poniedziałek, 31 marca 2008

Ziobro publiczne

Były minister sprawiedliwości przyznaje, że pożyczał swojego służbowego laptopa Patrycji Koteckiej [...]. Ziobro przyznał, że na jego służbowym laptopie były scenariusze programu "Detektor". Pisała je dziennikarka Patrycja Kotecka dla prywatnej telewizji TV 4. Był też scenariusz programu dla TVP 3 na temat Edwarda Mazura. (Gazeta Wyborcza)


 





 




Powiem szczerze, że gdy przeczytałem tę notkę to aż mnie zatkało. Nie wnikam w szczegóły przyjaźni i znajomości Pana Zbigniewa Ziobro. Mnie też może i spodobałaby się Patrycja Kotecka - szefowa wiadomości TVP - ale pewnych rzeczy urzędującemu ministrowi sprawiedliwości nie przystoi.




Wiemy, jaką rolę odgrywają media publiczne i jaki wpływ mają i chcą mieć nań politycy. W sytuacji, gdy pojawiają się podejrzenia o zażyłe relacje osób odpowiedzialnych za informację z przedstawicielem władzy, wszystko, co dzieję się po jednej, jak i po drugiej stronie staje się podejrzane. Bo nie jest normalne, że dziennikarka pisze scenariusze na laptopie ministra. Użyczyć to on może swój prywatny laptop. Wszelkie tłumaczenia są tu funta kłaków wart i mam je - za przeproszeniem - w... głębokim poważaniu.
O ile jeszcze jakiś czas temu gotów byłem zachować dystans do tego, co się mówi i pisze o czołowych budowniczych IV RP, o tyle dziś kropla przelała kielich. Są tacy, jak dawniejsi i dogorywający już kawalerowie orderu budowniczych Polski ludowej.


Łuski z oczu opadły i czas, by do reszty zdystansować się od polityki i tego, co zaprzątało dotąd moje polityczne emocje. Ma rację Korwin-Mikke twierdząc, że demokracja - w przeciwieństwie do monarchii - demoralizuje . Czas ją przywrócić... przynajmniej mentalnie i we własnej przestrzeni myślenia i postrzegania rzeczywistości.




Mam - jak już kiedyś wspominałem - do przeżycia jeszcze 47 lat :-), zatem poświęcę je na bardziej pożyteczne sprawy niż polityka. Owszem będę obserwował i śledził to, co się dzieje, ale już w żadnych aktach wyboru władzy nie będę brał udziału... Nie chcę być współodpowiedzialny za przygnębiającą rzeczywistość demokracji. Władza ludu to tak naprawdę władza motłochu. Wyższe racje i motywacje grzęzną zagłuszane wrzaskiem panem et circenses.




Jedyne, co mnie teraz może poruszyć to wybór króla.




Vivat Rex Polonorum!!!




(8,489)

sobota, 29 marca 2008

Pestka

I łaciate, i kudłate
pręgowane i skrzydlate
te, co skaczą i fruwają
na nasz program zapraszają*

Gdy wszyscy cię już zawiodą, nie możesz już liczyć na nikogo i nikt już na ciebie nie czeka, jest jeszcze Ktoś (nie coś!!!), Kto temu wszystkiemu przeczy i nie zmienia swego przywiązania do ciebie. Jest w swej wierności niezmienny i twardy, jak grunt pod stopami.
Twój najlepszy i najwierniejszy przyjaciel... pies.



