sobota, 23 lutego 2008

Cena patriotyzmu

 Zima - która tak naprawdę się nie zaczęła - ma się ku końcowi - tak wieszczą meteorologowie, a mnie naszedł bez ostrzeżenia przedziwny patriotyczny nastrój. Skąd się przyplątał do mnie zew patriotyzmu nie wiem tak do końca. Wieczorkiem przeszukując Youtube przypomniałem sobie, że jesienią na kanale Discovery były emitowane krótkie filmiki historyczno-patriotyczne, które w niespotykanej i zaskakującej formie mówiły o doświadczeniach II wojny światowej. Nie wiem jak inni reagowali na tę formę edukacji patriotyczno-historycznej, ale mnie to bardzo wzruszało.







Teraz mamy czas i klimat dla patriotyzmu odmienny niż jeszcze 10-15 lat temu, gdy przyznawanie się do niego było obśmiewane przez krąg polityczny skupiony wokół Gazety Wyborczej i tzw. salonów warszawskich. Każde ugrupowanie lub osoba odwołująca się do patriotyzmu była ostro atakowana i uznawana za endeka lub faszystę, a każdy, kto krytykował kogoś za działalność publiczną - a dana osoba miała jakieś proweniencje żydowskie - natychmiast był obwoływany antysemitą. Naród, ojczyzna, patriotyzm były ciemnogrodem, zaściankiem Europy i wszystkim najgorszym. Elity niosły kaganek oświecenia, a głupi naród - nie nadążający za nimi - nic nie rozumiał.


Dla wielu osób, które doświadczyły okropności wojny i ustroju przyniesionego w 1944 roku przez Sowietów, takie postponowanie dotychczasowych postaw było niezrozumiałe. Nigdy dotąd nie przypuszczali, że ich ideały i postawa mogą być czymś niewłaściwym, a nawet nieprzyzwoitym.


Moje doświadczenie patriotyzmu i klimat do niego czerpałem z atmosfery domu i przekazów rodzinnych. Ojciec będąc młodzieńcem wojnę spędził na robotach w Niemczech, jego starszy brat Henryk wziął udział w kampanii wrześniowej (Armia Poznań) i wylądował w obozie jenieckim, z którego wyszedł na koniec wojny. Nigdy już nie odzyskał zdrowia i równowagi psychicznej. Dziadek Władysław musiał po wojnie ograniczyć działalność gospodarczą do jednoosobowego warsztatu. Dziadek Władysław musiał po wojnie ograniczyć działalność gospodarczą. Produkował bryczki i wolanty. Po wojnie nowa władza nękała go ciągłymi kontrolami i domiarami.


Dziadek Roman w 1913 roku uciekł przed carskim wojskiem do USA, a później w 1917 - po ogłoszeniu przez prezydenta Thomasa Woodrowa Wilsona programu pokojowego (patrz pkt. 13 dotyczący niepodległości Polski) - zaciągnął się do Armii USA i walczył w Europie. W latach 20-tych powrócił do Polski. W czasie II wojny światowej był na przymusowych robotach w Niemczech. Po wojnie wrócił do swego gospodarstwa rolnego kupionego w czasach wielkiego kryzysu. Był kułakiem i wrogiem postępu. Za czasów Bieruta przesiedział rok w więzieniu.


To tylko niektóre obrazki pokazujące odmienność doświadczenia rodzinnego sprzecznego z ówcześnie promowanym antypatriotyzmem.


Łatwo krytykuje się patriotyczne postawy, gdy nie trzeba nic poświęcać i ryzykować. Można bez konsekwencji być koryfeuszem najgłupszych i najbardziej szkodliwych postaw i poglądów.


Być patriotą to w czasach trudnych oddawanie cząstki siebie... zdrowia, a czasami i życia. W czasach pokoju - pamiętanie o tych, dzięki którym ten czas został nam podarowany.


(2,291)


 


6ebc1cc46fd15bc70a6c8360f4d930ce

czwartek, 21 lutego 2008

Plotka potęgą jest i basta!!!

W mojej stutysięcznej miejscowości z powodzeniem działał przez okres blisko 40 lat  - na gruncie duszpasterskim i społecznym - ksiądz prałat Antoni. Postać wobec, której mało kto był kiedyś obojętny. Wzbudzał zachwyt jednych i nienawiść drugich.

Na przełomie lat 60/70 budował kościół walcząc z przeciwnościami ówczesnej władzy, która robiła wszystko, by spowolnić budowę skoro już dopuściła do jej realizacji. Później przez okres lat 80-tych wspierał Solidarność. W okresie przełomu (1989) wspierał ludzi, którzy opowiedzieli się po stronie ROAD* (czy ktoś jeszcze pamięta tę formację?).

Prałat budził skrajne emocje. Ludzie, których nie popierał, skupili się w sąsiedniej parafii, gdzie mieli swoją bazę i przestrzeń do działania.

Później, gdy już formacje i ruchy polityczne się usamodzielniły i wyszły z kruchty kościelnej, ksiądz pod wpływem swych politycznych przyjaciół założył Fundację mająca wspierać potrzebujących. Powstały apteki i przychodnia. Tym wszystkim zawiadywał znany w mieście lekarz ortopeda i jego żona.

Kilka lat temu prałat odszedł na emeryturę, ale fundacja działała dalej kierowana przez ludzi, którym zaufał. Problemy finansowe fundacji spowodowały dochodzenie prokuratury, przesłuchania zarządu fundacji i fundatorów... w tym także samego prałata. Sytaucję od strony prawnej nie miał mało komfortową, bo zamiast podziękowań pojawiły się zarzuty.

