poniedziałek, 30 czerwca 2008

Park w Kościelcu

Są miejsca, które urzekają w sposób porażający wręcz, al e w sensie pozytywnych doznań. Miejsce, które jest 25 km od miejsca mego zamieszkania nie było dotąd rozpoznane przeze mnie. Stary, ponad stuletni park i pałac, urzekają swoją odmiennością od codziennego zgiełku i pędu.


Krocząc alejkami wytyczonymi przez niegdysiejszego właściciela poczułem, że jest to miejsce w którym czas się zatrzymał. Chciałoby się tak pozostać i trwać przez dłuższa chwilę.



Stare z nowym: parkowe domy schadzek:-))))






Parkowe ruiny wybudowane z cegły
obłożonej sycylijskim skałami wulkanicznymi.
Kto by pomyślał, że od początku ktoś miał zamysł
budowania czegoś, co od razu było ruiną:)))




Na wprost: grota zbudowana według tej samej zasady, co ruiny. Można do niej wpłynąć łódeczką z ukochaną




Widok na jeziorko z nad sklepienia groty



Widok z wnętrza groty. Wyraźnie widać skały wulkaniczne.



Ruiny. Widok od strony jeziorka.



niedziela, 18 maja 2008

Widok z okna


Powyższy widok towarzyszy mi, gdy siedzę przy biurku i zerkam przez okno. Przyznam, że bardzo go lubię, gdyż tutaj mam najwięcej czasu i miejsca na refleksję, a nawet na lenienie się (nie mylić z linieniem). Za każdym razem, gdy spoglądam przypomina mi się scena z filmu Imię róży, gdy Wilhelm z Baskerville przybywa do opactwa i zostaje przyjęty w komnacie opata. Abstrahując od treści rozmowy, moją uwagę przykuł stół z księgami i tuż za nim oszałamiający widok z okna. Było to miejsce, w którym można było oddać się rozkoszy myślenia i przeżywania... zazdrościłem opatowi takiego miejsca.


Prosty stół, surowe wyposażenie, ale niezwykle uderzające ciepłem i... grube księgi zawierające wiedzę znacznie wykraczającą poza to, co widoczne, pokazujące inny świat. Każda księga to inne okno i inny widok. Jak dobrze mieć wiele takich okien - pomyślałem.


Patrząc przez okno o świcie lub teraz... wiem, że za gęstą i zwartą strefą krzewów i drzew jest wąwóz głęboki na kilkanaście metrów. Biegnie nim droga na południe. Nigdy dotąd - to jest do niedawna - nie byłem po drugiej stronie drogi. Bardziej wyobrażałem sobie, jak tam jest niż wiedziałem. Pewnego dnia - w trakcie cyklicznego już dotleniania się - zapuściłem się w nieznane mi rewiry. Jakież było moje zaskoczenie i zauroczenie tym, co zobaczyłem z drugiej strony... okna. Ciągle mnie coś zaskakuje!


Szczęście to ruchome święto!







(21,888)

środa, 14 maja 2008

Wronowy... poza czasem i przestrzenią

Mam to szczęście, że po nadmiernym wysiłku wywołanym myśleniem (ale się chwalę!!!) trafiam do miejsc, w których wszystko - łącznie ze mną - nabiera innego wymiaru. Miejsca te sprawiają wrażenie zapomnianych przez Boga i ludzi. Istna metafizyka! Tego nie da się tak do końca opowiedzieć, tam po prostu trzeba być i poczuć przez skórę, nozdrza, uszy, oczy...


Nie wiem, jak się to dzieje, ale gdy trafiam w ten inny wymiar odpoczywam, a mój czas zatrzymuje się. Staję w miejscu, w którym czuję się najlepiej. Zamykam oczy, biorę głęboki oddech i... słyszę zastygły w tym miejscu dawny gwar ludzi, uderzenia metalowej pieczęci na biletach z kartonika, syk pary i gwizdek lokomotywy, trzask drzwi wagonów, wołanie kierownika pociągu : Wsiadać do pociągu, drzwi zamykać!








Zdjęcia wykonane w miejscowości Wronowy (kujawsko-pomorskie), kilka kilometrów za Strzelnem na trasie w kierunku Konina


(20,994)

niedziela, 11 maja 2008

Metatekst


W odpowiedzi Sitting Bullowi et consortes: Pogłoski o moim zaginięciu są mocno przesadzone [por. z Mark Twain]
--------------
Znów było parę dni wyciszenia, bo łykałem tlen niczym pigułki na pamięć. Jak sądzę jest to z pożytkiem dla mnie (to najważniejsze), ale i dla wszystkich, którzy mają i będą mieli ze mną jakąkolwiek styczność. Czas wykorzystałem na pracę fizyczną, dość ciężką jak na mnie, bo mięśnie mówią mi, że nieco przedobrzyłem, na zaległe lektury i - jak mawiał klasyk - Ja bardzo dużo czytam, odświeżam umysł i kur... będę jak brzytwa.

Był to także czas na lekturę tego, co w przestrzeni blogowej się pojawiało i pojawia. Zawartość jest tak bogata i ogromna, że przekracza możliwość ogarnięcia całości. Wśród autorów pojawiają się różne wrażliwości i motywy pisania tekstów. Dla jednych jest to forma osobistego pamiętnika (jest kilka, do których z przyjemnością zaglądam), dla drugich pasją jest pisanie o polityce (te teksty czytuję sporadycznie), dla innych wreszcie ważne jest pisanie o swoich pasjach, problemach, prowokowanie do myślenia i dyskusji. Ta ostatnia przestrzeń jest dla mnie najbardziej interesująca, bo można się zetrzeć na polu argumentów i sporów.

Od jakiegoś czasu - w kilku odwiedzanych przeze mnie miejscach - pojawiają się wypowiedzi stawiające problem, w jaki sposób egzystują teksty i w jakiej relacji są do rzeczywistości, a zwłaszcza do autora, który skrywa się za jakimś loginem, czy nickiem. Jeśli chodzi o mnie to zawsze utożsamiam się z tym, co piszę i tekst jest emanacją... może lepiej zabrzmi: prezentacją mnie i moich poglądów. Jest to prezentacja mnie, ale nie takiego jakim jestem sam w sobie tylko w sensie i takim zakresie, w jakim chcę się ujawnić. Biorąc pod uwagę dalszy żywot takiego tekstu i jego odbiór przez czytających to jest insza-inszość, gdyż tekst jest odczytywany w innym kontekście, którym są osobiste doświadczenie czytającego i język (świat pojęć), którym się posługuje się w myśleniu o sobie i świecie zewnętrznym. Owszem mogę w jakiś sposób uściślać rozumienie mojego tekstu, ale tylko o tyle, o ile odbiorca podejmuje dialog w komentarzach. Tak naprawdę tekst i zawarte w nich implikacje są ode mnie niezależne i żyją swoim życiem poza mną.

W takim razie - jest wielce prawdopodobne to, co napisała pewna E-postać - jesteśmy w przestrzeni blogowej loginami i nickami, a jako takich nie imają się obelga z obrazą. Wszelkie odniesienia do nas tak naprawdę czynione są w oparciu o słowa i dotyczą przestrzeni (obrazów) kreowanych tymi słowami, a nie do nas samych jako takich.

W tym miejscu zatrzymam się przywołując jedynie platońską opowieść o jaskini, która ilustruje różnicę pomiędzy światem rzeczywistym a pozornym. W skrócie wygląda to mniej więcej tak: jest jeden świat realny i jest to świat idei - zbioru prawzorów dla tych wszystkich niby-rzeczy, które postrzegamy zmysłami. To, co widzimy to cienie prawdziwego świata idei. Platon relację pomiędzy światem idei a światem znanym człowiekowi wyraził obrazem jaskini i przykutych w niej twarzą do ściany więźniów. Nie mogli widzieć bezpośrednio świata takim jakim był, gdyż był za ich plecami. Postrzegali go jedynie poprzez cienie rzucane na ścianę, do której byli przykuci (por. Platon, Państwo, ks. VII).


(20,262)

środa, 7 maja 2008

Bieg na setkę

Dziś setny wpis. Ale się tego nazbierało od września 2007. Nie będę się pastwił nad Wami i pisał o tym, co już zostało napisane. Odnotowałem to tylko gwoli kronikarskiej powinności.

A teraz pora wziąć się do roboty: pisarze do pióra, kobiety na traktory, robotnicy do fabryk. Aby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej... Jeśli jakieś fajne hasła z minionej i niezapomnianej przeszłości się Wam przypomną możecie dołączyć je do komentarzy:-)))
__________

Wczoraj po południu odwoziłem na dworzec PKP moje pierworodne szczęście, które po długim łykędzie wracało dalej studiować do Poznania. Wcześniej - bo z samego rana - postanowiła poprawić czwórkę z matury z rozszerzonego języka angielskiego. Nadmienię, że maturę zdawała dwa lata temu (sic!!!). Zapytałem ją po co to robiła?
- A chciałam się sprawdzić - odpowiedziała z rozbrajającym uśmiechem.
W głowie mi się to nie mieści, by podchodzić do egzaminu maturalnego po dwóch latach wyłącznie dla sprawdzenia się i bez żadnego widocznego, czy koniecznego powodu. Sam, aż tak ambitny nigdy nie byłem. Wyznawałem zasadę: zdać, zaliczyć i - jeśli nie ma konieczności - to do tego nie wracać. Ciekawe po kim ona to ma? - pomyślałem. Owszem, badam genealogię rodziny, ale nikogo takiego ambitnego nie znalazłem... no chyba, że jej dziadek Fredek (85 lat skończy w wigilię Bożego Narodzenia). Ten to jest ambitny. Potrafi codziennie studiować i ćwiczyć język niemiecki, którym posługuje się biegle od czasów wojny. Ale żeby, aż tak przeszło to na wnuczkę?
Gdy tak jechaliśmy na ten dworzec PKP i byliśmy już w połowie drogi Oliwka zamyśliła się przez moment, spojrzała na swoją torebkę i plecak i mówi:
- Ciekawe czego dziś znów zapomniałam zapakować?
Spojrzałem na nią wymownie. Odwzajemniła spojrzenie i z rozbrajającym uśmiechem dodała:
- Ciekawe za kim to mam tatku?
Obydwoje gruchnęliśmy śmiechem. Moja krew - pomyślałem z dumą.
Gdy wróciłem do domu, a Oliwka była już w drodze do Poznania, powitał mnie w progu Marcin z ciekawą informacją. W tzw. międzyczasie (nawiasem mówiąc idiotyczny kolokwializm) Oliwka zadzwoniła do brata z informacją, że zapomniała ładowarki do telefonu... I jak jej nie kochać?:-)))

