześcijaństwa, jakim jest zmartwychwstanie,  jest rozbieżnie opisywane. Wszystkie denominacje chrześcijańskie uznają te teksty za natchnione przez Boga.
W pierwszy dzień tygodnia poszły skoro świt do grobu, niosąc przygotowane wonności. Kamień od grobu zastały odsunięty. A skoro weszły, nie znalazły ciała Pana Jezusa. Gdy wobec tego były bezradne, nagle stanęło przed nimi dwóch mężczyzn w lśniących szatach. Przestraszone, pochyliły twarze ku ziemi, lecz tamci rzekli do nich: «Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał. "Syn Człowieczy musi być wydany w ręce grzeszników i ukrzyżowany, lecz trzeciego dnia zmartwychwstanie"»Wtedy przypomniały sobie Jego słowa i wróciły od grobu, oznajmiły to wszystko Jedenastu i wszystkim pozostałym. A były to: Maria Magdalena, Joanna i Maria, matka Jakuba; i inne z nimi opowiadały to Apostołom. Lecz słowa te wydały im się czczą gadaniną i nie dali im wiary.[Łukasz 24, 1-6 BT]

Po upływie szabatu Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba, i Salome nakupiły wonności, żeby pójść namaścić Jezusa. Wczesnym rankiem w pierwszy dzień tygodnia przyszły do grobu, gdy słońce wzeszło. A mówiły między sobą: «Kto nam odsunie kamień od wejścia do grobu?» Gdy jednak spojrzały, zauważyły, że kamień był już odsunięty, a był bardzo duży. Weszły więc do grobu i ujrzały młodzieńca siedzącego po prawej stronie, ubranego w białą szatę; i bardzo się przestraszyły. Lecz on rzekł do nich: «Nie bójcie się! Szukacie Jezusa z Nazaretu, ukrzyżowanego; powstał, nie ma Go tu. Oto miejsce, gdzie Go złożyli. Lecz idźcie, powiedzcie Jego uczniom i Piotrowi: Idzie przed wami do Galilei, tam Go ujrzycie, jak wam powiedział».One wyszły i uciekły od grobu; ogarnęło je bowiem zdumienie i przestrach. Nikomu też nic nie oznajmiły, bo się bały. [Jan 16,1-8 BT]

Obydwa teksty opisują to same zdarzenie i miejsce, ale nie tak samo. W pierwszym mówi się o dwóch meżczyznach, podczas gdy w drugim jest już tylko jeden. W pierwszym niewiasty doniosly o pustym grobie apostołom, w drugim zaś nikomu nic nie powiedziały. Zatem gdzie jest w tym świętym piśmie prawda, a gdzie fałsz?

Myślę, że można tu z powodzeniem przywołać Sokratesowe wiem, że nic nie wiem. AMEN

niedziela, 27 czerwca 2010

Dobra śmierć... na początek

Czas jest sprzymierzeńcem zmian... wszelkich zmian.

Kiedyś mniemałem, że wyznawane wartości i głoszone poglądy mam niezmienne. Dziś z perspektywy lat rozumiem powiedzenie, że tylko krowa nie zmienia poglądów. Podchodzę do lustra i stwierdzam: nie jestem krową. Co za ulga...

Gdy spytać kogokolwiek o to, co jest dla niego największą wartością, to usłyszymy: zdrowie, powodzenie w życiu, majątek, długie życie, szacunek, miłość itd. Ale cokolwiek byśmy nie wymienili jednego jesteśmy pewni: możemy o tym myśleć i mówić tylko wtedy, gdy ŻYJEMY.

Życie jest tą przestrzenią, w której to wszystko się rozgrywa... nie ma życia, nie ma sceny dla tego typu dywagacji i rozważań.

Na gruncie chrześcijaństwa życie doczesne jest tylko przedsionkiem życia wiecznego, które jest życiem właściwym i pełnym. Jezus wprost zachęca do dzialań na rzecz drugiej rzeczywistości:
Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną. Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się i nie kradną. [Mateusz 6, 19-20 BT].

