środa, 25 lutego 2009

Golonka popielcowa 'w' Manhattanie

Zdarzenie, o którym mowa poniżej, miało miejsce 15 lat temu. Wszystko, co z nim związane mam odciśnięte w pamięci  ze szczegółami tak wyraziście, jakby miało miejsce wczoraj.

Pracowałem wówczas w branży reklamowej, dziś byśmy to określili z angielska advertsingiem (brrrrrrr!). Nieodżałowanej pamięci Błażej Naskręcki zaproponował Anrzejowi K. i mnie, byśmy z nim pojechali do restauracji Manhattan znajdującej się na obrzeżach Konina. Nazwa nijak nie przystawała do wyglądu miejsca i jakości sztuki kulinarnej znanej w NowymJorku, ale nie bądźmy wybredni, bo nie to stanowi clou tej opowieści. W każdym razie Błażej skłonił nas do tego wyjazdu podstępem mówiąc, że szefowa zawsze stawia dobre jedzonko, gdy uzgadnia z nią zakres reklamy jej przedsięwzięcia.


Błażej miał wtedy 54 lata, od wielu lat był rozwiedziony. Jego koleżanka małżonka była łaskawa wystawić mu osobiste rzeczy przed blok i wprowadzić na jego miejsce o 14 lat młodszego następcę.  Może czasami był naiwny i łatwowierny, ale to nie jest jakiś szczególny grzech tego człwoieka. Cały czas opiekował się 90-letnią mamą, która była dlań autorytetem. Był z nią emocjonalnie związany jakimś szczególnym rodzajem pępowiny. Zmarł dwa dni po niej nie doczekawszy jej pogrzebu.  O Błażeju można bez żadnego naużycia powiedzieć jedno: był dobrym człowiekiem. 


Gdy dojechaliśmy do Manhattanu właścicielka zgodnie z tym, co mówil Błażej usadziła nas za stołem i zapytała o nasze kulinarne oczekiwania. Błażej powiedział:


-  A może by tak po goloneczce?


- Żaden problem tylko, że to chwile potrwa - powiedziała właścicielka. - Zrobimy dobre goloneczki po bawarsku. Zanim je przygotujemy to proponuję barszczyk z krokiecikiem.


Na myśl o tych pysznościach ślinka pociekła w ustach.  Domówiliśmy jeszcze piwo.


Barszczyk, krokiecik bardzo nam smakowały. Po pewnym czasie na stole pojawiły się cudnie wyglądające i pachnące golonki.  Przedbieg sprawił, że poczuliśmy się bardzo głodni. Golonka Błażeja była o połowę mniejsza niż nasze. Gdy z Andrzejem docieraliśmy do połowy naszych porcji Błażej przełknął ostatni kęs, otarł usta, oparł się wygodnie o krzesło i nagle zmienił się mu wyraz twarzy, jakby dostrzegł diabła:


- O kurwa!!!! Dziś jest Popielec!!!! 


Jedzenie uwięzło nam w gardłach, a wzrok zatrzymał sie na twarzy Błażeja. Po chwili przyszło otrzeźwienie. Argumenty, że nie zrobiliśmy tego z premedytacją, tylko nieświadomie, pozwoliły dokończyć popielcową biesiadę.


- Dobrze, że nie widziała tego moja mama - podsumował Błażej.



Postscriptum


Od wielu lat już w żaden sposób nie jest dla mnie istone  jedzenie lub nie mięsa w dni określane w katolicyzmie postnymi. Ale jest coś takiego jak tradycja, która sprawia, że bez względu na wewnętrzne przekonania (wiara, niewiara, agnostycyzm) staramy się zachować jej zewnętrzne przejawy. I Powiem tak: źle bym się czuł jedząc świadomie mięso w Popielec lub w Wielki Piątek, czy w Wigilię Bożego Narodzenia. 


