wtorek, 29 kwietnia 2008

Gdy miałem sześć lat, zobaczyłem pewnego razu wspaniały obrazek w książce opisującej puszczę dziewiczą. Książka nazywała się "Historie prawdziwe". Obrazek przedstawiał węża boa, połykającego drapieżne zwierzę. Oto kopia rysunku: W książce było napisane: "Węże boa połykają w całości schwytane zwierzęta. Następnie nie mogą się ruszać i śpią przez sześć miesięcy, dopóki zdobycz nie zostanie strawiona". Po obejrzeniu obrazka wiele myślałem o życiu dżungli. Pod wpływem tych myśli udało mi się przy pomocy kredki stworzyć mój pierwszy rysunek. Rysunek numer 1. Wyglądał on tak:




Pokazałem moje dzieło dorosłym i spytałem, czy ich przeraża. - Dlaczego kapelusz miałby przerażać? - odpowiedzieli dorośli. Mój obrazek nie przedstawiał kapelusza. To był wąż boa, który trawił słonia. Narysowałem następnie przekrój węża, aby dorośli mogli zrozumieć. Im zawsze trzeba tłumaczyć. Mój rysunek numer 2 wyglądał następująco:



Dorośli poradzili mi, abym porzucił rysowanie węży zamkniętych oraz otwartych i abym się raczej zajął geografią, historią, arytmetyką i gramatyką. W ten sposób. mając lat sześć, porzuciłem wspaniałą karierę malarską. Zraziłem się niepowodzeniem rysunku numer 1 i numer 2. Dorośli nigdy nie potrafią sami zrozumieć. A dzieci bardzo męczy konieczność stałego objaśniania.


(Antoine de Saint-Exupéry, Mały Książę)



Do pewnego czasu sądziłem, że rzeczywistość jest zależna od mojego umysłu i jeśli już ją poznaję to właśnie taką, jaka jawi się w moim umyśle. Przed laty, gdy z lubością zmagałem się z Husserlem, Wittgensteinem, Kantem, czy Ricoeurem - wydawało mi się, że z nudów poprzewracało się im w głowach i z nadmiaru czasu powymyślali teorie i systemy objaśniające świat. A na dodatek każdy z tych modeli był tak bardzo różny od siebie, że musieli go objaśniać nie mając gwarancji, że zostaną zrozumiani w wystarczającym stopniu.


Po latach doznałem olśnienia po przeczytaniu Małego Księcia. Aby zrozumieć i zapoznać świat takim, jaki jest naprawdę, trzeba mieć w sobie otwartość i naiwność dziecka. Filozofia jest możliwa o tyle o ile uda się zachować taką postawę poznawczą, w której rzeczywistość postrzegana jest bez uprzedzeń i uprzedniej (w miarę możliwości) wykrzywionej wiedzy. A wtedy czysty umysł stawia pytania i wysuwa tezy, które przeciętnemu zjadaczowi chleba nawet do głowy nie przyjdą.


Trzeba jednak z tym uważać, gdyż uprawianie filozofii stawiającej na dociekliwe pytania może zaprowadzić na szafot. Zaczęło się od Sokratesa, a i Platon musiał uciekać, w późniejszych wiekach też nie było lepiej. Myślenie zawsze stanowiło zagrożenie dla osób, które nadmiernie eksploatowały swoje szare komórki.


Ze skrajnym przykładem takiego zagrożenia - w wersji rzecz jasna humorystycznej - zetknąłem się w filmie Nie ma mocnych. Pawlak położył się spać obok żony i zauważa, że ta nie śpi tylko jakoś tak kręci się i nie może się ułożyć.



- Jadźka, a czemu to nie śpisz?
- A bo leżę i myślę.
- Oj nie myśl, bo od myślenia to tylko głowa boli!!!


-----------------------


PS. Ćwiczenia z wyobraźni







(17,602)

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Szczęście ślimaka


Wpływ materializmu na ludzką psychikę świetnie opisuje pewien eksperyment przeprowadzony na pięcioletnich dzieciach. Połowa ogląda program telewizyjny bez reklam, druga połowa ten sam program, ale przerywany reklamami pewnej zabawki. Potem wszystkim dzieciom pokazuje się zdjęcia dwóch chłopców, z których jeden zostaje opisany jako "miły”, a drugi jako "niezbyt miły”. Przy czym niezbyt miły trzyma w rączce zabawkę z reklamy. Dwa razy więcej dzieci spośród tych, które oglądały reklamę, deklaruje, że wolałoby się pobawić z niemiłym chłopcem. Wniosek: materialistyczne pragnienia potrafią w ciągu półgodzinnego programu przytłumić takie wartości jak przyjemność obcowania z sympatycznym człowiekiem.



Od zarania dziejów ludzie prześcigają się w pomysłach, co zrobić by być szczęśliwym. I jaki efekt tych zabiegów? Ile ludzi, tyle pomysłów. Powyższy przykład pokazuje, że skłonności mamy bardziej ku tym, co posiadają jakąś rzecz niż ku tym, którzy są wartościowi sami w sobie. W rankingu stawiamy wyżej ludzi oceniając nie ich samych, ale to co posiadają.