Jestem w stanie napisać swoją historię życia, gdzie epokami będą imiona moich ukochanych psów: Lobo, Bambina, Czarek, Perła, Diana, Perła (kolejna), Punia i teraz Pestka. W tzw. międzyczasie - to jest przed Punią - był jeszcze kot Bonifacy.
Historia pojawienia się Pestki w rodzinie jest bardzo ciekawa i pouczająca... Gdy tak sobie pomyślę, to przyznam, że to była operacja dyplomatyczna na miarę negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską. A było to tak:
Gdy Punia - rudy śliczny lisek wzięty ze schroniska - została uśpiona było to tak wielkie przeżycie dla nas i dzieci, że postanowiliśmy nie mieć już więcej żadnego przyjaciela św. Franciszka w domu. Ale, jak to bywa, postanowienia uwierające są często zmieniane.
Wytrwaliśmy w tym postanowieniu 2 lata. Pewnego razu, gdy koleżanka małżonka wyjechała na jakieś tygodniowe szkolenie, rządy nad domem i pociechami dzielnie przejąłem i zawiadywałem całą menażerią. Dzięki Bogu, partii i... jedynej ukochanej teściowej, nie wywołaliśmy pożaru, ani też innych kataklizmów oraz plag egipskich na siebie nie ściągnęliśmy. Wtedy to Oliwia - moja pierworodna - zagadnęła do mnie, gdy tak siedzieliśmy sobie w pewne majowe popołudnie przed domem:
- Tatkuuuu! Gdy mamusia wróci ze szkolenia porozmawiajmy, żebyśmy znów mogli mieć pieska.
- Jeśli będziemy czekać na mamę, to nigdy nie będziemy mieli pieska - chlapnąłem.
Gdybym wiedział, jakie skutki przyniesie ta moja szczera, acz nierozważna - zdawać by się mogło - wypowiedź, pewnie ugryzłbym się w język.
- To wiesz co? Byłam w schronisku i już sobie wypatrzyłam. Jest tam taka śliczna suczka i taka kochana. Nikt od roku nie chce się nią zaopiekować.
No i masz babo placek. Słowo się rzekło i trzeba było działać nie czekając na powrót najwyższej - niczym sąd ostateczny - instancji, czyli koleżanki małżonki. Pojechaliśmy i przywieźliśmy śliczną suczkę o wdzięcznym imieniu Pestka. Dobrze... pies w domu, ale co wymyślimy na wytłumaczenie, że nagle przybył jeden domownik.
Do operacji pod kryptonimem mydlenie oczu koleżance małżonce wprzęgnęliśmy babcię. Postanowienia były następujące: babcia jest właścicielem Pestki, a Oliwia jest opiekunką. A skoro właścicielem jest babcia, to koleżance małżonce nic do tego, a poza tym wnuczka nie może i nie powinna odmówić pomocy babci.
Pies był już 3 dni, gdy do domu powróciła wyszkolona wszechstronnie koleżanka małżonka. Mimo swej przebiegłości i chytrości uległa sile naszych argumentów, pokrętnej konstrukcji własnościowej-opiekuńczej i... urokowi Pestki (patrz zdjęcie wyżej). Plan był tak chytry, że sytuacja było nie-do-odkręcenia i... Pestka jest z nami do dzisiaj.

* Słowa z piosenki śpiewanej w czołówce programu dla dzieci pt. ZWIERZYNIEC (przełom lat 60/70).

(7,813)

czwartek, 27 marca 2008

Centrumy i studiumy

Wczoraj wracając z pracy do domu zwróciłem uwagę na ogromny napis na ścianie sklepu meblowego: Największe Centrum Meblowe w Koninie!!! Zamurowało mnie, a mój samochód z wrażenia omal nie zatrzymał się w... centrum ulicy. Tyle razy przejeżdżałem obok i nigdy nie doznałem takiego olśnienia. Jak sądzę apostoł Paweł pod Damaszkiem musiał być podobnie porażony, z tym tylko, że poruszał się konno, a jak wiemy konie potrafią wrażenie wyrazić tak samo, jak konie mechaniczne tylko, że... bardziej (poprzez koński śmiech).


W tym momencie uświadomiłem sobie , że nastąpiła dewaluacja sensów i znaczeń wielu słów którymi się posługujemy na co dzień i przestają one robić wrażenie. Pamiętam, gdy na początku lat 90-tych wybuchła wolność i wielu ambitnych i pełnych wiary w świetlaną przyszłość ludzi podejmowało działalność gospodarczą. Na targowiskach i dostępnych placykach rozstawiano łóżka polowe, a w maleńkich pomieszczeniach otwierano sklepy maści wszelakiej. Pamiętam, jakie piorunujące wrażenie zrobił na mnie niewielki sklepik spożywczy - raptem kilkanaście metrów kwadratowych - z uderzającym napisem MARKET SPOŻYWCZY. Po jakimś czasie, gdy pojawił się pierwszy duży sklep sieciowy z kapitałem zachodnim, rzeczony sklepik zmienił nazwę na MiniMarket. Funkcjonuje do dzisiaj.




Domy Towarowe Centrum w Częstochowie (lata 70-te)

Lubimy wyolbrzymiać rzeczy i sprawy niczym rybak chwalący złowioną taaaaaką... rybą. Chyba jest w nas coś z atawizmów, które każą nam na współczesną modłę stroszyć piórka. Wokół nas pełno centrów handlowych, centrów miast, dworców centralnych, czy poglądów politycznych mieszczącym się w centrum. Jeśli dalej pójść tym tropem to spotkamy studium urody, studio reklamy, czy wystroju wnętrz... wszystkie, albo przynajmniej w większości, przypominające przywołany wyżej (Mini)MARKET.


 



ZADANIE DLA CHĘTNYCH:

Rozpoznaj marki samochodów stojące przed domami Centrum (zdjęcie powyżej). Dla ułatwienia dodam, ze są to 4 różne marki.


 


(7,176)

wtorek, 25 marca 2008

Prowokator Ratzinger

Papież prowokuje i obraża islam - takie komentarze arabskich mediów przytacza wtorkowa włoska prasa, informując jak szerokim echem w świecie muzułmańskim odbiło się ochrzczenie przez Benedykta XVI jednego z najbardziej znanych włoskich dziennikarzy >>> Więcej>>>.

