piątek, 26 czerwca 2009

Rozmowy z dzieckami*...

Minęło 7 miesięcy odkąd rzucił palenie. Było to kolejne podejście i bardzo chciał, by tym razem okazało się skuteczne. Taką w każdym razie miał nadzieję.


Słońce chyliło się ku zachodowi i dzień był ciepły. Szpadel lekko wciskał się w ziemię, która odwracana na druga stronę lśniła wilgocią i pachniała żyzną próchnicą. Lubił to zajęcie, bo wszystko - łącznie z zapachem i wysiłkiem - przypominało mu beztroskie dzieciństwo spędzone u dziadków.


Ogród, łopata i odczuwane intensywaniej niż rok wcześniej zapachy i smaki. Euforia niemalże... nie mógł się nacieszyć i nasycić tym wszystkim, co odczuwał. W pewnym momencie podszedł niepostrzeżenie rezolutny siedmiolatek. Przyglądał się pracy ojca przez chwilę z zaciekawieniem, po czym zapytał:



- Tato! Prawda to, że każdy papieros zabiera 15 minut życia?
- Tak, syneczku! - odpowiedział machinalnie nie przeczuwając zastawionej pułapki. Był przekonany, że w ten sposób utrwali w młodym niechęć do nałogu, z którym zmagał się przez tyle lat.
- Ale teraz jak już nie palisz - kontynuował młody człowiek - to te zabrane minuty wrócą się znowu? Czy tak?
- Nie - odpowiedział machinalnie zajęty kopaniem ogródka. - To, co stracone już nigdy nie wróci.

Nim wybrzmiały ostatnie słowa odpowiedzi usta pytającego przybrały kształt podkówki, a oczy zaszły łzami. Po chwili rozległ się spazmatyczny szloch. Młody człowiek płakał nad utraconym czasem ojca, którego chciał zachować dla siebie, jak najdłużej. Ten zaś zaskoczony przytulił mocno malca chcąc skryć w ramionach jego  rozpacz. Niespodziewanie po raz pierwszy w życiu poczuł, że oto jest ktoś komu zależy na nim szczerze i bezwarunkowo.



______________________________

*dziecka,  z dzieckami - zapożyczona i jak nabardziej świadomie użyta prywatna forma słowa pochodzącego od l.mn.: DZIECI, Z DZIEĆMI...

piątek, 19 czerwca 2009

Kardamonowy przypływ

W umówione miejsce dotarł kilkanaście minut przed czasem. Zatrzymał samochód na poboczu dwupasmowej drogi wjazdowej do miasta. Po prawej stronie, tuż za płytkim rowem, rozpościerał się sosnowy las spowity ponurą zimową aurą.
Nie wyłączając silnika zaciągnął ręczny hamulec, odpiął pasy, odsunął fotel i rozsiadł się wygodnie. Był lekko podekscytowany oczekiwaniem na jej przyjazd. Znał ją tylko tylko ze zdjęcia i ze słyszenia... przez telefon. Za chwilę wyobrażenia miały zderzyć ich z rzeczywistością.
Zamyślony zauważył ją w lusterku, gdy wysiadała z samochodu. Odłożył trzymaną gazetę i szybko wyszedł jej na przeciw. Stanęli w pół kroku przed sobą. Ujrzał jej duże oczy, długie rzęsy, policzki znaczone niesamowitymi piegami i czapkę skrywającą ciemne włosy. Pochylił się i musnał ustami jej policzek. Było to chyba zaskoczeniem dla obojga, miłym zaskoczeniem. Nie mógł oderwać od niej oczu. Ustalili, że pojedzie za nią do miasta.
Po kilkunastu minutach siedzieli w jej ulubionej kafejce. Jeszcze przed spotkaniem obiecała mu kawę z kardamonem. Nie znał tej przyprawy, ale egzotyczna nazwa pobudzała jego zmysł smaku, który od tej chwili miał się mu kojarzyć wyłącznie z nią. W głębi kafejki znaleźli ukryty za wiklinowym parawanem stolik dla dwojga. Wzięli tę część przestrzeni dla siebie.
Kardamonu starczyło tylko dla niego, co sprawiło, że poczuł się wyróżniony. Jej przypadła w udziale kawa z imbirem.
Podniósł filiżankę do ust i wszystko stało się jasne... kardamonowy przypływ.