(19,149)

wtorek, 6 maja 2008

Pamięć mężczyzny

Ostatni wpis z cyklu zasłyszane

--------------------
Stoję sobie ostatnio spokojnie w kolejce do kasy w Carrefourze.
Stoję sobie ..... stoję...
Nagle zauważam przy drugiej kasie, wpatrzoną we mnie i uśmiechającą się do
mnie blondynę.
Ale jaką blondynę!
Mówię wam Karaiby, słońce, plaża, Bacardi...!
Ostatnio ładne dziewczyny się do mnie tak uśmiechały, gdy przytaszczyłem
do akademika, na drugi dzień po imprezie, skrzynkę
zimnego piwa. Ale to było 10 lat temu...
Ta jednak uśmiechała się do mnie przyjaźnie nawet bez piwa.
Jakaś taka znajoma mi się przez chwilę wydała, ale nie mogłem sobie
przypomnieć skąd...
Pewnie podobna do jakiejś aktorki...
Powoli budził się we mnie głęboko uśpiony instynkt łowcy.
Mieszanka adrenaliny i testosteronu wypełniały mój organizm.
To one kazały mi bez zastanowienia zapytać:
- Przepraszam, czy my się skądś nie znamy?
Wypadło nawet nieźle.
Lala połknęła haczyk.
Jej reakcja była szybka, uśmiech bez zmian:
- Nie jestem pewna, ale chyba jest pan ojcem jednego z moich dzieci...
Mówi się, że ludzki umysł potrafi w sytuacjach ekstremalnych pracować nie
gorzej od komputera.
Mój był w tej sekundzie w stanie konkurować z najlepszymi.
Po chwili miałem wydruk.
Zawsze używam gumek.
Zdrada małżeńska jest już sama w sobie wydarzeniem szargającym nerwy
szanującego się mężczyzny.
Po co ją jeszcze dodatkowo komplikować?
Mój komputer pokładowy przypomniał mi tylko
trzy przypadki, które były odstępstwem od tej zasady.
Koleżanka z pracy, na szczęście tak brzydka, tak, że sama jej twarz była
najlepszym zabezpieczeniem.
Koleżanka żony z pracy, na szczęście po takim alkoholu, że mi nie do końca
... tego...
Jest.
Pozostała tylko jedna możliwość. Kiedy mogłem sobie" strzelić" dzieciucha
na boku.
Nie omieszkałem podzielić się tą radosną nowiną z matką "mojego"
nieślubnego dziecka i setką kupujących przy okazji:
- Już wiem Pani musi być tą stripteaserką, którą moi koledzy zamówili na
mój wieczór kawalerski przed 8-ma laty.




Pamiętam, że za niewielką dodatkową opłatą zgodziła się pani wtedy robić
to ze mną na stole w jadalni na oczach moich klaszczących
kolegów i tak się pani przy tym rozochociła, że na koniec za darmo zrobiła
im pani wszystkim po lodziku!
Zaległa całkowita cisza.
Nawet kasjerki przestały pracować.
Wszyscy wpatrywali się na przemian we mnie i w czerwieniącą się coraz
bardziej ślicznotkę.
Kiedy osiągnęła kolor znany w kręgach muzycznych jako "Deep Purple"
wysyczała przez śliczne usteczka:
- Pan się myli!
Karaiby zastąpiła Arktyka
- Jestem wychowawczynią pana syna w 2b...

(18,875)

Loteria (z cyklu zasłyszane)

Do pana Zdzicha Kwiatkowskiego, który od dłuższego czasu nic opłaca rachunków za gaz, przyszło upomnienie w dość ostrym tonie, podpisane przez kierownika działu windykacji Zakładu Gazowniczego.

Pan Zdzich wziął kartkę papieru, usiadł przy biurku i odpisał, co następuje:

Szanowny Panie,


Pragnę Pana poinformować, iż raz na miesiąc, gdy otrzymuję rentę, zbieram wszystkie rachunki dotyczące opłat za mieszkanie i resztę mediów. Wrzucam je do dużego dzbana, mieszam i losuje trzy, z którymi idę na pocztę i opłacam.


Jeżeli pańska Instytucja pozwoli sobie choćby jeszcze raz przysłać do mnie list utrzymany w podobnym tonie, to jej faktury na rok zostaną wykluczone z loterii.


Z poważaniem Zdzisław Kwiatkowski



W odpowiedzi miły Pan z Gazowni odpisuje:

Informujemy, iż w przypadku braku wpłaty w terminie 14 dni od daty niniejszego pisma kartka z Pańskim nazwiskiem zostanie wrzucona o komory maszyny losującej, a następnie Pańskie nazwisko zostanie wylosowane.


Głównymi nagrodami są:


1. Przerwanie dostaw gazu


2. Przerwanie ostaw renty


3. Wycieczka do najbliższego miejscowego Sadu Rejonowego


4. Wizyta miłych Panów z działu Windykacji, tudzież wizyta Komornika.


Zapraszamy do wzięcia udziału w loterii...



--------------------

PS. Powoli wracam do świata blogowego zatem komentarze do komentarzy uzupełnię jutro

czwartek, 1 maja 2008

Bezdech

Amerykański iluzjonista David Blaine wstrzymał oddech na ponad 17 minut, ustanawiając tym samym nowy rekord świata w tej kategorii. [...] Po zanurzeniu się w zbiorniku wypełnionym wodą, przez ponad 20 minut oddychał przez maskę czystym tlenem, aby nasycić nim krew i oczyścić się z dwutlenku węgla. Dopiero po tym przygotowaniu wstrzymał oddech na 17 minut i 4 sekundy. (Źródło: Onet.pl)


Ta z goła niewinna notka, jakich wiele w necie z różnymi mniej lub bardziej interesującymi ciekawostkami, przeczytana wczesnym porankiem w pierwszym dniu długiego weekendu - sprowokowała mnie do zastanowienia się Co ja tutaj robię? Skoro nie mogę już spać - kiedyś bardzo to lubiłem - to powinienem cieszyć się wolnym czasem i zająć się pożyteczniejszymi sprawami niźli przeglądanie netu i blogów. Trawnik czeka na skoszenie, okna do mycia też się garną, a pies czeka na kąpiel (dobrze, że tego nie potrafi przeczytać). Jakoś tak zatęskniłem za zajęciami prozaicznymi, ale kojącymi swą prostotą i nieskomplikowaniem umęczoną psyche. Nadto najbliżsi czekają na czas, który im poświęcę... rozmowy, spacery, delektowanie się byciem-ze-sobą.


Celestyna - prababcia moich dzieci ukonczyła wczoraj 93 lata i dziś czeka na nasz przyjazd. Miasto i okolice zapraszają mnie do miejsc, do których jeszcze nie dotarłem w ciągu 33 lata zamieszkania. Koniecznie pod ręką musi być aparat cyfrowy - takie małe uzależnienie, ale w trosce o potomnych. A stare zdjęcia w kartonach i przewiązane listy z kilkudziesięciu lat oraz notatki nie mogą doczekać się na swoje miejsce w opracowywanej genealogii :-)


Zmykam zatem natlenić, dotlenić i oczyścić swego ducha i emocje i... wymieść wszystko, co do tej pory było zmiecione pod dywan. Nie będzie tak, że jakoś to będzie. Od poniedziałku znów będę mógł bez problemu wstrzymać oddech na kolejne dni morderczego biegu. Może trochę patetycznie to zabrzmiało, ale niech tak już zostanie.


 


 


 


 


 


(18,079)

wtorek, 29 kwietnia 2008

Gdy miałem sześć lat, zobaczyłem pewnego razu wspaniały obrazek w książce opisującej puszczę dziewiczą. Książka nazywała się "Historie prawdziwe". Obrazek przedstawiał węża boa, połykającego drapieżne zwierzę. Oto kopia rysunku: W książce było napisane: "Węże boa połykają w całości schwytane zwierzęta. Następnie nie mogą się ruszać i śpią przez sześć miesięcy, dopóki zdobycz nie zostanie strawiona". Po obejrzeniu obrazka wiele myślałem o życiu dżungli. Pod wpływem tych myśli udało mi się przy pomocy kredki stworzyć mój pierwszy rysunek. Rysunek numer 1. Wyglądał on tak:




Pokazałem moje dzieło dorosłym i spytałem, czy ich przeraża. - Dlaczego kapelusz miałby przerażać? - odpowiedzieli dorośli. Mój obrazek nie przedstawiał kapelusza. To był wąż boa, który trawił słonia. Narysowałem następnie przekrój węża, aby dorośli mogli zrozumieć. Im zawsze trzeba tłumaczyć. Mój rysunek numer 2 wyglądał następująco:



Dorośli poradzili mi, abym porzucił rysowanie węży zamkniętych oraz otwartych i abym się raczej zajął geografią, historią, arytmetyką i gramatyką. W ten sposób. mając lat sześć, porzuciłem wspaniałą karierę malarską. Zraziłem się niepowodzeniem rysunku numer 1 i numer 2. Dorośli nigdy nie potrafią sami zrozumieć. A dzieci bardzo męczy konieczność stałego objaśniania.


(Antoine de Saint-Exupéry, Mały Książę)



Do pewnego czasu sądziłem, że rzeczywistość jest zależna od mojego umysłu i jeśli już ją poznaję to właśnie taką, jaka jawi się w moim umyśle. Przed laty, gdy z lubością zmagałem się z Husserlem, Wittgensteinem, Kantem, czy Ricoeurem - wydawało mi się, że z nudów poprzewracało się im w głowach i z nadmiaru czasu powymyślali teorie i systemy objaśniające świat. A na dodatek każdy z tych modeli był tak bardzo różny od siebie, że musieli go objaśniać nie mając gwarancji, że zostaną zrozumiani w wystarczającym stopniu.


Po latach doznałem olśnienia po przeczytaniu Małego Księcia. Aby zrozumieć i zapoznać świat takim, jaki jest naprawdę, trzeba mieć w sobie otwartość i naiwność dziecka. Filozofia jest możliwa o tyle o ile uda się zachować taką postawę poznawczą, w której rzeczywistość postrzegana jest bez uprzedzeń i uprzedniej (w miarę możliwości) wykrzywionej wiedzy. A wtedy czysty umysł stawia pytania i wysuwa tezy, które przeciętnemu zjadaczowi chleba nawet do głowy nie przyjdą.


Trzeba jednak z tym uważać, gdyż uprawianie filozofii stawiającej na dociekliwe pytania może zaprowadzić na szafot. Zaczęło się od Sokratesa, a i Platon musiał uciekać, w późniejszych wiekach też nie było lepiej. Myślenie zawsze stanowiło zagrożenie dla osób, które nadmiernie eksploatowały swoje szare komórki.


Ze skrajnym przykładem takiego zagrożenia - w wersji rzecz jasna humorystycznej - zetknąłem się w filmie Nie ma mocnych. Pawlak położył się spać obok żony i zauważa, że ta nie śpi tylko jakoś tak kręci się i nie może się ułożyć.



- Jadźka, a czemu to nie śpisz?
- A bo leżę i myślę.
- Oj nie myśl, bo od myślenia to tylko głowa boli!!!


-----------------------


PS. Ćwiczenia z wyobraźni







(17,602)

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Szczęście ślimaka


Wpływ materializmu na ludzką psychikę świetnie opisuje pewien eksperyment przeprowadzony na pięcioletnich dzieciach. Połowa ogląda program telewizyjny bez reklam, druga połowa ten sam program, ale przerywany reklamami pewnej zabawki. Potem wszystkim dzieciom pokazuje się zdjęcia dwóch chłopców, z których jeden zostaje opisany jako "miły”, a drugi jako "niezbyt miły”. Przy czym niezbyt miły trzyma w rączce zabawkę z reklamy. Dwa razy więcej dzieci spośród tych, które oglądały reklamę, deklaruje, że wolałoby się pobawić z niemiłym chłopcem. Wniosek: materialistyczne pragnienia potrafią w ciągu półgodzinnego programu przytłumić takie wartości jak przyjemność obcowania z sympatycznym człowiekiem.



