czwartek, 31 grudnia 2009

Zaczadzenie

Przesłanka nr 1.
Jeśli masz wyraziste poglądy narodowo-katolickie i na dodatek z miłości dla ojczyzny mieszkasz od wielu lat poza nią, to wiesz, że za wszystkie nieszczęścia w Polsce i na świecie odpowiadają Żydzi i cykliści... oraz Google, Yahoo, Facebook, a także Andsol i Sadoq.

Przesłanka nr 2.
Jeśli jesteś narodowo-katolickim patriotą to wiesz, że Jezus nie był Żydem. Tak głoszą tylko Żydzi i nienawistni prawdziwej wierze zżydziali biskupi, i zażydziałe umysły pożytecznych idiotów. Maria, matka Jezusa, nie była prawdopodobnie Żydówką

Przesłanka nr 3.
Jeśli jesteś narodowym-katolikiem to dla Ciebie Kościół katolicki po Vaticanum II nie jest już prawdziwym Kościołem, tylko instytucją na usługach Żydów i instytucji, którymi ci zarządzają.

Questiones

1. Jeśli katolickość, czyli powszechność KK jest czymś najistotniejszym w głoszeniu Ewangelii, to jak się to ma to patrzenia na rzeczywistość i opisywanie jej poprzez ksenofobiczne uprzedzenia do innych nacji? Paweł z Tarsu głosił: Nie masz już Żyda, ani Greka.

2. Jeśli Jezus nie był Żydem, to urodził się jako kto? Wszak w myśl nauki KK będąc Bogiem stał się także prawdziwym człowiekiem, a skoro prawdziwy człowiek to także prawdziwa narodowość.

3. Jeśli Vaticanum II wypaczyło KK i nie jest on z papieżem prawdziwym Kościołem, to gdzie są prawdziwe owieczki i prawdziwa owczarnia?

środa, 23 grudnia 2009

Milczenie

Ostatnio znów zrobiło się głośno wokół Piusa XII po podpisaniu przez Benedykta XVI dekretu o heroiczności jego cnót. Dekret ten otwiera drogę do beatyfikacji tego - kontrowersyjnego dla środowisk żydowskich i lewicowych - papieża. Nad wszystkim, co dotyczy Piusa XII, ciąży propaganda sowiecka  z okresu zimnej wojny oraz to, że Pius XII nie wykonał żadnych medialnych gestów w obronie Żydów. Wybrał metodę organicznej pomocy bez zbędnego rozgłosu.



Zasadnicze pytanie brzmi: Co jest lepsze: głośno krzyczeć i protestować przeciwko czemuś, co nieuniknione, czy raczej skutecznie ratować... bez zbędnego rozgłosu?


Uratowałem pokój dla mojego pokolenia - krzyczał Chamberlain po powrocie z konferencji w Monachium w 1938 roku. Z Daladierem, premierem Francji, oddał Hitlerowi część Czechosłowacji. Działali bez mandatu tych, w imieniu których decydowali (sic!!!). Rok później, 3 września 1939, Anglia i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę. Ich rządy głośno protestowały przeciwko agresji na Polskę i...  nie zrobiły nic. Dosłownie NIC.


Podzielam opinię kard. W. Kaspera, który powiedział, że beatyfikacja jest wewnętrzną sprawą Kościoła. Natomiast zastanawia mnie fakt, że archiwa watykańskie dotyczące pontyfikatu Piusa XII będą w pełni otwarte dopiero za 5-6 lat. Skoro jest tak, że wszystko, co dotyczy tego papieża jest jasne i klarowne i nie ma nic z tych rzeczy, które przypisują mu nieprzychylni, to nie ma powodu, by nadal to ukrywać. Znane są sprawy do 1939 roku, warto poznać całość i wytrącić krytykom Piusa XII oręż.


Niedopowiedzenia i ociąganie się w tej materii budzą uzasadnione wątpliwości.


niedziela, 20 grudnia 2009

Kara śmierci... sprawiedliwość

Przed laty telewizja polska pokazała film pt. Oto Ameryka. Były tam pokazane przejawy życia i zdarzeń w Ameryce, o jakich przeciętny człowiek nie miał wyobrażenia. Nie będę wspominał o ludziach mieszkających w kanałach, czy o zajadaniu się smażonymi dżdżownicami. Najbardziej wstrząsnął mną passus pokazujący wykonanie kary śmierci na krześle elektrycznym. Nie było to inscenizowane, to było nagranie prawdziwej egzekucji.  W tym wszystkim najbardziej poruszał nie fakt uśmiercenia człowieka, który na to zasłużył, ale sama bezwzględna procedura uśmiercania. Wtedy na wiele lat stałem się przeciwnikiem stosowania kary śmierci.




[caption id="" align="alignleft" width="175" caption="Scrape TV"][/caption]

Powodem radykalnej zmiany poglądu nie było współczucie dla skazańca, ani też możliwość sądowej pomyłki i skazanie niewinnego. Patrzyłem na to z punktu widzenia tych, którzy w imieniu prawa wykonywali tę karę. Na bok odkładam teorie sprawiedliwości, z których jedne w wymierzanej karze widzą cel wychowaczy i odstraszający, inne zaś (bliskie memu myśleniu) za cel sprawiedliwości stawiają odpłatę (retrybucja), gdzie zastosowana i wykonana kara przywraca równowagę w naruszonym porządku moralnym.


Stawiałem sobie pytanie, co czułbym i w jaki sposób odczłowieczałoby mnie zabijanie w imieniu prawa. W procedurze egzekucji uczestniczy wielu ludzi i nie jest tak, że nie ma to bez wpływu na ich psychikę, na ich relacje międzyludzkie, rodzinne. Jak można zabijać i być kochającym ojcem, dziadkiem, czułym mężem. Zabijanie odwrażliwia egzekutora i stępia uczucia wyższe, pozostawia trwały ślad w jego psychice.




Ja egzekwuję prawo i nie zastanawiam się, jakie skazańcy mieli życiorysy, jakich adwokatów i co ich doprowadziło do Bloku Śmierci. Znam tylko podstawowe dostępne dane na ich temat i nie mam do skazańców osobistego stosunku. Oni są przegranymi bitwami, beznadziejnymi przypadkami, nad którymi nie warto już rozdzierać szat - uważa Dave Garraghty [naczelnik więzienia w Greensville] - Rzeczpospolita z 7 marca 2001.



Do przedwczoraj sądziłem, że to jest wystarczający powód, by być przeciwnikiem kary śmierci. Mam tu na myśli troskę o duszę i wrażliwość wykonawców. Jednak dwa dni temu Anisia Gwiazdolica, gdy tylko podzieliłem się z nią przemyśleniami na ten temat, zwróciła mi uwagę na rzecz bardziej bulwersującą niźli to, co dzieje się z wykonawcami kary śmierci. W USA w egzekucjach biorą udział świadkowie: za jedną szybą prokurator, adwokaci, dziennikarze i przedstawiciele społeczności lokalnej, w drugim pomieszczeniu rodzina skazańca. Zrozumiały jest udział rodziny, która chce towarzyszyć w ostatnich chwilach skazańcowi, także udział prokuratora jest oczywisty, bo dopilnowuje z urzędu wykonanie prawa. Ale co z tymi, którzy nie mają żadnego osobistego stosunku do skazańca i przychodzą oglądać jego śmierć? Czy nie służy to obrzydliwej żądzy delektowania się widokiem śmierci człowieka?


Świadkowie ci jawią się niczym żądna krwi gawiedź obserwująca w średniowieczu łamanie kołem, czy ścięcie toporem. Więcej krwi, więcej krwi...




[caption id="" align="aligncenter" width="450" caption="Foto z www.flatrock.org.nz"][/caption]

czwartek, 17 grudnia 2009

Żyd Jezus, Żydówka Maria

Gdy przyglądamy się religiom innym niż chrześcijaństwo, ich księgom i głoszonym w nich prawdom z reguły mamy przeświadczenie o jakiejś nierzeczywistości tego, co w nich opisywane. Nie znaczy to, że wszystko w nich jest nieprawdziwe. Raczej chodzi o to, że zostało opisane w sposób dalece odbiegający od tego, co wydaje się możliwe. Sam kształt opisu jest zdeterminowany przez przyjęte na wiarę tezy, które należało w jakiś sposób uprawdopodobnić. Z trzeźwym oglądem nie mamy problemu, gdyż spoglądamy na religie spoza europejskiego kręgu kulturowego.


Kłopot zaczyna się, gdy próbujemy wniknąć w to, na czym zasadza się chrześcijaństwo oraz w jakim stopniu opisywane w Biblii zdarzenia są zgodne z tym, co faktycznie się wydarzyło. Zderzamy się tu z naruszeniem kulturowych szablonów, poprzez które interpretowana jest rzeczywistość społeczna... Wkraczamy w obszar kulturowego tabu i wywołujemy agresję jego czcicieli. Każde pytanie poddające w wątpliwość chrześcijańskie sacrum lub wypowiedź inaczej opisująca tę rzeczywistość wywołują zajadły atak strażników czystości wiary.


Natrafiłem na tekst o billboardzie umieszczonym przed jednym z anglikańskich kościołów w Nowej Zelandii. Wywołał gwałtowne reakcje i został zniszczony w ciągu kilku godzin od pojawienia się. Smutny Józef. trudno przebić Boga.



Lektura na powyższy temat wpisała się w pewną dyskusję, a raczej próbę uczestniczenia w dyskusji, na jednym z narodowo-ultra-katolickich blogów dotyczącym prawdziwej natury Boga i dopuszczalności stawiania tezy, że Jezus i jego matka Maria byli Żydami. Oto wybrane wypowiedzi strażników prawdy:




Jezus będąc jednorodzonym Synem Bożym nie moze być Żydem – odsyłam do podanych już przeze mnie argumentów. Jego Matka tak, kultura w której Jezus Chrystus jako człowiek żył na ziemi – też może byc określona narodowościowo. Przymierze Boga z kimkolwiek nie świadczy o narodowości Boga, bo Ten jej mieć nie może – jako Przedwieczny. Byłoby to ograniczeniem nieograniczonego i nieograniczalnego Boga przez nas, ludzi (Wojwid).




Jesli ktos urodzil sie w stajni, to wcale nie oznacza ze jest koniem…
Jezeli Polak urodzilby sie w i-sra-elu, to wcale nie oznacza ze bylby zydem…
W dalszym ciagu nie ma dowodu na to, ze Maryja – Matka Syna byla zydowka…, bowiem bardzo watpie w to, aby Sam Bog wybral Niepokalana Dziewice z narodu, ktory zerwal z Nim Przymierze… (Jasiek z Toronto).




Nie wie również [Sadoq], iż Kościół opiera się nie tylko na Biblii, ale w równej mierze na Tradycji, z Biblii zaś istotne są Ewangelie. Stary Testament o tyle jest ważny, o ile prorokuje pojawienie się Mesjasza, reszta zaś to w zasadzie (niekiedy piękne) żydowskie bajeczki (Cham Wiejski).



To tylko próbka błyskotliwie-przaśnych argumentów w obronie katolickości przed żydostwem. Dowody Biblijne z Ewangelii Jana 1,1-17 pomijane są milczeniem, gdyż nie pasują do obrazu ich Jezusa. A podany jest tam rodowód jednoznacznie określający przynależność Jezusa do narodu żydowskiego. Nadto jedną z przesłanek przeciw żydowskiemu pochodzeniu Marii i Jezusa ma być to, że posługiwali się językiem aramejskim, a nie hebrajskim. Nieważne jest, że w tym czasie hebrajski był językiem martwym i wykorzystywanym jedynie w liturgii. Odrodzenie języka nastąpiło dopiero w połowie XX wieku.


