poniedziałek, 31 grudnia 2007

Piórem pisane

Kilka dni temu przyszło mi podróżować pociągiem. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że jechałem nim pierwszy raz od 10 lat. Niestety była to jazda pociągami osobowymi i jak się okazuje niewiele się na kolei zmieniło odkąd korzystałem z jej usług ostatni raz. Wagony nadal zabrudzone, a grzejniki elektryczne rozgrzane do maksimum. Owszem były nawet te moje pociągi punktualne w przeciwieństwie do tych, którymi podróżuje Korina7, ale czułem, że jestem w miejscu bardzo brudnym i wywołującym niemiłe odruchy. Ale mniejsza z tym. Podróż pociągiem w takich warunkach spowodowała, że na drugi dzień już miałem gotowe przeziębienie (nos i gardło w stanie, którego nikt nie lubi) i ciepłe łóżeczko stało się moim udziałem. Dzięki temu musiałem na nowo uczyć się redagować teksty zapisując piórem kartkę papieru. Niby nic takiego, ale jednak. Pamiętam, gdy 13 lat temu zacząłem posługiwać się komputerem to najpierw pisałem tekst ręcznie, a dopiero później przepisywałem się go do komputera. Tak samo wcześniej, gdy korzystałem z maszyny do pisania. Z czasem dopiero nauczyłem sie robić to bezpośrednio. Pamiętam też taką migawkę z pierwszego posiedzenia senatu w 1989 roku, gdy wypowiadał się wybrany na senatora nieżyjący już pisarz Andrzej Szczypiorski. Nieistotna już jest treść wypowiedzi, której i tak nie pamiętam, tylko poczyniona przez niego uwaga dotycząca sposobu sformułowania myśli na kartce. Przepraszał, że mówi może nieskładnie, ale powodem tego jest to, iż spisał ją ręcznie, a przyzwyczajony jest do pisania na maszynie (sic!!!).Teraz dopiero w pełni zrozumiałem to, co wtedy wydawało mi się jakimś dziwactwem i dziwną pozą pisarza. Sam doświadczyłem, jak łatwo można uzależnić się od techniki, by proste zdawałoby się czynności sprawiały nam trudność.

Gdy spojrzeć na charakter pisma widoczny w starych listach i wpisach dokumentów, to aż żal, że dzisiaj tak bazgrolimy... sami siebie często nie potrafimy odczytać, a co dopiero, by spróbować napisać odręczny list zamiast maila. Jeśli już piszemy na kartce, to używamy długopisów, cienkopisów, rzadziej posługujemy się piórem.

W mojej genealogicznej kolekcji oprócz zdjęć i dokumentów jest sporo listów sprzed kilkudziesięciu lat. Mam ogromną przyjemność, gdy biorę je do ręki, bo poza treścią jest w nich odciśnięty i widoczny ślad pióra, kreślący kształt liter. W mailach niestety już nie ma tego metafizycznego kontaktu z drugim człowiekiem poprzez papier, który on zapisywał, dotykał i składał w kopertę.

(5603)

niedziela, 23 grudnia 2007

Navigare necesse est

NAVIGARE NECESSE EST, VIVERE NON EST NECESSE (w wolnym tłumaczeniu: muszę żeglować, bo jest to dla mnie konieczne, natomiast zachowanie was przy życiu taką koniecznością już... nie jest) - wg starożytnego historyka Plutarcha słowa te zakrzyknął do załogi okrętu Pompejusz uznając, że ryzyko utraty życia przez załogę i niego samego podczas właśnie szalejącego sztormu jest mniej ważne niż konieczność wypłynięcia i żeglowania do wyznaczonego celu.

W poprzednim wpisie mówiłem o wolności i jej namiastkach. Mam świadomość, że nie da się problemu wolności rozwikłać w jednym poście, który z natury rzeczy jest tylko pewnym skrótem i refleksem przekonań, mniemań i doświadczeń jakie w nas siedzą.Z wolnością wiąże się wolność przemieszczania, co dobitnie w formie jakby neonu przedstawia zacytowane już na samym początku łacińskie powiedzenie. Uświadomiłem to sobie podczas szalonych 42 godzin podróży samochodem do Anglii i z powrotem. Nieważny powód, ale ten wyjazd był konieczny, jak żeglowanie Pompejusza.
W krótkim czasie przemknęliśmy przez kilka krajów, ale praktycznie ich nie poznaliśmy... poznaliśmy jedynie ich drogi i system oznaczeń. Zdecydowanie wygrały drogi i oznaczenia niemieckie, ale najładniejszym widokiem powitała nas w sobotę przed południem Holandia.