Skarbem na ziemi jest wszystko łącznie z ze zdrowiem i życiem doczesnym, ale zależnym od Najwyższego. Skoro tak, czyż nie lepiej przenieść się tam, gdzie już nic nie podlega zniszczeniu?

Często ludzie cierpią psychicznie i fizycznie. Ich doczesna powłoka jest udręką nie do zniesienia. W odruchu cofamy dłoń od rozżarzonych fajerek, tak też w życiu są sytuacje, że chcemy uciec od cierpienia. Jeśli jesteśmy sprawni i mamy dostęp do stosownych środków sprawę załatwiamy sami. Gorzej, gdy we wszystkich czynnościach codziennej udręki jesteśmy już zależni od innych... zmiana pampersów, karmienie, mycie, przemieszczanie.

Dlaczego - jeśli potrafimy wyraźnie wypowiedzieć swoją wolę - osoby, którym ufamy nie mogą pomóc nam odejść? Dlaczego musimy cierpieć wbrew sobie, ale w zgodzie z... prawem?

Prawo zyskuje sankcję etyczną, ale czy system etyczny musi zmuszać do podtrzymywania cierpienia?

niedziela, 23 maja 2010

Zasrany raj


I Jehowa Bóg wziął człowieka, i umieścił go w ogrodzie Eden, aby go uprawiał i o niego dbał. I Jehowa Bóg dał też człowiekowi taki nakaz: „Z każdego drzewa ogrodu możesz jeść do syta.  Ale co do drzewa poznania dobra i zła — z niego nie wolno ci jeść, bo w dniu, w którym z niego zjesz, z całą pewnością umrzesz”. (Genesis, 2,15-17 - Przekład NŚ).



Absolutna prawdziwość Biblii w zakresie opisu natury człowieka i jego skłonności do złego, do niszczenia tego, co dobre i piękne jest poza jakąkolwiek dyskusją. Dowodzimy tego ponad miarę każdego dnia. Z tych empirycznych potwierdzeń nie wynika jeszcze, że Bóg Stwórca istnieje, ale może wzorem Błażeja Pascala (1623-1662) warto choć o tym pomyśleć.


Saddoq mając powyższe na uwadze wziął kijki trekingowe i postanowił udać się z wizją lokalną do raju opisanego we wcześniejszym wpisie. Wszak wiadomo, jak to jest: niby raj rozległy, ale może najlepsze miejsca już zajęte. Warto więc się rozejrzeć i zabezpieczyć się na zaś potem.


 

Raj, jak to raj. Ścieżki wydeptane, tablice z nakazami Jehowy ustawione... Wiadomo słowo mówione jest ulotne a napisane zawsze jakoś trwa i przypomina. Jest OK - myślał sobie Saddoq. Zadowolony przemierzał ostępy raju, słuchał treli rajskich ptaków, wdychał zapach buchającej rajskiej przyrody, w płucach aż dudniło, a zwoje mózgowe nicowane były oparami raju.


Na swojej ścieżce spotkał  skamieniały ślad prehistorycznych rajskich ptaków. Pomyślał sobie Jakiż ten raj jest stary i uśmiechnął się rozanielony. Im dalej w raj, tym przyjemność odczuć łagodniała, na rzecz najpierw zdziwienia, a później niesmaku.


 


Pokaż mi swój dom, a powiem Ci (Tobie) kim jesteś - zasłyszane.


 


 



piątek, 7 maja 2010

Moje miejsce w raju

Gdybym wierzył w realność raju, jako miejsca dla zbawionych, to chciałbym, aby przypominało wyobrażenie (wy)marzone przez Mikołaja Sapiehę.