 


 

sobota, 21 lutego 2009

Cnota stoików - marność Koheleta

Moje doświadczenia z bycia klientem TPSA (jeszcze bardziej pragnienie by nim już nie być) opisane w poprzednim wpisie (ciąg dalszy nastąpi) skłoniły mnie do poczytania starożytnych tekstów stoików, jak i ich szczególnej reminiscencji w starotestamentowej księdze Koheleta, zwanego też Eklezjastesem. Dziwne, ale prawdziwe... życie uczy pokory i sprawia, że człek w cnocie wzrasta. Cnocie rozumianej w sensie pierwotnym, czyli odwadze postępowania w życiu w zgodzie z naturą.


Tytuł niniejszego wpisu może - dla kogoś mało obeznanego z Biblią, jak i pogladami stoików- brzmieć obrazoburczo i budzić wewnętrzny sprzeciw. Ale dla otwartego umysłu, który zna poglądy stoików w warstwie etycznej, jak i mądrościową księgę Koheleta, oczywistym jawią się podobieństwa obydwu prezentacji. W Imperium Romanum - we wszystkich jego zakątkach - dochodziło do przenikania się idei i poglądów. Myśl starożytnych Greków (Zenon z Kition, Chryzyp i in.) przeniknęła także do ówczesnego judaizmu, zwłaszcza poprzez młodych i dobrze wykształconych przedstawicieli ówczesnych elit żydowskich. Stoicy i ich myśl dominowała od III w. przed Chr. aż do nastania ery chrześcijańskie, gdy w 313 r. po Chr. chrześcijaństwo zyskało sankcję prawną i swobodę działania. Nie zniknęła całkowicie, ale przetrwała w różnej formie aż do średniowiecza.


 



Cnota, Efez
Statua Cnoty, Efez

 


 


Według stoików całym światem rządzi wszechogarniająca siła określana mianem pneuma (w Nowym Testamencie to hagion pneuma jest określeniem Ducha Świętego). Ma ona swoje cele i reguły, ona określa prawa natury. Jest ponad wszystkim i przeciwstawianie się jej nie ma sensu, gdyż i tak opór materii zostanie przez nią pokonany. Człowiek, by osiągnąć i odczuwać szczęście powinien uznać jej prymat i żyć zgodnie z jej prawami. By żyć w zgodzie z naturą trzeba posiąść cnotę (gr. arete), która daje pełną znajomość natury, a tym samym pełnię szczęścia. Nie można posiąść cnoty częściowo tak samo, jak nie można być trochę w ciąży, a trochę nie. Wszystko, albo nic... taka jest zasada bycia cnotliwym w  stoicyzmie. Człowiek cnotliwy trzyma żądze i pragnienia na wodzy, bo wie, że występowanie przeciw naturze - rozumianej jako system rzeczy i relacji zdeterminowanych przez pneuma - jest nieskuteczne, a przynosi tylko  ból, cierpienia i rozczarowania.


Podobny myślenie i promowany styl życia znajduje się w księdze Koheleta, który zachęca do pogodzenia się z tym, jaki świat jest, gdyż jakiekolwiek działania mające na celu zmianę są bezcelowe. Wszystko Bóg już określił i człowiek tego nie zmieni. Trzeba to przyjąć jako oczywistość, a wtedy człowiek będzie szczęśliwy żyjąc w zgodzie z Bogiem i jego prawami. 


[1]Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem: [2] Jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono, [3] czas zabijania i czas leczenia, czas burzenia i czas budowania, [4] czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów... (Koh 3,1-4).


[3]Cóż przyjdzie człowiekowi z całego trudu, jaki zadaje sobie pod słońcem? [4] Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi, a ziemia trwa po wszystkie czasy. [5] Słońce wschodzi i zachodzi, i na miejsce swoje spieszy z powrotem, i znowu tam wschodzi. (Koh 1,3-5).



Vanitas vanitatum et omnia vanitas - marność nad marnościami i wszystko marność (Koh 1,2) - cóż więc mi może zrobić TPSA??? Nic. Wszystko ma swój czas.



wtorek, 17 lutego 2009

Prywatna wojna z TPSA

Od maja 2008 roku wydzwaniali do mnie konsultanci z Tele2 (obsługują moją linię telefoniczną) w sprawie uruchomienia poprzez ich firmę usług internetowych. Uprzejmie poinformowałem, by zgłosili się do mnie jesienią tuż przed wygaśnięciem mojej umowy z TPSA na neostradę. Umowa z TPSA była zawarta na czas określony do 17 grudnia 2008. 