Mroźny poranek w Holandii (minus 7 st. C)

W Dunkierce troszkę pobłądziliśmy zanim dotarliśmy na prom. W jechaliśmy na drogę wzdłuż wybrzeża zamiast jechać autostradą w kierunku na Calais i podziwialiśmy pozostałości umocnień niemieckich z okresu II wojny światowej. W tym miejscu alianci na początku wojny dostali od Niemców łupnia, a ich lądowanie - w przeciwieństwie do późniejszego lądowania w Normandii - okazało się klęską.
P7300013

Dotarliśmy wreszcie na prom - oznaczenia fatalne i gdyby nie pytać się tubylców - mielibyśmy problem. Przed startem miły akcent: życzenia świąteczne po polsku od francuskiej obsługi terminalu. Odwzajemniliśmy się Joyeux Noël et Bonne Année.


Podróż do Dover po drugiej stronie (niecałe 2 godziny) nawet w dość ciekawych warunkach, bo w części dziobowej w przeszklonej dużej kawiarni przeznaczonej wyłącznie dla... kierowców TIR (wprowadził nas tam jeden z kierwoców). Poza widokiem drugą zaletą była kawa i inne napoje za darmo bez ograniczeń. Prom był dość pusty, gdyż okres świąteczny sprzyjał bardziej podróżom w drugim kierunku.

Na promie podczas wychodzenia z portu w Dunquerke (Francja)


Ok. 18-ej wysiadka w Dover, odprawa (sic!!!) - szukali narkotyków, noży i innych niebezpiecznych i zakazanych przedmiotów. Ich podejrzliwość wynikała z tego, że nie jechaliśmy w głąb Anglii tylko do Folkestone w kierunku Eurotunelu.
Dover - podpływanie do nabrzeża portu



Później jazda lewą stroną przez 20 km... najciekawsze doświadczenie jest na rondach, gdzie zamiast w prawo trzeba skręcać w lewo. By nie czekać w samochodzie na spotkanie wstąpiliśmy do kilku sklepów, nie omieszkaliśmy posiedzieć przy kawie w McDonald's (poza funtami honorują na szczęście Euro). Siedząc tam podczas tej krótkotrwałej emigracji zaczęliśmy - jak to mężczyźni - podziwiać urodę mieszkanek Albionu. Doszliśmy do wniosku, że gdyby to one miały być powodem przyjazdu, to nigdy byśmy nie opuścili rodzinnego kraju.

O 1-ej w nocy podjechaliśmy do Eurotunelu, gdzie przed wjazdem wymieniliśmy samochody, przepakowaliśmy rzeczy i wjechaliśmy po nowe doświadczenia. Kiedyś oglądałem film o budowie tego tunelu. Teraz miałem skorzystać z jego dobrodziejstw. Wjechaliśmy samochodem do wagonu ustawiając się jeden za drugim. Przypomniał mi się się Zaginiony świat opisany przez Juliusza Verne'a i współczesna ekranizacja przygód odkrywców, ale tylko przez moment. Nigdy bym nie pomyślał, że w czasie tej podróży będę w najlepsze spał 100 m pod powierzchnią kanału La Manche. Dość krótki przejazd (35 minut) okazał się w ten sposób jeszcze krótszy.
W wagonie tuż przed wjazdem do Eurotunelu - kierunek Calais (Francja)

Już w Calais - zaraz po wyjeździe z Eurotunelu - powitał nas napis (chyba dla Anglików), by trzymać się prawej strony, później pierwsza kawa, tankowanie samochodu (oj boli wydawanie Euro) i wariacki powrót. Drogi już puste. Jedynie gołoledź w Niemczech, ale to żaden problem, gdyż tzw. służby utrzymania ruchu już polewały drogi wodą z solą.

18.30 - lądowanie w domu.

Najciekawsze doświadczenie z podróży? Właściwie niezauważalne granice między państwami, no może poza granica polsko-niemiecką.