Prawdziwych katolików i Polaków nie przekonuje też passus z Katechizmu Kościoła katolickiego, który jest wyrazem wiary i prawd wywodzących się z Biblii i Tradycji. Podpisał i zatwierdził go papież.


Katechizm w rozdz. I w pkt 423 wyraźnie stwierdza: Wierzymy i wyznajemy, że Jezus z Nazaretu, urodzony jako Żyd z córki Izraela w Betlejem…


Głową muru nie przebijesz... ano nie przebiję.

niedziela, 13 grudnia 2009

Święto świateł

Po niedawnym orzeczeniu trybunału w Strasburgu w tzw. sprawie krzyża w jednej z włoskich szkół szaleństwo zidiociałej poprawności politycznej zaczyna ogarniać niektórych światłych dyrektorów. W szkole podstawowej w Cremonie (północne Włochy) zastąpiono święta Bożego Narodzenia wymyślonym ad hoc Świętem Świateł!!! W jaki sposób miałoby to łączyć różne religie i kultury do końca nie wiem. W każdym razie swego czasu komuniści w Polsce urządzali uroczyste nadanie imienia, zamiast chrztu, czy Wszystkich Świętych zastąpili nekrofilnie brzmiącym "świętem zmarłych".


Uzasadnienie decyzji cremońskiego dyrektora szkoły tyleż szczytne, co pozbawione sensu. Argumentacja związana z wielokulturowością i koniecznością szacunku dla odmiennych przekonań religijnych uczniów nie może i nie powinna prowadzić do zacierania i usuwania symboli i wartości kultury miejsca, które udzieliło im gościny. Gość nie ma prawa niszczyć miejsca gospodarza, a zasada gościnności nie może prowadzić do zgody na unicestwianie tego, co gospodarzowi miłe. Przybysze zachowując swoją kulturę i przekonania powinni poznawać gospodarzy i próbować wpisać się w tę przestrzeń.


Muzułmanie znakomicie wykorzystują zasoby Europy w umacnianiu się w niej demograficznie. Wielodzietne muzułmańskie rodziny korzystają z zasiłków rodzinnych, które miały być zachętą do większej dzietności wśród białych Europejczyków (sic!!!). Muzułmańscy goście nie zamierzają się z tą Europa integrować tylko ją przejmować i organizować na swoją modłę.  Zagrożenia związane z ustępowaniem muzułmanom w Europie dostrzegała i nagłaśniała już Oriana Falacci. Najwyraziściej opisała to w głośnym artykule Wściekłość i duma, który był pierwszym tak rozpoznawalnym ostrzeżeniem przed zagrożeniem cywilizacji i kultury współczesnej Europy. Niedawno zaś Szwajcarzy w referendum zakazali szpikowania swego kraju minaretami. Uznali, że tego byłoby już za wiele.


Blisko sto lat temu - o dziennikarzach bezkrytycznie piszących o rewolucji bolszewickiej - jej przywódca Włodzimierz Lenin mówił pożyteczny idiota (ros. полезный идиот). Dziś o tym, co w kwestii traktowania symboli chrześcijańskich i dawania pierwszeństwa uczuciom imigrantów proponuje współczesne prawodawstwo unijne, co mówią unijni politycy oraz to, co wynika z  rozstrzygnięć strasburskiego Trybunału,  przypomina pożyteczne zidiocenie... niestety.


sobota, 3 października 2009

Opadły mgły...

Popełniwszy poprzedni wpis zdałem sobie sprawę z rzeczy naprawdę ważnych w życiu. Wyraziłem to odwołując się do Małego Księcia i Róży.  Okazuje się bowiem, że pewien stan niedopowiedzenia pozwala każdemu znaleźć coś właściwego sobie. Taki jest właśnie wymiar tej przywołanej książeczki.  Jak zapewne zauważyli nieliczni, acz najwierniejsi goście tego bloga, coraz rzadziej odnoszę się do bieżączki, z jaką można się zetknąć w publikatorach wszelakiej maści, czy blogach będących refleksem tego wszystkiego, co można nazwać sieczką.


Podróże kształcą? To prawda, ale podróże służbowe i te niepowtarzalne chwile o poranku to cudowny czas na refleksje i emocje...  Z przykrością przenoszę się w codzienność i walkę o byt po godzinie ósmej, gdy dźwięk telefonu wyrywa mnie z objęć metafizyki. Ale zanim to nastąpi napotykam takie miejsca i widoki, jak poniżej, że zatrzymuję samochód na poboczu i przenoszę się w inny wymiar...





PS. To tyle tytułem powrotu do Was. Dziękuję za pamięć i wpisy przywołujące mnie z planety Małego Księcia :-)

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Księżniczka Różyc(z)ka

Każdy ma jakieś swoje ulubione opowieści, historie i zdarzenia, do których lubi wracać. Niektórzy mają jeszcze stare zdjęcia i bibeloty przechowywane w szufladach, czy ulubione książki.  Sadoq też dysponuje takimi opowiastkami i historyjkami, które lubi z lubością powtarzać. Powtarzanie to ponoć objaw starzenia, ale Sadoq nie przejmuje się tym zbytnio. Pośród wielu książek ma tę jedną ulubioną, do której wraca przynajmniej raz w roku i na nowo przenosi się we wpisane w nią przestrzenie i zdarzenia... z lubością zanurza się w jej świat i wyznawane prawidła.


Mały Książę Antoine Saint-Exupéry'ego - bo tą zacną historyjką Sadoq jest zniewolony - to świat nieskażonych relacji i odpowiedzialności za innych. Wypowiadane tam prawdy jawią się niczym oczywiste oczywistości, a jednak są dla Sadoqa odkrywcze. Chciałby wykrzyczeć: Eureka!!! - niczym sławetny Pan Archimedes wyskakujący nago z kąpieli. Sadoq tak sobie myśli, że Saint-Exupéry nolens volens napisał książeczkę o... kobiecie (nie: o kobietach!!!), a zilustrował ją najpiękniejszym kwiatem, jakim jest róża. Opisując dialog Róży z Małym Księciem wykazał w nim wszystkie wady (czyżby?) i zalety niewiasty. Tę dumną i delikatną Różę można tylko podziwiać, kontemplować, zachwycać się, wzdychać i... kochać.


Wiekowy już ten Sadoq i przez lata jego życia było wokół niego wiele kobiet, ale dopiero teraz zaczął... pojmować zjawiskową i - jakże odmienną od jego własnej - naturę kobiecości.


Taki Pan Saint-Exupéry zrozumiał to znacznie wcześniej, gdyż zachował naturę dziecka.

piątek, 14 sierpnia 2009

Operacja Dunaj etc.

Pierwsza myśl.


Pora iść do kina, w którym nie byłem od ładnych paru lat. Właśnie przeczytałem informację, że pojawił się film, który do czasów minionych podchodzi nie bogoojczyźniano na kolanach, ale w stylu CK Dezerterów: Operacja Dunaj - przygody załogi zaginionego czołgu

Druga myśl


Stare z nowym. A ostrzegali, by nie nalewać młodego wina do starych bukłaków, ani też naszywać łat na stare sukno...

2009-08-13 07.06.01




Trzecia myśl


Są takie rzeczy i... miejsca na tym świecie, że aż ciarki przenikają ciało. Strach się bać (-:


2009-08-09 07.52.21

piątek, 31 lipca 2009

Życie, jako towar i... wartość?

Przesłanka 1.

Kilka dni temu przeczytałem tekst/wspomnienie pt. Nie mogłam pozwolić, by umarł w samotności.  Przyznam, że mam mieszane uczucia w sprawie eutanazji, ale po tej lekturze lepiej rozumiem tych, którzy decydują się na taki krok. Życie... moje życie jest wartością dla mnie, ale też i dla innych. Jest tym, co mamy najwartościowsze, ale czy tak jest w rzeczywistości w każdym przypadku? Jaką wartość dla mnie ma moje cierpienie, mój ból fizyczny i psychiczny i moja niewypowiedziana beznadzieja?

Przesłanka 2.

Jadąc do pracy usłyszałem rano w wiadomościach, że surogatka z Łodzi walczy o dziecko, które zgodziła się urodzić za 30 tys. zł. Dziecko genetycznie nie jest z nią związane, gdyż materiał pochodzi od wnoszących opłatę za... usługę. Kobieta twierdzi, że w czasie ciąży związała się emocjonalnie z noszonym w łonie dzieckiem.

Przesłanka 3.

1 sierpnia 1944, godz. 17.00. 63 dni walki o godność i wolność. Ofiara krwi i życia za... innych.

Romantyzm? Bezsens? Szaleństwo? A może jednak Gloria victis?

[caption id="" align="aligncenter" width="323" caption="Powstanie Warszawskie"][/caption]

sobota, 18 lipca 2009

Kanibalizm?



Przesłanka nr 1.
A gdy oni jedli, Jezus wziął chleb i odmówiwszy błogosławieństwo, połamał i dał uczniom, mówiąc: «Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje». Następnie wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, dał im, mówiąc: «Pijcie z niego wszyscy, bo to jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów. [Mt 26, 26-28]

Przesłanka nr 2
Najpierw święty Sobór naucza oraz otwarcie i jasno wyznaje, że w Boskim Sakramencie św. Eucharystii po konsekracji chleba i wina Pan nasz Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, znajduje się prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie [kan. 1] pod postaciami owych widzialnych rzeczy. Albowiem nie jest to sprzeczne, abyZbawiciel nasz zasiadał zawsze w niebiosach po prawicy Ojca naturalnym sposobem obecności, a mimo to był obecny w swojej substancji na wielu innych miejscach sposobem istnienia wprawdzie ledwo słowami wyrażalnym, który jednak jako dla Boga możliwy możemy pomyśleć i mocno mamy wierzyć.

[...] jest niesłychanie wielkim występkiem, kiedy niektórzy uparci i przewrotni ludzie czynią z nich fałszywe i zmyślone metafory, przeczące prawdzie ciała i krwi Chrystusa [Sobór Trydencki, Sesja XIII, Dekret o Najświętsym Sakramencie]

Definicja
Kanibalizm: «zjadanie mięsa ludzkiego przez innych ludzi» lub «pożeranie się osobników tego samego gatunku wskutek głodu, zagęszczenia populacji itp.» [Słownik Języka Polskiego]

czwartek, 16 lipca 2009

Panna z dzieckiem

W określonych sytuacjach próbujemy przyjąć postawę lepszych od innych, choć tak naprawdę nie mamy ku temu żadnych podstaw.  Swego czasu miałem okazję usłyszeć powiedzenie będące żywą ilustracją takiej postawy lepszości wobec seksu i rzekomego rozpasania młodych ludzi:

Owszem, panną byłam dziecko miałam, ale co to to nie.



[caption id="" align="aligncenter" width="220" caption="Panna z dzieckiem"]Panna z dzieckiem[/caption]

poniedziałek, 13 lipca 2009

Kolor benzyny

Niedziela dla Pana C. zaczęła się dość wcześnie. W czasie, gdy większość jeszcze trwała w rozkosznych objęciach Morfeusza postanowił pojechać zatankować służbowy samochód. Przed wyjściem z domu wypił mocną kawę, by odpędzić natrętnie powracającą senność. Po kilku minutach był już na stacji paliw. Otworzył wlew paliwa i sięgnął po jeden z czterech dystrybutorów. Lekko zdziwił się ceną, jaka wyskoczyła na ciekłokrystalicznym liczniku... 4,49 zł za litr ON.
 Ale te ceny szaleją - pomyślał i uruchomił tankowanie.
Cyferki przeskakiwały chyżo podczas, gdy Pan C. sennie rozglądał się wokół siebie. Po chwili tankowanie zatrzymało się na 55 litrach. Wyciągnął pistolet tankujący i odkładając go na miejsce zamarł w bezruchu... szczęka opadła mu niemalże pod koła samochodu, a oczy powiększyły się do wielkości pięciozłotówek...
Miejsce, w które odstawiał urządzenie opisane było... benzyna U-95.
Zły sen, mara, deja-vu... Mózg ludzki naprawdę zaskakuje. Nie wiedzieć czemu przypomniał się w tym momencie Panu C. obraz, którego był świadkiem kilkanaście lat temu. Na stację paliw podjechała kobieta i zatrzymała się przy dystrybutorze tuż przed Panem C.
 Proszę zatankować do pełna - powiedziała do mężczyzny z obsługi.- Niebieską, czy żółtą? - spytał.- A jakie ma pan jeszcze kolory - spytała całkiem poważnie kobieta-kierowca.