niedziela, 14 czerwca 2009

Pastelowy (s)pokój

5.55 - Niedzielny majowy poranek. Ostry dźwięk telefonu wyrywał go z objęć snu. Wiedział, co za chwilę usłyszy. Spojrzał na wyświetlony numer telefonu, nacisnął zielony przycisk i powiedział trzeźwo: Słucham?
Spokojny beznamiętny kobiecy głos - po upewnieniu się,  że rozmawia z właściwą osobą - powiedział:
- Pańska matka zmarła dziś o 4,50. Wszelkich informacji udzieli panu lekarz prowadzący, gdy tylko przybędzie pan do szpitala.
W słuchawce zapadła głucha cisza. Przerwana przez niego po chwili suchym Dziękuję.
Usiadł na łóżku, twarz schował dosłownie na moment w dłonie. Po chwili był już w łazience i liczył dudniące o jego głowę krople gorącej wody. Od tej chwili poruszał się niczym automat. Świadomość wróciła na moment, gdy smak kawy wypełnił usta i przez podniebienie uderzał obrazami wspomnień... Pierwszy raz doświadczał przeszłości, która w przyspieszonym tempie przesuwała się obrazami.
7.25 - Odgłos przekręcanego kluczyka i cichy pomruk silnika... Ruszył na spotkanie.
7.40 - Winda zatrzymała się na IV piętrze. Wyszedł i skierował swe kroki do dyżurki pielęgniarek. Jedna z nich zaprowadziła go do drzwi bez oznaczeń, które wielokrotnie mijał odwiedzając matkę codziennie w szpitalu. Niewielkie pomieszczenie, pastelowe ciepłe kolory, stojący wózek z jej zawiniętym w seledynowe płótno ciałem.
Pielęgniarka dyskretnie się wycofała i zamknęła drzwi.
Wziął głęboki oddech i odsłonił seledynowe zawiniątko. Ku swemu zaskoczeniu poczuł ulgę. Z jej twarzy zniknęło cierpienie, wydawała się nawet pogodna.  Już nie cierpisz - pomyślał. Odsłonił całą głowę i dotknął jej... była ciepła. Pochylił się i przywarł swym policzkiem do jej policzka, by po raz ostatni poczuć ją jak kiedyś, gdy nosiła go w swoim łonie, tuliła do piersi, czy ocierała zapłakaną buzię chłopca.
Wiedział, że jej tam już nie ma. Trzymał w ramionach i czuł ciało, które dało mu życie. Jej wędrówka dobiegła kresu. Wypełniło się.
Czuł spokój.