Opisała to - w jednym z pobocznych wątków Błogosławionej winy - Zofia Kossak-Szczucka nawiązując do legendy o uprowadzeniu z Rzymu i osadzeniu cudownego obrazu Matki Boskiej Kodeńskiej w Kodniu przez przywołanego wyżej Mikołaja. Tenże - pokutując za świętokradczą kradzież i marząc o niebie dla siebie - modlił się do Boga o takie bardzo zaciszne i oddalone od rajskiego zgiełku miejsce nad strumykiem, z niewielką chatką z drewnianych bali, otoczoną zielonymi drzewami i ziemią porośniętą soczystą trawą... powiewie wiatru i śpiewie ptaków.  W takim cudownie ustronnym miejscu chciał spędzać swoją wieczność.


Przyznam, że wspomnienie odległej lektury i wywołanych nią emocji sprawiają, że w chwili zmęczenia i znużenia, marzę o takim wiecznym odpoczynku. Zamykam oczy i... zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam, dziś jestem już w raju...


 



 






środa, 5 maja 2010

Arbiter elegantiarum

Troglodyta. Jeśli ktokolwiek mi się może kojarzyć z tym określeniem to tylko Stefan Niesiołowski. Od 2005 roku z narastającą nienawiścią atakował PiS i wszystkich, którzy mu się z pisiorami kojarzyli. Palikot przy nim to baranek. Jeśli już przekraczał granice dobrego smaku to jednak były to próby happeningu, a nie zwykłego chamstwa, czy obrażania ludzi.


Nie pamiętam już kto użył jakieś 20 lat temu określenia chorzy z nienawiści odnosząc je do polityków ZChN, do którego należał Niesiołowski. Okazało się ono bardzo celne i do dzisiaj nic nie straciło na aktualności. Tak samo, jak oszołomy użyte przez nieżyjącego już Aleksandra Małachowskiego.


Dlaczego nawiązuję do tego? A z prostej przyczyny: PO nie może znieść myśli, że przegranie wyborów prezydenckich jest coraz pewniejsze. Wściekły atak na Martę Kaczyńską, córkę tragicznie zmarłego prezydenta świadczy o desperacji.


Oto wybrane smaczki z wywiadu udzielonego POLSKA THE TIMES przez Niesiołowskiego:




[...] Przecież pani Marta Kaczyńska już występowała w kampanii w 2005 roku i efekt rodzinny okazał się średni, bo - jak wiadomo - w międzyczasie założyła drugą rodzinę. Ocieplanie wizerunku kandydata w kampanii przy pomocy osoby, która parę dni temu była symbolem cierpienia, smutku, rozpaczy, jest na granicy dobrego smaku i nie sądzę, żeby Polacy dali się na to nabrać. [...]


[...]A jak Pan usłyszał to wycie [na pogrzebie, gdy miał przemawiać], to nie przyszła Panu refleksja, że może wcześniej, za życia Lecha Kaczyńskiego, jechałem za ostro?
Ja?! Nawet gdybym powiedział o słowo za dużo, to nie powód do wycia w kościele. Przecież to chuligaństwo polityczne. Jak może pani o to pytać?


Potępiam tego typu zachowania. Jednak zawsze jest tak, że akcja rodzi reakcję i trzeba się z tym liczyć.
A ja nie czuję się w tym temacie w najmniejszym stopniu winny. Nie mam się z czego wycofywać, nawet jeśli kiedyś powiedziałem o jedno słowo za dużo. Mam przypominać, co na mnie mówili, jak się czułem jako donosiciel, który denuncjuje przyjaciół. [...]

wtorek, 20 kwietnia 2010

Twórcy mitów


Jaszczur... zaskakujący i piękny widok, który dostrzegłem nad brzegiem morza.


Umysł ludzki w zderzeniu z faktami raczej odnosi je do tego, co już zna (w co wierzy) niż rozpoznaje je w ich najgłębszej istotności. To znacznie skraca czas poświęcany na refleksję i poznawanie. Ale może w tym wszystkim idzie bardziej o spójność obrazu i estetykę, gdzie dla jednych piękna jest prawda, dla innych zaś to, co o niej mniemamy.


