sobota, 9 lutego 2008

Linia życia

Ciekawość ludzka i pragnienie poznania nieznanego sprawiły, ze odkryto odległe lądy, dotarto w najgłębszą otchłań oceanów, postawiono stopę na księżycu, czy wysłano sondy poza Układ Słoneczny.

Pamiętacie film o intrygującym tytule Linia życia, w którym grupa studentów medycyny podejmuje ryzyko sprawdzenia tego, co znajduje się po tej drugiej stronie? Naruszyli pewne tabu, które było dominium religii. Naruszyli zastrzeżoną przestrzeń. Film oglądało się z zapartym tchem i w jakimś sensie z przerażeniem... Można to określić łacińskim tremendum et fascinosum.

Lubimy takie wyimaginowane i inscenizowane emocje, w których współuczestniczymy. Zapominamy, że realne życie dostarcza ich aż nadto. To, co opisuję poniżej jest rzeczywistym dotknięciem, czy może raczej otarciem się o linię życia.



Ktoś - opisany przeze mnie w poście Z gwiazdami jej do twarzy - doświadczył nie tak dawno takiego otarcia się o linię życia. Wyobraźcie sobie sytuację, że jesteście zdrowi... owszem macie jakieś tam dolegliwości, ale są pod kontrolą i traktowane są jako swoista uroda organizmu. Nagle dybie Was jakieś przeziębienie, ostry kaszel, duszności etc. Lądujecie na pomocy doraźnej, ale wszystko kończy się dobrze. Następnie pojawiacie się u lekarza na badaniach... sprawdzacie, czy nie przypałętało się coś niedobrego, czego wszyscy się boją, ale głośno o tym nigdy nie mówią. Okazuje się, że jest dobrze. W tym czasie ktoś bliski łamie nogę, drugi choruje, innym też mniej lub bardziej niedobre rzeczy się przytrafiają. Jednym słowem wszystko w normie i pod kontrolą.

Pewnego pięknego dnia Anisia gwiazdolica - bo o niej pisze - odbiera telefon, że ma pojawić się w ciągu półtorej godziny u lekarza, który kilka dni temu robił jej badania. Nogi się jej uginają, życie jak kadry filmu przebiega przed oczami, rozlicza się ze sobą w sumieniu i powoli żegna z bliskimi i światem.

Wyobrażacie sobie ten czas od telefonu do wejścia do gabinetu lekarza? Czujecie tę cienką linię oddzielającą Was od tego, co jest po tej drugiej stronie?

I teraz czytajcie uważnie!!!

Lekarz z uśmiechem informuje, że przeprasza, że kazał jej jeszcze raz przyjść, ale do kartoteki potrzebne było jeszcze jedno prozaiczne badanie, które nic nowego do diagnozy, nie wnosi, ale trzeba je wykonać, by wszystko było w porządku w papierach dla NFZ. Balon rozdęty do granic wytrzymałości został przekłuty, pożegnanie ze światem i przyjaciółmi okazało się nieaktualne, a rachunek sumienia niepotrzebny... Cóż! Do tematu ostatecznego odejścia trzeba będzie powrócić jeszcze raz. Oby w sensowniejszych i uzasadnionych okolicznościach... Nikt nie lubi umierać powielokroć. Co ja pisze... nikt nie chce umierać, a co dopiero powtarzać to doświadczenie.

Lekarz nie wiedział jednego, że pani z rejestracji nie raczyła Gwiazdolicej powiedzieć, w jakim celu ma przyjść na określoną godzinę do lekarza. Zapytana dlaczego nie powiedziała, że chodzi tylko o badanie, z rozbrajającą szczerością odpowiedziała, że nie jest upoważniona do udzielania takich informacji. Dziwne i zaskakujące, bo to nie była informacja o zdrowiu - takich informacji może udzielać wyłącznie lekarz - ale czynność administracyjna niemalże, jak wezwanie na szczepienie. Przecież takim zachowaniem mogła przytrafić kogoś o zawał, że nie wspomnę o spowodowaniu wypadku samochodowego w drodze do lekarza

Czy czujecie tę linię życia? Czy potrzebny jest jakiś wymyślony scenariusz i film, by przeżyć chwile grozy?

(445)

2 komentarze:

  1. Ja się wciąż do końca nie mogę pozbierać po wypadku, jaki miałam latem na... rowerze. Do teraz prześladują mnie jakieś koszmary na jawie, wyobrażenia, że upadam prosto na szczękę i znowu rozwalam sobie staw szczękowy i gubię zęby :-)
    Niby mojemu życiu nic nie groziło wtedy, ale jakoś tak zaczęłam się naprawdę mocno zastanawiać jak niewiele czasem brakuje, żeby ta cienka linia, cienka jak niteczka, została przerwana.

    OdpowiedzUsuń
  2. Film "Linia życia" oglądałam i jak piszesz z zapartym tchem. Któż z nas nie otarł się o tą linię w swoim życiu. Czytając dalszy ciąg Twojego posta, to tak czułam jak bym kiedyś taką samą sytuację przeżyła. Może i tak, ale nie bardzo mogę teraz sobie przypomnieć, kiedy i co to było-zresztą to jest w tej chwili nieważne. Wyobrażam sobie tą dziewczynę i jej uczucia w chwili otrzymania wezwania i w chwili, kiedy od lekarza dowiedziała się, po co została wezwana. Jak się okazuje na wszystkich miejscach powinni pracować odpowiedni ludzie, a nie osoby przypadkowe, które nie potrafią lub nie chcą zauważyć drugiego człowieka. Chodzi mi tu przede wszystkim o służbę zdrowie i wszystkie inne zawody, w których służy się drugiemu człowiekowi.

    OdpowiedzUsuń