sobota, 13 czerwca 2009

Termometr tolerancji

Od kilkunastu lat doświadczamy zmian w sposobie organizowania społeczeństwa,  zmian obyczajowości i charakterystycznych dla wolnych społeczeństw podziałów politycznych. Skutkuje to zmianami w sposobie użycia języka oraz odmiennej niż kiedyś ekspresji tych zmian.
Język jest czymś żywym i odzwierciedla tego typu zmiany. Przesuwają się sensy i znaczenia słów najczęściej jako skutek, a nie świadoma manipulacja, by nie powiedzieć przekłamanie. Napisałem świadomie najczęściej, gdyż faktem jest to, że na przestrzeni dziejów język był w równym stopniu przestrzenią walki, jak pola bitew, na których lała się krew. W zależności od wyznawanych poglądów, przekonań, systemów wartości, czy przynależności wylewają się różne potoki słów - w tym wyżej podpisanego.
Ostatnio obserwuję dość ciekawe, ale zarazem irytujące manipulacje wokół słowa tolerancja. W swym pierwotnym sensie oznacza ono cierpliwe znoszenie czegoś w mojej przestrzeni, choć nie jest to przeze mnie aprobowane. Jest to na tyle nieuciążliwe, że pozwalam temu czemuś funkcjonować obok siebie. Tak się składa, że określenie tolerancja zawłaszczane jest przez bardzo wąską grupę osób związanych z ruchem homoseksualistów, którzy próbują nadać mu nowy sens i znaczenie. Tolerancja w nowej roli ma równać się akceptacji. Jest to z ich strony celowe rozszerzenie znaczenia tego słowa, by wymusić na uczestnikach dyskursu modną dziś poprawność polityczną. Skoro jesteś tolerancyjny to jednocześnie powinieneś akceptować skłonności i zachowania homoseksualne. Co charakterystyczne, wśród zwolenników tego zawłaszczania, tolerancja jest rozumiania jednokierunkowo, jako akceptacja dla homoseksualizmu. Immanentne takiemu rozumieniu jest odmawianie symetryczności dla poglądów i postaw odmiennych. Taka tolerancja staje się przymusem, zwłaszcza, gdy podejmowane są kroki zmierzające do penalizacji określeń obraźliwych i ocennych. UE zaleca zmianę przepisów prawa tak, by penalizować mowę nienawiści wobec osób o odmiennej orientacji seksualnej. Określenie mowa nienawiści jest tak pojemne, jak niegdyś za komuny zatrzymanie niewygodnych osób na 48 godzin.
Można w Polsce profanować krzyż, Biblię, nazywac odmiennie myślących chorymi z nienawiści, oszołomami, czy ciemnogrodzianami. Można wymieniac cały katalog słów i określeń. Wartościowanie postaw homoseksualnych będzie - jeśli nowe prawo wejdzie w życie - mową nienawiści (sic!!!)
Ten wpis nie jest zobiektywizowany. Wiem to, gdyż jest reakcją na coś z czym się nie zgadzam, by w przestrzeni społecznej budować unijną religię poprawności politycznej. Wpis ten jednak nie jest nieprawdziwy, ani też kłamliwy - nie wypaczam sensu słów, nie zmieniam ich znaczenia. Chcę by słowa były używane w ich właściwym znaczeniu.
Toleruję homoseksualistów, ale nie akceptuję. To moje niezbywalne prawo. Nie są oni w gronie moich przyjaciół i znajomych. Nie sądzę też, by ich poczucie tolerancji było na tyle silne i szczere, by chcieli mieć mnie w gronie swoich znajomych.
Pamiętam spór Wałęsy z Komitetem Obywatelskim w 1990 roku. Oponenci w Komitecie próbowali przekonywać, że rzeczywsitość społeczna, gospodarcza i polityczna w Polsce wygląda inaczej niż twierdził Wałęsa* i krytycy dotychczasowych rządów Mazowieckiego.  Wałęsa skwitował krótko: Stłucz pan termometr, nie będziesz miał gorączki.
* Abstrahuję od późniejszego sprawowania urzędu przez Wałęsę, choć ówczesną diagnozę dotyczącą Polski (o to toczył sie spór) podzielam.

środa, 10 czerwca 2009

Kobiety mojego życia

Cokolwiek mógłbym pomyśleć o inteligentnym projekcie lub teorii ewolucji, czy jakichkolwiek najbardziej wzniosłych ideach filozoficznych, czy systemach religijnych jest to niczym w porównaniu z kobietami mego życia.