Od zarania dziejów ludzie prześcigają się w pomysłach, co zrobić by być szczęśliwym. I jaki efekt tych zabiegów? Ile ludzi, tyle pomysłów. Powyższy przykład pokazuje, że skłonności mamy bardziej ku tym, co posiadają jakąś rzecz niż ku tym, którzy są wartościowi sami w sobie. W rankingu stawiamy wyżej ludzi oceniając nie ich samych, ale to co posiadają.


Systemy religijne i filozoficzne podsuwały i podsuwają najróżniejsze rozwiązania. Były i są nurty hedonistyczne, które każą używać życia i wszystko traktować przedmiotowo. Jednak na gruncie teoretycznym - nie mylić z praktycznym - nie zdominowało to myślenia o szczęściu człowieka. Są też nurty zbliżone do tego, co znalazło swe odzwierciedlenie w dekalogu, gdzie słowo pożądanie odnosi się do ludzkiej skłonności myślenia o posiadaniu osób, rzeczy itp.



Wczoraj dyskutowaliśmy o szczęściu


Rozglądając się wokół siebie dostrzegamy osoby, których iloraz inteligencji jest, jak wahania spółek giełdowych, raz rośnie wraz z zasobnością portfela, drugi raz maleje, gdy portfel pustoszeje.


Często jesteśmy w rozdarciu, bo chcemy zjeść ciastko i mieć ciastko. Przytoczony na wstępie opis eksperymentu pochodzi od Olivera Jamesa, który przeprowadził badania dotyczące szczęścia. I co najciekawsze doszedł do wniosków zaskakujących, choć potwierdzających tezy systemów etycznych i religijnych mówiących, że posiadanie przedmiotów nie daje szczęścia. Nadmierne posiadanie i dążenie do posiadania prowadzi do zaburzeń emocjonalnych. 26% Amerykanów walczy z zaburzeniami emocjonalnymi i tylko 4,3% Chińczyków ma podobne problemy. Wolny rynek idący w parze z materializmem, konkurencją i obietnicą, że wszystko zależy tylko od nas, na dłuższą metę okazuje się nie do wytrzymania dla ludzkiej psychiki.




Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje (Mateusz 6,21) - jest to zasada uniwersalna i prawdziwa w odniesieniu do każdego człowieka.





(17,167)

sobota, 26 kwietnia 2008

Zło absolutne?

Gdy co dzień spoglądam w lustro widzę gościa, który stroi różne miny, ale per saldo wydaje się sympatyczny. Gdy zgłębię nieco to, co skrywa pod powłoką zewnętrzności dostrzegam w nim wiele zaskakujących cech i skłonności:



kocha i nienawidzi zarazem
odczuwa empatię, ale potrafi okazywać złowrogą obojętność
okazuje życzliwość, ale potrafi odczuwać zawiść

wyrządza dobro, ale i zło nie jest mu odległe


Można tych antynomii, które z różnym natężeniem występują w nas, wymieniać wiele. Tacy po prostu jesteśmy i sami siebie najlepiej znamy, choć nie zawsze się do tego przyznajemy. Nawet wobec siebie lubimy uprawiać pozytywny PR...


Czytając jakąś wypowiedź dotyczącą religii, a konkretnie biblijnej koncepcji dotyczącej pochodzenia świata i człowieka natrafiłem na intrygujący tekst, który skłania do stawiania pytań znacznie wykraczających poza granice wytyczone przez kontekst religijny.



Rzekł Bóg: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!»
Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył[...] - Genesis 1, 26-27



Anioły dobra i zła walczące o dziecko, William Blake, miedzioryt ok. 1805


I teraz pojawia się pytanie, na które zarówno judaizm, jak i chrześcijaństwo nie znajdują dobrej i rozstrzygającej odpowiedzi:


Skoro człowiek jest obrazem swego Stwórcy to, czy w Bogu - jako wzorcu - występują w stopniu absolutnym i nieskończonym takie cechy człowieka, jak dobro i zło, gdyby skupić się tylko na tych dwóch kluczowych?


I pytanie kolejne:


Czy na gruncie logiki jest możliwe wyeliminowanie antynomii dobra i zła w istocie boskiej? Wszak cały świat i wszystko stworzenie od niej pochodzi, a więc i dobro i zło.


_______________________


PS. Stary i znany paradoks: Bóg jest wszechmocny. A skoro tak to, czy jest w stanie stworzyć tak ciężki kamień, którego nie jest w stanie udźwignąć?


Owocnych potyczek z logiką i gimnastyki szarych komórek życzę :-))))


(16,851)

środa, 23 kwietnia 2008

Minus kwadrans

Pamiętam tę scenę, jak by to było dzisiaj. Nie przesadzę jeśli powiem, że będę ją pamiętał do czerwca 2055 roku, do... ostatniego kwadransa :-)))


Było piękne wakacyjne popołudnie 1998 roku. Walczyłem z łopatą w ogrodzie przygotowując podłoże pod kamienne ogrodzenie oddzielające naszą część ogrodu od sąsiadów. Marcin miał 7 lat. Od czasu do czasu odrywał się od swojej zabawy i przychodził do mnie podyskutować na różne tematy. Akurat stałem oparty o łopatę, gdy podszedł i zapytał wprost:



- Tatusiu! Czy to prawda, że papieros zabiera 15 minut życia?
- Tak - potwierdziłem bez wahania.
- Ale Ty już nie palisz papierosów?
- Nie - odparłem zaskoczony nieco jego dociekliwością.
- Ale teraz, jak już nie palisz, to z powrotem te minuty życia Tobie wrócą, prawda? - zapytał patrząc na mnie badawczo.



Dialog prowadziłem nieco machinalnie i nie przypuszczałem, że w tej małej główce odbywa się bardzo poważne rozważanie na temat palenia papierosów. Chlapnąłem bez zastanowienia:


- To, co już się straciło jest nie do odzyskania. Te minuty już nie wrócą.


W momencie, gdy wybrzmiewało ostatnie słowo żałowałem wszystkich poprzednich wypowiedzianych w tym zdaniu. Minka przyjęła postać podkówki, oczy zaszły łzami. Zaczął szlochać z powodu utraconych i nie odzyskanych kwadransów mego życia. Trwało dobre pół godziny zanim go uspokoiłem.


W tym momencie uświadomiłem sobie, jak bardzo komuś na mnie zależy i mimo, iż ma mnie na co dzień opłakuje już czas... przedwczesny czas mego odejścia. Za każdym razem, gdy to sobie przypominam przychodzą mi na myśl ci, których już przy mnie nie ma: dziadek Roman, babcia Stefania, Mama...ostatnio wuj Mateusz. To jest właśnie taki czas, który Marcin opłakiwał. Gdy retrospektywnie wracam w czas mego dzieciństwa przypominam sobie podobne myśli i obawy dotyczące kochanych osób.


Ciągle jesteśmy zagonieni, na nic nie mamy czasu. Praca, obowiązki, wszelkie inne powinności przed... tymi najważniejszymi: przed czasem dla najbliższych. Gdy niepostrzeżenie odejdą już nic im nie powiemy, ani też o nic ich nie zapytamy.


__________________________


Zamiast puenty:


Być może dla świata jesteś tylko człowiekiem, ale dla niektórych ludzi jesteś całym światem


(16,219)



wtorek, 22 kwietnia 2008

Pytania graniczne Wilhelma z Baskerville

Przed ponad dwudziestu laty po raz pierwszy przeczytałem Imię róży - książkę włoskiego filozofa Umberto Eco. Rok później obejrzałem nakręcony na podstawie tej książki, w którym Wilhelma z Baskerville - mnicha, znawcy filozofii Arystotelesa i wybitnego błyskotliwego logika - kreował znakomity Sean Connery.


Przywołuję z pamięci scenę, w której pod okiem legata papieskiego odbywała się dysputa teologiczna nt. tego, czy Jezus był ubogi i jakie z tego mogą wynikać konsekwencje dla Kościoła. Na dysputę zjechali uczeni mnisi z wielu klasztorów, które w owym czasie były miejscem swobodnego dyskursu teologicznego. Sprzyjały temu autonomia i bogactwo księgozbiorów, którymi opiekowali się kopiowali mnisi.


Zwolennicy ubóstwa przywoływali ewangelie, w których Jezus nie był dysponentem żadnej sakiewki. Nie wnikając w dystynkcje i niuanse dysputy przytoczę z pamięci wypowiedź legata, która zmierzała do podsumowania toczonego sporu po myśli zarządców instytucji Kościoła:


- Nie chodzi o to, czy Jezus był ubogi. Chodzi raczej o to, czy z tego wynika, że Kościół ma być ubogi?


Konkluzja wyłożona przez przedstawiciela władzy kościelnej dawała jednoznaczną odpowiedź, że ubóstwo nie odnosi się do instytucji Kościoła jako takiego. Myślę, że to rozstrzygnięcie - co prawda tylko literacko ujęte - obowiązuje do dzisiaj. Niestety Kościół ma z tym co raz większy problem.


Dziś wielu ludzi Kościoła w oparciu o dyskurs teologiczny dochodzi do wniosków, które przeczą zasadności i prawomocności istnienia tej instytucji. Do ciekawych wniosków, które rodzą kolejne pytania doszedł wybitny profesor teologii ksiądz Tomasz Węcławski. Facet - że wyrażę się kolokwialnie - swoimi poglądami i decyzjami wywołał sensację. Może nie na miarę skandali wywołanych przez Dodę, czy podobnego pokroju gwiazdki, ale było dość głośno w środowisku naukowym i kościelnym. Przez wiele lat był profesorem i rektorem seminarium arcybiskupiego w Poznaniu, później organizował i był dziekanem wydziału teologicznego na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza. W pewnym momencie dyskurs teologiczny doprowadził go w miejsce, w którym musiał podjąć decyzje dotyczące swego miejsca w Kościele. Najpierw zrezygnował z kapłaństwa, a kilka miesięcy później opuścił Kościół poprzez akt apostazji.


Wolna refleksja - wolna od aksjomatów w postaci dogmatów - zaprowadziła go do zaprzeczenia bóstwa Jezusa i poddaniu w wątpliwość tego, co o nim wiadomo. Późniejszy dyskurs skłonił go do rozpoczęcia poszukiwań odpowiedzi na pytanie w jaki sposób można pomyśleć o świecie jako całości wychodząc poza wąski dyskurs poszczególnych dyscyplin wiedzy. Dziś prof. Tomasz Węcławski prowadzi arcyciekawy projekt badawczy na UAM o wdzięcznej i wiele mówiącej nazwie Pracownia Pytań Granicznych.


Myślę, że Wilhelm z Baskerville i jemu podobni byliby znakomitymi interlokutorami w zakresie poszukiwań odpowiedzi na pytania graniczne.



(15,834)

sobota, 19 kwietnia 2008

Żydzi doradzają papieżowi

Niektóre środowiska żydowskie mają Benedyktowi za złe, że przywrócił w liturgii katolickiej starą modlitwę, w której mówi się o potrzebie nawracania Żydów. Mają też do obecnego papieża pretensję za to, że rzadko porusza temat Holocaustu i że uważa katolicyzm za jedyną prawdziwą wiarę - to cytat z notki dotyczącej wizyty papieża w nowojorskiej synagodze.