Polityczna poprawność Europy nakazująca szacunek dla wszystkich odmiennych kulturowo i religijnie nacji zaczyna przynosić zatrute owoce i potwierdzać, że taka postawa prowadzi na manowce. Ministrowie europejskich rządów prześcigają się w przepraszaniu muzułmanów za niestosowne wypowiedzi... niektórzy nawet są odwoływani, by zmazać przewinę słowa wobec islamskich gołąbków pokoju. Oświeceni Europejczycy - w przeciwieństwie do Ciemnogrodzian znad Wisły - są tak antychrześcijańscy, że nie są w stanie wpisać w preambułach aktów konstytucyjnych odniesień do kultury i systemu wartości, na których zasadza się Europa. Zachowują się tak, jakby w ciągu 2000 lat nie było tu chrześcijaństwa.

W Arabii Saudyjskiej toleruje się ścinanie mieczem i zakaz noszenia symboli chrześcijańskich - opór wobec reżimu jest odwrotnie proporcjonalny do petrodolarów, natomiast w Europie pozwala się na stawianie meczetów, które stały się wylęgarnią janczarów radykalizmu. Nieważne, że autorytety islamskie wypowiadają się, iż jest to niezgodne z duchem islamu, a islam jest religią miłości i czynienia miłosierdzia. Dobrze wiemy, że autorytety niewiele mają do powiedzenia poza mediami, w których o nich głośno. Najważniejszy jest mułła kierujący daną wspólnotą. Liczy się więc faktyczny stan zachowań i zagrożeń, jakie dla naszej cywilizacji niesie islam, a nie nasze wyobrażenie, jaki powinien być islam zasad wynikających z Koranu.



Mułła Muktada al-Sadr

Nie trzeba być osobą religijną, by to dostrzegać. Można być nawet ateistą tak, jak w filozof prof. Bogusław Wolniewicz, czy we Włoszech - zmarła niedawno dziennikarka - Oriana Falacci (przeprowadziła wywiad z Chomeinim).

Dochodzimy do paranoji. Można Kościół Katolicki lubić, bądź nie, ale nie może być tak, że Żydzi, czy ktokolwiek inny, będą składać protesty i ustalać treść modlitwy na Wielki Piątek. Chodzi o to, że w przywróconej przez papieża treści mszału trydenckiego, jest modlitwa o nawrócenie Żydów. No, mój Boże!!! Taka jest natura Kościoła i chrześcijaństwa w ogóle, że chce, by wszyscy ludzi uwierzyli w głoszoną przez niego prawdę. Przecież nie jest to nawracanie na siłę. Teraz zaś doszło jeszcze to, od czego zacząłem ten wpis... Muzułmanie chcą mieć wpływ na to, kogo wolno wolno papieżowi ochrzcić, a kogo nie. Nie zapominajmy, że są kraje islamskie, gdzie konwersja na inną religię jest karana śmiercią.

Współczesny islam to nie Avicenna (Ibn Sina) żyjący w latach 980-1037, czy inni myśliciele islamscy, którzy pojawili się w wiekach średnich. To dzięki nim zachowała się i przetrwała myśl filozoficzna Greków.

Jakiej Europy chcemy???

Awicenna

(6,744 )

UPRZEJMIE PROSZĘ PT. KOMENTATORKI I KOMENTATORÓW, BY ŁASKAWIE WYPOWIADALI SIĘ JEDYNIE W PRZEDMIOCIE MOJEGO WPISU. OSOBISTE INFORMACJE I PRZEKAZY - BYĆ MOŻE DLA NIEKTÓRYCH BARDZO INETRESUJĄCE - PROSZĘ PRZENIEŚĆ DO KANAŁÓW MAILOWYCH, GADU-GADOWYCH, CZY SKYPE'OWYCH.

Z GÓRY DZIĘKUJĘ

poniedziałek, 24 marca 2008

Jaskiniowcy

Pamiętam, gdy przed wielu, wielu laty, na lekcjach plastyki przybliżano nam nieco historię sztuki poprzez pokazywanie prehistorycznych rysunków naskalnych odnalezionych w jaskiniach na terytorium Francji. Pamiętam też niesamowite odczucie i emocje towarzyszące mi, gdy wodziłem palcami po zdjęciach, które przedstawiały zwierzęta i ludzi tamtych czasów. Ktoś przed tysiącami lat, ktoś kogo twarzy nigdy nie poznamy zostawił coś, co my możemy dotknąć i poczuć niemalże... To prehistoryczna fotografia tego, co widział prehistoryczny człowiek, ilustracja tego, co go zajmowało i co było dla niego ważne.


Teraz wiemy, że przekazujemy siebie w genach, ale czy nie chcielibyśmy mieć kawałka ściany w jaskini, która przyjęłaby nasz zapis... trwalszy niż cokolwiek?



Rysunek naskalny z jaskini Lascaux we Francji, prawdopodobnie sprzed 15 000 lat


Okazuje się, że wielu współczesnych - nie wiem tylko, czy zafascynowanych tak, jak ja przed laty, śladami prehistorii - podejmuje mniej lub bardziej udane próby pozostawienia trwałego śladu po sobie.


 




Zewnętrzna dekoracja jaskini... cudzej oczywiście




Zewnętrzna dekoracja ogrodzenia...