Systemy religijne i filozoficzne podsuwały i podsuwają najróżniejsze rozwiązania. Były i są nurty hedonistyczne, które każą używać życia i wszystko traktować przedmiotowo. Jednak na gruncie teoretycznym - nie mylić z praktycznym - nie zdominowało to myślenia o szczęściu człowieka. Są też nurty zbliżone do tego, co znalazło swe odzwierciedlenie w dekalogu, gdzie słowo pożądanie odnosi się do ludzkiej skłonności myślenia o posiadaniu osób, rzeczy itp.



Wczoraj dyskutowaliśmy o szczęściu


Rozglądając się wokół siebie dostrzegamy osoby, których iloraz inteligencji jest, jak wahania spółek giełdowych, raz rośnie wraz z zasobnością portfela, drugi raz maleje, gdy portfel pustoszeje.


Często jesteśmy w rozdarciu, bo chcemy zjeść ciastko i mieć ciastko. Przytoczony na wstępie opis eksperymentu pochodzi od Olivera Jamesa, który przeprowadził badania dotyczące szczęścia. I co najciekawsze doszedł do wniosków zaskakujących, choć potwierdzających tezy systemów etycznych i religijnych mówiących, że posiadanie przedmiotów nie daje szczęścia. Nadmierne posiadanie i dążenie do posiadania prowadzi do zaburzeń emocjonalnych. 26% Amerykanów walczy z zaburzeniami emocjonalnymi i tylko 4,3% Chińczyków ma podobne problemy. Wolny rynek idący w parze z materializmem, konkurencją i obietnicą, że wszystko zależy tylko od nas, na dłuższą metę okazuje się nie do wytrzymania dla ludzkiej psychiki.




Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje (Mateusz 6,21) - jest to zasada uniwersalna i prawdziwa w odniesieniu do każdego człowieka.





(17,167)

sobota, 26 kwietnia 2008

Zło absolutne?

Gdy co dzień spoglądam w lustro widzę gościa, który stroi różne miny, ale per saldo wydaje się sympatyczny. Gdy zgłębię nieco to, co skrywa pod powłoką zewnętrzności dostrzegam w nim wiele zaskakujących cech i skłonności:



kocha i nienawidzi zarazem
odczuwa empatię, ale potrafi okazywać złowrogą obojętność
okazuje życzliwość, ale potrafi odczuwać zawiść

wyrządza dobro, ale i zło nie jest mu odległe


Można tych antynomii, które z różnym natężeniem występują w nas, wymieniać wiele. Tacy po prostu jesteśmy i sami siebie najlepiej znamy, choć nie zawsze się do tego przyznajemy. Nawet wobec siebie lubimy uprawiać pozytywny PR...


Czytając jakąś wypowiedź dotyczącą religii, a konkretnie biblijnej koncepcji dotyczącej pochodzenia świata i człowieka natrafiłem na intrygujący tekst, który skłania do stawiania pytań znacznie wykraczających poza granice wytyczone przez kontekst religijny.



Rzekł Bóg: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!»
Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył[...] - Genesis 1, 26-27



Anioły dobra i zła walczące o dziecko, William Blake, miedzioryt ok. 1805


I teraz pojawia się pytanie, na które zarówno judaizm, jak i chrześcijaństwo nie znajdują dobrej i rozstrzygającej odpowiedzi:


Skoro człowiek jest obrazem swego Stwórcy to, czy w Bogu - jako wzorcu - występują w stopniu absolutnym i nieskończonym takie cechy człowieka, jak dobro i zło, gdyby skupić się tylko na tych dwóch kluczowych?


I pytanie kolejne:


Czy na gruncie logiki jest możliwe wyeliminowanie antynomii dobra i zła w istocie boskiej? Wszak cały świat i wszystko stworzenie od niej pochodzi, a więc i dobro i zło.


_______________________


PS. Stary i znany paradoks: Bóg jest wszechmocny. A skoro tak to, czy jest w stanie stworzyć tak ciężki kamień, którego nie jest w stanie udźwignąć?


Owocnych potyczek z logiką i gimnastyki szarych komórek życzę :-))))


(16,851)

środa, 23 kwietnia 2008

Minus kwadrans

Pamiętam tę scenę, jak by to było dzisiaj. Nie przesadzę jeśli powiem, że będę ją pamiętał do czerwca 2055 roku, do... ostatniego kwadransa :-)))


Było piękne wakacyjne popołudnie 1998 roku. Walczyłem z łopatą w ogrodzie przygotowując podłoże pod kamienne ogrodzenie oddzielające naszą część ogrodu od sąsiadów. Marcin miał 7 lat. Od czasu do czasu odrywał się od swojej zabawy i przychodził do mnie podyskutować na różne tematy. Akurat stałem oparty o łopatę, gdy podszedł i zapytał wprost:



- Tatusiu! Czy to prawda, że papieros zabiera 15 minut życia?
- Tak - potwierdziłem bez wahania.
- Ale Ty już nie palisz papierosów?
- Nie - odparłem zaskoczony nieco jego dociekliwością.
- Ale teraz, jak już nie palisz, to z powrotem te minuty życia Tobie wrócą, prawda? - zapytał patrząc na mnie badawczo.



Dialog prowadziłem nieco machinalnie i nie przypuszczałem, że w tej małej główce odbywa się bardzo poważne rozważanie na temat palenia papierosów. Chlapnąłem bez zastanowienia:


- To, co już się straciło jest nie do odzyskania. Te minuty już nie wrócą.