Gdy czytam tego typu wypowiedzi to ogarnia mnie pusty śmiech i to nie z powodu podzielania poglądów wyznawanych przez papieża. Autor powyższej wypowiedzi wykazał sie brakiem znajomości logiki tkwiącej w każdej religii, a katolicyzmu w szczególności. Każda religia uważa się za jedyną prawdziwą i najpełniej opisującą relacje pomiędzy profanum, w którym tkwimy a sacrum odnoszącym się do świata ponadzmysłowego. Gdyby jakikolwiek przywódca religijny myślał inaczej wówczas musiałby zamienić organizację religijną w klub dyskusyjny.


 


Irytuje mnie wielce, gdy ludzie niezwiązani z daną religią uzurpują sobie prawo do określania, jakie poglądy powinien mieć papież i jakie głosić treści. To akurat leży w gestii papieża, który z istoty swego urzędu jest strażnikiem czystości doktryny wynikającej z Biblii, dokumentów soborów, które odbyły się na przestrzeni 2000 lat, encyklik etc. Możemy mieć różne poglądy, ale nie nie oczekujmy, by papież uznał, iż judaizm, czy jakakolwiek inna religia jest równie prawdziwa, jak katolicyzm. Inne religie - w tym judaizm - nie uznają równoważności chrześcijaństwa, islamu, czy innych religii niemonoteistycznych. Jedynie starożytni Rzymianie byli eklektyczni pod tym względem, ale to wynikało z przekonania o lokalności danego bóstwa lub bóstw, które inkorporowano razem z podbitymi narodami.


Idąc dalej i mając na względzie te - co najmniej dziwne - wezwania, papież powinien uznać, że wbrew temu, co jest w Biblii i doktrynie kościelnej: cudzołóstwo, sodomia (współcześnie określana homoseksualizmem), upijanie się itp. są dobre. Ciekaw jestem w jaki sposób bohaterowie orędzia prezydenta i niedawni goście TVN uzasadniają na gruncie katolicyzmu, czy w ogóle chrześcijaństwa, swój jednopłciowy związek. Przyznam szczerze, że mimo dużej dowolności w interpretacji Biblii nie znajduję żadnych przesłanek ku temu. Nie oznacza to, że neguję ich prawo do takiego, czy innego stylu życia, ale oczekuję intelektualnej uczciwości: nie szukajmy uzasadnienia dla własnych wyborów tam, gdzie ich nie ma. Nie oczekujmy, że chrześcijaństwo zacznie dokonywać wiwisekcji Biblii i swej doktryny tylko dlatego, że jakaś grupa osób postępuję w życiu odmiennie od moralności tam określonej.


Gdyby przyjąć logikę cytowanej na wstępie wypowiedzi papież powinien słuchać się i głosić poglądy ludzi, którzy mają niewiele wspólnego z chrześcijaństwem, a w szczególności z katolicyzmem. Już kiedyś, bo w latach 50-tych XX w. komuniści rządzący w Polsce stworzyli organizację tzw, księży patriotów, którzy mieli wspierać nowy świetlany ustrój. Dziś - mimo zmiany ustroju - oczekuje się tego samego, z tym tylko, że robi się w bardziej wysublimowany sposób. Używa się słów kluczy takich, jak postęp, ciemnogród, przyszłość, przeszłość, europejskość, nowoczesność, zaścianek, kruchta, moher, katolicyzm łagiewnicki, katolicyzm toruński etc.


Wszystkie te słowa niosą ze sobą ogromny ładunek emocjonalny, ale wnikając w ich treść zaczynamy się zastanawiać, o co tak naprawdę chodzi, gdyż epitety nie opisują rzeczywistości, tylko ją zaklinają i przekłamują.


Zagłada Żydów - określana też holokaustem - była ogromnym doświadczeniem tego narodu. Była ogromnym złem, jakie jedni ludzie wyrządzili drugim ludziom, ale czy to doświadczenie powinno być istotnym nauczaniem papieża? A zwłaszcza, czy Żydzi powinni określać to, o czym ma mówić papież? Papież wierzy w to, co głosi. Skoro wierzy, że Jezus zbawił świat to pragnie, by Żydzi - do których pierwotnie było skierowane jego orędzie - także w niego uwierzyli.


Rozumiem takie przesłanie i postawę, tym bardziej, że nie jest to obraźliwe.


 


(15,162)

czwartek, 17 kwietnia 2008

Zmysłowanie

Ktoś przytoczył kiedyś badania dotyczące mężczyzn, z których miało wynikać, że każdy mężczyzna średnio co 3 minuty myśli o seksie. Przypomniawszy sobie to spojrzałem zaniepokojony w lustro i... odwróciłem się bez dociekania, jak to jest ze mną naprawdę. Powiem tylko jedno: Ameryki nie odkryli. Wielkie mi tam badania, jakby bez tego nie było wiadomo o czym myślą faceci.


Wczoraj odbyłem dość długą podróż po Polsce. Nie sądziłem, że nagle - w zaskakujący dla mnie sposób, bo wczesnym świtem - tulące mnie jeszcze ramiona Morfeusza znikną i przeniosę się w inną czasoprzestrzeń. Doznanie było tak niewiarygodne, że przez moment pomyślałem, że to sen.


Ale to nie był sen.


- A cóż to się stało? - spyta się ktoś.


Z pozoru nic wielkiego. Po prostu nagle przede mną wyrósł jakiś furgon, który tak, jak ja zmierzał w tym samym kierunku. Przez kilka kilometrów nie mogłem go wyprzedzić, gdyż z przeciwka jechało mnóstwo samochodów, a i droga była dość kręta. Najpierw denerwowałem się tym ślimaczeniem, ale w pewnym momencie dostrzegłem napisy na tylnej klapie samochodu. To był ten moment... grom z jasnego nieba: zabłyskało, zahuczało, ciemność w oczach i... już byłem gdzieś indziej.


Stało się to nim doczytałem do końca napis reklamy: kabiny, brodziki, wanny, hydromasaż... Moje zmysły poczuły odprężający dotyk tryskającej wody, bąbelki powodowały, że każdy skrawek skóry odczuwał błogość i rozkosz. Ogarniał mnie spokój i cudowne znużenie. Nigdzie się już nie spieszyłem i zmysłami chłonąłem całą rozkosz... błogość.


Czas nie dość, że nie stanął w miejscu, ale cofnął sie do stycznia 2001 i przeniósł mnie na zamek w Baranowie Sandomierskim. Zajmowałem tam dużą komnatę wyposażoną w takie hydroodprężające ustrojstwa. Narada połączona ze szkoleniem trwała trzy dni i była dość... intensywna, dlatego relaks z hydromasażem wykorzystywałem powielokroć.


Po kilku minutach ocknąłem się. Ale to piorunujące retrospektywne doznanie towarzyszyło mi cały dzień.


Cudownie zmysłowałem, czego i Wam życzę...


Oby, jak najczęściej w znacznie dogodniejszych warunkach niż podróżując polskimi drogami :-)


 


(14,461)

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Prawda, czy piękno

Trzech mężczyzn, którzy podróżowali z małą karawaną po pustyni Sahara, zobaczyło człowieka wpatrującego się w zachód słońca ze szczytu góry.*


- To musi być pastuch, który zgubił jedną z owiec, a teraz próbuje ją odnaleźć - powiedział pierwszy.


- Nie, nie sądzę żeby czegoś szukał, zwłaszcza w zachodzie słońca. Myślę, że on czeka na przyjaciela.


- Założę się, że to święty człowiek, szukający oświecenia - skomentował trzeci.



Zaczęli wspólnie rozmawiać o tym, co robił człowiek i tak bardzo zaangażowali się w dyskusję, że nieomal doszło do bójki. Ostatecznie, aby odkryć prawdę, postanowili wspiąć się na górę i zapytać siedzącego tam człowieka.


- Szukasz swojej owcy? - zapytał pierwszy.


- Nie, nie mam żadnego stada.


- W takim razie musisz na kogoś czekać - stwierdził drugi.


- Jestem samotnym człowiekiem, który mieszka na pustyni - brzmiała odpowiedź.


- Skoro mieszkasz na pustyni, w samotności, z pewnością jesteś świętym człowiekiem poszukującym Boga przez medytację! - domniemywał trzeci mężczyzna, dumny ze swojego wniosku.


Zaskoczony pytaniami mężczyzna odpowiedział:


- Czy wszystko na Ziemi musi mieć swoje wytłumaczenie? Więc wytłumaczę: Patrzę jedynie na zachód słońca. Czy nie jest to wystarczający powód, dla którego warto żyć?


Tę opowieść usłyszał pewien Amerykanin, który przed laty odwiedził Bliski Wschód. Opowiedział mu ją stary i zniszczony słońcem Arab. Na koniec opowieści, gdy wybrzmiało ostatnie zdanie zapadła długa i dudniąca w uszach cisza. Po chwili Amerykanin zapytał:


- Czy to wydarzyło się naprawdę?


Stary człowiek podniósł wzrok wyrażający zdziwienie, jakby nie zrozumiał pytania.


- Czy ta opowieść jest prawdziwa, czy tak się naprawdę wydarzyło? - powtórzył Amerykanin


- Nieważne, czy opisana historia jest prawdziwa - odpowiedział Arab - o wiele ważniejsze jest to, czy ta opowieść jest piękna.


_________



*Opowieść z cyklu tych pięknych i zasłyszanych






(13,440)

sobota, 12 kwietnia 2008

Kobieta przed wołem

Dekalog odczytany w rzeczywistym brzmieniu dostarcza dość zaskakujących informacji na temat tego, jak Przedwieczny i Wszechmogący widział miejsce i rolę kobiety w porządku stworzonego przez siebie świata. Gdy to zestawiłem z dekalogiem w wersji katechizmowej doszedłem do wniosku, że strażnicy natchnionego słowa dokonali swoistej wiwisekcji i koniektury . Uznali, że mogą to uczynić... tylko pytanie skąd czerpali pewność, że nie przekłamują tego, co zapisane w Dzięsięciu Słowach (gr. δεκάλογος - dekalogos). Nie sądzę, by Mojżesz - prawodawca i przewodnik ludu wybranego - ośmielił się źle spisać objawienie.
Oto wersja katolicka i luterańska, która X przykazanie biblijne ujmuje jako przykazanie IX i X:
IX: Nie pożądaj* żony bliźniego swego.
X: Nie pożądaj żadnej rzeczy, która jego jest.

Nie będziesz pożądał domu bliźniego twego. Nie będziesz pożądał żony bliźniego twego, ani jego niewolnika, ani jego niewolnicy, ani jego wołu, ani jego osła, ani żadnej rzeczy, która należy do bliźniego twego.
Wersja wtórna, na której odcisnęło się już piętno społecznego ususu wg Deuteronomion (Księga Powtórzonego Prawa - Piąta Mojżeszowa) 5:21
Nie będziesz pożądał żony swojego bliźniego. Nie będziesz pragnął domu swojego bliźniego ani jego pola, ani jego niewolnika, ani jego niewolnicy, ani jego wołu, ani jego osła, ani żadnej rzeczy, która należy do twojego bliźniego.

Godne uwagi jest w tekście, że kobieta jest tu przedmiotem, a nie podmiotem przykazania. Bliźnim - czyli osobą chroniona przez prawo Boże - jest mężczyzna, a kobieta będąca własnością bliźniego jest chroniona jako własność przed drugim bliźnim. Owszem jest pierwszą i najważniejszą w domu mężczyzny, ale jednak własnością.
Kobietę od wołu i osła oddzielają w przykazaniu tylko niewolnicy (sic!!!).