Zamiast pointy.
100,00 zł - olej napędowy w zbiorniku
246,95 zł - zatankowane paliwo (benzyna)
300,00 zł - holowanie 
300,00 zł - wypompowanie benzyny zmieszanej z olejem napędowym: 
SUMA: 946,95 zł

Szerokiej drogi... wszystkim


czwartek, 2 lipca 2009

Sadoq ezoteryką rażony

Wordpress ma parę fajnych funkcji, z których Sadoq korzysta coraz częściej. Ostatnio posłużył się zabawką readomattic, która podpowiada blogi, pasujące do interesujących go tagów. Traf chciał, że wyświetlił się blog, w którym autorka o wdzięcznym nicku Astromaria popełniła tekst pt. Msza (nie)święta. Skrytykowała w nim kanibalizm judeo-chrześcijańskiego Boga, który każe spożywać ciało i krew swego syna, jednym tchem  przeszła do zbrodni pedofilii w kościele katolickim, dalej wspomniała o sierocińcach katolickich postawionych na cmenatrzyskach i wyciągneła tezę graniczącą z pewnością, że kościół katolicki jest sektą satanistyczną (sic!!!).


Sadoq, jak to Sadoq, kulturalnie zwrócił uwagę o pomieszaniu porządków i wątków. Okazało się - w opinii ezoterycznej Astromarii - że nic nie zrozumiał z doniosłości głoszonych przez nią tez, gdyż jest zapewne katolickim fanatykiem lub racjonalistą. Tajemna zaś wiedza PT Autorki (prywatnie prowadzącej gabinet astrologiczno-ezoteryczny) wykracza znacznie ponad to, co może pojąć swym skażonym i ograniczonym umysłem.


Gdy Sadoq wczytał się w inne astromaryjne teksty, dowiedział się, że i owszem mógłby się czegoś dowiedzieć, ale powinien kulturalnie poprosić i zapłacić (sic!!!). No to Sadoq pomyślał sobie, że popełnił nietakt wobec oświeconej ezoteryczki, ale brnął dalej i próbował nawiązać dialog. A o to kilka smakowitych zdań z odpowiedzi autorki bloga skierowanych do Sadoqa:




  • Witam zahipnotyzowaną owieczkę.

  • Nie będę ci tu podawać na tacy wiedzy, którą posiadam,

  • Sadoq: czy ty aby na pewno umiesz czytać ze zrozumieniem?

  • ...że KRK jest sektą satanistyczną? Takich dowodów nie ma i nigdy nie będzie. I na tym właśnie opiera się potęga tych dwóch ogłupiaczy niepodzielnie sprawujących rządy nad ludzkością...

  • prawda jest zupełnie gdzie indziej. I my właśnie jej szukamy.

  • Mogłabym ci tu teraz szczegółowo wytłumaczyć o co chodzi, ale po co, skoro jesteś przekorny jak mały Jasio i wszystko odrzucasz.

  • Ani razu nie ustosunkowałeś się merytorycznie do niczego, co ci odpowiedziałam, więc nie wiem, po co bijemy pianę po próżnicy. Najwyraźniej gadają ze sobą gęś z prosięciem.

  • Noż... w mordę jeża i kurtka w dętkę! - zaklął Sadoq najsiarczyściej, jak tylko potrafi. - Jakaż gęś, prosię, czy mały Jasio ze mnie?

    Czuł się, jak po wyładowaniu pioruna.


    Zdezorientowany, co do własnej tożsamości wyjrzał przez okno i postanowił rozładować wywołane ezoteryką napięcie. Rower zaś sprzyja refleksji i ukojeniu myśli.





    [caption id="attachment_569" align="aligncenter" width="300" caption="Collage (Bzyk vel Schicha)"]Collage (Bzyk vel Schicha)[/caption]

    piątek, 26 czerwca 2009

    Rozmowy z dzieckami*...

    Minęło 7 miesięcy odkąd rzucił palenie. Było to kolejne podejście i bardzo chciał, by tym razem okazało się skuteczne. Taką w każdym razie miał nadzieję.


    Słońce chyliło się ku zachodowi i dzień był ciepły. Szpadel lekko wciskał się w ziemię, która odwracana na druga stronę lśniła wilgocią i pachniała żyzną próchnicą. Lubił to zajęcie, bo wszystko - łącznie z zapachem i wysiłkiem - przypominało mu beztroskie dzieciństwo spędzone u dziadków.


    Ogród, łopata i odczuwane intensywaniej niż rok wcześniej zapachy i smaki. Euforia niemalże... nie mógł się nacieszyć i nasycić tym wszystkim, co odczuwał. W pewnym momencie podszedł niepostrzeżenie rezolutny siedmiolatek. Przyglądał się pracy ojca przez chwilę z zaciekawieniem, po czym zapytał:



    - Tato! Prawda to, że każdy papieros zabiera 15 minut życia?
    - Tak, syneczku! - odpowiedział machinalnie nie przeczuwając zastawionej pułapki. Był przekonany, że w ten sposób utrwali w młodym niechęć do nałogu, z którym zmagał się przez tyle lat.
    - Ale teraz jak już nie palisz - kontynuował młody człowiek - to te zabrane minuty wrócą się znowu? Czy tak?
    - Nie - odpowiedział machinalnie zajęty kopaniem ogródka. - To, co stracone już nigdy nie wróci.

    Nim wybrzmiały ostatnie słowa odpowiedzi usta pytającego przybrały kształt podkówki, a oczy zaszły łzami. Po chwili rozległ się spazmatyczny szloch. Młody człowiek płakał nad utraconym czasem ojca, którego chciał zachować dla siebie, jak najdłużej. Ten zaś zaskoczony przytulił mocno malca chcąc skryć w ramionach jego  rozpacz. Niespodziewanie po raz pierwszy w życiu poczuł, że oto jest ktoś komu zależy na nim szczerze i bezwarunkowo.



    ______________________________

    *dziecka,  z dzieckami - zapożyczona i jak nabardziej świadomie użyta prywatna forma słowa pochodzącego od l.mn.: DZIECI, Z DZIEĆMI...

    piątek, 19 czerwca 2009

    Kardamonowy przypływ

    W umówione miejsce dotarł kilkanaście minut przed czasem. Zatrzymał samochód na poboczu dwupasmowej drogi wjazdowej do miasta. Po prawej stronie, tuż za płytkim rowem, rozpościerał się sosnowy las spowity ponurą zimową aurą.
    Nie wyłączając silnika zaciągnął ręczny hamulec, odpiął pasy, odsunął fotel i rozsiadł się wygodnie. Był lekko podekscytowany oczekiwaniem na jej przyjazd. Znał ją tylko tylko ze zdjęcia i ze słyszenia... przez telefon. Za chwilę wyobrażenia miały zderzyć ich z rzeczywistością.
    Zamyślony zauważył ją w lusterku, gdy wysiadała z samochodu. Odłożył trzymaną gazetę i szybko wyszedł jej na przeciw. Stanęli w pół kroku przed sobą. Ujrzał jej duże oczy, długie rzęsy, policzki znaczone niesamowitymi piegami i czapkę skrywającą ciemne włosy. Pochylił się i musnał ustami jej policzek. Było to chyba zaskoczeniem dla obojga, miłym zaskoczeniem. Nie mógł oderwać od niej oczu. Ustalili, że pojedzie za nią do miasta.
    Po kilkunastu minutach siedzieli w jej ulubionej kafejce. Jeszcze przed spotkaniem obiecała mu kawę z kardamonem. Nie znał tej przyprawy, ale egzotyczna nazwa pobudzała jego zmysł smaku, który od tej chwili miał się mu kojarzyć wyłącznie z nią. W głębi kafejki znaleźli ukryty za wiklinowym parawanem stolik dla dwojga. Wzięli tę część przestrzeni dla siebie.
    Kardamonu starczyło tylko dla niego, co sprawiło, że poczuł się wyróżniony. Jej przypadła w udziale kawa z imbirem.
    Podniósł filiżankę do ust i wszystko stało się jasne... kardamonowy przypływ.

    niedziela, 14 czerwca 2009

    Pastelowy (s)pokój

    5.55 - Niedzielny majowy poranek. Ostry dźwięk telefonu wyrywał go z objęć snu. Wiedział, co za chwilę usłyszy. Spojrzał na wyświetlony numer telefonu, nacisnął zielony przycisk i powiedział trzeźwo: Słucham?
    Spokojny beznamiętny kobiecy głos - po upewnieniu się,  że rozmawia z właściwą osobą - powiedział:
    - Pańska matka zmarła dziś o 4,50. Wszelkich informacji udzieli panu lekarz prowadzący, gdy tylko przybędzie pan do szpitala.
    W słuchawce zapadła głucha cisza. Przerwana przez niego po chwili suchym Dziękuję.
    Usiadł na łóżku, twarz schował dosłownie na moment w dłonie. Po chwili był już w łazience i liczył dudniące o jego głowę krople gorącej wody. Od tej chwili poruszał się niczym automat. Świadomość wróciła na moment, gdy smak kawy wypełnił usta i przez podniebienie uderzał obrazami wspomnień... Pierwszy raz doświadczał przeszłości, która w przyspieszonym tempie przesuwała się obrazami.
    7.25 - Odgłos przekręcanego kluczyka i cichy pomruk silnika... Ruszył na spotkanie.
    7.40 - Winda zatrzymała się na IV piętrze. Wyszedł i skierował swe kroki do dyżurki pielęgniarek. Jedna z nich zaprowadziła go do drzwi bez oznaczeń, które wielokrotnie mijał odwiedzając matkę codziennie w szpitalu. Niewielkie pomieszczenie, pastelowe ciepłe kolory, stojący wózek z jej zawiniętym w seledynowe płótno ciałem.
    Pielęgniarka dyskretnie się wycofała i zamknęła drzwi.
    Wziął głęboki oddech i odsłonił seledynowe zawiniątko. Ku swemu zaskoczeniu poczuł ulgę. Z jej twarzy zniknęło cierpienie, wydawała się nawet pogodna.  Już nie cierpisz - pomyślał. Odsłonił całą głowę i dotknął jej... była ciepła. Pochylił się i przywarł swym policzkiem do jej policzka, by po raz ostatni poczuć ją jak kiedyś, gdy nosiła go w swoim łonie, tuliła do piersi, czy ocierała zapłakaną buzię chłopca.
    Wiedział, że jej tam już nie ma. Trzymał w ramionach i czuł ciało, które dało mu życie. Jej wędrówka dobiegła kresu. Wypełniło się.
    Czuł spokój.