Jakiś tydzień temu w naszym lokalnym tygodniku ukazał się wywiad z emerytowanym księdzem. Mówił o swoim kapłaństwie, wspólnocie życia w domu księży emerytów, swojej pracy w mieście. Nigdy bym nie przypuszczał, że ten wywiad wywoła lawinę zmyśleń i  najdziwniejszych opowieści .

Pani Jadzia - w wieku już prawie emerytalnym - która wszystkich zna i wszystko wie ogłosiła w biurze, że prałat popełnił samobójstwo, a wywiad gazeta opublikowała w porozumieniu z kościołem, by zamaskować to wydarzenie. Pomyślałem, że kobieta głupoty opowiada. Ale wracam do domu, a tu słyszę to samo. Wchodzę na lokalny portal, a tam pojawiają się pytania od czytelników.



Kurtka w dętkę - myślę sobie cytując moją ulubioną "klasyczkę". Coś jest na rzeczy! Ale jedna rzecz nie dawała mi spokoju: prałat z wielką radością mówił w wywiadzie o swoim kapłaństwie, swojej emeryturze. Wykonałem kilka telefonów do rzeczywiście dobrze poinformowanych źródeł kościelnych. I cóż się okazało? Prałat ma się całkiem dobrze, poza dolegliwościami charakterystycznymi dla tego wieku (80 lat), ale nic nie wskazuje, by wybierał się lub zamierzał w sposób przyspieszony wybrać na tę drugą stronę.

Na drugi dzień mówię dobrze poinformowanej pani Jadzi, że to śmieszna plotka z tym prałatem. A ona niczym niezrażona wypaliła. No może prałat żyje, ale biskup Roman** to na pewno popełnił samobójstwo!!!. No tego było mi już za wiele.

- A skąd Pani to wie?
- Jak to skąd? A dlaczego został pochowany w Licheniu a nie w katedrze?
- Bo taki miał zapis w testamencie - odpowiedziałem.
- Akurat!!! - wypaliła pani Jadzia - Nawet wieńców było mało, a pomnik postawili mu dopiero później.
No cóż! Wobec tak mocnych argumentów musiałem skapitulować. Są ludzie, którzy zawsze wiedzą lepiej i więcej. Mają też tajemną wiedzę nt. ilości wieńców i kwiatów, jakie pojawiają się na grobie biskupów samobójców:)

PLOTKA POTĘGĄ JEST I BASTA!

---------------------------------------------------

*ROAD - Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna; poprzedniczka partii o nazwie Unia Wolności - nazywanej czasami żartobliwie Mumią Wolności.

** Roman Andrzejewski (1938 - 2003) - biskup pomocniczy diecezji włocławskiej

(2,094)

wtorek, 19 lutego 2008

Pomiędzy światami

Dziś rano przeczytałem na Onecie intrygujący wywiad z Johnem Nashem - pierwowzorem książki i filmu pt. Piękny umysł. Wywiad dotyka nieodgadnionych tajemnic umysłu ludzkiego i zależności rozwoju świata od szaleństwa... niektórych.
Szaleństwo zaczyna się wtedy, gdy człowiek odkrywa w swoim umyśle inną rzeczywistość i czasami wybiera ją, bo daje mu ona więcej szczęścia niż ta będąca udziałem normalnych ludzi (John Nash). 
Nie musimy uciekać się aż tak daleko - do Ameryki, literatury, czy filmografii - by zetknąć się z ludźmi żyjącymi na pograniczu dwóch światów i tak naprawdę niemającymi do końca świadomości, że z nimi jest coś nie tak. To pozostali są dla nich jacyś dziwni i niezrozumiali.
Pamiętam ten piękny słoneczny sierpniowy poranek 1976 roku, gdy mój starszy brat podjechał radzieckim motorowerem marki Verhovyna, by radośnie obwieścić rodzinie, że ma syna. Pierworodny dostał na imię Kamil na cześć Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. W szkole podstawowej był bardzo zdolnym uczniem, nauka właściwie nie sprawiała mu żadnego problemu i nie zabierała mu czasu.
W wieku 13 lat wyjechał z rodzicami do Niemiec zachodnich... było to tuż przed 4 czerwca 1989 roku. Kamil od września poszedł do niemieckiej szkoły i miał całkiem dobre wyniki, zwłaszcza chłonął język niemiecki i całą wyobraźnia swoją przyszłość widział w tym właśnie kraju. W tym czasie Polska wychodziła z sowieckiej strefy wpływów, a jesienią rozpadła się władza Ericha Honeckera w NRD.
W styczniu 1990 roku niemieckie władze uznały, że ustąpiły przyczyny, dla których przyjęli emigrantów z za żelaznej kurtyny. Kamil z rodzicami i rodzeństwem wracał pociągiem do Polski. Było to dla niego tak traumatycznym przeżyciem, że jego umysł - jeśli użyć kolejowej metafory - wyskoczył z torów...
Od tej pory zaczął żyć jakby w dwóch wymiarach: świecie swoich rodziców i świecie, do którego uciekał przed nieakceptowaną rzeczywistością, na którą się nie godził. Gdy był sam - w pokoju za zamkniętymi drzwiami - słychać było, jak prowadzi dyskusje z postaciami, które odwiedzały go w jego azylu... To on był tam gospodarzem i zapraszał tych, których akceptował i z którymi się dogadywał.
W przeciwieństwie do wszystkich, którzy go otaczają Kamil nie potrafi się gniewać, jest nadwyraz uczynny, szczery, cieszy się z wizyt i ma niesamowitą pamięć do dat związanych z wydarzeniami, urodzinami. Jest kimś, kto jakby ugrzązł pomiędzy dwoma wykluczającymi się światami.
Ma piękny umysł, wrażliwe serce i czystą duszę.