(4945)

piątek, 21 grudnia 2007

Symulowanie wolności

Wolności nie można symulować - Stanisław Jerzy Lec.

Ile osób nie spytasz o to, czym jest wolność, uzyskasz odpowiedzi tak różne, jak ich życiowe doświadczenia i potyczki z wolnością.

Wydawało mi się, że im więcej posiadam najróżniejszych wynalazków (gadgets), takich jak telefon, komputer, internet, samochód, pieniądze itd., tym większej doświadczam wolności. Mając to na uwadze od czasu do czasu ocieram się nawet o totolotek, by choć przez chwilę - zanim dojdzie do losowania - pomarzyć o wolności... wydawania wygranej.

Za dwa dni pozbędę się swojego samochodu, którym się przemieszczałem tu i tam. W pierwszej chwili, gdy podjąłem tę decyzję, zrobiło mi się smutno. Teraz jednak zaczynam myśleć, że w ten sposób nolens volens staję się człowiekiem wolnym. Wolnym od... posiadania samochodu.

Skłoni mnie to do przemieszczania się innymi środkami lokomocji, planowania dojazdów, przejazdów, dawania sobie więcej czasu na załatwienie pewnych spraw, ale i więcej czasu na myślenie. Gdy byłem jeszcze młodym belfrem i do pracy w liceum dojeżdżałem autobusem to każdą wolną chwilę wykorzystywałem na czytanie: na przystanku, w autobusie, idąc chodnikiem...

Ciekaw jestem sam siebie i tego, bez czego mógłbym się jeszcze obyć.
Im więcej posiadam, tym większe odczuwam uzależnienie od posiadanego przedmiotu.

Grecki filozof Diogenes (413-323 p.n.e) miał za mieszkanie beczkę. Jak głosi legenda, pewnego razu opalającego się obok beczki Diogenesa odwiedził sam Aleksander Wielki. Władca zapytał go, czy czegoś mu nie potrzeba. W odpowiedzi usłyszał: Odsuń się, zasłaniasz mi słońce.

Ubi enim est thesaurus tuus ibi est et cor tuum (Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje) Ewangelia wg Mateusza 6,21


(4789)

czwartek, 20 grudnia 2007

poniedziałek, 17 grudnia 2007

Moje klasy

Dopadła mnie w miniony weekend mania naszej-klasowości (nie mylić z klasą społeczna w sensie marksistowskim :-)). Wszedłem i zalogowałem się z głupia frant na portal www.nasza-klasa.pl, bardziej z ciekawości cóż to może być. Tyle czytałem o tym u kogoś na blogu, ktoś inny wspominał o tym w rozmowie. Rzecz jasna odnalazłem liceum, klasę, ale póki, co był tam odnotowany tylko jeden z moich kolegów. Może koledzy - tak, jak ja - zalogują się dopiero za namową innych. Ale cóż mi tam. Poprzeglądałem to i owo. Tak się złożyło, że w tej samej szkole, którą ukończyłem w 1980 roku, byłem kilka lat później belfrem. Odnalazłem klasę, której przez okres 2 lat byłem wychowawcą. Kilkoro moich wychowanków było zapisanych, są ich zdjęcia (Marcin, Monika, Ewa, Robert, Marek, Maciej, Paulina, Ada, Joasia, Liliana i Karina), na dwóch i moja skromna osoba też jest widoczna.

Klasa E (1989-1993) - zakończenie II klasy w II LO w Koninie

Jakież było miłe zaskoczenie, gdy jeszcze tego samego dnia otrzymałem poprzez portal zaproszenie od swoich uczniów do nawiązania kontaktu. Ale mało tego… odezwali się także uczniowie innych klas, którzy mieli ze mną zajęcia. A że nie uczę już od 1993 roku to tym bardziej to miłe.

Ekonomia wypędziła mnie ze szkoły. Dziś z perspektywy czasu – mimo iż w oświacie niewiele się poprawiło - tęsknie za kontaktem z młodymi ludźmi. Bardzo lubiłem uczyć i mieć kontakt z młodzieżą, prowadzić spory, odpowiadać na trudne pytania. Tego brakuje mi dzisiaj.

Kto wie… może w jakimś ograniczonym zakresie uda się powrócić. Marzenia ponoć się spełniają.