    sobota, 13 czerwca 2009

    Termometr tolerancji

    Od kilkunastu lat doświadczamy zmian w sposobie organizowania społeczeństwa,  zmian obyczajowości i charakterystycznych dla wolnych społeczeństw podziałów politycznych. Skutkuje to zmianami w sposobie użycia języka oraz odmiennej niż kiedyś ekspresji tych zmian.
    Język jest czymś żywym i odzwierciedla tego typu zmiany. Przesuwają się sensy i znaczenia słów najczęściej jako skutek, a nie świadoma manipulacja, by nie powiedzieć przekłamanie. Napisałem świadomie najczęściej, gdyż faktem jest to, że na przestrzeni dziejów język był w równym stopniu przestrzenią walki, jak pola bitew, na których lała się krew. W zależności od wyznawanych poglądów, przekonań, systemów wartości, czy przynależności wylewają się różne potoki słów - w tym wyżej podpisanego.
    Ostatnio obserwuję dość ciekawe, ale zarazem irytujące manipulacje wokół słowa tolerancja. W swym pierwotnym sensie oznacza ono cierpliwe znoszenie czegoś w mojej przestrzeni, choć nie jest to przeze mnie aprobowane. Jest to na tyle nieuciążliwe, że pozwalam temu czemuś funkcjonować obok siebie. Tak się składa, że określenie tolerancja zawłaszczane jest przez bardzo wąską grupę osób związanych z ruchem homoseksualistów, którzy próbują nadać mu nowy sens i znaczenie. Tolerancja w nowej roli ma równać się akceptacji. Jest to z ich strony celowe rozszerzenie znaczenia tego słowa, by wymusić na uczestnikach dyskursu modną dziś poprawność polityczną. Skoro jesteś tolerancyjny to jednocześnie powinieneś akceptować skłonności i zachowania homoseksualne. Co charakterystyczne, wśród zwolenników tego zawłaszczania, tolerancja jest rozumiania jednokierunkowo, jako akceptacja dla homoseksualizmu. Immanentne takiemu rozumieniu jest odmawianie symetryczności dla poglądów i postaw odmiennych. Taka tolerancja staje się przymusem, zwłaszcza, gdy podejmowane są kroki zmierzające do penalizacji określeń obraźliwych i ocennych. UE zaleca zmianę przepisów prawa tak, by penalizować mowę nienawiści wobec osób o odmiennej orientacji seksualnej. Określenie mowa nienawiści jest tak pojemne, jak niegdyś za komuny zatrzymanie niewygodnych osób na 48 godzin.
    Można w Polsce profanować krzyż, Biblię, nazywac odmiennie myślących chorymi z nienawiści, oszołomami, czy ciemnogrodzianami. Można wymieniac cały katalog słów i określeń. Wartościowanie postaw homoseksualnych będzie - jeśli nowe prawo wejdzie w życie - mową nienawiści (sic!!!)
    Ten wpis nie jest zobiektywizowany. Wiem to, gdyż jest reakcją na coś z czym się nie zgadzam, by w przestrzeni społecznej budować unijną religię poprawności politycznej. Wpis ten jednak nie jest nieprawdziwy, ani też kłamliwy - nie wypaczam sensu słów, nie zmieniam ich znaczenia. Chcę by słowa były używane w ich właściwym znaczeniu.
    Toleruję homoseksualistów, ale nie akceptuję. To moje niezbywalne prawo. Nie są oni w gronie moich przyjaciół i znajomych. Nie sądzę też, by ich poczucie tolerancji było na tyle silne i szczere, by chcieli mieć mnie w gronie swoich znajomych.
    Pamiętam spór Wałęsy z Komitetem Obywatelskim w 1990 roku. Oponenci w Komitecie próbowali przekonywać, że rzeczywsitość społeczna, gospodarcza i polityczna w Polsce wygląda inaczej niż twierdził Wałęsa* i krytycy dotychczasowych rządów Mazowieckiego.  Wałęsa skwitował krótko: Stłucz pan termometr, nie będziesz miał gorączki.
    * Abstrahuję od późniejszego sprawowania urzędu przez Wałęsę, choć ówczesną diagnozę dotyczącą Polski (o to toczył sie spór) podzielam.

    środa, 10 czerwca 2009

    Kobiety mojego życia

    Cokolwiek mógłbym pomyśleć o inteligentnym projekcie lub teorii ewolucji, czy jakichkolwiek najbardziej wzniosłych ideach filozoficznych, czy systemach religijnych jest to niczym w porównaniu z kobietami mego życia.




    [caption id="" align="aligncenter" width="336" caption="Oliwia (ur. 1987)"]
    Lenka ur. 28/05/2009

    O[/caption]



    [caption id="" align="aligncenter" width="195" caption="Stefania (1891-1981)"]Scholastyka (1927-2005)
    Scholastyka (1927-2005)

    image027[/caption]

    czwartek, 4 czerwca 2009

    Teoria ewolucji kontra inteligentny projekt

    Nie jestem w stanie określić, która z teorii wyjaśniających pochodzenie życia na ziemi jest bliższa prawdy. Nie potrafię też opowiedzieć się po stroniej którejkolwiek z nich z żarliwością wyznawcy. Są dwa powody takiego zawieszenia rozstrzygającego sądu:




    1. Obydwie teorie są równie prawdopodobne i w żaden sposób w swej istocie jedna nie wyklucza drugiej. Są spojrzeniem na tem sam przedmiot z różnych perspektyw.

    2. Obydwie propozycje posługują się w dużej mierze tym samym materiałem badawczym jednakże udzielane przez nie odpowiedzi znacznie wykraczają poza to, co jest intersubiektywnie komunikowalne i sprawdzalne. Udzielane odpowiedzi mają duży ciężar gatunkowym o charakterze filozoficznym i światopoglądowym.


    Swego czasu sir Isaac Newton (1643-1727) badając naturę światła doszedł do przekonania, że jego natura to poruszające się w przestrzeni drobinki (łac. corpusculum). W tym samym czasie Christiaan Huygens (1629-1695) badając światło doszedł do wniosku, że ma ono naturę falową i że rozchodzi się, jak fale w ciałach sprężystych.


    Propozycja Newtona była paradygmatem w nauce do początku XIX wieku. Później dotychczasowy model okazał się niewystarczający. Wreszcie w 1905 roku Einstein pogodził obydwie koncepcje ogłaszając teorię kwantową. Tyle w formie najbardziej uproszczonej.


    Przyznam, że obecny spór pomiędzy wyznawcami teorii ewolucji a propagatorami inteligentnego projektu przypomina ten dotyczący korpuskularnej i falowej natury światła. Rzecz jasna skala sporu, zaangażowania liczby naukowców i natężenie medialne jest nieporównywalnie większe, gdyż dotyka światopoglądu. Obydwie wyjaśniają rzeczywistość związaną w powstaniem życia. Odwołują się do wyników badań, odkryć i często wychodzą poza to, co jest do udowodnienia: tworzą wizje, których spora część jest przypuszczeniem, wnioskiem wysnutym w oparciu o posiadane dane.   A że nie jest to jak 2 plus 2 stąd wnioski są tak różne. Rodzą się kolejne pytania na zasadzie im dalej w las tym więcej drzew. Głośne i modne nazwiska pojawiające się po stronie obydwu - konkurujących o rząd dusz - teorii nie sprawią, że coś stanie się prawdziwe dla wszystkich w sposób nie budzący wątpliwości. Radykalne wypowiedzi stronników jedynie podgrzewają spór.


    Swego czasu wydawało się, że propozycja Theillarda de Chardin (1881-1955) zmierza w tym oczekiwanym kierunku, ale w jego próbie pogodzenia ewolucjonizmu z kreacjonizmem było zbyt wiele elementów teologicznych. Kościół oficjalny odrzucił jego propozycje a nauka poszła w innym kierunku. i Teoria ewolucji stała się obowiązującym i wyznawanym paradygmatem o daleko idących konsekwencjach światopoglądowych.


    Od jakiegoś czasu próbę przełamania tego paradygmatu podejmują zwolennicy tzw. inteligentnego projektu (kiedyś określani kreacjonistami). Próbują dowieść, że życie w obecnej postaci nie mogło wyewoluować samo z siebie tylko przy pomocy inteligentnego projektanta... zegarmistrza.


    Nauka jest in statu viae. Czekam na Einsteina ewolucji i kreacjonizmu, który unieważni dotychczasowe spory.




    Amicus Plato, sed magis amica veritas - postępując w latach coraz lepiej rozumiem tę starożytną maksymę.



    sobota, 30 maja 2009

    W strugach deszczu

    Deszcz, odgłos spadających kropel, szum drzew, las, mokre buty i nogawki spodni, mokra od deszczu twarz... Sam ze sobą, ze swymi myślami, z dala od zgiełku.



    Po prostu uczta.




    [caption id="" align="aligncenter" width="410" caption="Jezioro w deszczu - Ślesin 2009"]Jesioro w deszczu - Ślesin 2009[/caption]

    [caption id="" align="aligncenter" width="410" caption="Schronienie pod mostem - Ślesin 2009"][/caption]




    [caption id="" align="aligncenter" width="410" caption="Po drugiej stronie jeziora - Ślesin 2009"][/caption]


    sobota, 23 maja 2009

    Wiara - niewiara - praktyka

    Po głowie chodził mi całkiem inny wpis, którym twórczo zainfekowała moje szare komórki Defendo. Rzecz o słowie łóżko. Nie jestem jeszcze gotów do pisania o łóżku. Brakuje mi jeszcze paru skojarzeń i odniesień. Jest to zagadnienie bardzo poważne i tak też będzie potraktowane:-)


    Dziś natomiast sprowokował mnie Piotr 55-ty komentarzem na blogu u szamańskiej Flamenco: Wydaje mi się, że idziesz na łatwiznę generalizując polski stosunek do religii, wiary i kościoła. Okazuje się, że stara maksyma, że gdy dwóch mówi to samo, niekoniecznie mają to samo na myśli sprawdza się w przytoczonym fragmencie komentarza. Kwestia Kościoła i wiary pojawiła się na zasadzie obiter dictum i nie można mieć pretensji o możliwe inne rozumienia użytych określeń. Szybkość dyskusji sprawia, że mamy do czynienia ze swoistego rodzaju qui pro quo.


    Odróżniam dwie rzeczy w sposób zasadniczy: wiarę i praktykę w odniesieniu do jakiejkolwiek denominacji chrześcijańskiej, czy też religii niechrześcijańskich. Mówiąc o wierze nie mówię o instytucji, która jest namacalną emanacją religii, ale nie jest religią, a tym bardziej urzędnicy tej instytucji.


    Wiara to dla mnie (w odniesieniu do religii rzecz jasna) pewien stan umysłu przyjmujący za fakt istnienie bytów niematerialnych, bóstw mających wpływ na życie człowieka i świata. Przekonania wynikające z wiary są niedowodliwe na gruncie naukowym i z gruntu o takie dowodzenie nie występują, gdyż uważają, że rzeczywistość do której się odnoszą znacznie wykracza poza możliwości poznawcze człowieka. O ironio! podobny problem mają także niewierzący w istnienie nadprzyrodzoności, gdyż ich poglądy o naukowości takiego poglądu też są naciągane.


    Czynnikami mającymi wpływ na wiarę (niewiarę w tych rozważaniach pomijamy) są poglądy wyrażone w świętych księgach poszczególnych religii (np. Biblia, Koran). A że księgi te w swej treści są niejednoznaczne wymagają interpretacji. Interpretacja zaś to rola liderów religijnych, różnych świętych mężów, których interpretacje i wyjaśnienia wchodzą do tradycji danej religii. Formalne struktury religii instytucjonalizują jedne interpretacje i przekładają to na praktykę w formie zaleceń, nakazów, propozycji. W swej istocie każda z religii zakłada, że przyznający się do niej wyznawcy znają i pisma źródłowe, jak i też tradycję w stopniu umożliwiającym mówienie o sobie, że jest się wierzącym.