[caption id="" align="aligncenter" width="336" caption="Oliwia (ur. 1987)"]
Lenka ur. 28/05/2009

O[/caption]



[caption id="" align="aligncenter" width="195" caption="Stefania (1891-1981)"]Scholastyka (1927-2005)
Scholastyka (1927-2005)

image027[/caption]

czwartek, 4 czerwca 2009

Teoria ewolucji kontra inteligentny projekt

Nie jestem w stanie określić, która z teorii wyjaśniających pochodzenie życia na ziemi jest bliższa prawdy. Nie potrafię też opowiedzieć się po stroniej którejkolwiek z nich z żarliwością wyznawcy. Są dwa powody takiego zawieszenia rozstrzygającego sądu:




  1. Obydwie teorie są równie prawdopodobne i w żaden sposób w swej istocie jedna nie wyklucza drugiej. Są spojrzeniem na tem sam przedmiot z różnych perspektyw.

  2. Obydwie propozycje posługują się w dużej mierze tym samym materiałem badawczym jednakże udzielane przez nie odpowiedzi znacznie wykraczają poza to, co jest intersubiektywnie komunikowalne i sprawdzalne. Udzielane odpowiedzi mają duży ciężar gatunkowym o charakterze filozoficznym i światopoglądowym.


Swego czasu sir Isaac Newton (1643-1727) badając naturę światła doszedł do przekonania, że jego natura to poruszające się w przestrzeni drobinki (łac. corpusculum). W tym samym czasie Christiaan Huygens (1629-1695) badając światło doszedł do wniosku, że ma ono naturę falową i że rozchodzi się, jak fale w ciałach sprężystych.


Propozycja Newtona była paradygmatem w nauce do początku XIX wieku. Później dotychczasowy model okazał się niewystarczający. Wreszcie w 1905 roku Einstein pogodził obydwie koncepcje ogłaszając teorię kwantową. Tyle w formie najbardziej uproszczonej.


Przyznam, że obecny spór pomiędzy wyznawcami teorii ewolucji a propagatorami inteligentnego projektu przypomina ten dotyczący korpuskularnej i falowej natury światła. Rzecz jasna skala sporu, zaangażowania liczby naukowców i natężenie medialne jest nieporównywalnie większe, gdyż dotyka światopoglądu. Obydwie wyjaśniają rzeczywistość związaną w powstaniem życia. Odwołują się do wyników badań, odkryć i często wychodzą poza to, co jest do udowodnienia: tworzą wizje, których spora część jest przypuszczeniem, wnioskiem wysnutym w oparciu o posiadane dane.   A że nie jest to jak 2 plus 2 stąd wnioski są tak różne. Rodzą się kolejne pytania na zasadzie im dalej w las tym więcej drzew. Głośne i modne nazwiska pojawiające się po stronie obydwu - konkurujących o rząd dusz - teorii nie sprawią, że coś stanie się prawdziwe dla wszystkich w sposób nie budzący wątpliwości. Radykalne wypowiedzi stronników jedynie podgrzewają spór.


Swego czasu wydawało się, że propozycja Theillarda de Chardin (1881-1955) zmierza w tym oczekiwanym kierunku, ale w jego próbie pogodzenia ewolucjonizmu z kreacjonizmem było zbyt wiele elementów teologicznych. Kościół oficjalny odrzucił jego propozycje a nauka poszła w innym kierunku. i Teoria ewolucji stała się obowiązującym i wyznawanym paradygmatem o daleko idących konsekwencjach światopoglądowych.


Od jakiegoś czasu próbę przełamania tego paradygmatu podejmują zwolennicy tzw. inteligentnego projektu (kiedyś określani kreacjonistami). Próbują dowieść, że życie w obecnej postaci nie mogło wyewoluować samo z siebie tylko przy pomocy inteligentnego projektanta... zegarmistrza.


Nauka jest in statu viae. Czekam na Einsteina ewolucji i kreacjonizmu, który unieważni dotychczasowe spory.




Amicus Plato, sed magis amica veritas - postępując w latach coraz lepiej rozumiem tę starożytną maksymę.