_______________


Ludzie tworzą mity i piękne wyjaśnienia, bo w ten sposób łatwiej przyjąć im to, z czym się zderzają w życiu.


Nie tak dawno, jak wczoraj byłem nausznym świadkiem tego, jak rodzi się mit. Byłem tak zaskoczony opowieścią i zestawianymi w niej w spójną całość faktami, że aż zaniemówiłem... A rzadko tracę rezon.


Smoleńsk 10-04-2010




  1. Słoneczne i czyste niebo. Ląduje JAK-40 z dziennikarzami z Polski.

  2. Kilkanaście minut później gęsta mgła i rozbija się samolot prezydencki.

  3. Po katastrofie mgła znika i jest czyste niebo.


Kraków 18-04-2010

  1. Pogrzeb pary prezydenckiej. Islandzki wulkan Eyjafjallajokull odciął przestrzeń powietrzną nad Europą i uniemożliwił przylot żałobników z USA i Europy Zachodniej... Saakaszwilemu się jednak udało, bo chciał. Miedwiediew też chciał i był.

  2. Media na bieżąco informowały o zamykaniu kolejnych obszarów dla samolotów oraz o przebiegu pogrzebu.

  3. Gdy Kaczyński został złożony na Wawelu pojawił się komunikat o otwarciu lotnisk w Polsce. Dziennikarze niektórych mediów wskazywali na nadzwyczajność tej koincydencji.


Teraz tylko na powyżej wybrane fakty wystarczy nałożyć odpowiednią kalkę i każdy, nawet najmniej prawdopodobny scenariusz okraszony narodową metafizyką jest możliwy.

To tylko kwestia czasu i... wyobraźni.

niedziela, 14 lutego 2010

Jedwabny Katyń

Umysł ludzki ma szczególną właściwość, która jest zauważalna od momentu, gdy człowiek zaczął odróżniać dobro od zła (Genesis 3:13). Tę właściwość  możemy obserwować w każdym z nas, zwłaszcza, gdy znajdujemy się w trudnej - od strony bycia wobec prawdy - sytuacji. Chcąc wybrnąć z niej interpretujemy rzeczywistość, a słowom nadajemy nieco odmienny sens i ciężar gatunkowy, by to, co ciemne i niekorzystne nieco wybielić lub wskazać osoby i sytuacje gorsze od naszej. Często też, gdy belka wystaje nam z oka, doszukujemy się źdźbła w oku naszego krytyka


W zamierzchłej przeszłości, gdy USA pełną parą kanałami kościelnymi dostarczały pomoc materialną do Polski, niesławnej pamięci Jerzy Urban wysyłał do Nowego Jorku 5 tys. śpiworów dla bezdomnych. Wcześniej Edward Gierek mówił w sierpniu 1980 roku o nieuzasadnionych przerwach w pracy zamiast nazywać je po prostu strajkami.


Dziś zaś przeczytałem, że Giennadij Ziuganow - pogrobowiec nieboszczki Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego - próbuje jeszcze raz udowodnić, że mordu w Katyniu dokonali Niemcy i narzeka, że nie znajduje wsparcia w organach władzy Federacji Rosyjskiej. Jego obawy biorą się z faktu, że w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu znajduje się ponad 70 pozwów przeciwko Rosji od rodzin pomordowanych z żądaniem zadośćuczynienia. [...] Płacić będzie Rosja, nasze dzieci, a nie ZSRR. Można z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, że roszczenie zostanie uznane za zasadne. Na majątek i rachunki bankowe Rosji za granicą nałożony zostanie areszt w celu realnego zaspokojenia żądań Polaków.