(1847)

poniedziałek, 18 lutego 2008

Biuro Podróży ŻYCIE

Wszyscy kiedyś znali i kojarzyli komentatora Jana Ciszewskiego (1930-1982), najbardziej rozpoznawalny głos relacjonujący mecze polskiej reprezentacji. Polszczyzna używana przez Ciszewskiego mogłaby prof. Miodka przyprawić o palpitacje serca i pozostawiała wiele do życzenia. Jednakże jego charakterystyczny głos tak plastycznie opisywał widowisko, że tak naprawdę dzięki niemu to, co było na boisku okazywało się mniej ciekawe niż to, co i jak mówił.




W pamięć zapadła mi jego jedna fraza - często powtarzana przez Pana Janka - która później funkcjonowała w języku potocznym I znów powróciliśmy z dalekiej podróży. Tą metaforą opisywał sytuacje, gdy na polskim polu bramkowym rozgrywał się groźny atak rywali lub, gdy piłka mijała o centymetry naszą bramkę.




 


Dlaczego przywołuję tę legendę dziennikarstwa sportowego? Bo w życiu powtarzają się sytuacje będące powrotami z dalekich podróży.


Dziś, Ktoś - bardzo gwiazdolicy - powrócił z baaaaaardzo odległej podróży i mógł radośnie z całą mocą powiedzieć:

Gdy zrozumiałam, że sens mojego istnienia zależy od tego, co mam do zaoferowania, wróciła mi chęć do życia.


Nieistotne jest, że od wielu lat nie przepadam już za sportem, ważne jest, że właśnie dzisiaj bezwiednie przywołuję Jana Ciszewskiego - swoisty synonim radości, że coś się udało, że coś nas ominęło. Ciszewski tworzył niesamowitą dramaturgię widowiska sportowego, które jest swoistym theatrum. A czymże jest życie?... Teatrem właśnie.


 


(1,710)

niedziela, 17 lutego 2008

Bez przebaczenia

Wczoraj zawiozłem teściową na cmentarz, bo chciała zapalić lampki w rocznicę śmierci najmłodszego brata. Spokojny spacer alejką cmentarną przywołał wspomnienia i refleksje.


12 lat temu Zdzisław miał 53 lata i był już na wcześniejszej emeryturze - 30 lat przepracował w hucie aluminium na wydziale elektrolizy. Czasami, gdy nie mógł w nocy spać ubierał się i spacerował wokół osiedla. Tej lutowej niezbyt mroźnej nocy znów bezsenność wygoniła go z domu. Przechodził obok sklepu nocnego, gdy dwóch 16-letnich młodzieńców spragnionych mocnych wrażeń i alkoholu zażądało, by zasponsorowal zakup wódki. Niestety popełnił błąd wychodząc w nocy z domu bez pieniędzy... w kieszeni miał tylko 1,80 zł.  To wystarczyło, by skatowali go używając pięści i nóg odzianych w ciężkie wojskowe buty. Dopełniając odreagowania bestialsko skopali go, skakali po klatce piersiowej i głowie. Pechowy spacerowicz nie miał szans i zmarł 3 godziny po przewiezieniu do szpitala. Twarz i głowa przypominały rozbełtaną galaretę.


 




buty.jpg


 


Niedawno było i jeszcze jest wiele szumu wokół młodego Polaka skazanego za gwałt i okaleczenie 48-letniej Brytyjki. Mam wrażenie, że nie chciano dostrzec ofiary - jedynie przelotnie i wstydliwie wspominano, że kobieta została brutalnie zgwałcona i okaleczona, a wózek inwalidzki i problemy neurologiczne będą jej udziałem do końca życia. Więcej współczucia okazywano sprawcy. Jego niewinność orzekano w oparciu o opinię ze szkoły, czy też świadectwa przyjaciół, sąsiadów i znajomych (sic!!!). Padały określenia: Taki miły, delikatny, uczynny... Wygłaszano też sądy w stylu: Znam go od dziecka, więc on nie mógł popełnić tego przestępstwa. Niewinność starano orzec odwołując się do tzw. mechanizmu autorytetów (skompromitowanego powielokroć). W przedziwny sposób obrońcy sprawcy przeszli do porządku dziennego nad jednym z koronnych dowodów... próbkami DNA jednoznacznie wykazującymi na kontakt fizyczny oskarżonego z ofiarą.


W miejscowości sprawcy nie zorganizowano żadnego marszu milczenia przeciwko przemocy i gwałtom, nikt z polskich dziennikarzy nie starał się dotrzeć do ofiary, jej sąsiadów, dowiedzieć się, co oni czują i myślą.  Sprawca był i jest traktowany, jak ofiara. Media na żywo relacjonowały obrady ławy przysięgłych... Napięcie było niemalże, jak podczas skoków Adama Małysza.


Często autorytety wygłaszają sądy lub wydają świadectwa moralności na zasadzie, że: Uważam, że tak być powinno, więc tak na pewno jest. Jeśli fakty nie zgadzają się z moją opinią tym gorzej dla faktów. Orzekanie o niewinności poprzez użycie mechanizmu autorytetów zastosowano kiedyś w obronie Michała Boniego, gdy w 1992 roku znalazł się na liście Maciarewicza. Kilkanaście tygodni temu Boni sam przyznał się do współpracy z SB kompromitując tę metodę obrony.


Gwałciciel Brytyjki został uznany przez ławę przysięgłych za winnego i skazany na podwójne dożywocie. Taki jest system anglosaski, że sumuje się kary, by przestępca nie wyszedł zbyt wcześnie. Odsiedzi przynajmniej 20 lat.