    [caption id="" align="aligncenter" width="427" caption="Mistrz praktyki"]Mistrz praktyki[/caption]

    Współczesny katolicyzm, prawosławie, protestantyzm w przeważającej swej praktyce jest wydmuszką: są formami bez treści. Nieco lepiej to wygląda u tzw. nowych kościołów, które z racji swej ewangelicznej gorliwości i nieliczności dbają o lepszą formację intelektualną swych wyznawców.

    Często jest tak, że są wierzący niepraktykujący - wiara na zasadzie, że pewnie jest jakaś transcendencja i na wszelki wypadek na poziomie mentalnym przyjmować, że Bóg jest. Nie znają zasad wiary, albo znają w stopniu znikomym. Czasami uczestniczą w ceremoniach religijnych. Towarzyszące im wówczas przeżycia wzruszenia (radość, smutek) nie są wiarą tylko stanem emocji. Emocje to nie jest wiara.


    Są praktykujący*, ale niewierzący, którzy poddają się naciskowi opinii i rodziny. Poza tym mogą lubić ceremoniał religijny.


    I wreszcie wierzący i praktykujący-praktykujący**: wierzący w transcendencję, znający zasady swej religii i stosujący w życiu codziennym jej zasady.


    *Praktykowane są tylko zewnętrzne ceremoniały bez wypełnienia ich treścią wiary



    ** Znane są i praktykowane są treści wyznawanej religii

    sobota, 16 maja 2009

    Flirt, uwodzenie... Pamiętnik zmarłego

    Kilka wpisów wcześniej popełniłem tekst pt. Google'omaniak. To było o mnie i przyznam, że jestem z tego określenia dumny. Słowo google zaczyna funkcjonować w różnych odmianach i zastosowaniach niczym swego czasu kuroniówka, bitles itp. Nazwa firmy stała się czasownikiem, przymiotnikiem, obelgą...


    Ostatnio z dużym zaciekawieniem śledzę na blogu Defendo dyskusję dotyczącą flirtu i manipulacji. Przednia uczta... Uczestnicy dyskusji - wywołanej chytrością wpisu Autorki - chcą i mają wiele do powiedzenia. Ba! Odkrywają się. Nawet urlopowany Logos Amicus wychynął z uśpienia i wtrącił swoje trzy grosze.


    Ale jak zawsze (niemalże) pojawi się w trakcie dyskusji ktoś, kto pożywia się i czerpie satysfakcję z obrzucania innych błotem (by użyć najłagodniejszego określenia). Zauważyłem - bładząc po tzw. blogosferze - że poza wolnymi strzelcami, wręcz pasjonatami, którzy ciekawie i ze swadą opisują potyczki z rzeczywistością (Barnaba o sporcie, David relacjonujący dzień po dniu swój powrót do kraju przodków, czy Mag pisząca Schulzem), funkcjonują grupy blogerów i ich nadwornych komentatorów, którzy niczym wilcze stada rzucają się na wybrane blogi. Dla mnie to oznaka słabości i jałowości ich wirtualnego bytu. Są jak wampiry, jak czarne dziury, które żywią się cudzą materią, świecą światlem odbitym tych, których atakują.  Nie chodzi o to, by we wszystkim zgadzać się z blogerem i pisać jak to miło i przyjemnie i bla bla bla, ale o merytoryczną dyskusję, czy spór. Jeśli zamiast racji pojawia się stek wyzwisk i obelg mamy do czynienia ze słabeuszem, miernotą intelektualną, tchórzem...


    Defendo doświadcza tego samego, co nieco wcześniej Flanela. Jeden z blogerów - w towarzystwie nicków, które wydawały mi się dalekie od takich miejsc (przykro widzieć je w takim miejscu) - walczy o rzekomą jakość wpisów na blogach. Czuje się niczym arbiter elegantiarum, lecz w nim ani umiejętności rozstrzygania, a tym bardziej elegancji.


    U Defendo pojawił się jakiś troll o nicku nudziarz. Nie starczało mu bluzgać w towarzystwie sobie podobnych. Z ciekawości kto zacz ów nudziarz zagooglowałem rzeczonego impertynentna. Przeglądając wyrzucone przez wyszukiwarkę odniesienia natrafiłem na miejsce, które sprawiło, że było mi szkoda czasu na identyfikację tchórza. Odkryłem bardzo stary blog pt. Pamiętnik zmarłego.  Spisywany był pomiędzy 13/02 a 5/03/2002. Sam wygląd jakiś taki zmurszały, nieciekawy... Rzuciłem okiem, myśląc, że to jakaś kolejna prowokacja. Z każdym przeczytanym zdaniem uświadamiałem sobie, że czytam autentyczny zapis myśli osoby, która świadoma jest zbliżającej sie śmierci.


    Tuż przed końcem tej niedługej lektury miałem łzy w oczach. Cóż!!! Wzruszyłem się, jak cholera. Cały czas we mnie siedzą i krzyczą przeczytane słowa, mimo iż zostały spisane kilka lat temu. Życie to radość flirtu, uwodzenia, szczęścia, ale i umieranie. Wszystko ma swój czas i miejsce pod słońcem.


    Dobrze jest googlować, a trolli ignorować.


    PAMIĘTNIK ZMARŁEGO

    poniedziałek, 11 maja 2009

    Chleb zamiast igrzysk

    ziarna_chleb

    Nic tak nie jest wyraziście wpisane w pamięć emocjonalną jak smak chleba z dzieciństwa. Nie bez kozery juz starożytni wiedzieli, że chleb jest tym, co daje władcom siłę przetargową w walce o utrzymanie się na tronie. Lud zawsze chciał chleba i igrzysk (łac. panem et circenses )... przy czym chleb był na pierwszym miejscu, gdyż człowiek syty chętniej ulegał rozrywkom. Najedzony i zabawiany nie był skory do rewolty przeciwko władcy.


    W sklepach można kupić różnego rodzaju pieczywa, ale przyznam, że w pamięci mam ten pieczony u dziadków w piecu na brytfannie. Raz w tygodniu był pieczony na cały tydzień. Zachowywał świeżość i cudowny smak. Niedawno powróciłem do wypieku chleba na własne potrzeby, choć jest to zupełnie coś innego niż chleb z dzieciństwa. Niemniej jest smaczniejszy niż gotowce ze sklepowych półek.


    Jeśli chcielibyście posmakować czegoś innego oto mój przepis na chleb domowego wypieku:



    1. Mąka chlebowa 1100 - 1 kg (Sklep Kaufland)
    2. Suszone drożdże - 2 opakowania
    3. Ziarno słonecznika - 1/2 szklanki
    4. Siemię lniane - 1/2 szklanki
    5. Pestki dyni - 1/2 szklanki
    6. Otręby pszenne - 1/2 szklanki
    7. Otręby owsiane - 1/2 szklanki
    8. 800 ml ciepłej wody
    Wymieszać mikserem, wlać do prodiża lub foremki. Pozostawić na 90 minut.
    Następnie wstawić do rozgrzanego piekarnika (200 stopni C).
    Piec przez 45 minut.
    A oto efekt!!!


    chleb domowego wypieku



     

    Post scriptum

    Dla zainteresowanych fanów chleba podaję ciekawe miejsce na wordpressie pod uroczym tytułem Moja Piekarnia.

    sobota, 9 maja 2009

    Co byś krzyknął na szczycie góry?

    Jesteśmy żarłoczni posiadania... Chcemy mieć dobra pracę, dom, ogród, samochód, mądre i wykształcone dzieci. Marzymy, by zwiedzać świat, poznawać miejsca, ludzi. Przeżyć jakąś niesamowitą przygodę. 


    Pożeramy wszystko, chłoniemy i ciągle nam wszystkiego mało. Jeśli kiedykolwiek zatrzymujemy się na moment to tylko po to, by znów chłonąć wszystko niczym żarłoczne koparko-dinozaury znane z księżycowych krajobrazów kopalni odkrywkowych.



    Pytanie postawione w tytule wpisu padło wczoraj w rozmowie ze znajomą nauczycielką, która od kilku lat prywatnie studiuje psychotronikę. Rozmawialiśmy o tekście, jaki napisała jej córka do miesięcznika Charaktery i od słowa do słowa doszliśmy w rozmowie do pewnej techniki poznawania siebie poprzez wywiad z samym sobą.


    Jedno z pytań tego autowywiadu uderzyło mnie w szczególny sposób, bo odwoływało się nie do rozumu, ale do najbardziej podstawowych emocji, jakie w nas drzemią i opisują nas takimi jakimi jesteśmy:


    CO BYŚ KRZYKNĄŁ NA SZCZYCIE GÓRY?


    Dosłownie w momencie przywołałem bardzo wyraziste wspomnienie niesamowitego przeżycia z lipca 1975 roku, jakim było wejście przed świtem na szczyt Trzy Korony w Pieninach. I ten cudowny wschód słońca, istna metafizyka... 



    Jakżesz piękny jest ten świat!!!







     

    środa, 6 maja 2009

    Dbaj o przyjaciół...

    Dziś doświadczyłem fantastycznego podwójnego puknięcia młoteczkiem w czółko. Czasami dobrze poczuć wstrząs pobudzający szare komórki pamięci. Wiemy, że nasz twardy dysk wymaga radykalnych metod naprawy. Dwoje blogowych przyjaciół - poprzez stosowne komentarze pod moim poprzednim wpisem - w przyjacielski sposób przypomniało o swoim istnieniu. Czuję się zawstydzony swoim zaniedbaniem.


    Bloguję od września 2007 - z przerwami rzecz jasna - i poznałem w tej przestrzeni wielu wspaniałych blogerów. O niektórych zapomniałem...



    Barnaba w swym blogu ECHA WYDARZEŃ pisze o sporcie, który jest jego pasją od zawsze. Przez całe życie zawodowe był dziennikarzem sportowym. Gdy przeszedł na zasłużoną emeryturę, okazało się, że pisząc całe życie nie może tego zajęcia ot tak odstawić i zająć się działką, czy wizytami u lekarza. Machina wprawiona w ruch przed ponad pięćdziesięciu laty jest rozpędzona i skumulowana energia musi znajdować ujście.
    O sporcie pisze ze swadą i pasją. Są tam i fakty sportowe, ale i odniesienia do wielu różnych sytuacji około sportowych, historycznych. Czytając odczuwamy niemalże powiew wiatru na twarzy i czujemy się uczestnikami opisywanych wydarzeń.
    Znam także inne teksty Barnaby i wiem, że fantastycznie maluje słowami. Warto przeczytać dwa teksty, które ilustrują moje przekonanie: Barnaba i Barnaba na mecie.

    Donwinka ze swoim obiektywem pojawiła się latem ub. roku, gdy sam zacząłem publikować na tym blogu zdjęcia (ostatecznie tego zaniechałem na rzecz tekstów). Donwinka dzieliła się i dzieli tym, co ją zachwyca i urzeka. Jest przykładem osoby,która w prosty i przejrzysty sposób pokazuje oczami obiektywu swój świat, swoje radości i swój punkt widzenia.