(4491)

niedziela, 16 grudnia 2007

Magia świąt i urok mamony... organizowanie świąt

Wśród odwiedzanych przeze mnie blogów są dwie Koriny: Korina7 i Korina. Tym razem inspirację znalazłem u tej drugiej, w jej zapisie dotyczącym przedświątecznej eskapady po centrach handlowych (Kolorowe chwile). Ludzie są ponoć życzliwsi i bardziej uśmiechnięci. Może to i prawda, ale szczerze mówiąc w tym wszystkim, w całym tym zgiełku świątecznych zakupów, amerykańskich kolęd i Mikołajów kręcących sie wśród kupujących, została zagubiona rzecz najistotniejsza... magia świąt. Staliśmy się niczym Ebenezer Scrooge - bohater Opowieści wigilijnych - ale nie dlatego, że jesteśmy skąpi pieniędzy, bo tych wydajemy mnóstwo na siebie i organizację świąt, ale... jesteśmy skąpi CZASU, jaki mamy dla siebie samych, dla najbliższych i na refleksję. Tzw. organizowanie świąt zabija to, co w nich najważniejsze: Ducha Świąt.

Cieszę się, że w sklepach nie rozbrzmiewają kolędy polskie tylko amerykańskie - słodkie śpiewanki, które kojarzą się z szałem zakupów, reklamami w telewizji, radio i witrynach. Cieszę się, że Lulajże Jezuniu, Przybieżeli do Betlejem, czy Oj Maluśki, Maluśki... usłyszę tylko w kościołach i w programach świątecznych telewizji i radia oraz przy własnym stole wigilijnym. Nie trzeba być głęboko wierzącym, by dostrzec pustkę tego, co się dzieje wokół organizacji świąt. Zatraciły już dawno swój sakralny wymiar, stały się pustą formułą wypraną z wszelkiej duchowości i metafizyki.

W drugi dzień świąt odwiedzi mnie kuzyn David Piekarczyk z żoną Joan. Od sierpnia mieszka w Polsce, do której powrócił jakby w imieniu swoich przodków, którzy 100 lat temu ją opuścili. Powrócił w poszukiwaniu swej tożsamości i chyba polskiej inności. W 3 świąteczne dni zamierza odwiedzić kilka linii rodzinnych, które pozostały w Polsce w czasie, gdy jego dziadek płynął za ocean.
Blog Davida: Poland-Our-Future

Święta to dla mnie spotkania rodzinne, rozmowy, wspomnienia, refleksje, spacery, a nie ilość dań na stole, czy ilość wypitych kieliszków wódki.

xxx

Ps. Polecam uwadze blog Jurka Bokłażca - kolegi ze studiów - Dziennik ateisty. I proszę się nie zżymać na mnie, że z jednej strony piszę o duchowości świat, a z drugiej proponuję taką lekturę. Naprawdę polecam, gdyż Jurek jest człowiekiem nietuzinkowym.

(4368)

sobota, 15 grudnia 2007

Donald... odnaleziony bliźniak Pinokia

Korina7 bawiąc się ustawieniami swego bloga – operator obsługujący blogowy portal dał możliwość zmiany wyglądu bloga i takie tam różne bajery – tak się zapamiętała w ustawieniach, że nie starczyło jej czasu, by coś samej napisać. Ale jak to bywa czasami tego typu sytuacje też przynoszą ciekawe rozwiązania. Nie chciała bloga pozostawić bez nowych zapisów i podsunęła coś, co znalazła w internecie… Pamiętnik kłamcy. Podczepiła to pod kategorię Podsłuchane, podpatrzone. Muszę przyznać, że tekst inspirujący.

Donald Tusk obiecywał, że nie będzie korzystał z przywilejów władzy i w podróże służbowe będzie się wybierał samolotami rejsowymi. Ale w ten sposób poleciał tylko pierwszy raz do Brukseli. W Wilnie, Rzymie, Ostrawie, Berlinie, Paryżu, Lizbonie i ponownie w Brukseli był już rządowym Tu-154 - informuje serwis dziennik.pl.

Według dziennikarzy RMF FM, na których powołuje się dziennik.pl, Tusk rządowym samolotem lata też do domu w Gdańsku.

Znów nolens volens mamy do czynienia ze zjawiskiem bliźniaczym i to w wydaniu, jakiego nikt się nie spodziewał.