Zabójcy Zdzisława zostali skazani, ale wyszli z więzienia po 3 latach. Cieszą się już wolnością, podczas, gdy on od 12 lat spoczywa na cmentarzu. Po 10 latach od wyjścia na wolność kara zostanie zatarta. W rozumieniu prawnym nie będą ludźmi, którzy kiedykolwiek popełnili coś złego.


W systemie anglosaskim, który obowiązuje w USA, pewnie zostaliby skazani na śmierć, choć jeszcze żyliby w celach śmierci oczekując na kolejne apelacje.


(1475)

piątek, 15 lutego 2008

Okruchy przeszłości

Kobiety mówią, że mężczyźni to tacy mali chłopcy, którzy grają role dorosłych. Nadal jednak chętnie bawią się ołowianymi żołnierzykami, kolejką, czy samochodzikami, z tym, że czynią to w mniej lub bardziej zawoalowany sposób. Każdy z nas ma swoje zabawki, które, gdy tylko weźmie je w dłonie, przenoszą go  w inny świat . Dla jednych jest to wędkowanie, dla innych remonotwanie starych samochodów, zbieranie znaczków, sklejanie modeli samolotów itp.


allaboardtrainweb.jpg


Jeśli chodzi o mnie to od jakiegoś czasu zbieram i porządkuję okruchy przeszłości .


Przesympatyczna pani Irena, z którą pracuje, zapytała mnie dlaczego interesuję się genealogią swojej rodziny i poświęcam temu zajęciu swój wolny czas. Mnie wystarczało i wystarcza, że znam rodzeństwo i najbliższych wujków i ciocie - powiedziała. Gdy zobaczyła moją stronę genealogiczną nie mogła wyjść z podziwu i zastanawiała się ile czasu to mi zajęło. Powiedziałem, że to tylko mała cząstka tego, co mam w kartonach, albumach i starych dokumentach. Że wszystko wymaga jeszcze opracowania. Próbowała dociec czemu to wszystko służy i jaka z tego korzyść.


Spytałem ją, czy lubi obejrzeć czasami jakiś film w telewizji lub w kinie. Odpowiedziała, że dość często. A gdy spytałem ją o korzyść z oglądania obruszyła się, zupełnie nie rozumiejąc o co mi chodzi :-).


Stare fotografie, z których spoglądają przodkowie i ich bliscy, pożółkłe listy (najstarsza kartka z 1918 roku),  spisane ręcznie po rosyjsku dokumenty rejentalne, przedmioty, pamiątki i meble... Patrząc nań i dotykając czuję zaklęte w nich emocje i myśli bliskich, którzy się nimi kiedyś posługiwali. Ale jest jeszcze jeden wymiar - dzięki odkurzanej przeszłości poznaję i odkrywam współcześnie liczną rodzinę w kraju i na świecie. Geny mego pradziadka są na Hawajach, w Australii, Finlandii, Kanadzie, USA, Francji, Hiszpanii, Niemczech, Anglii. Ciekaw jestem, dokąd jeszcze zawiodą mnie moje poszukiwania.




(1247)



czwartek, 14 lutego 2008

Wygnanie z raju

Gdy słuchamy opowieści o stworzeniu pierwszego człowieka i jego perypetiach zakończonych wygnaniem z ogrodu Eden, zastanawiamy się na ile ta opowieść jest prawdziwa. Współcześni starają się odnaleźć mityczny raj i wskazać miejsce, gdzie fizycznie się znajdował. Badacze starożytnych kultur i cywilizacji studiują  pisma i eposy religijne. Poszukują podobieństw i różnic oraz zależności między nimi, by wskazać ten, który był inspiracją dla pozostałych.
W tym miejscu przypomina mi się zasłyszana przed laty opowieść ilustrująca różnicę w pojmowaniu prawdy przez ludzi różnych kultur. Pewien amerykański turysta podróżował po krajach Bliskiego Wschodu. Na jednym z etapów swej peregrynacji spotkał starego Araba, który opowiedział mu intrygująca historię z morałem. Gdy wybrzmiało ostatnie słowo opowieści i zapadła chwila ciszy Amerykanin przerwał ją pytaniem: Czy to wydarzyło się naprawdę? Arab spojrzał z niedowierzaniem i zdumieniem na pytającego: Nieważne, czy to się wydarzyło. Ważniejsze jest, czy ta opowieść jest piękna.


Współcześnie pewien ambitny człowiek przez lata piął się po szczeblach kariery w firmie o profilu handlowym. Zbudował sprawny i dynamiczny zespół. Sprzedaż rosła, dochody firmy zwiększały się. Premie były coraz wyższe, co roku do wyboru nowy samochód służbowy. Żyć nie umierać... chwilo trwaj wiecznie... Był tylko jeden szkopuł. Firma miała dwóch skonfliktowanych współwłaścicieli, z których ten zarządzający miał decydującą większość udziałów. Zdolny menedżer wiedząc, jaki jest układ i wiedząc komu zawdzięcza swą pozycję w firmie, zdecydował się spotkać z tym drugim w dyskretnym miejscu. Chciał tak, jak pierwsi ludzie poznać prawdę. Zaproszenie było, jak zatruty owoc z drzewa poznania dobrego i złego podany Ewie w raju przez węża.
Fakt spotkania ujrzał za jakiś czas światło dzienne. Człowiek musiał opuścić firmę. Odbyło się to w białych rękawiczkach: pożegnanie z szampanem, ciepłe słowa i adieu!. Bolało nie mniej niż Adama i Ewę, gdy opuszczali bramy raju.
Jaki związek między tymi opowieściami? Ano taki, że poza prawdą materialną, której szukamy poprzez szkiełko i mędrca oko jest jeszcze prawda uniwersalna o człowieku i jego naturze. Prawda widoczna w Księdze Genesis, ale także w opowieści starego Araba, mówi zawsze o człowieku bez względu na czas i miejsce, w którym jest odczytywana.