Ziuganow ma plan, jak temu przeciwdziałać: domaga się by pozwolono wolontariuszom poszukiwać w archiwach rosyjskich dowodów na dokonanie zbrodni przez Niemców po 22 czerwca 1941 (sic!!!), i tym samym odsunąć groźbę wypłaty odszkodowań. By wzmocnić wydźwięk swoich zabiegów domaga się śledztwa w sprawie śmierci czerwonoarmistów wziętych do niewoli w 1920 roku. Niestety, prezydent Miedwiediew rozczarował lidera rosyjskich komunistów i potwierdził, że Rosja już uznała Katyń, jako swoją zbrodnię.


Katyń dla Rosjan jest jak dla nas Jedwabne, czy pogrom Kielecki. Nikt nie lubi swego ciemniejszego... zwłaszcza tak mrocznego oblicza. Nadal wielu z Polaków uważa, że książka Sąsiedzi i wypowiedzi jej autora Jana Grossa są antypolskie. Poświęcają czas i wynajdują tysiące argumentów, by nie stanąć w PRAWDZIE.




Reblog this post [with Zemanta]

czwartek, 4 lutego 2010

Wolne numerki z Ewką Kopacz

3 tygodnie temu byłem z ojcem (w tym roku skończy 87 lat) u lekarza urologa w związku z dolegliwościami, jakie w tym wieku można już mieć i oczekiwać, że służba zdrowia (tu: sarkastyczny chichot) zechce działać wg zasady primum non nocere. Lekarz po przebadaniu stwierdził, że będzie konieczny najprawdopodobniej zabieg, ale ostateczna decyzja zapadnie za dwa tygodnie po jego powrocie z urlopu. Zapisał stosowne medykamenty i zlecił wykonanie niezbędnych badań, z którymi mieliśmy się zgłosić.


Zapobiegliwie po wyjściu od lekarza zgłosiłem się do rejestracji, by pani łaskawie odnotowała dla nas termin kolejnej wizyty. Pani Rejestratorka powiedziała, by zgłosić się, jak już będą wyniki badań, a te mieliśmy wykonać za tydzień. Tak też uczyniliśmy. Mając w ręku wyniki badań i legitymację emerycką ZUS zgłosiłem się do okienka. Pani powiedziała, by przyjść określonego dnia na godzinę 13.


Było to w miniony wtorek. A że nie lubię się spóźniać byłem już o 12.30 wraz z ojcem. Pani rozłożyła ręce i powiedziała, że nie ma dla mnie numerka (niezły numer z tymi numerkami). Krew mi odpłynęła z twarzy, gdyż wszystkiego mógłbym się spodziewać, ale że taki numer?!!!... Wszak Ewka Kopacz miała wszystko naprawić i uzdrowić w mig!!!!  Bardzo bym chciała dotknąć ręką i powiedzieć, że ten system jest już zdrowy - mówiła dla RMF FM w kwietniu 2008. Mam wrażenie, że ona nadal chce, tylko jakoś jej tak nie wychodzi.


Pani Rejestratorka widząc moje zdenerwowanie zadzwoniła do gabinetu lekarza i powiedziała jego asystentce, że jest taki a taki pacjent i ma niezbyt ciekawe wyniki badań i że twierdzi, iż miał być przyjęty. Po rozmowie skierowała mnie do gabinetu. Pani asystentka nie dopuściła mnie do lekarza, tylko w jego imieniu odpowiedziała, że lekarz nie przyjmie, bo nie ma już wolnych numerków.


Zszedłem do rejestracji i powiedziałem, że nie podoba mi się TO, w jaki sposób mnie obsłużyła Pani Rejestratorka. Ta ze stoickim spokojem odpowiedziała, że niczego mi nie obiecywała.


Noż, w mordę jeża!!! - myślę sobie i mówię głośno:


- Wiekowy już nieco jestem, ale sklerozy  nie mam i pamiętam wszystkie nasze rozmowy i ustalenia, więc proszę nie wciskać mi kitu.