Na początu listopada ustaliłem z Tele2 rodzaj usługi i jej cenę. Podwójna szybkość w porównaniu z NEOSTRADĄ i niższa cena. Wielce mi to odpowiadało, gdyż w domu są 4 komputery. 


12/11/2008 złożyłem deklarację, że rezygnuję z dn. 17/12/2008 z przedłużenia umowy na świadczenie usługi neostrada. Przyjęcie dokumentu zostało poświadczone podpisem i pieczątką pracownika Telepunktu w Koninie, przy ul. Powstańców Wielkopolskich. Zadowolony powróciłem do domu i poprosiłem Tele2 o przysłanie umowy, by mogli zweryfikować mnie w jak najszybszym terminie, a przerwa w dostępie do internetu była jak najkrotsza (max. 5-7 dni).


Jakież było moje zaskoczenie, gdy ok. 10 grudnia otrzymałem pisemną informację z Tele2, że nie mogą zrealizować umowy, gdyż TPSA odpowiedziało, że linia jest zajęta.


17/12/2008 punktualnie o północy internet został odłączony. Następnego dnia TPSA wystosowała do mnie pismo z informacją, że umowa została rozwiązana. 


19/12/2008 zdałem modem livebox otrzymując stosowne pisemne potwierdzenie z pieczątką i podpisem pracownicy Telepunktu w Koninie przy ul. Powstańców Wielkopolskich.  Zadowolony wystąpiłem do Tele2 o kolejną umowę. Podpisaną odesłałem 23/12/2008.


Jakież było moje zaskoczenie, gdy 5/01/2009 zadzwoniłem do Tele2 i dowiedziałem się, że moja umowa znów została zablokowana. TPSA na zapytanie z Tele2 poinformowała, że moja umowa z nimi nie została rozwiązana i zamknięta.


Natychmiast zadzwoniłem na tzw. błękitną linię 9393  i zgłosiłem problem, którym niezłwocznie miano się zająć. Okazano mi nawet  zrozumienie i wyrażono ubolewanie za niedogodności... Zadowolony - ufając, że to tylko kwestia paru kliknięć w systemie i sprawa załatwiona - wystąpiłem do Tele2 o kolejną umowę ( trzecią już!!!).


W połowie stycznia Tele2 informuje mnie, że umowa została odrzucona (sic!!!), bo nadal widnieję w systemie TPSA jako jej klient. Krew się we mnie zagotowała, ciśnienie ze 120 skoczyło mi do 180, twarz łagodnego i zrównoważonego faceta przeistoczyła się w facjatę zdziczałego barbarzyńcy. Chwyciłem słuchawkę telefonu i wystukałem numer tzw. błękitnej linii (nomen omen kolor denaturatu), a konsultant doprowadzał mnie wyuczonymi  formułkami do białej gorączki. Istne delirium!!! Ale koniec końców udało się mu ustalić, że ktoś w Telepunkcie w Koninie przy ul. Powstańcow Wielkopolskich popełnił błąd, bo wprowadził moję rezygnację z umowy w jednym punkcie, a rozliczenie się z  modemu livebox w drugim, przez co sprawa ugrzęzła w systemie. 


Dobrej myśli po raz czwarty wystąpiłem do Tele2 o nową umowę. Podpisalem i odesłałem. Teraz już byłem pewien, że będzie wszystko dobrze.


Jakież było moje zaskoczenie, gdy dziś Tele2 poinformowało mnie, że umowa została odrzucona, gdyż nadal widnieję w systemie TPSA jako jej klient.