W momencie, gdy wybrzmiewało ostatnie słowo żałowałem wszystkich poprzednich wypowiedzianych w tym zdaniu. Minka przyjęła postać podkówki, oczy zaszły łzami. Zaczął szlochać z powodu utraconych i nie odzyskanych kwadransów mego życia. Trwało dobre pół godziny zanim go uspokoiłem.


W tym momencie uświadomiłem sobie, jak bardzo komuś na mnie zależy i mimo, iż ma mnie na co dzień opłakuje już czas... przedwczesny czas mego odejścia. Za każdym razem, gdy to sobie przypominam przychodzą mi na myśl ci, których już przy mnie nie ma: dziadek Roman, babcia Stefania, Mama...ostatnio wuj Mateusz. To jest właśnie taki czas, który Marcin opłakiwał. Gdy retrospektywnie wracam w czas mego dzieciństwa przypominam sobie podobne myśli i obawy dotyczące kochanych osób.


Ciągle jesteśmy zagonieni, na nic nie mamy czasu. Praca, obowiązki, wszelkie inne powinności przed... tymi najważniejszymi: przed czasem dla najbliższych. Gdy niepostrzeżenie odejdą już nic im nie powiemy, ani też o nic ich nie zapytamy.


__________________________


Zamiast puenty:


Być może dla świata jesteś tylko człowiekiem, ale dla niektórych ludzi jesteś całym światem


(16,219)



wtorek, 22 kwietnia 2008

Pytania graniczne Wilhelma z Baskerville

Przed ponad dwudziestu laty po raz pierwszy przeczytałem Imię róży - książkę włoskiego filozofa Umberto Eco. Rok później obejrzałem nakręcony na podstawie tej książki, w którym Wilhelma z Baskerville - mnicha, znawcy filozofii Arystotelesa i wybitnego błyskotliwego logika - kreował znakomity Sean Connery.


Przywołuję z pamięci scenę, w której pod okiem legata papieskiego odbywała się dysputa teologiczna nt. tego, czy Jezus był ubogi i jakie z tego mogą wynikać konsekwencje dla Kościoła. Na dysputę zjechali uczeni mnisi z wielu klasztorów, które w owym czasie były miejscem swobodnego dyskursu teologicznego. Sprzyjały temu autonomia i bogactwo księgozbiorów, którymi opiekowali się kopiowali mnisi.


Zwolennicy ubóstwa przywoływali ewangelie, w których Jezus nie był dysponentem żadnej sakiewki. Nie wnikając w dystynkcje i niuanse dysputy przytoczę z pamięci wypowiedź legata, która zmierzała do podsumowania toczonego sporu po myśli zarządców instytucji Kościoła:


- Nie chodzi o to, czy Jezus był ubogi. Chodzi raczej o to, czy z tego wynika, że Kościół ma być ubogi?


Konkluzja wyłożona przez przedstawiciela władzy kościelnej dawała jednoznaczną odpowiedź, że ubóstwo nie odnosi się do instytucji Kościoła jako takiego. Myślę, że to rozstrzygnięcie - co prawda tylko literacko ujęte - obowiązuje do dzisiaj. Niestety Kościół ma z tym co raz większy problem.


Dziś wielu ludzi Kościoła w oparciu o dyskurs teologiczny dochodzi do wniosków, które przeczą zasadności i prawomocności istnienia tej instytucji. Do ciekawych wniosków, które rodzą kolejne pytania doszedł wybitny profesor teologii ksiądz Tomasz Węcławski. Facet - że wyrażę się kolokwialnie - swoimi poglądami i decyzjami wywołał sensację. Może nie na miarę skandali wywołanych przez Dodę, czy podobnego pokroju gwiazdki, ale było dość głośno w środowisku naukowym i kościelnym. Przez wiele lat był profesorem i rektorem seminarium arcybiskupiego w Poznaniu, później organizował i był dziekanem wydziału teologicznego na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza. W pewnym momencie dyskurs teologiczny doprowadził go w miejsce, w którym musiał podjąć decyzje dotyczące swego miejsca w Kościele. Najpierw zrezygnował z kapłaństwa, a kilka miesięcy później opuścił Kościół poprzez akt apostazji.


Wolna refleksja - wolna od aksjomatów w postaci dogmatów - zaprowadziła go do zaprzeczenia bóstwa Jezusa i poddaniu w wątpliwość tego, co o nim wiadomo. Późniejszy dyskurs skłonił go do rozpoczęcia poszukiwań odpowiedzi na pytanie w jaki sposób można pomyśleć o świecie jako całości wychodząc poza wąski dyskurs poszczególnych dyscyplin wiedzy. Dziś prof. Tomasz Węcławski prowadzi arcyciekawy projekt badawczy na UAM o wdzięcznej i wiele mówiącej nazwie Pracownia Pytań Granicznych.


Myślę, że Wilhelm z Baskerville i jemu podobni byliby znakomitymi interlokutorami w zakresie poszukiwań odpowiedzi na pytania graniczne.



(15,834)

sobota, 19 kwietnia 2008

Żydzi doradzają papieżowi

Niektóre środowiska żydowskie mają Benedyktowi za złe, że przywrócił w liturgii katolickiej starą modlitwę, w której mówi się o potrzebie nawracania Żydów. Mają też do obecnego papieża pretensję za to, że rzadko porusza temat Holocaustu i że uważa katolicyzm za jedyną prawdziwą wiarę - to cytat z notki dotyczącej wizyty papieża w nowojorskiej synagodze.