Moje zdecydowanie sprawiło, że zmieniła ton wypowiadania się. Powiedziała m.in. , że to nie jej wina..., że tak już jest w szpitalu i że wszyscy mają do niej pretensje... a wszystko zależy i tak od lekarza. Wyjaśniłem jej, że mnie to nie obchodzi, gdyż ona jest na pierwszej linii i z nią rozmawiałem trzykrotnie i wprowadziła mnie w błąd. Próbowała jeszcze chytrym manewrem strząsnąć mnie, jak natrętną muchę i zaproponowała, bym interweniował u dyrektora szpitala. Odpowiedziałem, że nie mam na to czasu, ale z przyjemnością znajdę czas i przedstawię sprawę lokalnym mediom, które zgłoszą się i do niej i do lekarza i do dyrektora.


Zauważyłem narastające zdenerwowanie i odpływ dobrego samopoczucia po drugiej stronie okienka. Zaczęła się szybka narada z koleżankami w rejestracji i wertowanie kalendarza. Na twarzy pojawił się uśmiech i padła propozycja wizyty na... koniec maja.


Wybuchnąłem śmiechem i zapytałem, czy mówi o maju tego roku,  czy wtedy, gdy będzie EURO 2012? Potwierdziła, że chodzi o maj tego roku. Poprosiłem ją, by lepiej od razu dala mi gotowy formularz aktu zgonu i problem mojego ojca - jako ich pacjenta - rozwiąże się sam. A że byłem lekko zdenerwowany, więc uczestników i świadków zdarzenia było nieco więcej. Z zaciekawieniem i konsternacją przysłuchiwali się całemu zdarzeniu.


Pani wertowała nerwowo kalendarz, a ja natarczywie ponawiałem prośbę o gotowy formularz aktu zgonu. Pytałem też, czy w wieku mego ojca ma się dość czasu, by cierpliwie czekać?


Po chwili dostałem karteczkę z datą i godziną wizyty za 2 tygodnie.


Koń jaki jest każdy widzi - napisał w XVIII wieku Benedykt Chmielowski w Nowych Atenach. Cytat ten w odniesieniu do minister zdrowia nie stracił nic ze swej świeżości.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Talmudystom dziękujemy!!!

20 lat od obalenia komunizmu, a my Naród Polski nadal w polu. Wiele myślałem nad tym skąd tyle zła, niedostatku w Narodzie Polskim. Myślałem, że przyczyną jest ekonomia, wolny rynek, wojna i 45 lat komunizmu oraz to, że Balcerowicz zbyt krótko naprawiał to wszystko. Okazuje się, że tkwiłem w błędzie... Uświadomił mi to dopiero tytan narodowej sprawy Jasiek z Toronto, który opracował niesamowity program dla Polski i Narodu Polskiego. Sam jest jego autorem w 80%... To coś niesamowitego i fascynującego.