Zagrzmiało, błysnęło... Chwyciłem słuchawkę, wybrałem numer linii w kolorze denaturatu. Trzymając nerwy na wodzy po ustaleniu mojej tożamości przez konsultantkę uprzejmie zapytałem, jakie są informacje dotyczące moich relacji z TPSA. Pani poinformowała mnie, że nadal mam nierozliczoną i nie zamkniętą usługę neostrada. W tym momencie spontanicznie rzuciłem Kurwa mać!!!. W słuchawce zaległa głucha cisza.


Po chwili beznamiętnym głosem powiedziałem:


Czy byłaby Pani tak łaskawa odpowiedzieć mi na pytanie: Czy mając potwierdzone pisemnie przyjęcie wypowiedzenie umowy, pisemne potwierdzenie z TPSA umowy oraz potwierdzenie pisemne, że zdałem modem livebox mogę być poirytowany?


Pani lekko skonfundowana przyznała mi rację. Zapytałem ją o to kiedy zgłaszałem w tej sprawie reklamację. Przyznała, ze miało to miejsce 5 stycznia. Potwierdziła, że mieli na to 14 dni. Zapytałem się, czy wie jaka dziś jest data. Poprawnie podała, że 16 lutego. Cała rozmowa z przerwami na jej konsultacje wewnątrz TPSA trwała 48 minut.


Dotarła do osoby, która przyjęła ode mnie dokumenty w Koninie i zobowiązała się naprawić swój błąd polegający na braku stosownej adnotacji w systemie TPSA.


Ponoć jutro mam mieć już czyte konto i będę wolnym człowiekiem. Jutro miną 2 miesiące od rozwiązania umowy z TPSA.

niedziela, 15 lutego 2009

Ryt trydencki

Przy okazji całego szumu medialnego związanego z odwołaniem ekskomuniki z tzw. lefebrystów przyjrzałem się bliżej  Bractwu Kapłańskiemu Św. Piusa X założonemu przez arcybiskupa Marcela Lefebvre'a. Okazuje się, że wnikając głębiej w istotę oporu wobec przemian po soborze watykańskim II, głebiej niż medialny szum wokół sztucznego problemu komór gazowych,  jawi się rzeczywistość i ruch religijny o szczególnym znaczeniu dla Kościoła Katolickiego. Patrząc nań z boku i w sposób zobiektywizowany można w nim nawet dostrzec coś w rodzaju Arki Noego na wzburzonym morzu przemian, jakim został poddany w minionych 40-tu latach Kościół.


Głównym celem lefebrystów było i jest zachowanie wierności tradycji soboru trydenckiego. Szczególnym obszarem wierności jest odprawianie mszy wg tzw. rytu trydenckiego, który został zatwierdzony po wsze czasy przez papieża Piusa V bullą Quo primum w 1570 roku. Tak się składa, że postanowienia te z istoty swej nie mogą być odwołane. Lefebryści zostali w pewnym sensie ukarani i napiętnowani za to, że chcieli żyć i modlić się w zgodzie z nauką Kościoła.


Sobór watykański II (1962-1965) nie ogłosił nowych dogmatów, ale dokonał wielu zmian organizacyjnych wewnątrz Kościoła, jak i w jego relacji ze światem zewnętrznym. Jednym ze skutków było ogłoszenie nowego rytu mszy świętej, który naruszał postanowienia i tradycję w odniesieniu do rytu trydenckiego. Zmiany nastąpiły i w samym układzie mszy świętej, jak i języka liturgii (języki narodowe miały być wyjątkiem, a stały się normą).  Papież Paweł VI wprowadził także mszę twarzą do ludu i uczynił z niej raczej ucztę niż misterium ofiarne czym w istocie swej powinna być msza. Był to ukłon w kierunku protestantyzmu, z którym sobór chciał podjąć dialog ekumeniczny.


Trzeba przyznać, że wprowadzenie języków narodowych i odwrócenie ołtarza do wiernych sprawiło, że msza straciła charakter sacrum. Nie przyczyniła się do większej religijności. Posoborowe eksperymenty duszpasterskie sprawiły, że kościoły opustoszały, gdyż zniknęło z nich sacrum. Dla tradycjonalistów przeprowadzone zminay były profanacją.