Gdy czytam tego typu wypowiedzi to ogarnia mnie pusty śmiech i to nie z powodu podzielania poglądów wyznawanych przez papieża. Autor powyższej wypowiedzi wykazał sie brakiem znajomości logiki tkwiącej w każdej religii, a katolicyzmu w szczególności. Każda religia uważa się za jedyną prawdziwą i najpełniej opisującą relacje pomiędzy profanum, w którym tkwimy a sacrum odnoszącym się do świata ponadzmysłowego. Gdyby jakikolwiek przywódca religijny myślał inaczej wówczas musiałby zamienić organizację religijną w klub dyskusyjny.


 


Irytuje mnie wielce, gdy ludzie niezwiązani z daną religią uzurpują sobie prawo do określania, jakie poglądy powinien mieć papież i jakie głosić treści. To akurat leży w gestii papieża, który z istoty swego urzędu jest strażnikiem czystości doktryny wynikającej z Biblii, dokumentów soborów, które odbyły się na przestrzeni 2000 lat, encyklik etc. Możemy mieć różne poglądy, ale nie nie oczekujmy, by papież uznał, iż judaizm, czy jakakolwiek inna religia jest równie prawdziwa, jak katolicyzm. Inne religie - w tym judaizm - nie uznają równoważności chrześcijaństwa, islamu, czy innych religii niemonoteistycznych. Jedynie starożytni Rzymianie byli eklektyczni pod tym względem, ale to wynikało z przekonania o lokalności danego bóstwa lub bóstw, które inkorporowano razem z podbitymi narodami.


Idąc dalej i mając na względzie te - co najmniej dziwne - wezwania, papież powinien uznać, że wbrew temu, co jest w Biblii i doktrynie kościelnej: cudzołóstwo, sodomia (współcześnie określana homoseksualizmem), upijanie się itp. są dobre. Ciekaw jestem w jaki sposób bohaterowie orędzia prezydenta i niedawni goście TVN uzasadniają na gruncie katolicyzmu, czy w ogóle chrześcijaństwa, swój jednopłciowy związek. Przyznam szczerze, że mimo dużej dowolności w interpretacji Biblii nie znajduję żadnych przesłanek ku temu. Nie oznacza to, że neguję ich prawo do takiego, czy innego stylu życia, ale oczekuję intelektualnej uczciwości: nie szukajmy uzasadnienia dla własnych wyborów tam, gdzie ich nie ma. Nie oczekujmy, że chrześcijaństwo zacznie dokonywać wiwisekcji Biblii i swej doktryny tylko dlatego, że jakaś grupa osób postępuję w życiu odmiennie od moralności tam określonej.


Gdyby przyjąć logikę cytowanej na wstępie wypowiedzi papież powinien słuchać się i głosić poglądy ludzi, którzy mają niewiele wspólnego z chrześcijaństwem, a w szczególności z katolicyzmem. Już kiedyś, bo w latach 50-tych XX w. komuniści rządzący w Polsce stworzyli organizację tzw, księży patriotów, którzy mieli wspierać nowy świetlany ustrój. Dziś - mimo zmiany ustroju - oczekuje się tego samego, z tym tylko, że robi się w bardziej wysublimowany sposób. Używa się słów kluczy takich, jak postęp, ciemnogród, przyszłość, przeszłość, europejskość, nowoczesność, zaścianek, kruchta, moher, katolicyzm łagiewnicki, katolicyzm toruński etc.


Wszystkie te słowa niosą ze sobą ogromny ładunek emocjonalny, ale wnikając w ich treść zaczynamy się zastanawiać, o co tak naprawdę chodzi, gdyż epitety nie opisują rzeczywistości, tylko ją zaklinają i przekłamują.


Zagłada Żydów - określana też holokaustem - była ogromnym doświadczeniem tego narodu. Była ogromnym złem, jakie jedni ludzie wyrządzili drugim ludziom, ale czy to doświadczenie powinno być istotnym nauczaniem papieża? A zwłaszcza, czy Żydzi powinni określać to, o czym ma mówić papież? Papież wierzy w to, co głosi. Skoro wierzy, że Jezus zbawił świat to pragnie, by Żydzi - do których pierwotnie było skierowane jego orędzie - także w niego uwierzyli.


Rozumiem takie przesłanie i postawę, tym bardziej, że nie jest to obraźliwe.


 


(15,162)

czwartek, 17 kwietnia 2008

Zmysłowanie

Ktoś przytoczył kiedyś badania dotyczące mężczyzn, z których miało wynikać, że każdy mężczyzna średnio co 3 minuty myśli o seksie. Przypomniawszy sobie to spojrzałem zaniepokojony w lustro i... odwróciłem się bez dociekania, jak to jest ze mną naprawdę. Powiem tylko jedno: Ameryki nie odkryli. Wielkie mi tam badania, jakby bez tego nie było wiadomo o czym myślą faceci.


Wczoraj odbyłem dość długą podróż po Polsce. Nie sądziłem, że nagle - w zaskakujący dla mnie sposób, bo wczesnym świtem - tulące mnie jeszcze ramiona Morfeusza znikną i przeniosę się w inną czasoprzestrzeń. Doznanie było tak niewiarygodne, że przez moment pomyślałem, że to sen.


Ale to nie był sen.


- A cóż to się stało? - spyta się ktoś.