---------------

Podsłyszane w trakcie kampanii wyborczej:

NIKT CI TYLE NIE DA, CO TUSK OBIECA

PS.

Komentatorka Szpilka poleciła artykuł Wszystkie twarze Donalda Tuska oraz podsunęła jeszcze jedno podsłyszane powiedzenie: Przeżyliśmy Ruska, przeżyjemy Tuska


(4228)

piątek, 14 grudnia 2007

Marks... o wyższości starych rzeczy nad nowymi

Filozofowie rozmaicie tylko interpretowali świat; idzie jednak o to, aby go zmienić - napisał Karol Marks w Tezach do Feuerbacha w 1845 roku. Tę wypowiedź klasyka marksizmu - swego czasu cytowanego niczym starotestamentowego proroka - przypomniałem sobie, gdy przeczytałem wypowiedź prof. Roszkowskiego nt. traktatu reformującego Unię. Mówiąc o podpisanym wczoraj (nomen omen - 13 grudnia) traktacie porównał go z marksizmem, o którym pisze się, że są w nim rzeczy i dobre i nowe, ale te dobre są stare a nowe nie są dobre. Bardzo mi się podoba ta dialektyka charakterystyczna dla filozofii zbudowanej w opozycji do heglizmu, ale wykorzystującej jego instrumentarium.

Wracając do cytowanej w pierwszej linijce tezy muszę przyznać, że kiedy studiowałem w latach 80-tych filozofię jednym z przedmiotów były materializm dialektyczny – wzdrygaliśmy się na myśl o ludach pierwotnych, Indianach, ludach Australii itp. itd. I wszelkiej maści mądrościach mających nam objaśnić, że Marks właściwie zawarł w swoich pismach wszelkie możliwe metody i narzędzia pozwalające ogarnąć rzeczywistość społeczną, ekonomiczną i dotyczącą budowy świata materialnego. Tzw. marksiści mieli - niczym świadkowie Jehowy - gotowe cytaty na każdą okoliczność. Przeprowadzali egzegezę i hermeneutykę tekstów Marksa rozumiejąc go lepiej niż on sam siebie.

Pizzeria ISABELLE w Zagórowie - znakomite miejsce do pisania bloga, choć wolę kawiarnię, gdzie podają kawę z kardamonem

Teza o przeciwstawności interpretacji (rozumienia) świata a podejmowaniem próby jego zmiany (czytaj: własnego otoczenia) jest w wersji marksistowskiej fałszywa. Myślę, że Marks tak ostro tej tezy nie stawiał, bo trudno podjąć jakiekolwiek działania zmieniające rzeczywistość nie dokonawszy wprzódy rozpoznania jej. Myślę, że taka jest istota myśli Marksa, który chciał, aby filozofia miała charakter dynamiczny, a nie statyczny. Pisząc kiedyś pracę z hermeneutyki filozoficznej nt. metafory jako figury opisującej rzeczywistość odwoływałem się do Platona, Husserla, Dilthaya, dekonstruktywistów i wielu innych, ale także do Marksa. Okazuje się, że są w nim rzeczy dobre – to są te stare prawdy, ale i rzeczy nowe – to są te rzeczy, które wprowadzili epigoni Marksa.

Mutatis mutandis – wolę stare rzeczy, bo są dobre. W tym sensie jestem... konserwatystą.

(4102)

czwartek, 13 grudnia 2007

Wyprostować poplątane...

Na jednym z opisów GG osoby znajdującej się w moich kontaktach przeczytałem: wyprostować poplątane. W pierwszym momencie, gdy to przeczytałem, spróbowałem w prosty sposób uchwycić sens. Natychmiast wewnętrzny poprawnościowy duch-korektor zakrzyknął, że jeśli już to, co najwyżej można prostować pokrzywione, a poplątane można jedynie rozsupłać.

 




Jednak po dłuższej chwili namysłu doszedłem do tego, że skoro ktoś to napisał i z rozmysłem nadał temu znany tylko sobie sens, to nie warto poprawiać cudzych myśli… najwyżej można je mniej lub bardziej udolnie interpretować nie mając do końca gwarancji, że będzie to interpretacja i rozumienie zbliżone do tego, co miał na myśli autor.