Resztki współczesnej jaskini ;-)


(6,428)

 

niedziela, 23 marca 2008

Skrzypek na... jajku

Już drugi raz z rzędu Onet zainspirował mnie do refleksji, tym razem na temat świąt paschalnych. Niestety są to refleksje raczej smutne i tęskniące za czymś, co przeminęło bezpowrotnie. Jeśli ktoś oglądał musical o wdzięcznym tytule Skrzypek na dachu lub jego filmową adaptację to zapewne pamięta śpiewaną dobitnie frazę TRADYCJA. A tradycja była tym, co odróżniało wadzącego się i kłócącego ze swoim Bogiem Tewje Mleczarza od gojów. Tradycja była tym, co nadawała jemu i jego pobratymcom charakterystyczny rys i znamię, które było... wybraństwem i przekleństwem zarazem.

Pewien liberalny Żyd - dziennikarz nowojorski, agnostyk i liberał - postanowił przez rok żyć zgodnie z nakazami zawartymi w Biblii (Rok w zgodzie z Biblią). Nie byłoby w tym nic dziwnego i wręcz godnego uznania, gdyby nie to, że służyć to miało tak naprawdę napisaniu książki o niemożności życia zgodnie z tym, co w dosłownym znaczeniu wymagają święte księgi. Na koniec zarobił na swej książce spore pieniądze, gdyż stała się bestsellerem (brrrrrrrr!!!)... najlepiej sprzedawaną książką. Sprawdza się w tym przypadku stara łacińska maksyma, że pecunia non olet*.

Co do istoty rzeczy twierdzę, że ani przez moment nie żył w zgodzie z Biblią, gdyż zabrakło tam najistotniejszej rzeczy... łaski wiary, która proste nakazy i zakazy czyni żywymi i sprawia, że człowiek wewnętrznie przyjmuje je za swoje.



Przykład a rebours! Czym są święta Wielkanocy, dla przeciętnego katolika w Polsce. To przede wszystkim zachowany zwyczaj - celowo nie piszę tradycja - siadania do śniadania z tradycyjnie postawionym pokarmami: jajko, szynka, biała, kiełbasa, chleb, masło, ciasto, oczywiście sól, pieprz i chrzan. Nikt nie sięga już do skrywanej w tych pokarmach symboliki i przesłania religijnego, choć szczerze mówiąc nie mają one biblijnego podłoża. No może poza... solą (por. Ewangelia wg Mateusza 5:13). Z resztą pokarmy nijak się mają do opisywanych przez Nowy Testament zdarzeń paschalnych poza nadanym im później sensem i po zaadoptowaniu obyczajów pogańskich na gruncie chrześcijańskim. Największą adopcją pogaństwa są oczywiście święta Bożego Narodzenia.

Wracając jednak do istoty refleksji chcę napisać tylko jedno: pozostała forma, natomiast treść wyparowała... nasze zachowania i tradycje są wydmuszką, gdyż tak naprawdę nie wierzymy w to, co tradycja symbolizuje, a może nie wierzymy dlatego, że bardziej skupiliśmy się na formie niż na treści... niestety. Dlaczego? Bo tak nam wygodniej, bo mamy inny system oglądu świata i człowieka niż daje nam religia?

Odczuwam z tego powodu pewien żal, ale jestem mentalnie wobec tych tradycji na zewnątrz. Obserwuje nie tylko innych, ale i siebie samego. Choć w przeciwieństwie do innych mierzi mnie, gdy w każdej witrynie, w każdej reklamie komercyjnie kicają zajączki i turlają się jaja.

Nie ma pointy, bo trudno ją mieć o 6 rano, ale... wbrew nadziei miejmy nadzieję. Jeśli nie możemy wierzyć, przynajmniej pomyślmy o tym przez chwilę. HALLELUYAH!

PS. Poza refleksją jestem ciekaw, jakie są Wasze rozumienia symboliki pokarmów i zachowywanie tradycji śniadania wielkanocnego.
*pecunia non olet - łac. pieniądze nie śmierdzą (nie mają odoru)

(6,135)

piątek, 21 marca 2008

Tysiącletni chłopiec

W spowalniającym już nieco tempie dnia zerknąłem na portal ONET i natrafiłem na notkę (Tysiącletni chłopiec), która wzbudziła moje zainteresowanie, a dotyczyła rekonstrukcji wyglądu twarzy 4 osób sprzed 1000 lat. Niby nic szczególnego - wszak techniki kryminalistyczne pozwalają na tego typu rekonstrukcje prawdopodobnego wyglądu osób w oparciu o ich czaszkę.


W tym momencie przypomniały mi się moje drobne rekonstrukcje związane poszukiwaniami genealogicznymi. Konkretnie rekonstrukcje zniszczonych zdjęć lub poszukiwania zaginionych zdjęć. Mimo, iż czasowa odległość jest nieporównywalnie mniejsza, jednak emocje osobiste nieporównanie silniejsze.



Powyższe dwa zdjęcia były w dużej części zniszczone po pożarze i miały spore ubytki Obydwa zostały zrekonstruowane mówcza pracą. Od lewej: ukochana babcia Stefania (1892-1982), po prawej: Babcia Stefania z moim Tatą (1926).