Z pozoru nic wielkiego. Po prostu nagle przede mną wyrósł jakiś furgon, który tak, jak ja zmierzał w tym samym kierunku. Przez kilka kilometrów nie mogłem go wyprzedzić, gdyż z przeciwka jechało mnóstwo samochodów, a i droga była dość kręta. Najpierw denerwowałem się tym ślimaczeniem, ale w pewnym momencie dostrzegłem napisy na tylnej klapie samochodu. To był ten moment... grom z jasnego nieba: zabłyskało, zahuczało, ciemność w oczach i... już byłem gdzieś indziej.


Stało się to nim doczytałem do końca napis reklamy: kabiny, brodziki, wanny, hydromasaż... Moje zmysły poczuły odprężający dotyk tryskającej wody, bąbelki powodowały, że każdy skrawek skóry odczuwał błogość i rozkosz. Ogarniał mnie spokój i cudowne znużenie. Nigdzie się już nie spieszyłem i zmysłami chłonąłem całą rozkosz... błogość.


Czas nie dość, że nie stanął w miejscu, ale cofnął sie do stycznia 2001 i przeniósł mnie na zamek w Baranowie Sandomierskim. Zajmowałem tam dużą komnatę wyposażoną w takie hydroodprężające ustrojstwa. Narada połączona ze szkoleniem trwała trzy dni i była dość... intensywna, dlatego relaks z hydromasażem wykorzystywałem powielokroć.


Po kilku minutach ocknąłem się. Ale to piorunujące retrospektywne doznanie towarzyszyło mi cały dzień.


Cudownie zmysłowałem, czego i Wam życzę...


Oby, jak najczęściej w znacznie dogodniejszych warunkach niż podróżując polskimi drogami :-)


 


(14,461)

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Prawda, czy piękno

Trzech mężczyzn, którzy podróżowali z małą karawaną po pustyni Sahara, zobaczyło człowieka wpatrującego się w zachód słońca ze szczytu góry.*


- To musi być pastuch, który zgubił jedną z owiec, a teraz próbuje ją odnaleźć - powiedział pierwszy.


- Nie, nie sądzę żeby czegoś szukał, zwłaszcza w zachodzie słońca. Myślę, że on czeka na przyjaciela.


- Założę się, że to święty człowiek, szukający oświecenia - skomentował trzeci.



Zaczęli wspólnie rozmawiać o tym, co robił człowiek i tak bardzo zaangażowali się w dyskusję, że nieomal doszło do bójki. Ostatecznie, aby odkryć prawdę, postanowili wspiąć się na górę i zapytać siedzącego tam człowieka.


- Szukasz swojej owcy? - zapytał pierwszy.


- Nie, nie mam żadnego stada.


- W takim razie musisz na kogoś czekać - stwierdził drugi.


- Jestem samotnym człowiekiem, który mieszka na pustyni - brzmiała odpowiedź.


- Skoro mieszkasz na pustyni, w samotności, z pewnością jesteś świętym człowiekiem poszukującym Boga przez medytację! - domniemywał trzeci mężczyzna, dumny ze swojego wniosku.


Zaskoczony pytaniami mężczyzna odpowiedział:


- Czy wszystko na Ziemi musi mieć swoje wytłumaczenie? Więc wytłumaczę: Patrzę jedynie na zachód słońca. Czy nie jest to wystarczający powód, dla którego warto żyć?


Tę opowieść usłyszał pewien Amerykanin, który przed laty odwiedził Bliski Wschód. Opowiedział mu ją stary i zniszczony słońcem Arab. Na koniec opowieści, gdy wybrzmiało ostatnie zdanie zapadła długa i dudniąca w uszach cisza. Po chwili Amerykanin zapytał:


- Czy to wydarzyło się naprawdę?


Stary człowiek podniósł wzrok wyrażający zdziwienie, jakby nie zrozumiał pytania.


- Czy ta opowieść jest prawdziwa, czy tak się naprawdę wydarzyło? - powtórzył Amerykanin


- Nieważne, czy opisana historia jest prawdziwa - odpowiedział Arab - o wiele ważniejsze jest to, czy ta opowieść jest piękna.


_________



*Opowieść z cyklu tych pięknych i zasłyszanych






(13,440)

sobota, 12 kwietnia 2008

Kobieta przed wołem

Dekalog odczytany w rzeczywistym brzmieniu dostarcza dość zaskakujących informacji na temat tego, jak Przedwieczny i Wszechmogący widział miejsce i rolę kobiety w porządku stworzonego przez siebie świata. Gdy to zestawiłem z dekalogiem w wersji katechizmowej doszedłem do wniosku, że strażnicy natchnionego słowa dokonali swoistej wiwisekcji i koniektury . Uznali, że mogą to uczynić... tylko pytanie skąd czerpali pewność, że nie przekłamują tego, co zapisane w Dzięsięciu Słowach (gr. δεκάλογος - dekalogos). Nie sądzę, by Mojżesz - prawodawca i przewodnik ludu wybranego - ośmielił się źle spisać objawienie.
Oto wersja katolicka i luterańska, która X przykazanie biblijne ujmuje jako przykazanie IX i X:
IX: Nie pożądaj* żony bliźniego swego.
X: Nie pożądaj żadnej rzeczy, która jego jest.