PS. Pomijam na razie odpowiedź na pytanie, które jest wpisane w lekturę Dekalogu i uprawnione: Jeśli ktoś nie jest bliźnim to, czy to oznacza, że wszystkie przykazania: nie zabijaj, nie kradnij i nie pożądaj etc. ulegają - w rozumieniu tylko tego, co ten tekst mówi sam w sobie - zawieszeniu?

* Słowa pożądać, pragnąć rozumiane są tutaj, jako chęć posiadania, bycia właścicielem i dysponentem. Dla Żydów, prawosławnych i protestantów (bez luteran) powyższe zapisy Dekalogu to przykazanie X


(12,658)

czwartek, 10 kwietnia 2008

O miłości własnej słów kilka

Kochaj bliźniego swego jak siebie samego - fajne prawda? Zostało to powiedziane prawie 2000 lat temu i póki co, to wezwanie nie wzbudza zbyt wielkiego entuzjazmu milionów.

Dlaczego mam kochać kogoś aż tak, jak siebie? Przecież nic nie jest w stanie przebić hołubionej i podsycanej miłości własnej. A ktoś kiedyś powiedział, że altruizm to właściwie to samo uczucie, co egoizm z tym tylko, że znajdujące się na przeciwstawnym biegunie. Właściwie trudno opisywać jedno bez odniesienia do drugiego.

Do refleksji o miłości własnej skłonił mnie Sitting Bull w swoim - umieszczonym na jednym z blogów - komentarzu . I przyznam się, że uchwycił istotę tego, co odczuwam i co, jak sądzę, odczuwają także inni blogowicze. Użył co prawda określenia próżność, ale w istocie odnosi się ono do miłości własnej.

W tym momencie wstałem i podszedłem do lustra - i to niekoniecznie będącego krzywym zwierciadłem - i spojrzawszy oniemiałem na moment, po czym zakrzyknąłem:

- Kurtka w dętkę!!! Sitting Bull prawdę rzecze!!!

Ktoś inny załamałby się w tej sytuacji i zawstydził wielce z obnażenia prawdziwych intencji, jakie mu przyświecają... Dzielnie spojrzałem jeszcze raz w lustro i pomyślałem:

- Taki właśnie jestem. Lubię pisać bloga i lubię, gdy ktoś go czyta.

Bo po co pisać cokolwiek (poza notatkami dla siebie) z założeniem, że nikt nie będzie tego czytał. Jeszcze lepiej się czuję, gdy wiem, że mój tekst kogoś poruszył lub skłonił do refleksji. Nawet jeśli poirytował, wywołał złość i... skłonił do napisania komentarza, czy polemiki. Lepiej niech wzbudza jakiekolwiek emocje niż żadne.

Obojetnością nie można karmić miłości własnej, a ja nie lubię głodować.

 


(11,797)

wtorek, 8 kwietnia 2008

Wehikuł czasu

W mojej ojczyźnie, do której nie wrócę,
Jest takie leśne jezioro ogromne,
Chmury szerokie, rozdarte, cudowne
Pamiętam, kiedy wzrok za siebie rzucę.


[Czesław Miłosz]


Cytowany fragment wiersza zapoznałem jesienią 1980 roku, jeszcze przed Noblem autora. Od razu skojarzył mi się z Florentynowem, niewielką wioseczką w Wielkopolsce, w której było raptem 10 numerów. Dziś może jest jeden więcej albo i nie... Kiedyś nie można było jej zlokalizować na żadnej mapie, choć sam nie mam z tym najmniejszego problemu, gdyż to miejsce jest w mych emocjach i wspomnieniach. To taka latarnia i punkt odniesienia w rejsie po oceanie życia.



Florentynowo to miejsce magiczne, które kojarzy mi się z dziadkiem Romanem - starym amerykańskim żołnierzem z czasów I wojny światowej, babcią Marianną, drobniutką i kruchą istotą, zawsze dbającą o to, by nikt z przybyszów nie był głodny i miał gdzie głowę złożyć oraz z panią Józią, gosposią dziadków, przypominającą Józię z serialu Plebania.


Florentynowo swą nazwę wzięło od imienia mojej prababki Florentyny. Ziemia, na której powstała wieś, znajdowała się wcześniej w całości w rękach rodziny. Czasy były takie, że jeszcze przed wojną ziemia kawałek po kawałku została sprzedana i w ślad za tym powstało tam 10 gospodarstw. Dzięki temu przedwojennemu zabiegowi, udało się uniknąć powojennych skutków tzw. reformy rolnej robionej w oparciu o dekrety PKWN.


Najpierw bywałem u dziadków sporadycznie na kilka dni. Było to na pewno przed 1967 rokiem (elektryfikacja wsi), gdyż pamiętam jeszcze lampy naftowe. Czasami jeździłem tam z mamą, a czasami dziadek sam mnie zabierał do siebie.


Ten mój związek emocjonalny z Florentynowem był tak silny, że w wieku 2 i 3 lat uprawiałem coś, co można określić mianem słynnych ucieczek. Na czym to polegało. To proste. Ze Ślesina, gdzie mieszkałem, było do dziadków 4 km. Pewnego dnia rano po śniadaniu, w towarzystwie rok starszej Wiolety, wyruszyłem w kierunku Florentynowa. Pamiętam, jak dziś, że miałem świadomość, że robię coś nagannego, ale imperatyw dotarcia do dziadków był silniejszy.



Dziadkowie oniemieli widząc mnie i moją towarzyszkę wyprawy. Dostaliśmy od babci jagody z cukrem i śmietaną. Po tym wnioskuję, że mógł być to lipiec 1963 roku. Było bardzo ciepło. Po kilku godzinach przyjechał po nas żukiem ojciec Wiolety powiadomiony przez umyślnego, którego wysłali dziadkowie.

Mimo zabezpieczeń płotów w ogrodzie i zamykania furtek, jeszcze kilkadziesiąt razy udawało mi się wydostać, a kilka razy dotrzeć do celu. W trakcie większości ucieczek na Flintowo (nazwa w wersji dzięcięcej) byłem ujęty już w pół drogi przez starszego brata lub ojca.


Do dziś zaglądam tam, mimo że mieszkają inni ludzie. We wdychanym powietrzu wyczuwam wibracje przeszłości, patrząc w dal widzę dziadków i inne osoby.


To miejsce to magia i... mój wehikuł czasu.



(10,970)



POSTSCRIPTUM 2008/04/09



Co było, to było, co może być - jest
A będzie to co będzie
Lecz zawsze to miło, że nie brak nam miejsc
Do których wracamy pamięcią [...]



Szanujmy wspomnienia, smakujmy ich treść
Nauczmy się je cenić
Szanujmy wspomnienia, bo warto coś mieć
Gdy zbliży się nasz count desiere [...]


Skaldowie

niedziela, 6 kwietnia 2008

Czerwony Kapturek

Dawno dawno temu, a może całkiem niedawno, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, a może całkiem blisko, w maleńkiej chatce pod lasem mieszkał Czerwony Kapturek ze swoją mamusią...


Pisząc powyższe słowa słyszałem ich brzmienie wypowiadane rytmem, który przed wielu, wielu laty wprawiał moją Pierworodną w stan snu i oddawał w objęcia Morfeusza. Tak się złożyło, że była to jedyna bajka tolerowana przez moje szczęście, gdy był czas na spanie. Znałem jej treść na pamięć z pewnymi niuansami w treści, które sam wypracowałem w toku codziennego bajkowania. Nie będę się chwalił - choć właśnie to robię - ale tembr głosu sprawiał, że po ostatnim wypowiedzianym zdaniu powieki Oliwki były już zamknięte.


Scenariusz powtarzał się każdego wieczoru i wszystko działało, jak w zegarku pod warunkiem, że to ja opowiadałem bajkę. Schody się zaczynały, gdy mnie nie było w porze usypiania i za opowiadanie bajki zabierał się dziadek lub szacowna koleżanka małżonka. Masakra... jak mówi młodzież. Problem w tym, że wersja bajki książkowej nieco różniła się od wersji wypracowanej przez Tatkę. Dziecko nie mogło zasnąć, bo ciągle korygowało opowiadających. Każdy detal opowieści był istotny :-))))))


 


Po 400-nym opowiedzeniu Czerwonego Kapturka miałem dość opowiadania tego samego i postanowiłem zamienić go na inną bajkę. Eksperyment, który trwał kilka dni, zakończył się klęską. Najpierw zapytałem, czy na dobranoc mogę przeczytać inna bajkę. Córcia wyrażała zgodę... Szczęśliwy, że podstęp się udał, czytałem na głos tytuły bajek, by dokonała wyboru. Zadowolony z siebie i tej innowacji z namaszczeniem czytałem bajkę pt. Księżniczka na ziarnku grochu, i gdy już chciałem dać buziaczka na dobranoc moje pierworodne szczęście robiło oczka, jak złotówki i wołało: Ale jeszcze o Czerwonym Kapturku!!!.


Wygrał Czerwony Kapturek.


(10,429)


Czerwony Kapturek - wersja dla dorosłych dzieci






piątek, 4 kwietnia 2008

TV Wychodek

Fantastycznie...; Serdecznie witam...; Ciesze się, że mogę Was tu powitać...;, Wspólnie przeżywamy... etc. et bleeee bleeeeeee. Czy słysząc te słowa wierzycie choć w jedno z nich?

Coś, co kiedyś było dla mnie olśnieniem - jak amerykański uśmiech i wyciągnięcie dłoni, czy sakramentalne Fine, thanks rzucane w odpowiedzi na pytanie Jak się masz ? - dziś drażni mnie i zniesmacza. Przez to właśnie coraz rzadziej włączam telewizor, z którego znane nazwiska sprzedają swój sztuczny uśmiech i fałszywe zainteresowanie osobami, z którymi rozmawiają. Zapewne godzinę po programie nie potrafią przypomnieć sobie imion i nazwisk, często i twarzy ludzi, z którym i spędzili kilka godzin.

Teleturnieje jedne durniejsze od drugich, a skala trudności jest na poziomie pytania:

Jak nazywa się stolica Niemiec?
Odp. A) Londyn
Odp. b) Paryż
Odp. c) Berlin
 

Gdzież im się równać z Wielką Grą prowadzoną przez niezapomnianą Stanisławę Ryster. Z uczestnikami tego teleturnieju, którzy musieli wykazać się ogromną wiedzą z jakiejś dziedziny. Program był na tyle rzetelny, że zapraszano ekspertów, by rozstrzygać wątpliwości dotyczące odpowiedzi. Biorący udział w Wielkiej Grze - zanim wzięli w niej udział - musieli przejść surowe eliminacje z wiedzy w danej dziedzinie zanim. Nie wystarczyło wysłanie listu, czy tylko smsa.

Czy ktoś jeszcze pamięta Tele Echo prowadzone przez Irenę Dziedzic? Mówi się, że to był pierwszy polski talk-show. Ależ na jakim był on poziomie zarówno osób zapraszanych, jak i przygotowania prowadzącego. Nie chodziło tam o mówienie w stylu, co się stało, gdy ktoś zdjął majtki, jak to ma miejsce obecnie. Przez jakiś czas współprowadzącymi program byli Edward Dziewoński i Bohdan Tomaszewski. Dziś niestety wszelkiego rodzaju tok-szoły pokazują ludzi, którzy za pieniądze sprzedają swą najintymniejszą sferę życia... często bardzo kloaczną w odbiorze.... Wszystko jest na sprzeda!!!

