niedziela, 2 grudnia 2007

STAROŚĆ... postscriptum

Nie sądziłem, by z goła marginalny poprzedni post nt. pewnego artykułu wywołał takie reakcje u czytelników. To tylko wskazówka dla mnie, że w ocenach zdarzeń i sytuacji nie zawsze powinienem opierać się na własnych doświadczeniach i mniemaniach.


Nie przeczę, że to, co czuje i opisuje kobieta w stosunku do swej 98-letniej matki jest autentyczne. Faktycznie może mieć żal do matki, że jeszcze żyje i odczuwać obrzydzenie do jej słabości i starczej fizjologii.

Ktoś w komentarzu do mojego wpisu przyznał się do podobnej osobistej sytuacji: Mam bardzo podobną sytuację i podobne odczucia. Uważasz, ze rodzice rodzą dzieci po to, żeby im potem to życie zabierać? Dzieci są dla świata, nie dla rodziców. Mam zrezygnować z pracy, zainteresowań, przyjaciół, ze swojego prywatnego życia? Nikt nie ma prawa tego wymagać, to nieludzkie. Czy ja i moje życie nie ma żadnej wartości? A co będzie ze mną, jeżeli teraz nie zrealizuje moich zadań, które są ważne dla mojej przyszłości?

Czytając powyższy fragment komentarza przypomniałem sobie bezwiednie starołaciński napis, jaki Rzymianie umieszczali na swoich nagrobkach: Jesteś tym, kim ja byłem kiedyś. Będziesz tym, kim ja jestem teraz. Niemalże usłyszałem te słowa i zabrzmiały w uszach jak złowieszczy rechot.

JA, JA, MOJE, MOJE... Kiedyś role się odwrócą, choć dziś żyjemy i pragniemy tak, jak byśmy nigdy mieli się nie zestarzeć i zniedołężnieć, a kalectwo miało przytrafić się innym.

Obrzydzeniem i strachem napawa mnie ktoś taki, jak autorka tekstu, który przywołałem w poprzednim wpisie. Jeśli takim cierpieniem jest dla niej... żyjąca bezwstydnie stara matka to niech ja odda do domu opieki. Co ją powstrzymuje? Wyrzuty sumienia czy opinia sąsiadów, a może pieniądze lub emerytura staruszki, którą musiałaby oddać.

5 komentarzy:

  1. Nie mam zamiaru wdawać się z Tobą w głębszą dyskusję i w to zasadzie publiczną, ale czytając Twój ostatni wpis, śpieszę z informacją, iż chyba przewrotnie zrozumiałeś mój ostatni komentarz. Rodzice są dla mnie wielkim autorytetem i absolutnie nie dopuszczam w moim życiu takiej sytuacji, jakiej dopuściła się autorka tego artykułu. Moi rodzice są wspaniałymi ludźmi wcale nie pierwszej młodości, tata zresztą choruje, nie słyszy, jest po zawale. Rozumiemy się doskonale, miłość i zrozumienie od samego początku, po prostu BRATERSTWO DUSZ, ale na takie coś trzeba sobie zasłużyć i myślę, ze jako córka sobie zasłużyłam uczciwością wobec nich i samej siebie. Nigdy ich nie zawiodłam i ponad wszelką wątpliwość jestem przekonana, że nigdy ich nie skrzydzę, bo ich kocham. Jeśli chodzi o rodzinę, to żyję według zasad, które autorka tego artykułu dawno już ze swego kodeksu postępowania wyrzuciła. Pisząc, ze jej współczuję miałam na myśli to, że została sama-nie ma męża, dzieci, nikogo bliskiego za wyjątkiem matki, której nie potrafi kochać. Na dodatek sama zdaje sobie sprawę z tego, że jej serce jest puste. Starołaciński napis, który przytoczyłeś w dzisiejszym wpisie jest niezwykle pouczający i trafny – przyznam, że nie znałam go. Tym akcentem kończę moją wypowiedź, z życzeniami dla Ciebie Lunetariusie, a anonimowemu komentatorowi przesyłam moc pozytywnej energii (jako urodzona optymistka mogę),bo czuję, że jest Ci w tej chwili bardzo potrzebna

    OdpowiedzUsuń
  2. Droga Szpilko! Nie jestem przewrotny i bardzo poruszył mnie tekst, od którego zacząłem swoje refleksje. Dziękuję także za Twoje słowa. Nie jestem wyrocznią, nie dekretuję niczego. Piszę tylko to, co mnie porusza. A że czasami nieudolnie... No cóż! Rzeczywistość postrzegamy zawsze subiektywnie. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Lunetariusie. Dopiero dziś przeczytałam twoje ostatnie posty dotyczące opieki dzieci nad ich niedołężnymi rodzicami. Bardzo mnie poruszył artykuł, który przytoczyłeś. Kiedyś na zajęciach z psychologii rozwojowej pani doktor powiedziała bardzo mądre zdanie: "Kochajcie swoje dzieci. Ile dacie im miłości, tyle wam oddadzą." W kontekście tych słów żal mi zarówno tej starszej pani jak i jej córki. Uderzyło mnie jedno - że okazała więcej miłości zwierzęciu niż matce. Dlaczego? Widocznie czuła się bardziej kochana przez psa i tą miłość mu oddała na starość. Rodzice zawsze wypruwają sobie żyły, żeby ich dzieci miały wszystko, co najlepsze. Ale zapominają, że dzieci niczego tak nie pragną, jak mamy i taty. Wtedy, gdy dzieci najbardziej potrzebują rodziców, ich najczęściej nie ma - mają mnóstwo pracy i innych zajęć. A to się niestety odbija w wieku późniejszym. Ta starsza pani na pewno oddała swojej córce wszystko co miała najlepszego, tylko nie czas. Małe dziecko tego nie pojmie nigdy, ono patrzy i myśli sercem a nie głową i te wrażenia zostają w nim na całe życie. Dla dziecka miłość to nie są zabawki, pomarańcze, ładne ubrania tylko czas z nim spędzony, wspólne zabawy, żarty, rozmowy bardziej i mniej poważne, przyjazna dłoń wyciągnięta w trudnych momentach. Mogę tylko przypuszczać, że w domu tych pań tego nie było. I dlatego dziś ta młoda kobieta nie potrafi się odwdzięczyć matce miłością. Tylko rozum nie pozwala jej oddać matki do domu opieki, bo miłości w niej nie ma. Okaleczona przez matkę a może i ojca (choć o nim nie było mowy) jako dziecko, dziś okalecza ją, bo nie potrafi postąpić inaczej. To są tylko moje wydumane teorie ale aż dźwięczy mi w uszach to czułe wspominanie psa i ta niechęć w stosunku do matki. Mi jest niezmiernie żal obu tych kobiet.

    OdpowiedzUsuń
  4. Do swojego poprzedniego komentarza chciałabym dodać...Polecam pierwszy blog niezapominajki. Jeden z wpisów traktuje o jej dzieciństwie:http://niezapominajka53.blog.onet.pl/2,ID199475110,index.html. Polecam cały blog, ale ten jeden wpis jest o tym jak trudno kochać swoją matkę...To tylko historia penej kobiety. Pojedynczy "przypadek", ale ile takich przypadków jest w życiu, za czterema ścianami...

    OdpowiedzUsuń
  5. http://niezapominajka53.blog.onet.pl/2,ID199475110,index.html

    OdpowiedzUsuń