Nie będziesz pożądał domu bliźniego twego. Nie będziesz pożądał żony bliźniego twego, ani jego niewolnika, ani jego niewolnicy, ani jego wołu, ani jego osła, ani żadnej rzeczy, która należy do bliźniego twego.
Wersja wtórna, na której odcisnęło się już piętno społecznego ususu wg Deuteronomion (Księga Powtórzonego Prawa - Piąta Mojżeszowa) 5:21
Nie będziesz pożądał żony swojego bliźniego. Nie będziesz pragnął domu swojego bliźniego ani jego pola, ani jego niewolnika, ani jego niewolnicy, ani jego wołu, ani jego osła, ani żadnej rzeczy, która należy do twojego bliźniego.

Godne uwagi jest w tekście, że kobieta jest tu przedmiotem, a nie podmiotem przykazania. Bliźnim - czyli osobą chroniona przez prawo Boże - jest mężczyzna, a kobieta będąca własnością bliźniego jest chroniona jako własność przed drugim bliźnim. Owszem jest pierwszą i najważniejszą w domu mężczyzny, ale jednak własnością.
Kobietę od wołu i osła oddzielają w przykazaniu tylko niewolnicy (sic!!!).

PS. Pomijam na razie odpowiedź na pytanie, które jest wpisane w lekturę Dekalogu i uprawnione: Jeśli ktoś nie jest bliźnim to, czy to oznacza, że wszystkie przykazania: nie zabijaj, nie kradnij i nie pożądaj etc. ulegają - w rozumieniu tylko tego, co ten tekst mówi sam w sobie - zawieszeniu?

* Słowa pożądać, pragnąć rozumiane są tutaj, jako chęć posiadania, bycia właścicielem i dysponentem. Dla Żydów, prawosławnych i protestantów (bez luteran) powyższe zapisy Dekalogu to przykazanie X


(12,658)

czwartek, 10 kwietnia 2008

O miłości własnej słów kilka

Kochaj bliźniego swego jak siebie samego - fajne prawda? Zostało to powiedziane prawie 2000 lat temu i póki co, to wezwanie nie wzbudza zbyt wielkiego entuzjazmu milionów.

Dlaczego mam kochać kogoś aż tak, jak siebie? Przecież nic nie jest w stanie przebić hołubionej i podsycanej miłości własnej. A ktoś kiedyś powiedział, że altruizm to właściwie to samo uczucie, co egoizm z tym tylko, że znajdujące się na przeciwstawnym biegunie. Właściwie trudno opisywać jedno bez odniesienia do drugiego.

Do refleksji o miłości własnej skłonił mnie Sitting Bull w swoim - umieszczonym na jednym z blogów - komentarzu . I przyznam się, że uchwycił istotę tego, co odczuwam i co, jak sądzę, odczuwają także inni blogowicze. Użył co prawda określenia próżność, ale w istocie odnosi się ono do miłości własnej.

W tym momencie wstałem i podszedłem do lustra - i to niekoniecznie będącego krzywym zwierciadłem - i spojrzawszy oniemiałem na moment, po czym zakrzyknąłem:

- Kurtka w dętkę!!! Sitting Bull prawdę rzecze!!!

Ktoś inny załamałby się w tej sytuacji i zawstydził wielce z obnażenia prawdziwych intencji, jakie mu przyświecają... Dzielnie spojrzałem jeszcze raz w lustro i pomyślałem:

- Taki właśnie jestem. Lubię pisać bloga i lubię, gdy ktoś go czyta.

Bo po co pisać cokolwiek (poza notatkami dla siebie) z założeniem, że nikt nie będzie tego czytał. Jeszcze lepiej się czuję, gdy wiem, że mój tekst kogoś poruszył lub skłonił do refleksji. Nawet jeśli poirytował, wywołał złość i... skłonił do napisania komentarza, czy polemiki. Lepiej niech wzbudza jakiekolwiek emocje niż żadne.

Obojetnością nie można karmić miłości własnej, a ja nie lubię głodować.

 


(11,797)

wtorek, 8 kwietnia 2008

Wehikuł czasu

W mojej ojczyźnie, do której nie wrócę,
Jest takie leśne jezioro ogromne,
Chmury szerokie, rozdarte, cudowne
Pamiętam, kiedy wzrok za siebie rzucę.


[Czesław Miłosz]


Cytowany fragment wiersza zapoznałem jesienią 1980 roku, jeszcze przed Noblem autora. Od razu skojarzył mi się z Florentynowem, niewielką wioseczką w Wielkopolsce, w której było raptem 10 numerów. Dziś może jest jeden więcej albo i nie... Kiedyś nie można było jej zlokalizować na żadnej mapie, choć sam nie mam z tym najmniejszego problemu, gdyż to miejsce jest w mych emocjach i wspomnieniach. To taka latarnia i punkt odniesienia w rejsie po oceanie życia.



Florentynowo to miejsce magiczne, które kojarzy mi się z dziadkiem Romanem - starym amerykańskim żołnierzem z czasów I wojny światowej, babcią Marianną, drobniutką i kruchą istotą, zawsze dbającą o to, by nikt z przybyszów nie był głodny i miał gdzie głowę złożyć oraz z panią Józią, gosposią dziadków, przypominającą Józię z serialu Plebania.