Z dzieciństwa - jak przez mgłę - pamiętam mszę wg rytu trydenckiego. Charakterystyczny śpiew chorału, wspaniała celebra i metafizyka. Niebo schylało się ku ziemi.







Pokazana powyżej msza celebrowana w opactwie Ecôn (siedziba lefebrystów) uświadamia osobom wrażliwym na piękno, ile straciliśmy rezygnując z rytu trydenckiego. I nieważne jest tu podejście tylko z punktu  czysto religijnego, chodzi też o wartość kulturową, o coś, co kultura współczesna - zasadzona na chrześcijańskich korzeniach - utraciła po zmianach liturgicznych wprowadzonych przez papieża Pawła VI.


 


Zobacz też:


Różnice między rytem trydenckim a rytem współczesnym

środa, 11 lutego 2009

Nie schlebiać motłochowi

Marginalna i głupia wypowiedź lefebrysty biskupa Williamsona na temat komór gazowych, a więc temat historyczny i nie związany z dogmatami katolicyzmu, wywołał burze wokół decyzji papieża o zniesieniu ekskomuniki. Przypomnę tylko, że ekskomunika to kara kościelna nałożona nie za poglądy historyczne tylko za złamanie dyscypliny kościelnej w zakresie (w tym przypaku) wyświęcenia biskupów bez zgody papieża. Stało się to w 1988 roku za Jana Pawła II.


Z pewnym dystansem, rozbawieniem, a nawet zażenowaniem śledziłem komentarze, jakie pojawiły się po decyzji Benedykta XVI. Nie wnikając w niuanase sporu i powodu, dla którego lefebryści popadli w kary kościelne oraz to dla jakich racji papież zdecydował sie je znieść, dziwi mnie wielce, że ludzie będący poza Kościołem lub mający do niego dość osobliwy, a często i wrogi  stosunek zaczęli doradzać, co powinien zrobić papież.


Owszem wolność wypowiedzi obowiązuje, ale wygląda to tak, jakby poprawność polityczna (najprościej mówiąc głupia moda sztucznie  zamazująca różnice zdań) miały decydować, jakie działania powinien podejmować papież. Wszyscy czują się kompetentni i uprawnieni - łącznie z marszałkiem senatu Bogdanem Borusewiczem - by pouczać papieża.


W ślad za nim idą żydzi, ateiści, lewacy i wszelkiej maści szemrane autorytety.


 Okazuje się, że dogmatem, który Kościół powinien przyjąć i ogłosić jest Shoah. Tak się składa, że dla żydów Shoah stało się czymś w rodzaju nowej religii, która zastępuje judaizm jako taki. Dla niektórych cierpienie stało się niezłym biznesem.


Burzymy się, gdy biskupi wypowiadają się na tematy polityczne uznając to za mieszanie się w sprawy państwa, natomiast nie uznajemy autonomii Kościoła w zakresie dyscypliny wewnętrznej. Jeszcze tak nie jest na szczęście i mam nadzieję, że tak się nie stanie, że o poglądach i poprawności doktryny kościelnej bedą decydować tłumy wrogów Kościoła, albo jakieś referenda. Kościół, gdy szedł pod prąd stawał się silny. Gdy zaczynał schlebiać motłochowi ulegał marginalizacji.



PS. Jezus - gdyby przyszło działać mu współcześnie - spotkałby sie z ostracyzmem, gdyż jego język daleki był i... jest od nowomowy współczesnej Europy. Mówienie prawdy wbrew powszechnym mniemaniom budzi gniew tzw.  autorytetów. Często jest z nimi tak, jak profesorem prowadzącym wykład. W pewnym momencie wstaje student i mówi: Ależ Panie profesorze! Pańska teza jest niezgodna z faktami!!!. Na to niczym niezrażony profesor: tym gorzej dla faktów.