 


Inny ciekawy przypadek związany z poszukiwaniami zdjęcia pradziadków opisałem w Historii portretu. Powyżej zdjęcie ilustrujące tę historyjkę (Józefa i Kazimierz Rajewscy).


Genealogia jest dla mnie taką szczególną formą połączenia archeologii i kryminalistyki... ale jakże twórczą i emocjonującą.


 


(5,737)


 

poniedziałek, 17 marca 2008

Rzeka marzeń

Mówimy o kimś marzyciel, pięknoduch, albo, że nosi głowę w chmurach... Dziś postanowiłem dołączyć do kolekcji swoich ulubionych określeń marzyciel. Może właśnie na przekór stereotypom. A stereotypy należy oswajać i nadawać im nowy sens. Tak samo, jak wcześniej pisałem o zazdrości

W końcu - zdradzę to po raz pierwszy publicznie - zamierzam dożyć 94 lat, a półmetek niedawno świętowałem i była okazja do podsumowań. Zrobiłem bilans i parę rzeczy muszę w drugim semestrze życia zrealizować.

Po pierwsze - primo. Zadbać o zdrowie. A jak o zdrowie, to i o kondycję. Do porannej 5-10 minutowej gimnastyki, którą z większym lub mniejszym powodzeniem uprawiam od jakiegoś czasu, dołożyłem dziś intensywny wieczorny spacer (5 km). Zamierzam w tym być zdyscyplinowany. Nie wiem tylko, czy Pestka - dla niewtajemniczonych informacja, ze to mój najbardziej oddany i wierny domownik - wytrzyma tempo codziennych spacerów. Próbowałem wciągnąć w ten prozdrowotny spacer Marcina, mojego 17-letniego descendanta, ale wykręcił się nauką. Zresztą jak zwykle, gdy coś jest do zrobienia i związane jest z wysiłkiem.

Jak to mówią Nie pamięta wół jak cielęciem był. No pamięta, pamięta, ale wydaję się mu, że może tym razem będzie skuteczniejszy niż jego  rodzice w stosunku do niego samego. Pamięta także, jak mama sprawdzała, czy bierze ze sobą ciepłą czapkę, czy ubiera ciepłą bieliznę etc. i mówi, bo jak ja byłam w Twoim wieku też nie słuchałam rodziców... Wiem, że nie słuchała, ale chyba na tym to polega, że jest napięcie międzypokoleniowe i młodsze pokolenia z definicji, wręcz urzędowo... nie słucha rad rodziców.

Po drugie wreszcie... i po secundo też (a jakże!).  Za bardzo się rozpisałem i na dziś poprzestanę na tym jednym marzeniu. Może za jakiś czas będę skoczny, jak ten pasikonik po prawej stronie nagłówka mego bloga - oczywiście, jeśli wytrwam w postanowieniach - i wtedy będzie można o mnie mówić facet, jak marzenie...

Nie mylić, broń Boże, z Marzeną.

----------------------------------------

RZEKA MARZEŃ







(5,129)

sobota, 15 marca 2008

Liczby doskonałe

Dzisiaj planowałem porządki w ogrodzie wokół domu, ale skończyło się na... umyciu 7 okien. Do tego doszło zdejmowanie firanek i instalowanie ich ponownie po wypraniu. Ten nadludzki dla mężczyzny wysiłek przypłaciłem krótką, ale za to regenerującą i przywracającą siły witalne, drzemką. Ktoś mógłby pomyśleć, że to porażka planu związanego z ogrodem, ale wychodzę z całkiem przeciwnego założenia... to sukces!!! I to nie dlatego, że je umyłem, ale z powodu liczby SIEDEM.


Siódemka w niektórych kulturach uchodziła i uchodzi za coś doskonałego, tak samo jak kula. Czy zastanawialiście się kiedykolwiek nad tym, jaką rolę odgrywają w Waszym życiu liczby. Pewnie w mniejszym lub większym stopniu tak, choć nie ma żadnych dowodów na to, że jest związek między liczbami a natężeniem dobrych zdarzeń w naszym życiu.


Moje liczby to 7, 8, 13 - tę liczbę w połączeniu z piątkiem lubię w sposób szczególny - 18, 25, 30, 40 i 44 oraz 94. Próbuję ustalić jeszcze kilka, które mieszczą się w przedziale pomiędzy 44 a 94.


W życiu każdego człowieka jest jeszcze jedna liczba doskonała. Znacznie wykracza poza podany wyżej katalog i jest niepoliczalna, jak gwiazdy na niebie, czy... piegi na twarzy i ramionach.