Florentynowo swą nazwę wzięło od imienia mojej prababki Florentyny. Ziemia, na której powstała wieś, znajdowała się wcześniej w całości w rękach rodziny. Czasy były takie, że jeszcze przed wojną ziemia kawałek po kawałku została sprzedana i w ślad za tym powstało tam 10 gospodarstw. Dzięki temu przedwojennemu zabiegowi, udało się uniknąć powojennych skutków tzw. reformy rolnej robionej w oparciu o dekrety PKWN.


Najpierw bywałem u dziadków sporadycznie na kilka dni. Było to na pewno przed 1967 rokiem (elektryfikacja wsi), gdyż pamiętam jeszcze lampy naftowe. Czasami jeździłem tam z mamą, a czasami dziadek sam mnie zabierał do siebie.


Ten mój związek emocjonalny z Florentynowem był tak silny, że w wieku 2 i 3 lat uprawiałem coś, co można określić mianem słynnych ucieczek. Na czym to polegało. To proste. Ze Ślesina, gdzie mieszkałem, było do dziadków 4 km. Pewnego dnia rano po śniadaniu, w towarzystwie rok starszej Wiolety, wyruszyłem w kierunku Florentynowa. Pamiętam, jak dziś, że miałem świadomość, że robię coś nagannego, ale imperatyw dotarcia do dziadków był silniejszy.



Dziadkowie oniemieli widząc mnie i moją towarzyszkę wyprawy. Dostaliśmy od babci jagody z cukrem i śmietaną. Po tym wnioskuję, że mógł być to lipiec 1963 roku. Było bardzo ciepło. Po kilku godzinach przyjechał po nas żukiem ojciec Wiolety powiadomiony przez umyślnego, którego wysłali dziadkowie.

Mimo zabezpieczeń płotów w ogrodzie i zamykania furtek, jeszcze kilkadziesiąt razy udawało mi się wydostać, a kilka razy dotrzeć do celu. W trakcie większości ucieczek na Flintowo (nazwa w wersji dzięcięcej) byłem ujęty już w pół drogi przez starszego brata lub ojca.


Do dziś zaglądam tam, mimo że mieszkają inni ludzie. We wdychanym powietrzu wyczuwam wibracje przeszłości, patrząc w dal widzę dziadków i inne osoby.


To miejsce to magia i... mój wehikuł czasu.



(10,970)



POSTSCRIPTUM 2008/04/09



Co było, to było, co może być - jest
A będzie to co będzie
Lecz zawsze to miło, że nie brak nam miejsc
Do których wracamy pamięcią [...]



Szanujmy wspomnienia, smakujmy ich treść
Nauczmy się je cenić
Szanujmy wspomnienia, bo warto coś mieć
Gdy zbliży się nasz count desiere [...]


Skaldowie

niedziela, 6 kwietnia 2008

Czerwony Kapturek

Dawno dawno temu, a może całkiem niedawno, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, a może całkiem blisko, w maleńkiej chatce pod lasem mieszkał Czerwony Kapturek ze swoją mamusią...


Pisząc powyższe słowa słyszałem ich brzmienie wypowiadane rytmem, który przed wielu, wielu laty wprawiał moją Pierworodną w stan snu i oddawał w objęcia Morfeusza. Tak się złożyło, że była to jedyna bajka tolerowana przez moje szczęście, gdy był czas na spanie. Znałem jej treść na pamięć z pewnymi niuansami w treści, które sam wypracowałem w toku codziennego bajkowania. Nie będę się chwalił - choć właśnie to robię - ale tembr głosu sprawiał, że po ostatnim wypowiedzianym zdaniu powieki Oliwki były już zamknięte.


Scenariusz powtarzał się każdego wieczoru i wszystko działało, jak w zegarku pod warunkiem, że to ja opowiadałem bajkę. Schody się zaczynały, gdy mnie nie było w porze usypiania i za opowiadanie bajki zabierał się dziadek lub szacowna koleżanka małżonka. Masakra... jak mówi młodzież. Problem w tym, że wersja bajki książkowej nieco różniła się od wersji wypracowanej przez Tatkę. Dziecko nie mogło zasnąć, bo ciągle korygowało opowiadających. Każdy detal opowieści był istotny :-))))))


 


Po 400-nym opowiedzeniu Czerwonego Kapturka miałem dość opowiadania tego samego i postanowiłem zamienić go na inną bajkę. Eksperyment, który trwał kilka dni, zakończył się klęską. Najpierw zapytałem, czy na dobranoc mogę przeczytać inna bajkę. Córcia wyrażała zgodę... Szczęśliwy, że podstęp się udał, czytałem na głos tytuły bajek, by dokonała wyboru. Zadowolony z siebie i tej innowacji z namaszczeniem czytałem bajkę pt. Księżniczka na ziarnku grochu, i gdy już chciałem dać buziaczka na dobranoc moje pierworodne szczęście robiło oczka, jak złotówki i wołało: Ale jeszcze o Czerwonym Kapturku!!!.


Wygrał Czerwony Kapturek.


(10,429)


Czerwony Kapturek - wersja dla dorosłych dzieci






piątek, 4 kwietnia 2008

TV Wychodek

Fantastycznie...; Serdecznie witam...; Ciesze się, że mogę Was tu powitać...;, Wspólnie przeżywamy... etc. et bleeee bleeeeeee. Czy słysząc te słowa wierzycie choć w jedno z nich?