    Barnabo i Donwinko! Jeszcze raz dziękuję za przyjacielski gest.

    piątek, 1 maja 2009

    Google'omaniak

    Każdy, kto choć raz zajrzał na mój blog, mógłby sądzić, że facet jest troszkę staroświecki w sposobie myślenia, a klawiaturę komputera wykorzystuje do zapisów tego wszystkiego, co majaczy się w jego głowie i (według niego rzecz jasna) jest godne obwieszczenia. Taki nieszkodliwy i mający aspiracje do bycia jyntelegentem  starszy pan.
    Otóż w życiu, jak i w sieci, występujemy w różnych rolach, które nie do końca pokazują nas takimi, jakimi jesteśmy w rzeczywistości. Rola odsłania tylko maleńki nasz fragmencik i to często mało istotny. Próba zdefiniowania nas przypomina ślepca opisującego słonia w oparciu tylko o dotyk jego nogi lub trąby i skazana jest na niepowodzenie.
    Dziś pokażę swą manię bycia praktycznym - nie wiem do końca, czy maniak to ktoś praktyczny - człowieka stąpającego twardo po ziemi i korzystającego z tego, co daje technika i cywilizacja. Pamiętam, gdy jakieś 35 lat temu fascynowały mnie teksty i kolorowe prezentacje zawarte w miesięczniku Młody Technik (format jak Readest Digest). Najbardziej fascynowała nas - młodych chłopców - japońska technika i miniaturyzacja. Pokazywano, jak dzieci mają na swój użytek kolorowy telewizor z ekranem o przekątnej nie większej niż 10 cm. W tym samym czasie komputery mające moc obliczeniową najsłabszego wspólczesnego peceta zajmowały kilkanaście pomieszczeń i ważyły kilka ton.

    A dzisiaj? Dziś to wszystko mieści się w mojej dłoni. Od wczoraj mam w użytkowaniu cacko o wdzięcznej nazwie Era G1.



    Google Phone - Era G1
    Google phone

    Aby móc z niego korzystać specjalnie przeniosłem się ze swoim dotychczasowym numerem z sieci Play do sieci Era.
    Powód bardzo prosty: od lat korzystam z aplikacji google'owskich poczynając od poczty, poprzez tworzenie i przechowywanie dokumentów tekstowych, arkuszy kalkulacyjnych, prezentacji, zdjęć, tworzenie witryn etc. W swojej pracy zawodowej z racji częstej zmiany miejsca pobytu potrzebowałem czegoś poręczniejszego niż laptop, by mieć kontakt z tym wszystkim.

    Wybór okazała się oczywisty. Taka miła zabawka, ale i zarazem znakomite narzędzie dla tych, co twardo stąpają po ziemi. Jedyną aplikacją google'owską z której nie korzystam to blogspot (wolę wordpressa), ale to szczegół.


    Ktoś może w tym miejscu powiedzieć, że Google zmierza do monopolizacji i dominacji w nie mniejszym stopniu niż Microsoft. To prawda, ale dzięki takiej dominacji jest możliwe powszechne korzystanie z narzędzi, które ta frma daje.  Czy jest zagrożenie? Pewnie tak, ale nie na tyle bym musiał sobie teraz zaprzątać tym głowę.

    niedziela, 26 kwietnia 2009

    Czy istnieją agnostycy?

    Do podjęcia tak sformułowanego pytania skłonił mnie zgoła niewinny komentarz w poprzednim wpisie, który popełnił był Logos Amicus:  ...wydaje mi się, że nie wierzysz oraz… że jednocześnie nie możesz się z tym pogodzić, że nie wierzysz. [...] Ten, kto wierzy, rozstrzyga, albo przynajmniej tak mu się wydaje.  Rozstrzyga również ten, kto nie wierzy, ale musi być przy tym pogodzony ze swoją niewiarą. 


    Pogląd wyrażony przez Amicusa jest dość zgrabnie wyważony, ale według mnie nie odpowiada prawdzie i temu, co faktycznie odczuwają ludzie sytuujący swój światopogląd w strefie agnostycyzmu. W przytoczonej wypowiedzi pobrzmiewa dualizm wymiatający stany pośrednie. A doświadczenie życiowe moje, ale i wielu innych osób wskazuje, że rzeczywistość w każdym swym wymiarze jest znacznie bogatsza niż układ zero jedynkowy.


    Według mnie do poglądu określanego wiarą w Boga potrzeba wielu przesłanek, których ciężar przechyli szalę na rzecz teizmu, podobnie jest w przypadku tych, którzy przyjmują postawę światopoglądową uznającą, że Boga nie ma.


    Mój przypadek jest takim, że nie jestem w stanie - mając pod rozwagę wiele argumentów za i przeciw - opowiedzieć się po jednej ze stron i tkwię w postawie sokratejskiej wiem, że nic nie wiem.


    Często zarówno wiara, jak i niewiara jest stanem emocji, a mnie bardziej interesuje TO na gruncie poznawczym i intelektualnym. Biorąc pod uwagę tę płaszczyznę jestem póki co agnostykiem, tak jak kiedyś byłem wierzącym, czy ateistą (wierzyłem, że Boga nie ma).


    Dla osób podchodzących do rozstrzygania istnienia Boga na gruncie intelektualnym, wykorzystującym teorię poznania i inne pokrewne narzędzia, okazuje się, że niestety rzeczywistość jaką jest Bóg wiary wykracza poza dostępne narzędzia poznawcze. Stąd jest to bliskie zasadzie nieoznaczoności.


    Immanuel Kant uważał, że agnostycyzm jest postawą wobec granic ludzkiego poznania. Uważał, że na gruncie nauki wiedza o Bogu nigdy nie będzie możliwa. Ten pogląd rzecz jasna nie rozstrzyga o naukowości teologii, czy nauk biblijnych, które badają obszar religii.


    Natomiast Bertrand Russel na pytanie, czy agnostycy są ateistami odpowiedział: Nie. Ateista, tak jak chrześcijanin, uważa że można stwierdzić czy Bóg istnieje czy też nie. Chrześcijanin uważa że można stwierdzić że jest Bóg; ateista, że można stwierdzić że nie ma. Agnostyk odracza osąd, mówiąc że nie ma wystarczających podstaw ani dla potwierdzenia ani dla zaprzeczenia.


    Może i ten stan zawieszenia (letniości) jest dla zwolenników jednej lub drugiej postawy obmierzły, ale jest faktem w odniesieniu do bardzo wielu osób. I nic nie zmieni tej postawy, nawet biblijna groźba: A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust [Ap 3,16].

    poniedziałek, 13 kwietnia 2009

    Duch Boży, czy czynna siła Boża

    Ostatnio dopadła mnie skłonność do sprawdzania cudzych tez i interpretacji, dochodzę jednak do wniosku, że w poszukiwaniu prawdy jestem w sytuacji mitycznego Syzyfa. To, że kwestionuję cudzą tezę nie oznacza, że mam gotową własną i to bardziej wiarygodną. Tekst - zwłaszcza biblijny - pisany w określonym kontekście i celu, jest dziś trudny do odczytania w jego pierwotnym uwarunkowaniu i rozumieniu. Każde tłumaczenie, jakie by ono nie było, jest tylko i... aż interpretacją i niestety zawsze będzie budzić wątpliwości, choć niektóre bardziej.


    Dziś zainspirował mnie tekst z dwóch pierwszych wersów biblijnej księgi Genesis. Bibilia Tysiąclecia: Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami.




    A że ostatnio w jakiś przedziwny sposób sprawdzam tezy Świadków Jehowy sięgnąłem do Biblii Nowego Świata, która cytowany powyżej tekst oddaje w następujący sposób: Na początku Bóg stworzył niebiosa i ziemię. A ziemia była bezkształtna i pusta i ciemność panowała na powierzchni głębiny wodnej; a czynna siła Boża przemieszczała się tu i tam nad powierzchnią wód.
    W tym momencie zaświeciła się mi czerwona lampka. Hola! Hola! Rozumiem, że różnice mogą mieć charakter pewnych niuansów, czy też użycia słów o podobnym sensie, ale żeby Duch Boży był czynną siłą Bożą to dla mnie było zbyt wiele. Sięgnąłem do innych tłumaczeń Genesis 1, 1-2. I tak to wygląda:

    Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię.
    Ziemia była [na początku] bezładna i pusta: ciemności zalegały bezmiar przestrzeni i [tylko] Duch Boży unosił się nad wodami (Biblia Warszawsko-praska - Brytyjskie Towarzystwo Biblijne 1997).


    Sięgnijmy do tłumaczeń czasowo bliższych oryginałowi. Na początek weźmy pierwsze znane i uznane tłumaczenie z hebrajskiego na grekę koine dokonane na przełomie III i II w. przed Chr. zwane Septuagintą i oznaczane też z łacińska liczbą LXX.
    [1]ἐν ἀρχῇ (na początku) ἐποίησεν (stworzył) ὁ θεὸς (bóg) τὸν οὐρανὸν (niebiosa) καὶ τὴν γῆν (i ziemię)
    [2] ἡ δὲ γῆ ἦν (a ta ziemia była) ἀόρατος (bezładem) καὶ ἀκατασκεύαστος (próżnią) καὶ σκότος (i ciemność) ἐπάνω (ponad) τῆςἀβύςου (otchłanią) καὶ πνεῦμα θεοῦ (i duch [tchnienie] boga) ἐπεφέρετο (unoszące się) ἐπάνω (ponad) τοῦ ὕδατος (wodami).


    Vulgata (przekład św. Hieronima 382-406).
    In principio (na początku) creavit (stworzył) Deus (Bóg) cælum (niebo) et terram (i ziemię). Terra autem (ziemia zaś) erat (była) inanis (nieużyteczna) et vacua (i pusta), et tenebræ (i ciemności) erant (były) super faciem abyssi (ponad obliczem [formą] otchłani) : et spiritus Dei (i ożywiające tchnienie [duch, oddech] Boga) ferebatur (był[o] unoszacy się) super aquas (ponad wodami).


    Zapis tłumaczenia z oryginału hebrajskiego (w nawiasie transkrypcja z hebrajskiego):
    [1] Na początku (b·rashith) stworzył on (bra) Elohim (aleim) niebiosa (ath e·shmim) i(u·ath) ziemię (e·artz) [2] i (a) ziemia (u·e·artz) stawała się [była] (eithe) chaosem (theu) i próżnią (u·beu) i [były] ciemności (u·chshk) ponad (ol) powierzchniami (phni) otchłani (theum) i duch [ożywiający powiew, tchnienie, oddech] (u·ruch) Elohim (aleim)wibrujący [unoszący się] (mrchphth) ponad (ol) powierzchniami (phni) wód (e·mim).


    W tym miejscu muszę przyznać, że stanąłem na rozdrożu, gdyż pierwsze wrażenie wynikające z pewnego nawyku kulturowego sprawiało, że tłumaczenie Świadków Jehowy jest z gruntu fałszywe, a ich koniektura wprowadzona do tłumaczenia wynika z zapotrzebowania na uzasadnienie własnych założeń. Tymczasem po wejrzeniu w oryginał to tłumaczenia katolickie i protestanckie wydają się naciągane i mogą wynikać z tezy uznanej na jednym z pierwszych soborów, że Bóg jest trójosobowy (Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty).

    Hebrajskie określenie ruah, ruch można (i należy) rozumieć jako ożywiający powiew, tchnienie, oddech. Podobnie z greckim pneuma Theou (πνεῦμα θεοῦ), czy łacińskim spiritus dei. Skąd zatem w tłumaczeniach denominacji chrześcijańskich uznających naukę trynitarną poprawki zmieniające pierwotny sens słowa natchnionego?
    Podobne uwagi mam do tekstów w języku angielskim, w którym też widać nieuprawnioną koniekturę:
    [1] In the beginning God created the heaven and the earth. [2] And the earth was without form, and void; and darkness [was] upon the face of the deep. And the Spirit of God (sic!!!) moved upon the face of the waters.


    Jednak z moich wątpliwości - dotyczących tłumaczeń trynitarystów - nie wynika, że użyte w Biblii Nowego Świata określenie czynna siła Boża w prawidłowy sposób oddaje zapis oryginału. Według mnie skażone jest pewnym antytryniatrnym nastawieniem i opozycją wobec trynitarystów.
    Jak sądzę Septuaginta i Vulgata najlepiej oddają pierwotny sens Genesis 1,1-2 i rolą badaczy tych wątków winna być pokora i cierpliwość bez chodzenia na skróty. 