Gwiazdy są jak piegi... śliczne :-)


 




 


(4,833)

piątek, 14 marca 2008

Zazdrość to miłe uczucie

O zazdrości można tak, jak o zmarłych... albo dobrze, albo wcale. Skoro piszę, to niechybnie znak, że będę pisał o tym uczuciu wyłącznie dobrze. Z resztą nawet nie mam powodu, by pomyśleć o zazdrości negatywnie. Większość oczywisto-oczywistych opinii wynika z uprzedzeń i nieznajomości prawdziwej zazdrości.  Często mylona jest po prostu z zawiścią, a jest między nimi taka różnica - istotna - jak między altruizmem a egoizmem. Niektórzy twierdzą i jest w tym sporo racji, że altruizm i egoizm to dwa przeciwstawne bieguny tego samego uczucia. Chodzi o to, by na suwaku określającym stopień jednego i drugiego uczucia unikać pozycji skrajnych.

Zawiść to uczucie i emocje nastawione przeciwko drugiemu człowiekowi, przeciwko powodzeniu i szczęściu innych. Zawistnik wręcz modli się, by kogoś spotkało nieszczęście. Jeśli ktoś wygrał fortunę, by ją stracił, jeśli zbudował dom, by tornado lub inny żywioł zniszczyło go, jeśli ma dobrze płatną pracę, by ją stracił etc., etc. ...

ZAZDROŚĆ - to uczucie, którego doznaję widząc, jak znakomity sportowiec odnosi sukces i zazdroszcząc mu... chcę przynajmniej dorównać. Jeśli sąsiad zbudował firmę, która dobrze prosperuje, to sam staram się swoją rozwinąć jeszcze lepiej, a swojej pozycji materialnej nie buduję poprzez donos na niego do urzędu skarbowego lub do innych wrażych obywatelom instytucji. Jeśli ktoś ma talent w jednym, to swój rozwijam w innej dziedzinie.

Zazdrość nie zatruwa, ale motywuje.

Poniżej przedmioty, które wczoraj wywołały we mnie uczucie zazdrości :-). Właściwie to nie one same wzbudzają moją zazdrość, ale talent i wyobraźnia, dzięki którym Anisia Gwiazdolica wyczarowała je.



Może w ten lub następny weekend wezmę się za rękodzieło, a jak nie starczy mi determinacji to przynajmniej skopię ogródek i zrobię wiosenne przydomowe porządki.


(4,520)

środa, 12 marca 2008

Pomyłka Heraklita

Wracając z pracy wstąpiłem na chwilę na dworzec PKP. W bocznym ślepym korytarzu, który kiedyś prowadził do poczekalni, na granitowej posadzce spał bezdomny... Brudny, śmierdzący, obleśny i pijany. Brudna, zarośnięta i czerwona twarz. Nieopodal na niskim kaloryferze typu Faviere przysiadł drugi, znacznie chudszy i trzeźwy.


Dwa miesiące temu wracając pociągiem z Wrocławia doświadczyłem podobnych obrazków tylko na większą skalę. Było tam na dworcu w różnych miejscach ok. 15 bezdomnych w tym połowa kobiet. Widok przygnębiający.


15 lat temu bar na dworcu centralnym PKP  w Warszawie. Zakupione danie zjadłem do połowy i uznałem, że chyba już więcej nie dam rady. Odsunąłem talerz na bok, by sięgnąć po herbatę, gdy nagle wyrósł jak spod ziemi bezdomny i zapytał:



- Czy będzie Pan jadł dalej ten obiad?

- Nie! Już skończyłem.

Ku memu zaskoczeniu wziął mój talerz, widelec i bez żadnego skrępowania kontynuował.




 


Co się zmieniło w Polsce w ciągu tych kilkunastu lat? Czy w ogóle coś się zmieniło?


Zmieniały się rządy, premierzy, prezydenci, formacje polityczne... zmieniały się składane przez nich obietnice. Patrząc na ulice widać było nowe marki samochodów, a w telewizji nowe gwiazdy, nawet nowe telewizje.


Jedyne, co pozostaje bez zmian i co jest namacalnym zaprzeczeniem heraklitejskiej zasady  panta  rhei*, to ludzie, których - jak dzisiaj - zawsze można spotkać na dworcach PKP w całej Polsce.


* Πάντα ῥεῖ καὶ οὐδὲν μένει - gr. wszystko płynie (jest zmienne) i nic nie stoi w miejscu.



(4,147)

poniedziałek, 10 marca 2008

Pułapka na myszy

Kobieta nie goni za mężczyzną, bo kto widział, żeby pułapka goniła mysz.


Kobieta ze swym instynktem dręczenia jest i będzie... zgubą mężczyzny.


Mężczyźni pragną zawsze być pierwszą miłością kobiety. Kobiety pragną być ostatnim romansem mężczyzny.




Powyższe powiedzenia są, co prawda zasłyszane, ale - w moim najgłębszym odczuciu - oddające istotę zawiłych relacji kobiety z mężczyzną i mężczyzny z kobietą... Ciągle na siebie narzekamy, opowiadamy złośliwe dowcipy, złościmy się, ale tak naprawdę nie jesteśmy w stanie bez siebie żyć. A przyczyna tego jest prozaiczna: to w odniesieniu do kobiety określamy swoje męskie Ego. Z powodu kobiet wywołujemy wojny, jak w przypadku Heleny Trojańskiej, odkrywamy lądy dla sławy, zdobywamy kosmos, zwyciężamy w zawodach, podejmujemy wyzwania życiowe pokonując wszelkie przeszkody. To kobiety są naszymi powierniczkami i najżyczliwszymi doradczyniami i zawsze na nas... czekają. Cieszą się naszymi sukcesami, które tak naprawdę są ich zasługą.