A oto wybrane fragmenty/tezy, które porażają swą oczywistością. Dziwię się, że nikt na to jeszcze nie wpadł, ale okazuje się, że jednak trzeba mieć ten narodowy zmysł i geniusz.
1. Zlikwidowanie lichwy (odsetek) bankowej poprzez zreformowanie Systemu Monetarnego. Całkowite zlikwidowanie odsetek bankowych od kredytów na cele publiczne. […] - Jasiek mając pieniądze pozyczy nam bez odsetek (sic!!!)
2. Żadna produkcja Narodowa jak i prywatna inicjatywa wytwórcza na cele publiczne NIGDY nie będzie wstrzymywana kredytem finansowym.  […]
3. Całkowite zlikwidowanie obecnie sztucznego zadłużenia bankowego na terenie Polski i poza Polską w stosunku do innych instytucji finansowych.  […]
5. Całkowite i natychmiastowe zlikwidowanie korupcji, lapówkarstwa, kumoterstwa na wszystkich poziomach administracji panstwowej.  […] - PIS powinien się uczyć od Jaśka (dop. Sadoq)
7. Właścicielami Polski są WSZYSCY POLACY.  […]
8. Zlikwidowanie wszelkich cyklicznych podatków od nieruchomości do celów produkcyjnych i celów prywatnych.  […]
10. Nadanie aktów własności ziem wszystkim Polakom dotychczas dzierżawiącym wszelkie ziemie na terenie Polski.  […] - jeśli ktoś jest właścicielem i wydzierżawił niech się pożegna z własnością - dla dobra Polski i Narodu (dop. Sadoq)
11. Natychmiastowe bezpłatne umożliwienie przyjazdu wszystkich Polaków zamieszkujących obce terytoria państwowe.  […] - dla Jaśka z Toronto też (dopisek Sadoq)
12. Zlikwidowanie wszelakich opłat dokumentów w konsulatach i ambasadach na terenach obcych państw dla Polaków przebywających na stałe lub czasowo w tych państwach.  […]
13. Natychmiastowe przywrócenie Polakom przebywającym na terenach obcych państw prawa głosowania do Sejmu, Senatu i wszelkich ważnych Narodowych referendach.  […]
15. Wypłacanie miesiecznej zapomogi w formie zarobku każdej matce wychowującej dzieci do 18 roku życia.  […]


17. Niezwłocznie domagać się będziemy odzyskania Polskich Ziem Wschodnich zagrabionych Traktatem Ryskim. (lub innymi traktatami)  […]

18. Obowiązkiem każego Polaka będzie posiadanie broni (po uprzednim przeszkoleniu) z chwilą ukończenia 21 lat.  […]

20. Prawo do pracy, prawo do bezprocentowego publicznego kredytu (inwestycyjnego) na cele publiczne każdy Polak niezbywalnie posiadać będzie.  […]

21. Niezbywalne prawo i obowiązek do ochrony Rodziny, majątku czy Ojczyzny będzie to zagwarantowane.  […]

22. W trybie NATYCHMIATOWYM wszelakie rozliczenia z przeszłością a zwłaszcza z tymi, którzy bezprawnie zostali właścicielami majątku Narodu Polskiego będą dokonane.  […]

24. Dokonane zostaną zmiany w trybie natychmiastowym wszystkie ustawy i paragrafy w Konstytucji RP, które nie są zgodne z Racją Stanu Narodu Polskiego, a nowa oparta będzie na Dekalogu z Pisma Świętego.  […]

25. Wszystkie obco-języczne napisy z polskich miast zostaną zlikwidowane w trybie natychmiastowym jak i również imiona i nazwiska zdrajców z nazw ulic za tym.   […]

26. Wszystkie wynalazki, patenty które są złożone w urzędach patentowych zostaną niezwłocznie (jeśli są jeszcze aktualne) wdrożone do produkcji a autorzy ich godziwie wynagrodzeni. […] - na nagrodę czeka turbinka Kowalskiego, trzeba tylko jeszcze wznowić produkcję polonezów (dop. Sadoq)

38. Każda niespełniona obietnica rządu MUSI być zaskarżana do Niezawisłego Sądu przez Naród Polski (lub osoby prywatne).  […]

I moze dodam na chwile obecna kolejny punkt:
41. Zaden Polak czy obywatel RP nigdy nie bedzie przymuszany do eutanazji ani tymbardziej aborcji w sensie ekonomicznym czy politycznym.

Pełny tekst >>> Programu Polskiego Stowarzyszenia Patriotów Narodu Polskiego. program został opracowany przy wsparciu wybitnych postaci i koryfeuszy Independent Internet University.

Dodam jeszcze na koniec - skruszony - że w swej pysze i ignorancji wspierałem wrogów i krwiopijców Narodu Polskiego: Żydów, masonów, wróżbitów, filozofów, talmudystów, łże-elity, żydłaków i cyklistów.

To napisałem ja... Skruszony. Publicznie i uroczyście apeluję, by w moje ślady poszli perfidny Andsol i podstępny talmudysta Telemach.