Jest to PRAWDA uchwytna nie tyle przez fakty, co poprzez wyrażone piękno.
804cc22fc79f4df14c1c8216e034b767

środa, 13 lutego 2008

Przedszkolanka

Verba volant, scripta manent - słowa ulecą, pisma pozostaną

Ta starołacińska maksyma przyszła mi do głowy, gdy zderzyłem się z Kimś w niewinnej dyskusji o słowach używanych na oznaczanie wykonywanych zawodów. Sens maksymy jest w luźnym związku z tym, co będzie pisane dalej, ale odnosi się do słów, a każde słowo ma sens i znaczenie. Dlatego ważne jest, co mówimy, jak piszemy i jakich określeń używamy.




 


Moja dobra znajoma obruszyła się, gdy w najlepszej wierze użyłem do określenia jej zawodu słowa przedszkolanka. Dla niej zabrzmiało to, jak opiekunka do dziecka. Choć uważam, że zarówno w jednym, jak i drugim przypadku niezbędne są wysokie kwalifikacje i szczególne przymioty, bez których niemożliwe jest właściwe zajmowanie się najmłodszymi.


Nie wiem, czy w opinii tzw. ogółu panie z przedszkola postrzegane są jako nauczyciele nauczania przedszkolnego, ale dla mnie rola pań  przedszkolanek  jest o wiele ważniejsza niż nauczycieli, którzy występują na kolejnych etapach kształcenia człowieka. 


Przedszkolanka to określenie ciepłe, czułe i bardzo wyraziste, bo związane z emocjami z pierwszego etapu wzrastania. Nauczyciel to określenie chłodne i definicyjne, które wiąże się z przekazywaniem treści... wiedzy. Pierwsze to doświadczenie emocjonalne, drugie to proces intelektualny.


To w ramionach przedszkolanki mały człowiek może wypłakać się i przytulić. Z nią dzieli się swoimi radościami i smuteczkami. Takiej wiedzy, cierpliwości i pokładów czułości nie ma żaden nauczyciel.


Niech żyją przedszkolanki.


 (880)


 


 

wtorek, 12 lutego 2008

Jan Amos Komensky polskiej oświaty

Wszyscy zarzucają rządowi Tuska, że nic nie robi, że nie ma pomysłu na rządzenie, tylko uprawia PR i podgryza prezydenta po... jego kompleksach. Już gotów byłem w to uwierzyć i ulec manipulacji  wrażych sił, które programowo nie doceniają podejmowanych wysiłków na rzecz szczęścia i wszelkiej pomyślności i sypią piach w szprychy - jak by to nowatorsko i odkrywczo określił Sławomir Nowak, dyrektor gabinetu politycznego premiera.


A tu rozczarowanie. Okazuje się, że Katarzyna Hall - przeurocza pani minister edukacji - cichaczem przygotowała bombę. I przyznam się ogarnęło mnie przerażenie, gdyż o ile za poprzednich rządów podejmowano jakiekolwiek zmiany, to były one szeroko prezentowane i dyskutowane. Minister Handke (rząd AWS) podał się nawet do dymisji nie tyle za reformę, co błąd rachunkowy. Ale do rzeczy, by nie trzymać w niepewności.


Pani minister ni mniej, nie wiecej zaproponowała, by następne pokolenia po przejściu proponowanej przez nią edukacji wiedziały mniej, a przez to... więcej. Nie rozumiecie tej dialektyki?


Idźmy zatem dalej.





 


Edukacja ogólna ma się zakończyć na poziomie klasy I liceum, po której uczeń mający 16 lat (sic!!!), będzie decydował, czy chce zostać lekarzem i wtedy będzie miał więcej chemii i biologii, czy też inżynierem i wtedy będzie miał więcej matematyki i fizyki. W kolejnych klasach nie będzie już nauki m.in historii i geografii. Ponoć taki system edukacji będzie efektywniejszy niż dotychczasowy i  jest wzorowany na amerykańskim. Jako dowód podaje się naukę i gospodarkę amerykańską, gdzie ścisła specjalizacja przyczyniła się i przyczynia do ogromnych sukcesów, a przedstawiciele nauki amerykańskiej zbierają większość nagród Nobla.


Jako przykład wyższości amerykańskiej edukacji podam wypowiedź senatora McCaina - pretendenta do prezydentury z ramienia republikanów - który Putina określił prezydentem Niemiec. Przyznam, że przy różnego rodzaju niedoskonałościach i brakach naszych rodzimych polityków, coś takiego nie przytrafiło się nawet Lechowi Wałęsie, który zakończył edukację na poziomie szkoły zawodowej.


 


(747)

niedziela, 10 lutego 2008

Linea vitae - appendix

Życie samo dopisuje komentarze do mojego wcześniejszego posta nt. uwikłania w życie i naszych próbach trzymania się po właściwej stronie linii oddzielającej życie od drugiej strony. O ile wcześniejszy post mówił o pewnej niefrasobliwości tych, którzy mają nas wspierać w zachowaniu zdrowia, o tyle dzisiaj jest o tych, którzy igrają naszym życiem dla... pieniędzy.


Media donosiły o ewakuacji oddziału neonatologii w Jędrzejowie, gdyż troje lekarzy - poprzez markowane zwolnienia lekarskie - odstąpiło od opieki nad noworodkami... najsłabszymi i najbardziej bezbronnymi istotami. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie zbieżność w czasie protestów i żądań płacowych z chorobą tych wybitnych uczniów Hipokratesa. Obraz miernoty i degrengolady moralnej tych medyków dopełnia informacja, że pani ordynator tego oddziału w czasie - jak sądzę - lewego zwolnienia chorobowego wyjechała na wycieczkę do Izraela.