Kobieta w życiu mężczyzny jest katalizatorem i stymulatorem jego działań. Sięgnijmy po najwyrazistszy przykład, jakim jest Ronald Reagan - najpopularniejszy prezydent USA. Z pierwszą żoną Jane Wyman rozstał się, gdyż nie podzielała jego politycznych pasji. Znający biografię Reagana wiedzą, że to dzięki Nancy - swej drugiej żonie - został najpierw gubernatorem Kalifornii, a później prezydentem USA.




Już starożytni odkryli, że osiągnięcia najwyższej próby wymagają łaskawości przynajmniej jednej z dziewięciu muz. Współcześni doliczają się większej ilości tych wpływowych półbogiń, ale nie wnikajmy w to... liczy się sam fakt ich przemożnego wpływu na mężczyzn.




I niech tak zostanie. Amen.







(3,913)

niedziela, 9 marca 2008

Kopernik też była kobietą

Dziś miałem wątpliwą przyjemność obserwowania programu Kawa na ławę, w której na zaproszenie Bogdana Rymanowskiego gościły panie posłanki… pewnie taki gest związany z 8. Marca.


Przyznam się, że zabawę miałem przednią, a występy Julii Pitery (PO), Nelli Rokity (PiS) i Joanny Senyszyn (SLD) rozbawiły mnie setnie. W miarę sensownie zachowywały się tylko posłanki Śledzińska-Katarasińska (PO) i Jakubiak (PiS).








Program obnażył, a właściwie dowiódł, że nie ma czegoś takiego, jak różnice płci… przykład polityki pokazuje to dobitnie. Kobiety dobrze czują się w męskich rolach, a nawet przebijają panów w swarliwości i złośliwościach. Kaczyński z Tuskiem zajmują odległe miejsce w tym peletonie. Nie ma czegoś takiego jak solidarność jajników. Kobiety zwalczają się bezwzględniej niż mężczyźni… strach się bać J!


Pomiędzy bajki należy włożyć mit mówiący, że kobiety są w stanie stępić dzikość i krwiożerczość w polityce. Są mistrzyniami zażartej i brutalnej walki. Często są w swej zawziętości  bardziej pomysłowe i pamiętliwe niż mężczyźni. Nie wyobrażam sobie, by kiedykolwiek kobiety zjednoczyły się w jakiejkolwiek sprawie politycznej, a zwłaszcza w rozwiązywaniu własnych spraw.


Powód?


Kobieta to też człowiek i wciskanie jej w koleiny płciowości prowadzi na manowce. To błąd, którego grzechem jest feminizm i pokrewne mu filozofie myślenia o człowieku, jako opozycji dwóch płci. Kobieta ma swoje ambicje i emocje tak samo, jak mężczyzna.


Pozwólmy kobietom być ludźmi i tak je oceniajmy. Nie czyńmy z nich półbogiń. Dajmy im prawo do popełniania błędów, bycia opryskliwymi i złośliwymi.


Veritas est adaeqvatio rei et intellectum – w wolnym tłumaczeniu: prawda jest to stan odpowiedniości tego, co miało miejsce w rzeczywistości z tym, co ma odzwierciedlenie w umyśle. Definicja zdaje się prosta i jasna, ale tylko na tym poziomie ogólności. Gorzej, gdy przechodzi się do uzgodnień w konkretnych sprawach. Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach.


Kobiety w polityce tak samo jak mężczyźni mają swoje rozumienie rzeczywistości, opisują ją taką, jaka jawi się w ich wyobrażeniach. A że nijak się o ma to do doświadczeń innych osób, a zwłaszcza tych w opozycji? Cóż! Można przytoczyć w tym miejscu stary angielski dowcip.


Na pewnej konferencji naukowej w trakcie wygłaszania referatu przez jednego z uczonych jeden ze słuchaczy zerwał się na równe nogi i zakrzyknął:


- Ależ Panie Profesorze!!! To, co Pan głosi nie jest zgodne z faktami!


- Tym gorzej dla faktów – odpowiedział bez cienia zmieszania prelegent.


 


(3,744)

sobota, 8 marca 2008

Tolerancja dla homofobów

Z okazji powszechnego dnia obłudy i wymuszonej celebry - może nieco odmiennej niż za komuny, ale jednak obrzydliwej - przez media przetacza się fala dyskusji nt. równości płci i tego, jak to kobiety są w gorszej sytuacji, bo mało zarabiają w porównaniu z mężczyznami, mają niższe emerytury przy tych samych zarobkach, są dyskryminowane w pracy i wykorzystywane. Słuszna racja - jak powiedziałby to mój śp. kolega Stefan - ale, co z tego. Jest wiele grup społecznych, które dyskryminowane przez jakąś faktyczną lub wydumaną większość, podnoszą głos i krzyczą, jaka to wielka krzywda ich spotyka. Na to wszystko nakłada sie przychodząca z zachodu - na psa urok !!!- polityczna poprawność.