Gdy widzę w reklamach Pazurę, Lindę, Brodzik, Stuhra, czy Kondrata mam wrażenie, że pomyliły się im role, które mieli zagrać... Że wzięli do ręki nie ten scenariusz. Dla mnie aktor w reklamie to jak piękny but wdeptujący w parku w psie gówno. Owszem, wytrzeć można o trawę, ale smród zostaje.
Dlaczego takiej pomyłki nie popełnił nigdy nieodżałowany Gustaw Holoubek, Zbigniew Zapasiewicz, czy Krzysztof Majchrzak? Widocznie dosłownie i po herbertowsku odczuwają kwestię smaku i ... mają smak.

Za 50 i 100 lat ich nazwiska będą, jak słupy milowe: Holoubek, Zapasiewicz, Majchrzak, Ryster, Dziewoński, Dziedzic...

 

 

(9,681)

środa, 2 kwietnia 2008

Hieny cmentarne

Od rana bombardowanie godziną 21:37.

Jan Paweł II to, Jan Paweł II tamto.

Rozgłośnie radiowe i stacje TV serwowały przez cały dzień nagrania, gazety sprzedawały nakłady z płytami CD. Jednym słowem biznes się kręci. Pomiędzy wspomnieniami bloki reklam... , wybielacze, proszki do prania, najtańsze rozmowy w sieci, jesteś tego warta, tampony, podpaski, pomadki, papier toaletowy, chusteczki higieniczne etc... Jazgot i zgiełk na targowisku próżności :(((

Akademia ku czci, koncerty, artyści, statyści, cykliści i sabotażyści...

Czy jeszcze przez ten zgiełk słychać to, co mówił do nas Jan Paweł II?

(9,229)

wtorek, 1 kwietnia 2008

Kolumbowie z APOLLO 8

Wszyscy wokół trąbią o traktacie akcesyjnym, a w kontekście traktatu o działaczach homoseksualnych, którzy - jakby wbrew intencji stron sporu - stanęli w centrum uwagi. Przez media przetacza się jeden wielki bełkot o wszystkim i o niczym... wciąga wszystkich i wszytko niczym śnieżna lawina. Można by o tym napisać setki artykułów, toczyć spory, dysputy, czy przedstawiać argumenty za i przeciw, ale... PO CO?


Jest dużo więcej ciekawszych zdarzeń, o których można powiedzieć, że już się stały i weszły do historii jako znaczące.


Dziś, gdy słuchałem wieści z dopychania kolanem zgody na traktat, nie wiem dlaczego przypomniał mi się lot Apollo 8... wspomnienie z dzieciństwa i kibicowania Amerykanom przeciw Ruskim w kosmicznym wyścigu.


Rankiem 24 grudnia 1968 roku trzech Amerykanów: Frank Borman, James Lovell i William Anders zawiśli nad Srebrnym Globem i odczytali wersety z księgi Genesis... Niczym Krzysztof Kolumb, przetarli szlak kolejnym ludziom, którzy wyruszyli po nich.


Człowiek po raz pierwszy znalazł się tak daleko od Ziemi. Nikt po nich nie dotarł dalej. To będzie zapisane w annałach kosmonautyki, choć wspominany jest i będzie człowiek, który jako pierwszy postawił stopę na Księżycu.


 


 




Wschód Ziemi nad powierzchnią Księżyca (fot. Apollo 8)

(9,001)

poniedziałek, 31 marca 2008

Ziobro publiczne

Były minister sprawiedliwości przyznaje, że pożyczał swojego służbowego laptopa Patrycji Koteckiej [...]. Ziobro przyznał, że na jego służbowym laptopie były scenariusze programu "Detektor". Pisała je dziennikarka Patrycja Kotecka dla prywatnej telewizji TV 4. Był też scenariusz programu dla TVP 3 na temat Edwarda Mazura. (Gazeta Wyborcza)


 





 




Powiem szczerze, że gdy przeczytałem tę notkę to aż mnie zatkało. Nie wnikam w szczegóły przyjaźni i znajomości Pana Zbigniewa Ziobro. Mnie też może i spodobałaby się Patrycja Kotecka - szefowa wiadomości TVP - ale pewnych rzeczy urzędującemu ministrowi sprawiedliwości nie przystoi.




Wiemy, jaką rolę odgrywają media publiczne i jaki wpływ mają i chcą mieć nań politycy. W sytuacji, gdy pojawiają się podejrzenia o zażyłe relacje osób odpowiedzialnych za informację z przedstawicielem władzy, wszystko, co dzieję się po jednej, jak i po drugiej stronie staje się podejrzane. Bo nie jest normalne, że dziennikarka pisze scenariusze na laptopie ministra. Użyczyć to on może swój prywatny laptop. Wszelkie tłumaczenia są tu funta kłaków wart i mam je - za przeproszeniem - w... głębokim poważaniu.
O ile jeszcze jakiś czas temu gotów byłem zachować dystans do tego, co się mówi i pisze o czołowych budowniczych IV RP, o tyle dziś kropla przelała kielich. Są tacy, jak dawniejsi i dogorywający już kawalerowie orderu budowniczych Polski ludowej.


Łuski z oczu opadły i czas, by do reszty zdystansować się od polityki i tego, co zaprzątało dotąd moje polityczne emocje. Ma rację Korwin-Mikke twierdząc, że demokracja - w przeciwieństwie do monarchii - demoralizuje . Czas ją przywrócić... przynajmniej mentalnie i we własnej przestrzeni myślenia i postrzegania rzeczywistości.




Mam - jak już kiedyś wspominałem - do przeżycia jeszcze 47 lat :-), zatem poświęcę je na bardziej pożyteczne sprawy niż polityka. Owszem będę obserwował i śledził to, co się dzieje, ale już w żadnych aktach wyboru władzy nie będę brał udziału... Nie chcę być współodpowiedzialny za przygnębiającą rzeczywistość demokracji. Władza ludu to tak naprawdę władza motłochu. Wyższe racje i motywacje grzęzną zagłuszane wrzaskiem panem et circenses.




Jedyne, co mnie teraz może poruszyć to wybór króla.




Vivat Rex Polonorum!!!




(8,489)

sobota, 29 marca 2008

Pestka

I łaciate, i kudłate
pręgowane i skrzydlate
te, co skaczą i fruwają
na nasz program zapraszają*

Gdy wszyscy cię już zawiodą, nie możesz już liczyć na nikogo i nikt już na ciebie nie czeka, jest jeszcze Ktoś (nie coś!!!), Kto temu wszystkiemu przeczy i nie zmienia swego przywiązania do ciebie. Jest w swej wierności niezmienny i twardy, jak grunt pod stopami.
Twój najlepszy i najwierniejszy przyjaciel... pies.



Jestem w stanie napisać swoją historię życia, gdzie epokami będą imiona moich ukochanych psów: Lobo, Bambina, Czarek, Perła, Diana, Perła (kolejna), Punia i teraz Pestka. W tzw. międzyczasie - to jest przed Punią - był jeszcze kot Bonifacy.
Historia pojawienia się Pestki w rodzinie jest bardzo ciekawa i pouczająca... Gdy tak sobie pomyślę, to przyznam, że to była operacja dyplomatyczna na miarę negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską. A było to tak:
Gdy Punia - rudy śliczny lisek wzięty ze schroniska - została uśpiona było to tak wielkie przeżycie dla nas i dzieci, że postanowiliśmy nie mieć już więcej żadnego przyjaciela św. Franciszka w domu. Ale, jak to bywa, postanowienia uwierające są często zmieniane.
Wytrwaliśmy w tym postanowieniu 2 lata. Pewnego razu, gdy koleżanka małżonka wyjechała na jakieś tygodniowe szkolenie, rządy nad domem i pociechami dzielnie przejąłem i zawiadywałem całą menażerią. Dzięki Bogu, partii i... jedynej ukochanej teściowej, nie wywołaliśmy pożaru, ani też innych kataklizmów oraz plag egipskich na siebie nie ściągnęliśmy. Wtedy to Oliwia - moja pierworodna - zagadnęła do mnie, gdy tak siedzieliśmy sobie w pewne majowe popołudnie przed domem:
- Tatkuuuu! Gdy mamusia wróci ze szkolenia porozmawiajmy, żebyśmy znów mogli mieć pieska.
- Jeśli będziemy czekać na mamę, to nigdy nie będziemy mieli pieska - chlapnąłem.
Gdybym wiedział, jakie skutki przyniesie ta moja szczera, acz nierozważna - zdawać by się mogło - wypowiedź, pewnie ugryzłbym się w język.
- To wiesz co? Byłam w schronisku i już sobie wypatrzyłam. Jest tam taka śliczna suczka i taka kochana. Nikt od roku nie chce się nią zaopiekować.
No i masz babo placek. Słowo się rzekło i trzeba było działać nie czekając na powrót najwyższej - niczym sąd ostateczny - instancji, czyli koleżanki małżonki. Pojechaliśmy i przywieźliśmy śliczną suczkę o wdzięcznym imieniu Pestka. Dobrze... pies w domu, ale co wymyślimy na wytłumaczenie, że nagle przybył jeden domownik.
Do operacji pod kryptonimem mydlenie oczu koleżance małżonce wprzęgnęliśmy babcię. Postanowienia były następujące: babcia jest właścicielem Pestki, a Oliwia jest opiekunką. A skoro właścicielem jest babcia, to koleżance małżonce nic do tego, a poza tym wnuczka nie może i nie powinna odmówić pomocy babci.
Pies był już 3 dni, gdy do domu powróciła wyszkolona wszechstronnie koleżanka małżonka. Mimo swej przebiegłości i chytrości uległa sile naszych argumentów, pokrętnej konstrukcji własnościowej-opiekuńczej i... urokowi Pestki (patrz zdjęcie wyżej). Plan był tak chytry, że sytuacja było nie-do-odkręcenia i... Pestka jest z nami do dzisiaj.

* Słowa z piosenki śpiewanej w czołówce programu dla dzieci pt. ZWIERZYNIEC (przełom lat 60/70).

(7,813)

czwartek, 27 marca 2008

Centrumy i studiumy

Wczoraj wracając z pracy do domu zwróciłem uwagę na ogromny napis na ścianie sklepu meblowego: Największe Centrum Meblowe w Koninie!!! Zamurowało mnie, a mój samochód z wrażenia omal nie zatrzymał się w... centrum ulicy. Tyle razy przejeżdżałem obok i nigdy nie doznałem takiego olśnienia. Jak sądzę apostoł Paweł pod Damaszkiem musiał być podobnie porażony, z tym tylko, że poruszał się konno, a jak wiemy konie potrafią wrażenie wyrazić tak samo, jak konie mechaniczne tylko, że... bardziej (poprzez koński śmiech).


W tym momencie uświadomiłem sobie , że nastąpiła dewaluacja sensów i znaczeń wielu słów którymi się posługujemy na co dzień i przestają one robić wrażenie. Pamiętam, gdy na początku lat 90-tych wybuchła wolność i wielu ambitnych i pełnych wiary w świetlaną przyszłość ludzi podejmowało działalność gospodarczą. Na targowiskach i dostępnych placykach rozstawiano łóżka polowe, a w maleńkich pomieszczeniach otwierano sklepy maści wszelakiej. Pamiętam, jakie piorunujące wrażenie zrobił na mnie niewielki sklepik spożywczy - raptem kilkanaście metrów kwadratowych - z uderzającym napisem MARKET SPOŻYWCZY. Po jakimś czasie, gdy pojawił się pierwszy duży sklep sieciowy z kapitałem zachodnim, rzeczony sklepik zmienił nazwę na MiniMarket. Funkcjonuje do dzisiaj.