Pani ordynator Jolanta Moś - napisał Jan Gierada dyrektor jednego ze szpitali w świętokrzyskiem - która wyjechała sobie do Ziemi Świętej powinna już tam zostać - będzie bliżej Pana Boga, a dalej od dzieci. Nie rozumiem tego, żeby niewinne dzieci skazywać na niebezpieczeństwo.


W dalszej części listu otwartego zaapelował, by żaden ze szpitali nie zatrudniał tych tzw. lekarzy, gdyż stanowią zagrożenie dla zdrowia i życia powierzonych im pacjentów.


W czasie, gdy się to rozgrywało i media na wszystkich kanałach informowały o sytuacji noworodków,  żaden z prominentnych przedstawicieli medyków nie wypowiadał się z taką troską i pryncypialnością, jak w sprawie kasy. Panowie Krzysztof Bukiel - szef OZZL i Konstanty Radziwiłł z NRL nagle przestali się pojawiać w mediach... rozpłynęli się w swoich ważnych obowiązkach.


Dlaczego? Konieczność zajęcia stanowiska w tej sprawie zepsułoby ich wizerunek w środowisku, które wyniosło ich na szczyty. Łatwiej i milej rozmawia się o pieniądzach niż o podłych metodach, do jakich uciekają się ich koledzy.


Zoabacz: Ordynator na wycieczce 


PS.Na stronach Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy nie znajdziecie nic nt. Jędrzejowa. jest za to dużo o tym, jak to mało zarabiają w poszczególnych szpitalach http://www.lekarzpolski.pl/ . Natomiast na stronie Naczelnej Rady Lekarskiej http://www.nil.org.pl/ jest sporo o godzinach pracy, opienie prawne itp. itd. Brakuje jednego: opinii na temat lewych zwolnień medyków i zagrożenia jakie niektórzy z nich wywołują.


(571)


 

sobota, 9 lutego 2008

Linia życia

Ciekawość ludzka i pragnienie poznania nieznanego sprawiły, ze odkryto odległe lądy, dotarto w najgłębszą otchłań oceanów, postawiono stopę na księżycu, czy wysłano sondy poza Układ Słoneczny.

Pamiętacie film o intrygującym tytule Linia życia, w którym grupa studentów medycyny podejmuje ryzyko sprawdzenia tego, co znajduje się po tej drugiej stronie? Naruszyli pewne tabu, które było dominium religii. Naruszyli zastrzeżoną przestrzeń. Film oglądało się z zapartym tchem i w jakimś sensie z przerażeniem... Można to określić łacińskim tremendum et fascinosum.

Lubimy takie wyimaginowane i inscenizowane emocje, w których współuczestniczymy. Zapominamy, że realne życie dostarcza ich aż nadto. To, co opisuję poniżej jest rzeczywistym dotknięciem, czy może raczej otarciem się o linię życia.



Ktoś - opisany przeze mnie w poście Z gwiazdami jej do twarzy - doświadczył nie tak dawno takiego otarcia się o linię życia. Wyobraźcie sobie sytuację, że jesteście zdrowi... owszem macie jakieś tam dolegliwości, ale są pod kontrolą i traktowane są jako swoista uroda organizmu. Nagle dybie Was jakieś przeziębienie, ostry kaszel, duszności etc. Lądujecie na pomocy doraźnej, ale wszystko kończy się dobrze. Następnie pojawiacie się u lekarza na badaniach... sprawdzacie, czy nie przypałętało się coś niedobrego, czego wszyscy się boją, ale głośno o tym nigdy nie mówią. Okazuje się, że jest dobrze. W tym czasie ktoś bliski łamie nogę, drugi choruje, innym też mniej lub bardziej niedobre rzeczy się przytrafiają. Jednym słowem wszystko w normie i pod kontrolą.

Pewnego pięknego dnia Anisia gwiazdolica - bo o niej pisze - odbiera telefon, że ma pojawić się w ciągu półtorej godziny u lekarza, który kilka dni temu robił jej badania. Nogi się jej uginają, życie jak kadry filmu przebiega przed oczami, rozlicza się ze sobą w sumieniu i powoli żegna z bliskimi i światem.

Wyobrażacie sobie ten czas od telefonu do wejścia do gabinetu lekarza? Czujecie tę cienką linię oddzielającą Was od tego, co jest po tej drugiej stronie?

I teraz czytajcie uważnie!!!

Lekarz z uśmiechem informuje, że przeprasza, że kazał jej jeszcze raz przyjść, ale do kartoteki potrzebne było jeszcze jedno prozaiczne badanie, które nic nowego do diagnozy, nie wnosi, ale trzeba je wykonać, by wszystko było w porządku w papierach dla NFZ. Balon rozdęty do granic wytrzymałości został przekłuty, pożegnanie ze światem i przyjaciółmi okazało się nieaktualne, a rachunek sumienia niepotrzebny... Cóż! Do tematu ostatecznego odejścia trzeba będzie powrócić jeszcze raz. Oby w sensowniejszych i uzasadnionych okolicznościach... Nikt nie lubi umierać powielokroć. Co ja pisze... nikt nie chce umierać, a co dopiero powtarzać to doświadczenie.