Zobacz też: Swąd szatana w Sekretariacie Stanu


Przykłady tzw. autorytetów:


Ks. Michał Czajkowski (esbecki kapuś przeciwny lustracji), Andrzej Czuma (ponoć krystalicznie uczciwy)


 

niedziela, 8 lutego 2009

Czas zaklęty w kamieniach

Przeglądając ubiegoroczne zdjęcia z rowerowych wędrówek po Koninie przykuło moją uwagę jedno wykonane od strony ulicy Wodnej. Stromy odcinek ul. Śliskiej prowadzący ku Placowi Wolności. Soczysta zieleń lipcowego popołudnia, odczuwany cień wiekowego klonu i ten tunel czasu, który się otwiera, gdy znajdujesz się w miejscach mających swą historię.


sliska1


 


Takie miejsca zawsze nastrajają mnie metafizycznie. W jakiś bliżej niewyjaśniony sposób przenoszę się w czasie i słyszę stukot końskich kopyt i dźwięk żelaznych obręczy kół wozów ciągnionych po bruku. Odgłosy ludzkich nawoływań, pozdrowień...


Od dziecka towarzyszy mi bliżej nieokreślony smutek, że nie mogę skorzystać z wehikułu czasu, który pozwoliłby przenieść się choć na parę chwil w te same miejsca, ale o 100-200 lat wcześniej.


Przeszłość jest zaklęta w kamieniah, murach i miejscach. Ludzie i przeszłe zdarzenia wyzierają i krzyczą tak bezgłośnie, że słyszą to tylko nieliczni. 


sliska2

sobota, 7 lutego 2009

Po drugiej stronie...

Od zawsze lubiłem cmentarze i to niekoniecznie z jakichś nekrofiliskich upodobań, choć ze zmarłymi miałem do czynienia od dziecka i to bez odczuwania szczególnej obawy kontaktu z ich ciałem.


Te dość nieoczekiwane refleksje naszły mnie,  gdy trafiłem na poniższe zdjęcie pokazujące mumię królowej Seszseszet, matki faraona Tetiego z VI dynastii. 



Pamiętam, jak w wakacje 1974 roku razem ze starszym bratem kopaliśmy na cmentarzu dół pod rodzinny grobowiec. Miejsce, w którym miał powstać, zanajdowało się w narożniku cmentarza tuż przed furtką prowadząca w dół do pobliskiego jeziora. Miejsce zadrzewione i zacienione, co było ważne ze względu na panujące wówczas upały. Rozebraliśmy stary nagrobek, pod którym od blisko 50 lat spoczywał Władysław, starszy brat babci  Marianny, zamordowany przez Cyganów... dzisiaj - ze względu na idiotyczną poprawność językową - wypadałoby użyć określenia  "Romów". Jednak samo poderżnięcie mu gardła i ukrycie go w stogu siana nie było w żaden sposób poprawne.


Ziemia była piaszczysta i żółta. Bardzo lekko się kopało. Okazało się, że oprócz szczątków wuja Władysława (czaszka z włosami, szkielet, buty, deska spodnia trumny w całości, fragmenty ubrania) wydobyliśmy jeszcze 8 innych szkieletów w całkiem dobrej formie. Pamiętam jak dziś, że w godzinach wieczornych - tuż po zmroku - kości świeciły niczym jakiś szczególny fluorescent. Budziło to z jednej strony dreszczyk emocji, z drugiej fascynację. Tak jakby stanowiło to dotknięcie wielkiej tajemnicy... Tremendum et fascinosum


Widziałem i dotykałem cudzych szczątków, które kiedyś obleczone w ciało i krew... żyły, kochały, pragnęły, marzyły, cierpiały i nienawidziły.


W tym miejscu zakończę starożytną nagrobną sentencją, którą poddaję pod refleksję:


Byłem Kim jesteś, jestem Kim będziesz


------------


PS. Kiedyś szczegółowiej opisze swe relacje i kontakty z tymi, którzy już przeszli na drugą stronę.

piątek, 6 lutego 2009

Rowerem do nieba

W wigilię Bożego Narodzenia 2008 ukończył 85 lat.  