Domy Towarowe Centrum w Częstochowie (lata 70-te)

Lubimy wyolbrzymiać rzeczy i sprawy niczym rybak chwalący złowioną taaaaaką... rybą. Chyba jest w nas coś z atawizmów, które każą nam na współczesną modłę stroszyć piórka. Wokół nas pełno centrów handlowych, centrów miast, dworców centralnych, czy poglądów politycznych mieszczącym się w centrum. Jeśli dalej pójść tym tropem to spotkamy studium urody, studio reklamy, czy wystroju wnętrz... wszystkie, albo przynajmniej w większości, przypominające przywołany wyżej (Mini)MARKET.


 



ZADANIE DLA CHĘTNYCH:

Rozpoznaj marki samochodów stojące przed domami Centrum (zdjęcie powyżej). Dla ułatwienia dodam, ze są to 4 różne marki.


 


(7,176)

wtorek, 25 marca 2008

Prowokator Ratzinger

Papież prowokuje i obraża islam - takie komentarze arabskich mediów przytacza wtorkowa włoska prasa, informując jak szerokim echem w świecie muzułmańskim odbiło się ochrzczenie przez Benedykta XVI jednego z najbardziej znanych włoskich dziennikarzy >>> Więcej>>>.

Polityczna poprawność Europy nakazująca szacunek dla wszystkich odmiennych kulturowo i religijnie nacji zaczyna przynosić zatrute owoce i potwierdzać, że taka postawa prowadzi na manowce. Ministrowie europejskich rządów prześcigają się w przepraszaniu muzułmanów za niestosowne wypowiedzi... niektórzy nawet są odwoływani, by zmazać przewinę słowa wobec islamskich gołąbków pokoju. Oświeceni Europejczycy - w przeciwieństwie do Ciemnogrodzian znad Wisły - są tak antychrześcijańscy, że nie są w stanie wpisać w preambułach aktów konstytucyjnych odniesień do kultury i systemu wartości, na których zasadza się Europa. Zachowują się tak, jakby w ciągu 2000 lat nie było tu chrześcijaństwa.

W Arabii Saudyjskiej toleruje się ścinanie mieczem i zakaz noszenia symboli chrześcijańskich - opór wobec reżimu jest odwrotnie proporcjonalny do petrodolarów, natomiast w Europie pozwala się na stawianie meczetów, które stały się wylęgarnią janczarów radykalizmu. Nieważne, że autorytety islamskie wypowiadają się, iż jest to niezgodne z duchem islamu, a islam jest religią miłości i czynienia miłosierdzia. Dobrze wiemy, że autorytety niewiele mają do powiedzenia poza mediami, w których o nich głośno. Najważniejszy jest mułła kierujący daną wspólnotą. Liczy się więc faktyczny stan zachowań i zagrożeń, jakie dla naszej cywilizacji niesie islam, a nie nasze wyobrażenie, jaki powinien być islam zasad wynikających z Koranu.



Mułła Muktada al-Sadr

Nie trzeba być osobą religijną, by to dostrzegać. Można być nawet ateistą tak, jak w filozof prof. Bogusław Wolniewicz, czy we Włoszech - zmarła niedawno dziennikarka - Oriana Falacci (przeprowadziła wywiad z Chomeinim).

Dochodzimy do paranoji. Można Kościół Katolicki lubić, bądź nie, ale nie może być tak, że Żydzi, czy ktokolwiek inny, będą składać protesty i ustalać treść modlitwy na Wielki Piątek. Chodzi o to, że w przywróconej przez papieża treści mszału trydenckiego, jest modlitwa o nawrócenie Żydów. No, mój Boże!!! Taka jest natura Kościoła i chrześcijaństwa w ogóle, że chce, by wszyscy ludzi uwierzyli w głoszoną przez niego prawdę. Przecież nie jest to nawracanie na siłę. Teraz zaś doszło jeszcze to, od czego zacząłem ten wpis... Muzułmanie chcą mieć wpływ na to, kogo wolno wolno papieżowi ochrzcić, a kogo nie. Nie zapominajmy, że są kraje islamskie, gdzie konwersja na inną religię jest karana śmiercią.

Współczesny islam to nie Avicenna (Ibn Sina) żyjący w latach 980-1037, czy inni myśliciele islamscy, którzy pojawili się w wiekach średnich. To dzięki nim zachowała się i przetrwała myśl filozoficzna Greków.

Jakiej Europy chcemy???

Awicenna

(6,744 )

UPRZEJMIE PROSZĘ PT. KOMENTATORKI I KOMENTATORÓW, BY ŁASKAWIE WYPOWIADALI SIĘ JEDYNIE W PRZEDMIOCIE MOJEGO WPISU. OSOBISTE INFORMACJE I PRZEKAZY - BYĆ MOŻE DLA NIEKTÓRYCH BARDZO INETRESUJĄCE - PROSZĘ PRZENIEŚĆ DO KANAŁÓW MAILOWYCH, GADU-GADOWYCH, CZY SKYPE'OWYCH.

Z GÓRY DZIĘKUJĘ

poniedziałek, 24 marca 2008

Jaskiniowcy

Pamiętam, gdy przed wielu, wielu laty, na lekcjach plastyki przybliżano nam nieco historię sztuki poprzez pokazywanie prehistorycznych rysunków naskalnych odnalezionych w jaskiniach na terytorium Francji. Pamiętam też niesamowite odczucie i emocje towarzyszące mi, gdy wodziłem palcami po zdjęciach, które przedstawiały zwierzęta i ludzi tamtych czasów. Ktoś przed tysiącami lat, ktoś kogo twarzy nigdy nie poznamy zostawił coś, co my możemy dotknąć i poczuć niemalże... To prehistoryczna fotografia tego, co widział prehistoryczny człowiek, ilustracja tego, co go zajmowało i co było dla niego ważne.


Teraz wiemy, że przekazujemy siebie w genach, ale czy nie chcielibyśmy mieć kawałka ściany w jaskini, która przyjęłaby nasz zapis... trwalszy niż cokolwiek?



Rysunek naskalny z jaskini Lascaux we Francji, prawdopodobnie sprzed 15 000 lat


Okazuje się, że wielu współczesnych - nie wiem tylko, czy zafascynowanych tak, jak ja przed laty, śladami prehistorii - podejmuje mniej lub bardziej udane próby pozostawienia trwałego śladu po sobie.


 




Zewnętrzna dekoracja jaskini... cudzej oczywiście




Zewnętrzna dekoracja ogrodzenia...





Resztki współczesnej jaskini ;-)


(6,428)

 

niedziela, 23 marca 2008

Skrzypek na... jajku

Już drugi raz z rzędu Onet zainspirował mnie do refleksji, tym razem na temat świąt paschalnych. Niestety są to refleksje raczej smutne i tęskniące za czymś, co przeminęło bezpowrotnie. Jeśli ktoś oglądał musical o wdzięcznym tytule Skrzypek na dachu lub jego filmową adaptację to zapewne pamięta śpiewaną dobitnie frazę TRADYCJA. A tradycja była tym, co odróżniało wadzącego się i kłócącego ze swoim Bogiem Tewje Mleczarza od gojów. Tradycja była tym, co nadawała jemu i jego pobratymcom charakterystyczny rys i znamię, które było... wybraństwem i przekleństwem zarazem.

Pewien liberalny Żyd - dziennikarz nowojorski, agnostyk i liberał - postanowił przez rok żyć zgodnie z nakazami zawartymi w Biblii (Rok w zgodzie z Biblią). Nie byłoby w tym nic dziwnego i wręcz godnego uznania, gdyby nie to, że służyć to miało tak naprawdę napisaniu książki o niemożności życia zgodnie z tym, co w dosłownym znaczeniu wymagają święte księgi. Na koniec zarobił na swej książce spore pieniądze, gdyż stała się bestsellerem (brrrrrrrr!!!)... najlepiej sprzedawaną książką. Sprawdza się w tym przypadku stara łacińska maksyma, że pecunia non olet*.

Co do istoty rzeczy twierdzę, że ani przez moment nie żył w zgodzie z Biblią, gdyż zabrakło tam najistotniejszej rzeczy... łaski wiary, która proste nakazy i zakazy czyni żywymi i sprawia, że człowiek wewnętrznie przyjmuje je za swoje.



Przykład a rebours! Czym są święta Wielkanocy, dla przeciętnego katolika w Polsce. To przede wszystkim zachowany zwyczaj - celowo nie piszę tradycja - siadania do śniadania z tradycyjnie postawionym pokarmami: jajko, szynka, biała, kiełbasa, chleb, masło, ciasto, oczywiście sól, pieprz i chrzan. Nikt nie sięga już do skrywanej w tych pokarmach symboliki i przesłania religijnego, choć szczerze mówiąc nie mają one biblijnego podłoża. No może poza... solą (por. Ewangelia wg Mateusza 5:13). Z resztą pokarmy nijak się mają do opisywanych przez Nowy Testament zdarzeń paschalnych poza nadanym im później sensem i po zaadoptowaniu obyczajów pogańskich na gruncie chrześcijańskim. Największą adopcją pogaństwa są oczywiście święta Bożego Narodzenia.

Wracając jednak do istoty refleksji chcę napisać tylko jedno: pozostała forma, natomiast treść wyparowała... nasze zachowania i tradycje są wydmuszką, gdyż tak naprawdę nie wierzymy w to, co tradycja symbolizuje, a może nie wierzymy dlatego, że bardziej skupiliśmy się na formie niż na treści... niestety. Dlaczego? Bo tak nam wygodniej, bo mamy inny system oglądu świata i człowieka niż daje nam religia?

Odczuwam z tego powodu pewien żal, ale jestem mentalnie wobec tych tradycji na zewnątrz. Obserwuje nie tylko innych, ale i siebie samego. Choć w przeciwieństwie do innych mierzi mnie, gdy w każdej witrynie, w każdej reklamie komercyjnie kicają zajączki i turlają się jaja.

Nie ma pointy, bo trudno ją mieć o 6 rano, ale... wbrew nadziei miejmy nadzieję. Jeśli nie możemy wierzyć, przynajmniej pomyślmy o tym przez chwilę. HALLELUYAH!

PS. Poza refleksją jestem ciekaw, jakie są Wasze rozumienia symboliki pokarmów i zachowywanie tradycji śniadania wielkanocnego.
*pecunia non olet - łac. pieniądze nie śmierdzą (nie mają odoru)

(6,135)

piątek, 21 marca 2008

Tysiącletni chłopiec

W spowalniającym już nieco tempie dnia zerknąłem na portal ONET i natrafiłem na notkę (Tysiącletni chłopiec), która wzbudziła moje zainteresowanie, a dotyczyła rekonstrukcji wyglądu twarzy 4 osób sprzed 1000 lat. Niby nic szczególnego - wszak techniki kryminalistyczne pozwalają na tego typu rekonstrukcje prawdopodobnego wyglądu osób w oparciu o ich czaszkę.


W tym momencie przypomniały mi się moje drobne rekonstrukcje związane poszukiwaniami genealogicznymi. Konkretnie rekonstrukcje zniszczonych zdjęć lub poszukiwania zaginionych zdjęć. Mimo, iż czasowa odległość jest nieporównywalnie mniejsza, jednak emocje osobiste nieporównanie silniejsze.