    Póki co nie mam rozstrzygających konkluzji i nie zanosi się, by szybko się pojawiły.


     


     

    czwartek, 9 kwietnia 2009

    O względności prawdy

    Przed kilku dniami, gdy wyjeżdżałem z domu na zakupy, zagadnęły mnie przed bramą - nie widziane od kilkunastu miesięcy - znajome Panie zapraszając mnie na obchodzony 9 kwietnia (wg kalendarza żydowskiego 14 nisan) - dzień śmierci Jezusa. Dwie Panie to sympatyczne i zawsze uśmiechnięte Świadkinie (Świadkowe? - szukam odpowiedniej feministycznej formy słowa) Jehowy, pełne żarliwości i przekonania, że są depozytariuszami PRAWDY absolutnej.


    Cóż! Mam - mówiąc najoględniej - sceptyczne podejście do treści głoszonych jako ostateczne i niepodważalne. Sceptycyzm odczuwam zwłaszcza wtedy, gdy czynią to Świadkowie Jehowy wielokrotnie  zmieniający na przestrzeni minionych stu lat swoja doktrynę. 


    Biblia ma to do siebie, że jest wieloznaczna z racji swej wielowarstwowości. Wielość stylów i czasu w jakim powstawała oraz wielości autorów, czynią ja zbiorem wielu ksiąg. Spójność jej przekazu uzyskuje się przez interpretację i wiązanie pewnych zapisów z innymi nadając jednym znaczenie względne, drugim zaś absolutne. Wszystko zależy od założeń doktryny, którą chce się uzasadnić.


    Mnie zaintrygowała ostatnimi czasy jedn arzecz, dlaczego Świadkowie Jehowy z uporem lepszej sprawy od lat 30-tych ub. wieku forsują pogląd, że Jezus umarł nie na krzyżu, lecz na palu? Czyżby to miało jakiekolwiek  znaczenie dla istoty ofiary Jezusa. Kluczową sprawą jest ofiara jego życia, a nie kształt narzędzia kaźni. 


    Inną kwestią jest prawda historyczna, w obronie której rzekomo stają Świadkowie. Według mnie mają szczególny dar wybiórczego interpretowania słów i tekstów.


    Nie biorą pod uwagę, że język jest czymś żywym i słowa zmieniają swe sensy i zakresy znaczeń.  Uczepili się słowa greckiego słowa stauros (σταυρóς), które rzeczywiście w grece klasycznej oznaczało słup, czy też pionową belkę mogącą tez stanowić element palisady, ale już w okresie tzw. greki koine, tj. z okresu 350 r. przed Chr. do 330 r. po Chr. słowo stauros przyjęło szersze znaczenie i można je tłumaczyć tez jako krzyż. W tym też okresie zostały spisane Ewangelie.


    Przyjmują zasadę, że jeśli fakty nie zgadzają się z ich tezami tym gorzej dla faktów.


    Wszelkie świadectwa historyczne wskazują, że w czasach Jezusa w Cesarstwie Rzymskim krzyżowano, a nie zawieszano na palu. Poza tym jaki byłby cel, by chrześcijanie głosili coś wbrew prawdzie i czy dałoby się tę zmianę w głoszeniu Jezusa ukryć tak, by nie pozostał żaden ślad w pismach i świadectwach. Tego Świadkowie nie zdołali wykazać poza jakimiś mglistymi bajdurzeniami o wschodnich kultach pogańskich, które rzekomo zostały zaaplikowane przez kościół katolicki i stąd konieczność przeformułowania sposobu śmierci Jezusa.


    Cóż to jest prawda?


    Im więcej szukam, tym mniej odpowiedzi, więcej wątpliwości. Za Sokratesem mogę więc rzec: wiem, że nic nie wiem.


     

    czwartek, 5 marca 2009

    Boski wymiar kastracji

    Przeglądając dzisiaj Wirtualną Polskę trafiłem na ciekawy, choć budzący moje mieszane odczucia arykuł pt. Kastracja nad Wełtawą. Autor opisuje karę fizycznej kastracji przestępców seksualnych w Czechach. Zrelacjonowane są tam poglądy na temat skutków tego typu zabiegów. Nie wnikając w szczegóły - zachęcam do zapoznania się z tym tekstem - zajrzałem do Biblii, by sprawdzić, jak słowo natchnione traktuje człowieka z takim deliktem.



    Jezus powiedział:



    Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę. bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni.  [Mateusz 5,17-18]

    Jeśli zatem Syn Najwyższego potwierdza obowiązywanie wszystkich praw przekazanych Izraelowi to każdy kastrat narażony jest na odrzucenie w Majestacie Jego słowa:



    Nikt, kto ma zgniecione jądra lub odcięty członek, nie wejdzie do zgromadzenia Pana. [Powtórzone prawo 23,2]

    Mamy tu więc uzasadnioną wątpliwość, czy słowa Pisma należy rozumieć dosłownie , czy też reinterpretować w sposób umożliwiający kastratom pojawiać się we wspólnotach uznających autorytet Biblii.


    Biblia jednak - poza kastratami - wyłącza ze zgromadzenia także inwalidów i tych wszystkich, którzy mają na sobie jakąś skazę. Nie odróżnia powodów, dla których ktoś jest  naznaczony deliktem. Zatem, czy proklamacja Jezusa:



    Gdzie dwóch albo trzech gromadzi się w imię moje, tam jestem pośród nich”.[Mateusz 18,20]

    odnosi się także do zgromadzenia, w którym uczestniczą kastraci? 


    wtorek, 3 marca 2009

    Zarodek i obcięte paznokcie

    Duskusja o in vitro nie ekscytuje mnie w jakiś szczególny sposób. Być może powodem jest, że bezdzietność  nie dotyka mnie osobiście. Mam ogólny pogląd na temat problemów, przed jakimi stają prawodawcy pracujący nad uregulowaniem tego zagadnienia. Emocje narosłe wokół in vitro pozwalają stwierdzić, że jest wojna pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami tej metody zapłodnienia. Czy poseł Gowin znajdzie właściwe rozwiązanie? Wątpię, gdyż zwolnennicy, jak i przeciwnicy są okopani ze swoimi poglądami i nie widać szans na zbliżenie stanowisk. 


    Dzisiaj rano w drodze do pracy - nie mając do końca jasności pogladów w powyższej sprawie - usłyszałem w radio wywiad z posłem Niesiołowskim. Przyznam, że nie trafię stylu jego wypowiedzi i chamskich odzywek, ale powiedział coś co wzbudziło moje zainteresowanie i uznanie. Odpowiadając na pytanie dotyczące zapłodnienia in vitro powiedział (cytuję z pamięci):


    Z zarodkami nadprogramowymi jest problem, bo od strony genetycznej są kompletnym ludźmi, którzy mogą za kilka lat pójść do przedszkola, szkoły itp. Nie można z nimi postąpić tak, jak z obciętymi paznokciami.


    Przyznam szczerze - używając młodzieżowego slangu - kopara mi opadła. Tym błyskotliwie postawionym porównaniem uchwycił sedno problemu, z jakim trzeba się zmierzyć.


    Jeśli nie wiesz, jak się zachować (jak postąpić) to zachowaj się przyzwoicie... A czymże jest przyzwoitość? Czyżby znów niekończąca opowieść?


    niedziela, 1 marca 2009

    Słoma i Lenin

    Z każdym dniem coraz bardziej boję się włączać TV, czy wchodzić na serwisy informacyjne, a gazety kupuję coraz sporadyczniej. Mam nieodparte wrażenie, że to, co się nazywa informacją tak naprawdę jest manipulacją. Ostatnio modne jest określenie PR, którym w elegancki sposób zastępuje się słowo manipulacja, czy choćby pospolite kłamstwo.
    Media karmią nas papką, z której tak naprawdę nie dowiadujemy się nic na temat faktycznego stanu rzeczy. Podają nam do wierzenie wizualizacje. Politycy i dziennikarze tworzą obrazy, które są rzekomą PRAWDĄ.
    Kwestia ważności wydarzeń i ich znaczenia dla przeciętnego zjadacza chleba sprowadza się do tego, jaki wiersz napisała Isabel, młoda i głupiutka narzeczona sieroty Marcinkiewicza. Aż dziw bierze, ze ktoś taki mógł być kiedyś premierem rządu.
    W tym miejscu przypomniała mi się sytuacja z przed 27 lat, gdy kapelan Solidarności podczas mszy w dniu 13 grudnia 1981 zacytował wiersz Majakowskiego:
    Mówimy partia -  myślimy Lenin
    Mówimy Lenin - myślimy partia
    Dodał wtedy: I tak już 40 lat, co innego mówimy, co innego myślimy.
    Sytuacja dziś jest o wiele trudniejsza, bo wówczas wiedzieliśmy, gdzie wróg i kto kłamie. Dziś okłamywani jesteśmy w sposób niedostrzegalny, ulegamy kłamstwu sądząc, że jesteśmy po stronie prawdy i piękna. Słowa wytrychy, którymi próbuje się wpływać na uwiarygodnienie swych kłamliwych przekazów to Europejczyk, nowoczesny, postępowy, współczesny, ekspert, profesor, autorytet etc. Ostatnio dorzucono jeszcze słowo EURO, wokół którego robi szum i zamęt, by zakryć niekompetencję i manipulacje informacjami dotyczącymi kryzysu. Dla przeciwwagi manipulanci używaja określeń oszołom, konserwatysta, katolicki Talib, słuchacz radia Maryja, moher itp. Ulegamy tym prostym zabiegom... niestety.
    Za parę tygodni, miesięcy, lat... tylko historycy będą pamiętać pożałowania godnych aktorów tych wydarzeń. Są, jak słoma, która szybko zgnije lub spłonie. Marzą, aby być, jak Piłsudski, de Gaulle, czy Kennedy, ale skończą, jak Kaziu Marcinkiewicz i jemu podobni. 

    środa, 25 lutego 2009

    Golonka popielcowa 'w' Manhattanie

    Zdarzenie, o którym mowa poniżej, miało miejsce 15 lat temu. Wszystko, co z nim związane mam odciśnięte w pamięci  ze szczegółami tak wyraziście, jakby miało miejsce wczoraj.

    Pracowałem wówczas w branży reklamowej, dziś byśmy to określili z angielska advertsingiem (brrrrrrr!). Nieodżałowanej pamięci Błażej Naskręcki zaproponował Anrzejowi K. i mnie, byśmy z nim pojechali do restauracji Manhattan znajdującej się na obrzeżach Konina. Nazwa nijak nie przystawała do wyglądu miejsca i jakości sztuki kulinarnej znanej w NowymJorku, ale nie bądźmy wybredni, bo nie to stanowi clou tej opowieści. W każdym razie Błażej skłonił nas do tego wyjazdu podstępem mówiąc, że szefowa zawsze stawia dobre jedzonko, gdy uzgadnia z nią zakres reklamy jej przedsięwzięcia.


    Błażej miał wtedy 54 lata, od wielu lat był rozwiedziony. Jego koleżanka małżonka była łaskawa wystawić mu osobiste rzeczy przed blok i wprowadzić na jego miejsce o 14 lat młodszego następcę.  Może czasami był naiwny i łatwowierny, ale to nie jest jakiś szczególny grzech tego człwoieka. Cały czas opiekował się 90-letnią mamą, która była dlań autorytetem. Był z nią emocjonalnie związany jakimś szczególnym rodzajem pępowiny. Zmarł dwa dni po niej nie doczekawszy jej pogrzebu.  O Błażeju można bez żadnego naużycia powiedzieć jedno: był dobrym człowiekiem. 