Lekarz nie wiedział jednego, że pani z rejestracji nie raczyła Gwiazdolicej powiedzieć, w jakim celu ma przyjść na określoną godzinę do lekarza. Zapytana dlaczego nie powiedziała, że chodzi tylko o badanie, z rozbrajającą szczerością odpowiedziała, że nie jest upoważniona do udzielania takich informacji. Dziwne i zaskakujące, bo to nie była informacja o zdrowiu - takich informacji może udzielać wyłącznie lekarz - ale czynność administracyjna niemalże, jak wezwanie na szczepienie. Przecież takim zachowaniem mogła przytrafić kogoś o zawał, że nie wspomnę o spowodowaniu wypadku samochodowego w drodze do lekarza

Czy czujecie tę linię życia? Czy potrzebny jest jakiś wymyślony scenariusz i film, by przeżyć chwile grozy?

(445)

piątek, 8 lutego 2008

"Podjąłem ślad..."

Kuzyn Andrzej przesłał mi wczoraj maila z informacją, że coś drgnęło w jego poszukiwaniach genealogicznych. Otrzymał informację z portalu http://www.stankiewicz.e.pl/, że w jednej z książek wspomniany jest Kazik Lewandowski - brat jego ojca Tadeusza. Przyznam, że czekam z niecierpliwością na kolejną notkę Andrzeja, by umieścić ją na naszej stronie genealogicznej, która od jesieni jakoś zapadła w zimowy sen.

Czas pobudzić kuzynów do zbierania i dostarczania informacji, bo ileż można samemu wygrzebywać w archiwach kościelnych, wojennych i rodzinnych. Wiosna sprzyja ożywieniu i... ożywianiu innych, więc myślę, że już niebawem pojawią się nowe informacje i teksty.

Najwytrwalszy i najkonsekwentniejszy w działaniu jest kuzyn David Piekarczyk (patrz: Poland_Our_Future), którego pasja genealogiczna przywiodła - po przejściu na emeryturę - do kraju przodków. Muszę przyznać, że to dzięki niemu rozpocząłem na poważnie swoje poszukiwania i odnalazłem liczną i rozległa rodzinę zarówno w Polsce, jak i na całym świecie.

W sumie aktywnych w poszukiwaniach jest nas trzech - David, Andrzej i ja - dzięki którym cokolwiek dzieje się w rodzinnej genealogii rodzinnej. Staramy się wydobywać od kuzynów jak najwięcej informacji, zdjęć, dokumentów, itp. Nasze działania spotykają się z uznaniem, ale niestety... wsparcie jest słabiutkie.

Nie zrażam się. Genalogia jest dla pasjonatów, a nie tych, którzy szukają poklasku. Gdybym szukał poklasku zostałbym politykiem lub gwiazdą showbusinessu.

PS.
Polecam Blog Genealogiczny pisany przez Kwerendę.

(406)

czwartek, 7 lutego 2008

Mówimy partia - myślimy Lenin

Mówimy partia - myślimy Lenin,
Mówimy Lenin - myślimy partia
 

Ktoś później dopowiedział za czasów komuny:


I tak już 40 lat, co innego mówimy i co innego myślimy.


 


Nigdy nie sądziłem, że po dwudniowym wyjeździe służbowym będę mówił i pisał Majakowskim, ale przyznam się, że doświadczyłem swoistego déjà vu. Pracuję w branży handlowej i m.in. sprzedaję folie budowlane. Bez wchodzenia w szczegóły - nieistotne dla niniejszego wywodu - powiem tylko, że w budownictwie obowiązują pewne normy dotyczące jakości i rozmiarów stosowanych folii. Związane jest to z bezpieczeństwem i uzyskaniem oczekiwanych efektów po zastosowaniu określonego rodzaju materiału


foliaJeśli chodzi o produkcję folii to nic nie da poszukiwanie taniego surowca, gdyż rynek w sposób klarowny to reguluje i prochu się nie wymyśli. Producenci folii chcąc być tańsi – a zmuszani są do tego przez klientów – zaczęli obniżać ceny poprzez stosowanie gorszego surowca i zmniejszanie grubości folii. I tak zamiast folii o grubości 200 mikronów zgodnej w hurtowniach budowlanych jest folia budowlana Typ 200. Nazwa ma sugerować grubość 200 mikronów, gdy w rzeczywistości ma zaledwie 90 mikronów.


By lepiej to zobrazować odwołam się do doświadczeń z darmowymi reklamówkami. Jedne foliowe torebki bez problemu unoszą ciężkie zakupy, natomiast inne trzeba stosować potrójnie, by zakupy nie znalazły się na ziemi zanim doniesiemy je do samochodu.


Klienci kupujący materiały budowlane patrzą na cenę i wydaje się im, że zrobili znakomity interes kupując coś taniego. Myślę, że dobrym porównaniem jest styropian i pytanie, czy zamiast grubości 8 cm woleliby 4 cm? Tu może bardziej widoczne byłoby nadużycie, natomiast przy folii już takie nie jest, gdyż folia jest cienka i gołym okiem, bez doświadczenia, oszustwa się nie zauważy. A folie stosuje się do izolacji dachu, fundamentów, czy posadzek. Użycie oszukanych wyrobów sprawia, że tak naprawdę skutek jest taki, jak by się ich w ogóle nie użyło.


I producenci i hurtownicy działają, jak klasyczni aparatczycy kompartii. Zarówno wówczas, gdy dominował jedynie słuszny ustrój, tak i teraz język pozorów i mniemań z wiersza Majakowskiego ma wpływ na nas i na to, co nas spotyka.


(350)

poniedziałek, 4 lutego 2008

Pierworodna

Napiszę tylko tyle, że cieszę się, że przyjechała i wreszcie mam ją, choć kilka dni dla siebie. Nigdy nie sądziłem, że aż tak bardzo będę za nią tęsknił, ale cóż... taki los ojca. Dobrze, że przyjeżdża, choć raz na 2-3 tygodnie.