Jak zawsze uśmiechnięty i rozgadany. Jedynie słuch nieco słabszy i wymagający głośniejszego mówienia w jego obecności, ale to szczegół biorąc pod uwagę ogólny stan zdrowia i rześkość.


scan100671


Na powyższym zdjęciu ze swoim pierwszym rowerem w 1935 roku. Wówczas  nie przypuszczał, że stanie się jego nieodłącznym towarzyszem.


Od prawie 30 lat mieszka sam nie wymagając praktycznie żadnej pomocy i wsparcia. Codziennie celebruje ten sam rytuał. Rano o 8. pobudka, wyjazd rowerem do sklepu po świeże pieczywo i prasę, śniadanie, lektura i studiowanie języka niemieckiego. W południe znów wyjazd rowerem w trasę wokół okolicznych jezior i lasów. Powrót. Drzemka. Jakiś skromny obiad. Lektura. Popołudniem wyjazd rowerem do znajomych na pogawędke. 


Jeszcze kilka lat temu udzielal korepetycji wnukom swoich znajomych z chemii, matematyki i języka polskiego.


Codziennie przemierzał 20-30 km. Wcześniej było to nawet 50.


Kilka dni temu coś zaburzyło ten rytm. Jelita przestały pracować. Dzięki wsparciu i informacji od życzliwych sąsiadów trafił do szpitala. Niezwłocznie przeprowadzony zabieg uratował mu życie. 


Narzekał, że położyli go ze staruchami i chorymi i że on nie może znieść cudzych jęków i leżenia w szpitalu itp. itd. Mówił, że czuje się jeszcze bardziej chory niż przed przyjazdem. Na drugi dzień po operacji, podczas porannego obchodu, zapytał lekarza kiedy będzie mógł wsiąść na rower.


Jakież było jego niedowierzanie i rozczarowanie, gdy lekarz powiedział, że będzie to możliwe dopiero za 6-8 tygodni.


Jest coś w powiedzeniu, że nie przesadza się starych drzew. A on jest jak to drzewo... przyzwyczajony do swojego rytmu i miejsc, po których sie porusza i które sprawiają, że czuje życie. 


Niektórzy - jak w piosence Dwa Plus Jeden - chcą trafić do nieba windą. On zajedzie tam rowerem bez niczyjej pomocy i to w czasie, który sam uzna za stosowny.

środa, 4 lutego 2009

Niewzruszoność idei?

Liderzy polityczni głoszą poglądy mające w swej wymowie charakter absolutny i ostateczny. Przywódcy religijni dają gotowe recepty na zbawienie (czytaj:  wikuistą szczęśliwość). Filozofowie układają systemy opisujące i wyjaśniające rzeczywistość w sposób wyczerpujący i doskonały. 


Niektórzy z nich nawet wierzą, że jest tak, jak głoszą.


PAN CZAS w sobie właściwy sposób wszystko weryfikuje... idee również.



200804102280

niedziela, 1 lutego 2009

Przypływy

Pisać, czy nie pisać? - oto jest pytanie!!!


Porzucając jesienią ub. roku pisanie bloga sądziłem, że mimo to będe miał ochotę odwiedzać zaprzyjaźnione miejsca. Okazało się to płonną nadzieją... Potrzebowałem odpocznienia od rzeczywistości jaką było blogowisko. Czułem się tak, jakbym uciekał z osiedla mieszkaniowego epoki socrealizmu na obrzeża miasta do...  swego domu, który niczym bezpieczna warownia chronił mnie zakrzewionym i  zadrzewionym ogrodem.


Potrzebowałem tego niczym postu na pustyni, by nabrać emocjonalnej i duchowej tężyzny. 


Dziś przegladając niektóre blogi zauważyłem, że jestem jednak w innym miejscu.... Osobiste nawalanki, dyskusje we własnym gronie, odwoływanie się do zaszłości i zawiści blogowych, wilcze stada agresywnych komentatotorów z jednej i reduty obronnej złożonej z drugich.


Nadal nie wiem, czy mam coś sensownego do powiedzenia w tej przestrzeni, z której czmyhnąłem jakiś czas temu. Podejmę jednak trud powrotu licząc, że znajdę tu miejsca, w których spotkam interesujących interlokutorów.


 


20080925599