    Gdy dojechaliśmy do Manhattanu właścicielka zgodnie z tym, co mówil Błażej usadziła nas za stołem i zapytała o nasze kulinarne oczekiwania. Błażej powiedział:


    -  A może by tak po goloneczce?


    - Żaden problem tylko, że to chwile potrwa - powiedziała właścicielka. - Zrobimy dobre goloneczki po bawarsku. Zanim je przygotujemy to proponuję barszczyk z krokiecikiem.


    Na myśl o tych pysznościach ślinka pociekła w ustach.  Domówiliśmy jeszcze piwo.


    Barszczyk, krokiecik bardzo nam smakowały. Po pewnym czasie na stole pojawiły się cudnie wyglądające i pachnące golonki.  Przedbieg sprawił, że poczuliśmy się bardzo głodni. Golonka Błażeja była o połowę mniejsza niż nasze. Gdy z Andrzejem docieraliśmy do połowy naszych porcji Błażej przełknął ostatni kęs, otarł usta, oparł się wygodnie o krzesło i nagle zmienił się mu wyraz twarzy, jakby dostrzegł diabła:


    - O kurwa!!!! Dziś jest Popielec!!!! 


    Jedzenie uwięzło nam w gardłach, a wzrok zatrzymał sie na twarzy Błażeja. Po chwili przyszło otrzeźwienie. Argumenty, że nie zrobiliśmy tego z premedytacją, tylko nieświadomie, pozwoliły dokończyć popielcową biesiadę.


    - Dobrze, że nie widziała tego moja mama - podsumował Błażej.



    Postscriptum


    Od wielu lat już w żaden sposób nie jest dla mnie istone  jedzenie lub nie mięsa w dni określane w katolicyzmie postnymi. Ale jest coś takiego jak tradycja, która sprawia, że bez względu na wewnętrzne przekonania (wiara, niewiara, agnostycyzm) staramy się zachować jej zewnętrzne przejawy. I Powiem tak: źle bym się czuł jedząc świadomie mięso w Popielec lub w Wielki Piątek, czy w Wigilię Bożego Narodzenia. 


     


     

    sobota, 21 lutego 2009

    Cnota stoików - marność Koheleta

    Moje doświadczenia z bycia klientem TPSA (jeszcze bardziej pragnienie by nim już nie być) opisane w poprzednim wpisie (ciąg dalszy nastąpi) skłoniły mnie do poczytania starożytnych tekstów stoików, jak i ich szczególnej reminiscencji w starotestamentowej księdze Koheleta, zwanego też Eklezjastesem. Dziwne, ale prawdziwe... życie uczy pokory i sprawia, że człek w cnocie wzrasta. Cnocie rozumianej w sensie pierwotnym, czyli odwadze postępowania w życiu w zgodzie z naturą.


    Tytuł niniejszego wpisu może - dla kogoś mało obeznanego z Biblią, jak i pogladami stoików- brzmieć obrazoburczo i budzić wewnętrzny sprzeciw. Ale dla otwartego umysłu, który zna poglądy stoików w warstwie etycznej, jak i mądrościową księgę Koheleta, oczywistym jawią się podobieństwa obydwu prezentacji. W Imperium Romanum - we wszystkich jego zakątkach - dochodziło do przenikania się idei i poglądów. Myśl starożytnych Greków (Zenon z Kition, Chryzyp i in.) przeniknęła także do ówczesnego judaizmu, zwłaszcza poprzez młodych i dobrze wykształconych przedstawicieli ówczesnych elit żydowskich. Stoicy i ich myśl dominowała od III w. przed Chr. aż do nastania ery chrześcijańskie, gdy w 313 r. po Chr. chrześcijaństwo zyskało sankcję prawną i swobodę działania. Nie zniknęła całkowicie, ale przetrwała w różnej formie aż do średniowiecza.


     



    Cnota, Efez
    Statua Cnoty, Efez

     


     


    Według stoików całym światem rządzi wszechogarniająca siła określana mianem pneuma (w Nowym Testamencie to hagion pneuma jest określeniem Ducha Świętego). Ma ona swoje cele i reguły, ona określa prawa natury. Jest ponad wszystkim i przeciwstawianie się jej nie ma sensu, gdyż i tak opór materii zostanie przez nią pokonany. Człowiek, by osiągnąć i odczuwać szczęście powinien uznać jej prymat i żyć zgodnie z jej prawami. By żyć w zgodzie z naturą trzeba posiąść cnotę (gr. arete), która daje pełną znajomość natury, a tym samym pełnię szczęścia. Nie można posiąść cnoty częściowo tak samo, jak nie można być trochę w ciąży, a trochę nie. Wszystko, albo nic... taka jest zasada bycia cnotliwym w  stoicyzmie. Człowiek cnotliwy trzyma żądze i pragnienia na wodzy, bo wie, że występowanie przeciw naturze - rozumianej jako system rzeczy i relacji zdeterminowanych przez pneuma - jest nieskuteczne, a przynosi tylko  ból, cierpienia i rozczarowania.


    Podobny myślenie i promowany styl życia znajduje się w księdze Koheleta, który zachęca do pogodzenia się z tym, jaki świat jest, gdyż jakiekolwiek działania mające na celu zmianę są bezcelowe. Wszystko Bóg już określił i człowiek tego nie zmieni. Trzeba to przyjąć jako oczywistość, a wtedy człowiek będzie szczęśliwy żyjąc w zgodzie z Bogiem i jego prawami. 


    [1]Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem: [2] Jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono, [3] czas zabijania i czas leczenia, czas burzenia i czas budowania, [4] czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów... (Koh 3,1-4).


    [3]Cóż przyjdzie człowiekowi z całego trudu, jaki zadaje sobie pod słońcem? [4] Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi, a ziemia trwa po wszystkie czasy. [5] Słońce wschodzi i zachodzi, i na miejsce swoje spieszy z powrotem, i znowu tam wschodzi. (Koh 1,3-5).



    Vanitas vanitatum et omnia vanitas - marność nad marnościami i wszystko marność (Koh 1,2) - cóż więc mi może zrobić TPSA??? Nic. Wszystko ma swój czas.



    wtorek, 17 lutego 2009

    Prywatna wojna z TPSA

    Od maja 2008 roku wydzwaniali do mnie konsultanci z Tele2 (obsługują moją linię telefoniczną) w sprawie uruchomienia poprzez ich firmę usług internetowych. Uprzejmie poinformowałem, by zgłosili się do mnie jesienią tuż przed wygaśnięciem mojej umowy z TPSA na neostradę. Umowa z TPSA była zawarta na czas określony do 17 grudnia 2008. 


    Na początu listopada ustaliłem z Tele2 rodzaj usługi i jej cenę. Podwójna szybkość w porównaniu z NEOSTRADĄ i niższa cena. Wielce mi to odpowiadało, gdyż w domu są 4 komputery. 


    12/11/2008 złożyłem deklarację, że rezygnuję z dn. 17/12/2008 z przedłużenia umowy na świadczenie usługi neostrada. Przyjęcie dokumentu zostało poświadczone podpisem i pieczątką pracownika Telepunktu w Koninie, przy ul. Powstańców Wielkopolskich. Zadowolony powróciłem do domu i poprosiłem Tele2 o przysłanie umowy, by mogli zweryfikować mnie w jak najszybszym terminie, a przerwa w dostępie do internetu była jak najkrotsza (max. 5-7 dni).


    Jakież było moje zaskoczenie, gdy ok. 10 grudnia otrzymałem pisemną informację z Tele2, że nie mogą zrealizować umowy, gdyż TPSA odpowiedziało, że linia jest zajęta.


    17/12/2008 punktualnie o północy internet został odłączony. Następnego dnia TPSA wystosowała do mnie pismo z informacją, że umowa została rozwiązana. 


    19/12/2008 zdałem modem livebox otrzymując stosowne pisemne potwierdzenie z pieczątką i podpisem pracownicy Telepunktu w Koninie przy ul. Powstańców Wielkopolskich.  Zadowolony wystąpiłem do Tele2 o kolejną umowę. Podpisaną odesłałem 23/12/2008.


    Jakież było moje zaskoczenie, gdy 5/01/2009 zadzwoniłem do Tele2 i dowiedziałem się, że moja umowa znów została zablokowana. TPSA na zapytanie z Tele2 poinformowała, że moja umowa z nimi nie została rozwiązana i zamknięta.


    Natychmiast zadzwoniłem na tzw. błękitną linię 9393  i zgłosiłem problem, którym niezłwocznie miano się zająć. Okazano mi nawet  zrozumienie i wyrażono ubolewanie za niedogodności... Zadowolony - ufając, że to tylko kwestia paru kliknięć w systemie i sprawa załatwiona - wystąpiłem do Tele2 o kolejną umowę ( trzecią już!!!).


    W połowie stycznia Tele2 informuje mnie, że umowa została odrzucona (sic!!!), bo nadal widnieję w systemie TPSA jako jej klient. Krew się we mnie zagotowała, ciśnienie ze 120 skoczyło mi do 180, twarz łagodnego i zrównoważonego faceta przeistoczyła się w facjatę zdziczałego barbarzyńcy. Chwyciłem słuchawkę telefonu i wystukałem numer tzw. błękitnej linii (nomen omen kolor denaturatu), a konsultant doprowadzał mnie wyuczonymi  formułkami do białej gorączki. Istne delirium!!! Ale koniec końców udało się mu ustalić, że ktoś w Telepunkcie w Koninie przy ul. Powstańcow Wielkopolskich popełnił błąd, bo wprowadził moję rezygnację z umowy w jednym punkcie, a rozliczenie się z  modemu livebox w drugim, przez co sprawa ugrzęzła w systemie. 


    Dobrej myśli po raz czwarty wystąpiłem do Tele2 o nową umowę. Podpisalem i odesłałem. Teraz już byłem pewien, że będzie wszystko dobrze.


    Jakież było moje zaskoczenie, gdy dziś Tele2 poinformowało mnie, że umowa została odrzucona, gdyż nadal widnieję w systemie TPSA jako jej klient.


    Zagrzmiało, błysnęło... Chwyciłem słuchawkę, wybrałem numer linii w kolorze denaturatu. Trzymając nerwy na wodzy po ustaleniu mojej tożamości przez konsultantkę uprzejmie zapytałem, jakie są informacje dotyczące moich relacji z TPSA. Pani poinformowała mnie, że nadal mam nierozliczoną i nie zamkniętą usługę neostrada. W tym momencie spontanicznie rzuciłem Kurwa mać!!!. W słuchawce zaległa głucha cisza.


    Po chwili beznamiętnym głosem powiedziałem:


    Czy byłaby Pani tak łaskawa odpowiedzieć mi na pytanie: Czy mając potwierdzone pisemnie przyjęcie wypowiedzenie umowy, pisemne potwierdzenie z TPSA umowy oraz potwierdzenie pisemne, że zdałem modem livebox mogę być poirytowany?


    Pani lekko skonfundowana przyznała mi rację. Zapytałem ją o to kiedy zgłaszałem w tej sprawie reklamację. Przyznała, ze miało to miejsce 5 stycznia. Potwierdziła, że mieli na to 14 dni. Zapytałem się, czy wie jaka dziś jest data. Poprawnie podała, że 16 lutego. Cała rozmowa z przerwami na jej konsultacje wewnątrz TPSA trwała 48 minut.


    Dotarła do osoby, która przyjęła ode mnie dokumenty w Koninie i zobowiązała się naprawić swój błąd polegający na braku stosownej adnotacji w systemie TPSA.


    Ponoć jutro mam mieć już czyte konto i będę wolnym człowiekiem. Jutro miną 2 miesiące od rozwiązania umowy z TPSA.