Zazdrosny już o nią nie jestem tak, jak kiedyś. Serce mi krwawiło, gdy do domu przychodzili najróżniejsi absztyfikanci. Zawsze to byli koledzy, ale ja stary wyga wiedziałem swoje, nie dałem się wprowadzić w błąd :-)




olivia


 


Bogdan - mój starszy przyjaciel mający już dorosłego syna i córkę - opowiadał mi kiedyś o swoich odczuciach związanych z dorastającymi dziećmi. Mówił:




- Gdy Tomek szedł na spotkanie z dziewczyną i wiedziałem, że zostaje u niej na noc mówiłem sobie moja krew i byłem dumny. Jednak, gdy do Agnieszki zaczęli podchodzić różni tacy, serce mi krwawiło, bo czułem jakby ktoś obcy wchodził mi w szkodę.




Po jakimś czasie, gdy Oliwka była w wieku Agnieszki, zrozumiałem i odczułem dosłownie to, co miał na myśli.


Dziś już wiem...



niedziela, 3 lutego 2008

Portfel Ebenezera Scrooge'a

ebenezer scroogePo przeczytaniu wczorajszej informacji o różnicach w cenach energii w zależności od tego, kto jest sprzedawcą postanowiłem prześledzić temat i sprawdzić, czy aby jestem w stanie zyskać cokolwiek na zmianie "operatora" energetycznego. W końcu ustawa uwolniła nas od przymusu kupowania u jednego sprzedawcy, więc dlaczego nie skorzystać z tego, albo przynajmniej rozważyć taką możliwość. A tak przy okazji zauważam, że odzywa się we mnie duch Ebenezera Scrooge'a :-)


Obserwacja pierwsza. U mojego dostawcy - ENERGA SA - 2000 kWh kosztuje: 768,86 zł. W sumie nie najdrożej w porównaniu z innymi. Najdroższym dostawcą energii w kraju jest Lubelski Zakład Energetyczny, najtańszym Vattenfall w Katowicach. W tym pierwszym 2000 kWh kosztuje 888,66 zł, w tym drugim tylko 677,26 zł.


Pomyślałem: Fajnie mają Ci z Katowic, więc dlaczego mam nie skorzystać z okazji. Przepisy pozwalają zmienić operatora, ale to może potrwać do... 90 dni. Łatwiej i szybciej można zmienić operatora telefonii komórkowej i stacjonarnej. Nie zamierzam się jednak poddawać, gdyż zużywam rocznie 3600 kWh, co w przypadku firmy ENRGA SA daje mi kwotę ok. 1 384 zł/rok, a gdybym wybrał Vattenfall dałoby to ok. 1 219 zł/rok. Różnica: 165 zł/rok.


Obserwacja druga. Zaczynają się dla mnie schody, bo cenniki energetyczne składają się z 3 pozycji. Chyba po to, by przeciętny Kowalski nie mógł rozgryźć, za co tak naprawdę płaci:





  1. Cena energii czynnej, czyli koszt wynikający przede wszystkim z zakupu energii od jej wytwórców,



  2. Opłata abonamentowa, w której zawarte są między innymi koszty obsługi takie, jak np. wystawianie faktur,



  3. Opłata za przesył i dystrybucję, czyli opłata za dostarczenie energii do naszych domów, która obejmuje koszty utrzymania i rozbudowy sieci, tj.: konserwację, obsługę sieci dystrybucyjnej, pracę posterunków energetycznych itd.



Owszem, mogę zmienić sprzedającego energii czynnej, natomiast dystrybutora, czyli tego, po którego drutach dociera energia już nie. Jeśli się zdecyduję się na zmianę, to będę otrzymywał 2 faktury (w Europie zachodniej po uwolnieniu cen energii i swobodzie wyboru dostawcy klient ma wszystko na jednej fakturze). Jeśli nawet oszczędzę połowę ze 165 zł to i tak warto.


Jak wspomniałem wcześniej taryfy są bardzo zagmatwane, dlatego by potwierdzić swe obliczenia wysłałem zapytanie do dwóch najtańszych operatorów tj. Vattenfall z Katowic i RWE STOEN z Warszawy podając im swoje roczne zużycie energii.


Ciekaw jestem dwóch rzeczy: ceny i... szybkości reakcji na zapytanie klienta. Stawiam na Vattenfall, gdyż to całkowicie nowa firma, natomiast STOEN do dawny zakład państwowy, sprywatyzowany kilka lat temu.

piątek, 1 lutego 2008

Szczęście - ruchome święto

Dla tych, co lubią regularny tryb życia polecam, by obchodzili urodziny, rocznice i Boże Narodzenie oraz Wszystkich Świętych. Zawsze wiadomo, w jaki dzień roku przypadają. Ale przyznam, że jest to cholernie nudne, bo wszystko wiadomo z góry.Wolę Wielkanoc, gdyż bez podjęcia trudu zajrzenia do kalendarza nie mam szans, by przewidzieć kiedy przypada. Od daty Wielkiejnocy zależy długość karnawału. W tym roku zaskakuje nas, że jest bardzo krótki. Już we wtorek pożegnamy go śledzikiem.


Idąc dalej... przypominam sobie chwile największych uniesień i radości, które dopadają mnie w najmniej oczekiwanym momencie. Uwielbiam to zaskoczenie i stan euforii, jaki daje najpiękniejsze ruchome święto... szczęście.

Skutecznie wypatrujcie swoich ruchomych świąt... są tylko Wasze.
Nie zapomnijcie jednak dzielić nimi, wszak bonum est diffusivum sui.