Coś, co kiedyś było dla mnie olśnieniem - jak amerykański uśmiech i wyciągnięcie dłoni, czy sakramentalne Fine, thanks rzucane w odpowiedzi na pytanie Jak się masz ? - dziś drażni mnie i zniesmacza. Przez to właśnie coraz rzadziej włączam telewizor, z którego znane nazwiska sprzedają swój sztuczny uśmiech i fałszywe zainteresowanie osobami, z którymi rozmawiają. Zapewne godzinę po programie nie potrafią przypomnieć sobie imion i nazwisk, często i twarzy ludzi, z którym i spędzili kilka godzin.

Teleturnieje jedne durniejsze od drugich, a skala trudności jest na poziomie pytania:

Jak nazywa się stolica Niemiec?
Odp. A) Londyn
Odp. b) Paryż
Odp. c) Berlin
 

Gdzież im się równać z Wielką Grą prowadzoną przez niezapomnianą Stanisławę Ryster. Z uczestnikami tego teleturnieju, którzy musieli wykazać się ogromną wiedzą z jakiejś dziedziny. Program był na tyle rzetelny, że zapraszano ekspertów, by rozstrzygać wątpliwości dotyczące odpowiedzi. Biorący udział w Wielkiej Grze - zanim wzięli w niej udział - musieli przejść surowe eliminacje z wiedzy w danej dziedzinie zanim. Nie wystarczyło wysłanie listu, czy tylko smsa.

Czy ktoś jeszcze pamięta Tele Echo prowadzone przez Irenę Dziedzic? Mówi się, że to był pierwszy polski talk-show. Ależ na jakim był on poziomie zarówno osób zapraszanych, jak i przygotowania prowadzącego. Nie chodziło tam o mówienie w stylu, co się stało, gdy ktoś zdjął majtki, jak to ma miejsce obecnie. Przez jakiś czas współprowadzącymi program byli Edward Dziewoński i Bohdan Tomaszewski. Dziś niestety wszelkiego rodzaju tok-szoły pokazują ludzi, którzy za pieniądze sprzedają swą najintymniejszą sferę życia... często bardzo kloaczną w odbiorze.... Wszystko jest na sprzeda!!!

Gdy widzę w reklamach Pazurę, Lindę, Brodzik, Stuhra, czy Kondrata mam wrażenie, że pomyliły się im role, które mieli zagrać... Że wzięli do ręki nie ten scenariusz. Dla mnie aktor w reklamie to jak piękny but wdeptujący w parku w psie gówno. Owszem, wytrzeć można o trawę, ale smród zostaje.
Dlaczego takiej pomyłki nie popełnił nigdy nieodżałowany Gustaw Holoubek, Zbigniew Zapasiewicz, czy Krzysztof Majchrzak? Widocznie dosłownie i po herbertowsku odczuwają kwestię smaku i ... mają smak.

Za 50 i 100 lat ich nazwiska będą, jak słupy milowe: Holoubek, Zapasiewicz, Majchrzak, Ryster, Dziewoński, Dziedzic...

 

 

(9,681)

środa, 2 kwietnia 2008

Hieny cmentarne

Od rana bombardowanie godziną 21:37.

Jan Paweł II to, Jan Paweł II tamto.

Rozgłośnie radiowe i stacje TV serwowały przez cały dzień nagrania, gazety sprzedawały nakłady z płytami CD. Jednym słowem biznes się kręci. Pomiędzy wspomnieniami bloki reklam... , wybielacze, proszki do prania, najtańsze rozmowy w sieci, jesteś tego warta, tampony, podpaski, pomadki, papier toaletowy, chusteczki higieniczne etc... Jazgot i zgiełk na targowisku próżności :(((

Akademia ku czci, koncerty, artyści, statyści, cykliści i sabotażyści...

Czy jeszcze przez ten zgiełk słychać to, co mówił do nas Jan Paweł II?

(9,229)

wtorek, 1 kwietnia 2008

Kolumbowie z APOLLO 8

Wszyscy wokół trąbią o traktacie akcesyjnym, a w kontekście traktatu o działaczach homoseksualnych, którzy - jakby wbrew intencji stron sporu - stanęli w centrum uwagi. Przez media przetacza się jeden wielki bełkot o wszystkim i o niczym... wciąga wszystkich i wszytko niczym śnieżna lawina. Można by o tym napisać setki artykułów, toczyć spory, dysputy, czy przedstawiać argumenty za i przeciw, ale... PO CO?


Jest dużo więcej ciekawszych zdarzeń, o których można powiedzieć, że już się stały i weszły do historii jako znaczące.


Dziś, gdy słuchałem wieści z dopychania kolanem zgody na traktat, nie wiem dlaczego przypomniał mi się lot Apollo 8... wspomnienie z dzieciństwa i kibicowania Amerykanom przeciw Ruskim w kosmicznym wyścigu.


Rankiem 24 grudnia 1968 roku trzech Amerykanów: Frank Borman, James Lovell i William Anders zawiśli nad Srebrnym Globem i odczytali wersety z księgi Genesis... Niczym Krzysztof Kolumb, przetarli szlak kolejnym ludziom, którzy wyruszyli po nich.


Człowiek po raz pierwszy znalazł się tak daleko od Ziemi. Nikt po nich nie dotarł dalej. To będzie zapisane w annałach kosmonautyki, choć wspominany jest i będzie człowiek, który jako pierwszy postawił stopę na Księżycu.


 


 




Wschód Ziemi nad powierzchnią Księżyca (fot. Apollo 8)

(9,001)