Powyższe dwa zdjęcia były w dużej części zniszczone po pożarze i miały spore ubytki Obydwa zostały zrekonstruowane mówcza pracą. Od lewej: ukochana babcia Stefania (1892-1982), po prawej: Babcia Stefania z moim Tatą (1926).




 


Inny ciekawy przypadek związany z poszukiwaniami zdjęcia pradziadków opisałem w Historii portretu. Powyżej zdjęcie ilustrujące tę historyjkę (Józefa i Kazimierz Rajewscy).


Genealogia jest dla mnie taką szczególną formą połączenia archeologii i kryminalistyki... ale jakże twórczą i emocjonującą.


 


(5,737)


 

poniedziałek, 17 marca 2008

Rzeka marzeń

Mówimy o kimś marzyciel, pięknoduch, albo, że nosi głowę w chmurach... Dziś postanowiłem dołączyć do kolekcji swoich ulubionych określeń marzyciel. Może właśnie na przekór stereotypom. A stereotypy należy oswajać i nadawać im nowy sens. Tak samo, jak wcześniej pisałem o zazdrości

W końcu - zdradzę to po raz pierwszy publicznie - zamierzam dożyć 94 lat, a półmetek niedawno świętowałem i była okazja do podsumowań. Zrobiłem bilans i parę rzeczy muszę w drugim semestrze życia zrealizować.

Po pierwsze - primo. Zadbać o zdrowie. A jak o zdrowie, to i o kondycję. Do porannej 5-10 minutowej gimnastyki, którą z większym lub mniejszym powodzeniem uprawiam od jakiegoś czasu, dołożyłem dziś intensywny wieczorny spacer (5 km). Zamierzam w tym być zdyscyplinowany. Nie wiem tylko, czy Pestka - dla niewtajemniczonych informacja, ze to mój najbardziej oddany i wierny domownik - wytrzyma tempo codziennych spacerów. Próbowałem wciągnąć w ten prozdrowotny spacer Marcina, mojego 17-letniego descendanta, ale wykręcił się nauką. Zresztą jak zwykle, gdy coś jest do zrobienia i związane jest z wysiłkiem.

Jak to mówią Nie pamięta wół jak cielęciem był. No pamięta, pamięta, ale wydaję się mu, że może tym razem będzie skuteczniejszy niż jego  rodzice w stosunku do niego samego. Pamięta także, jak mama sprawdzała, czy bierze ze sobą ciepłą czapkę, czy ubiera ciepłą bieliznę etc. i mówi, bo jak ja byłam w Twoim wieku też nie słuchałam rodziców... Wiem, że nie słuchała, ale chyba na tym to polega, że jest napięcie międzypokoleniowe i młodsze pokolenia z definicji, wręcz urzędowo... nie słucha rad rodziców.

Po drugie wreszcie... i po secundo też (a jakże!).  Za bardzo się rozpisałem i na dziś poprzestanę na tym jednym marzeniu. Może za jakiś czas będę skoczny, jak ten pasikonik po prawej stronie nagłówka mego bloga - oczywiście, jeśli wytrwam w postanowieniach - i wtedy będzie można o mnie mówić facet, jak marzenie...

Nie mylić, broń Boże, z Marzeną.

----------------------------------------

RZEKA MARZEŃ







(5,129)

sobota, 15 marca 2008

Liczby doskonałe

Dzisiaj planowałem porządki w ogrodzie wokół domu, ale skończyło się na... umyciu 7 okien. Do tego doszło zdejmowanie firanek i instalowanie ich ponownie po wypraniu. Ten nadludzki dla mężczyzny wysiłek przypłaciłem krótką, ale za to regenerującą i przywracającą siły witalne, drzemką. Ktoś mógłby pomyśleć, że to porażka planu związanego z ogrodem, ale wychodzę z całkiem przeciwnego założenia... to sukces!!! I to nie dlatego, że je umyłem, ale z powodu liczby SIEDEM.


Siódemka w niektórych kulturach uchodziła i uchodzi za coś doskonałego, tak samo jak kula. Czy zastanawialiście się kiedykolwiek nad tym, jaką rolę odgrywają w Waszym życiu liczby. Pewnie w mniejszym lub większym stopniu tak, choć nie ma żadnych dowodów na to, że jest związek między liczbami a natężeniem dobrych zdarzeń w naszym życiu.


Moje liczby to 7, 8, 13 - tę liczbę w połączeniu z piątkiem lubię w sposób szczególny - 18, 25, 30, 40 i 44 oraz 94. Próbuję ustalić jeszcze kilka, które mieszczą się w przedziale pomiędzy 44 a 94.


W życiu każdego człowieka jest jeszcze jedna liczba doskonała. Znacznie wykracza poza podany wyżej katalog i jest niepoliczalna, jak gwiazdy na niebie, czy... piegi na twarzy i ramionach.


Gwiazdy są jak piegi... śliczne :-)


 




 


(4,833)

piątek, 14 marca 2008

Zazdrość to miłe uczucie

O zazdrości można tak, jak o zmarłych... albo dobrze, albo wcale. Skoro piszę, to niechybnie znak, że będę pisał o tym uczuciu wyłącznie dobrze. Z resztą nawet nie mam powodu, by pomyśleć o zazdrości negatywnie. Większość oczywisto-oczywistych opinii wynika z uprzedzeń i nieznajomości prawdziwej zazdrości.  Często mylona jest po prostu z zawiścią, a jest między nimi taka różnica - istotna - jak między altruizmem a egoizmem. Niektórzy twierdzą i jest w tym sporo racji, że altruizm i egoizm to dwa przeciwstawne bieguny tego samego uczucia. Chodzi o to, by na suwaku określającym stopień jednego i drugiego uczucia unikać pozycji skrajnych.

Zawiść to uczucie i emocje nastawione przeciwko drugiemu człowiekowi, przeciwko powodzeniu i szczęściu innych. Zawistnik wręcz modli się, by kogoś spotkało nieszczęście. Jeśli ktoś wygrał fortunę, by ją stracił, jeśli zbudował dom, by tornado lub inny żywioł zniszczyło go, jeśli ma dobrze płatną pracę, by ją stracił etc., etc. ...

ZAZDROŚĆ - to uczucie, którego doznaję widząc, jak znakomity sportowiec odnosi sukces i zazdroszcząc mu... chcę przynajmniej dorównać. Jeśli sąsiad zbudował firmę, która dobrze prosperuje, to sam staram się swoją rozwinąć jeszcze lepiej, a swojej pozycji materialnej nie buduję poprzez donos na niego do urzędu skarbowego lub do innych wrażych obywatelom instytucji. Jeśli ktoś ma talent w jednym, to swój rozwijam w innej dziedzinie.

Zazdrość nie zatruwa, ale motywuje.

Poniżej przedmioty, które wczoraj wywołały we mnie uczucie zazdrości :-). Właściwie to nie one same wzbudzają moją zazdrość, ale talent i wyobraźnia, dzięki którym Anisia Gwiazdolica wyczarowała je.



Może w ten lub następny weekend wezmę się za rękodzieło, a jak nie starczy mi determinacji to przynajmniej skopię ogródek i zrobię wiosenne przydomowe porządki.


(4,520)

środa, 12 marca 2008

Pomyłka Heraklita

Wracając z pracy wstąpiłem na chwilę na dworzec PKP. W bocznym ślepym korytarzu, który kiedyś prowadził do poczekalni, na granitowej posadzce spał bezdomny... Brudny, śmierdzący, obleśny i pijany. Brudna, zarośnięta i czerwona twarz. Nieopodal na niskim kaloryferze typu Faviere przysiadł drugi, znacznie chudszy i trzeźwy.


Dwa miesiące temu wracając pociągiem z Wrocławia doświadczyłem podobnych obrazków tylko na większą skalę. Było tam na dworcu w różnych miejscach ok. 15 bezdomnych w tym połowa kobiet. Widok przygnębiający.


15 lat temu bar na dworcu centralnym PKP  w Warszawie. Zakupione danie zjadłem do połowy i uznałem, że chyba już więcej nie dam rady. Odsunąłem talerz na bok, by sięgnąć po herbatę, gdy nagle wyrósł jak spod ziemi bezdomny i zapytał:



- Czy będzie Pan jadł dalej ten obiad?

- Nie! Już skończyłem.

Ku memu zaskoczeniu wziął mój talerz, widelec i bez żadnego skrępowania kontynuował.




 


Co się zmieniło w Polsce w ciągu tych kilkunastu lat? Czy w ogóle coś się zmieniło?


Zmieniały się rządy, premierzy, prezydenci, formacje polityczne... zmieniały się składane przez nich obietnice. Patrząc na ulice widać było nowe marki samochodów, a w telewizji nowe gwiazdy, nawet nowe telewizje.


Jedyne, co pozostaje bez zmian i co jest namacalnym zaprzeczeniem heraklitejskiej zasady  panta  rhei*, to ludzie, których - jak dzisiaj - zawsze można spotkać na dworcach PKP w całej Polsce.


* Πάντα ῥεῖ καὶ οὐδὲν μένει - gr. wszystko płynie (jest zmienne) i nic nie stoi w miejscu.



(4,147)

poniedziałek, 10 marca 2008

Pułapka na myszy

Kobieta nie goni za mężczyzną, bo kto widział, żeby pułapka goniła mysz.


Kobieta ze swym instynktem dręczenia jest i będzie... zgubą mężczyzny.


Mężczyźni pragną zawsze być pierwszą miłością kobiety. Kobiety pragną być ostatnim romansem mężczyzny.




Powyższe powiedzenia są, co prawda zasłyszane, ale - w moim najgłębszym odczuciu - oddające istotę zawiłych relacji kobiety z mężczyzną i mężczyzny z kobietą... Ciągle na siebie narzekamy, opowiadamy złośliwe dowcipy, złościmy się, ale tak naprawdę nie jesteśmy w stanie bez siebie żyć. A przyczyna tego jest prozaiczna: to w odniesieniu do kobiety określamy swoje męskie Ego. Z powodu kobiet wywołujemy wojny, jak w przypadku Heleny Trojańskiej, odkrywamy lądy dla sławy, zdobywamy kosmos, zwyciężamy w zawodach, podejmujemy wyzwania życiowe pokonując wszelkie przeszkody. To kobiety są naszymi powierniczkami i najżyczliwszymi doradczyniami i zawsze na nas... czekają. Cieszą się naszymi sukcesami, które tak naprawdę są ich zasługą.




Kobieta w życiu mężczyzny jest katalizatorem i stymulatorem jego działań. Sięgnijmy po najwyrazistszy przykład, jakim jest Ronald Reagan - najpopularniejszy prezydent USA. Z pierwszą żoną Jane Wyman rozstał się, gdyż nie podzielała jego politycznych pasji. Znający biografię Reagana wiedzą, że to dzięki Nancy - swej drugiej żonie - został najpierw gubernatorem Kalifornii, a później prezydentem USA.




Już starożytni odkryli, że osiągnięcia najwyższej próby wymagają łaskawości przynajmniej jednej z dziewięciu muz. Współcześni doliczają się większej ilości tych wpływowych półbogiń, ale nie wnikajmy w to... liczy się sam fakt ich przemożnego wpływu na mężczyzn.




I niech tak zostanie. Amen.







(3,913)