środa, 5 grudnia 2007

Religia z maturą w tle

Znów rozpętała się burza związana z religią. Zaczęło się od zapowiedzi, że nie będzie religii na maturze. Biskupi zareagowali świętym oburzeniem i chcą dyskutować na ten temat w ramach komisji wspólnej rządu i episkopatu. Na to nałożyła się jeszcze deklaracja premiera, że rząd będzie finansował zapłodnienie in vitro. To tak, jakby rozpalać ognisko w sąsiedztwie beczki z benzyną.

Z perspektywy kilkunastu lat odkąd wprowadzono religię do szkół (bodajże uczynił to ówczesny minister edukacji prof. Samsonowicz w 1990 roku) nie zmieniłem i nie zmienię zdania, że było to niewłaściwe rozwiązanie. Akurat w tym czasie byłem belfrem w liceum i dokładnie myślałem to samo, co dzisiaj. Pamiętam reakcje uczniów i reakcje na obecność księży w klasach i pokoju nauczycielskim. Religia w szkole stała jednym z wielu przedmiotów… tego się obawiałem i tak w rzeczy samej JEST wbrew szlachetnym intencjom tej decyzji. Późniejsze wliczanie ocen z religii do średniej, a teraz jeszcze projekt, by można religię zdawać na maturze, odduchawia katechezę. To wszystko odarło i odziera z niej ten pociągający element sacrum, jako szczególnej duchowej tajemnicy, której rozpoznawanie zostało wyprane z właściwej czasoprzestrzeni.

W okresie, gdy chodziłem na katechezę (1968-1980) odbywała się ona w salkach katechetycznych przy kościele. Trzeba było podjąć trud pójścia na nią, gdyż szkoła nie dostosowywała planu lekcji. Po szkole szło się do domu, a po dwóch godzinach wychodziło się na katechezę do kościoła. Atmosfera salki i znakomici księża katecheci sprawiały, że było to naprawdę duchowe przeżycie i przede wszystkim nie było tej sztampy lekcyjnej. Dyskutowaliśmy, spieraliśmy się często znacznie dłużej niż 45 minut. Sprawy grzechu pierworodnego i zbawienia nieochrzczonych, którzy nie mieli możliwości poznania chrześcijaństwa, rozpalały młode głowy do czerwoności. Wspominam wspaniałych księży Stanisława Kubickiego i Tadeusza Korpusińskiego z par. Ślesin oraz Henryka Kalitę, Józefa Zająca, czy Ireneusza Pawlaka w Koninie.

Salki katechetyczne stoją puste, często kurz i pajęczyna pokrywa pozostałe tam ławki i krzesła. Lekcje religii mają w szkołach frekwencję, ale czy jest tam jeszcze to, co najważniejsze – dobrowolne i świadome podążanie ku PRAWDZIE?

4 komentarze:

  1. niezapominajka05.12.2007, 22:02

    Może moja wypowiedź zabrzmi chłodno, nie jestem, ani nie byłam belfrem ale wprowadzenie religii do szkół a później jeszcze do średniej ocen to naprawdę chwyt poniżej pasa. Jakby czytał mnie mój proboszcz to by zrobił ze mną porządek. Murowane, że w niedzielę uzyskałabym z ambony ekskomunikę. Uważam, że powinno się rodzielić wiarę od szkoły, pracy czy polityki. Każde rządzi się swoimi prawami i nie powinno jedno z drugim kolidować.Trzeba uszanować poglądy każdego człowieka. Można być głeboko wierzącym w Boga a wkoło siebie czynić zło. Jak też można być ateistą a być bardzo dobrym, uczynnym, wrażliwym człowiekiem. Nie można nikomu narzucać swoich wrażeń i emocji. Każdy musi sobie sam wypracować drogę którą chce podążać. A dzieciom to nie szkoła ma narzucać kierunek wiary tylko atmosfera w domu, rodzice tam kształtuje się ich charakter i pogląd itp.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przybywam Lunetariusie z wizytą zapoznawczą, tytułem Twej wizyty u mnie "Na padoku", ale najpierw nawiążę do poruszanego tematu. Dokładnie wczoraj wracałam z synkiem ze spaceru, kiedy mijaliśmy szkołę, spojrzałam w oknie zobaczyłam - na ścianie krzyż, a w tle zakonnicę, zapewne lekcja religii. Moja myśl, która śmignęła mi w tym momencie "uczeń nie będący katolikiem, musi czuć spory duchowy dyskomfort nad wiszącym mu nad głową krzyżem"... ale przecież nasz kraj opoka "tolerancji religijnej". Bez ironii, to ja też tęsknię za tamtymi czasami, kiedy kościół był w kościele, a szkoła w szkole. Dziś kościół wbija się we wszystko - w pracę, politykę, zakupy, obyczaje, media. Jako Polacy uwielbiamy popadać w skrajności - kiedy był komunizm, tęskniliśmy za modlitwą, mszą, zrzeszaliśmy się w kościołach, teraz kiedy mamy wywalczoną demokrację, okazuje się, że to ksiądz rządzi wszystkim a kościół jest nawet w butelkach wina Jankowskiego. Chichot czasów, nieprawdaż?Nawiążę ponownie do Twojej wizyty "Na padoku", kiedy zobaczyłam komentarz, nawiązujący tematycznie pod genealogię, pewna byłam, że trafiłeś na Genealogiczny, czyli mój drugi blog, który założyłam trzy posty temu z myślą wyłącznie o mojej genealogicznej pasji (pierwszą jak zdążyłeś się pewnie zorientować są konie). Genealogiczny wstawiony jest linkach, ale oficjanie nie ujawniłam stałym bywalcom "Na padoku", że to moje dzieło, ot z przekory, by stworzyć coś nowego, a nie jechać na tym dawno już powstałym). Wyobraź sobie moje zdziwienie kiedy zobaczyłam Twój genealogiczny komentarz na tym końskim, ot przekora losu haha.. ale bardzo mi miło go przeczytać i jestem pod wrażeniem ponad 1100 osób w drzewie, to ja jestem malutka z moimi 300 ;-) tymczasem kończę tę dłużyznę aaa... pozwólisz chyba, że umiejscowię Lunetariusowy Blog w linkach. Pozdrawiam genealogicznie oczywiście.

    OdpowiedzUsuń
  3. Lunetariusie, takie lekcje religii na pewno mają sens w oddziałach przedszkolnych i w pierwszym etapie kształcenia (kl. I-III) z całkowicie praktycznych powodów. Uczeń ma możliwość uczestniczenia w takich zajęciach bez większych utrudnień-lekcje są wpisane w plan zajęć – jest to po prostu praktyczne i wygodne(przynajmniej dla mnie).Problem w moim odczuciu jest inny-religii nie powinni uczyć osoby świeckie tzw. katecheci. Powinna być to dziedzina „życia” lekcyjnego zarezerwowana dla osób duchownych, osób z powołaniem i jedynie takowe powinny zajęcia prowadzić. I już nie ma znaczenia, czy to będzie w szkole, w kościele, czy w salce katechetycznej. Kimże jest katecheta? Bardzo często jest to osoba, która traktuje swoją pracę jako sposób na utrzymanie siebie i rodziny, zawód jak dziesiątki innych. Tym samym nie jest w stanie dobrze wypełnić swojej roli. Druga sprawa- wszyscy widzą jak w obecnych czasach, przy pędzie i rozwoju techniki i elektroniki trudno dotrzeć do młodego człowieka. Paleta wszelkiego rodzaju atrakcji, używek, zabaw, gadzetów- to wszystko jest bardzo konkurencyjne wobec tego, co proponuje religia. Jeśli duchowym rozwojem dziecka nie zajmą się odpowiednio rodzice od najmłodszych lat, to nawet sam biskup nie jest w stanie zrobić „czary mary” i uduchowić nastolatka, bo na to potrzeba naprawdę wielu lat pracy w domu rodzinnym. O instytucji pod nazwą „kościół” nie będę nic pisała….. to temat dłuższy niż rzeka:). Pozdr.

    OdpowiedzUsuń
  4. Słuchałam kiedyś debaty telewizyjnej na ten temat przy okazji wprowadzania ocen z religii na świadecto. W debacie tej uczestniczył pewien człowiek, wykładowca uniwersytecki, ateista, którego nazwiska niestety nie zapamiętałam, bardzo tego żałuję. Powiedział on, iż religia w szkołach byłaby dobrym rozwiązaniem, gdyby przedmiot RELIGIA zamienić na RELIGIOZNAWSTWO. W postaci takiej jak obecnie, pod słowem RELIGIA kryje się propaganda katolicyzmu. Przyznałam temu człowiekowi rację. Religia jest sciśle związana z Kościołem i tam powinno się pogłębiać wiarę, a nie w szkole, gdzie większość uczniów przychodzi tylko po to, żeby sobie nie zepsuć średniej na świadectwie. Takie nauczanie religii moim zdaniem mija się z celem.

    OdpowiedzUsuń