Jest to zgrabne i ładne określenie czegoś, co jest odwrotnością nietolerancji, ale jest nie mniej obrzydliwe, bo knebluje usta i nie pozwala nazywać rzeczy po imieniu. Ludzie i grupy społeczne są różnorodne i sztuczne zacieranie różnic prowadzi do kumulacji napięć, które jeśli już wybuchają to ze zdwojoną niszczącą siłą. Okazuje się, że mniejszości, które mają być chronione zaczynają narzucać swe poglądy większości... zniewalają większość.




johns.jpg

 


Kilka dni temu wgniotła mnie w fotel informacja, że w Anglii małżeństwo Eunice i Owena Johnsów (zobacz: Adopcja nie dla homofobów) nie może adoptować dziecka. Powód? Urzędnik uznał, że nie nadają się, gdyż otwarcie zapowiedzieli, że nie będą wpajać dziecku, że homoseksualizm jest czymś dobrym. Pytanie o stosunek do homoseksualizmu (sic!!!) było to jedynym pytaniem urzędnika ds. adopcji sprawdzające zdolność Johnsów do właściwego wychowania dziecka. Świat na głowie staje i czekam, kiedy za głoszenie poglądów, że homoseksualizm jest zboczeniem będzie wsadzać się ludzi do więzienia.




Tolerancja oznacza dla mnie jedno: jeśli ktoś chce realizować się w związku homoseksualnym to jego sprawa, a mnie nic do tego. Mam natomiast prawo uważać i głosić, że tego typu styl życia i samorealizacji jest wbrew naturze. Uznaję prawo do życia w spokoju ludzi o mniejszościowych poglądach i postawach o ile nie niszczą tkanki społecznej, natomiast nie może być tak, że mniejszość narzuca swoje wzorce i poglądy większości.


 


stanislaw soyka  tolerancja

(3, 661)

piątek, 7 marca 2008

Archimedes, Eureka i kanały RSS

Pisanie bloga sprawia wiele radości i daje przyjemność obcowania z innymi - często nieznanymi osobiście - osobami. Styczeń miałem taki sobie w pisaniu bloga, natomiast w lutym wena twórcza rozsadzała mnie, a dzień bez wpisu uważałem za stracony... miałem momentami nawet poczucie winy. Popełniłem w sumie 16 wpisów, co jest  swoistym miesięcznym rekordem od września 2007. Nie pisałem dla bicia rekordów, a dla przyjemności własnej i tych nielicznych, którzy zechcieli prześledzić me myśli.


Znów miałem kilka dni przerwy, ale to tak dla podładowania akumulatorów i jak się okazuje, by odkryć proste narzędzie ułatwiające śledzenie zapisów w zaprzyjaźnionych blogach. Czy zauważyliście... odczuliście, jak trudno jest śledzić, czy ktoś coś napisał już. Chcąc zachować się grzecznie i uprzejmie wobec odwiedzających i komentujacych mojego bloga musiałem mozolnie wciskać po kolei linki umieszczone po prawej stronie. Myślę, że większość czyni to w podobny sposób.




A dziś mogłem zakrzyknąć ... EUREKA!!! Rzecz jasna nie biegałem nago po ulicy niczym Archimedes.




Na co dzień korzystam z takich narzędzi Google'a, jak konto e-mail, program picasa do obróbki i umieszczania zdjęć, edytor tekstów i arkusz kalkulacyjny. Wygoda ogromna, bo można mieć do swoich rzeczy dostęp z każdego komputera na świecie bez konieczności przenoszenia danych na płytach i dyskach. Nudząc się nieco w piątkowe popołudnie postanowiłem zgłębić inne google'owskie narzędzia i natrafiłem na coś, co nazywa się Google Reader (czytnik kanałów RSS): narzędzie do śledzenia wybranych kanałów RSS. Można stosować je  do monitorowania blogów, które mają uruchomiony strumień RSS.




Gdy to wypróbowałem, pojawił się asumpt, by opisać krótko nową zabawkę i tym samym wznowić pisanie. Cieszę się, że po jednym kliknięciu będę widział nowe wpisy wszystkich moich blogowych przyjaciół.




PS. Jeden z moich wcześniejszych wpisów na tym blogu nosi tytuł Szczęście to ruchome święto. Szczęściem dla każdego z nas może być i jest za każdym razem coś innego, ale samo odczuwanie szczęścia jest świętem. Dziś mam właśnie taki dzień, bo przyjechało  na weekend moje pierworodne Szczęście :).




 




Natomiast drugorodny miał dzień sprzątania. Wchodząc do jego pokoju - zaskoczony  niecodziennym porządkiem... pomyślałem przez moment, że pomyliłem drzwi. Nie sądźcie, że z niego taki pedant. Po prostu miała przyjść i przyszła... Kasia.


 


(3,537)