 




Każdy człowiek w postrzeganiu otoczenia i świata posługuje się schematem zbudowanym z jego własnych doświadczeń i zdobytej wiedzy. Z czymkolwiek się spotyka, stara się to rozpoznawać w oparciu o ten schemat. Problem zaczyna się, gdy nasza wiedza i doświadczenie nie rozpoznają danego zjawiska i nie potrafią usytuować go na współrzędnych schematu, jakim się posługujemy.




 






W tym miejscu przypominam sobie stary dowcip o profesorze, który wygłaszał wykład. W pewnym momencie jeden ze słuchaczy krzyczy z audytorium:
- Ależ Panie Profesorze! To, co Pan głosi nie zgadza się z faktami!!!
Profesor niczym nie zrażony odpowiada ze stoickim spokojem:
- Tym gorzej dla faktów, Drogi Kolego!


(4004)

niedziela, 9 grudnia 2007

Zbawienie wiedzie przez... marketing bezpośredni

Myślę, że wiele osób doświadczyło wizyt świadków Jehowy, którzy przychodzili z Biblią w ręku i czasopismami. Mniej liczni wpuścili ich do domu i próbowali dyskutować o ich przesłaniu. Jeszcze mniej liczni byli w stanie podjąć dyskusję z dobrze przygotowanymi w biblijne cytaty gośćmi. Wielu mówiło z uznaniem: Ale oni znają dobrze Biblię!
Miałem okazję kilkadziesiąt razy podjąć osobiście rozmowę ze schludnie ubranymi gośćmi i wprawiać ich w zakłopotanie nie podejmując tematu (przesłania), z którym przychodzili, tylko przenosząc dyskusję na wątki, które mnie interesowały. Okazywało się, że zaczynało brakować im cytatów, gdyż akurat nie byli przygotowani, a argumentacja była właściwie żadna. Gorzej było jeszcze, gdy chodzi o ich znajomość Biblii i zasad jej tłumaczenia. Przerażenie ogarniało ich, gdy brałem do ręki Nowy Testament w języku greckim prosząc, by pokazali mi związek z ich tłumaczeniem. Mają swoje tłumaczenie zatwierdzone przez Ciało Kierownicze znacznie odbiegające od wersji protestanckich i katolickich tłumaczeń. Wielokrotnie mówili, że w takim razie przyjdą jeszcze raz z bratem, który ma większa biegłość w pismach.
Od jakiegoś czasu już mnie nie odwiedzają, najwyżej przechodząc obok mojego domu mówią dzień dobry.
Obserwując świadków Jehowy zauważyłem, że w swoich działaniach posługujących się metodami manipulacji charakterystycznym dla marketingu bezpośredniego (direct marketing). Sposób prezentacji ich religii jest podobny do prezentacji produktów... Są przekonani o jego wyjątkowości i nie dopuszczają możliwości, że odmienne zdanie może być prawdziwe. Mają przygotowane przez Strażnicę gotowe artykułu i cytaty z Biblii oraz publikacji, ale tylko takich, które potwierdzają ich tezy. Ale dość o tym.
Świadków Jehowy przypominają mi dwie organizacje, które działają na podobnych niemalże zasadach: Amway i Akuna. Są jednak o wiele groźniejsze, gdyż bogiem dla nich są pieniądze, choć wprost tego nigdzie nie deklarują.
AMWAY
Pierwszy raz zetknąłem się z nim wiosną w 1993 roku, gdy kuzyn Wojtek zaproponował mi zakup środków czystości, które były 4 razy droższe niż dostępne w sklepie. Tłumaczył mi to wydajnością i niebywałą wręcz jakością, jakiej ponoć nie miały środki innych producentów. A gdy zaczął mi tłumaczyć zasady dystrybucji tych specyfików zrozumiałem, że cena nie wynika z jakości, tylko z prowizji, która trafia do wszystkich znajdujących sie w hierarchii powyżej Wojtka. Kilka lat później w sidła Amwaya wpadł mój bratanek, który w wieku 16 lat zaczął ubierać się w garnitur i spędzać czas z ludźmi, którzy wmawiali mu, że będzie bogaty. Stracił chęć do nauki, tylko czytał książki podsuwane przez amwayowców, przestał słuchać rodziców mówiąc im, że nie znają się na niczym i dlatego nie są zamożni. Wyjeżdżał za własne pieniądze na mitingi do Katowic, Warszawy, Gdańska, by witać wybitnych guru Amwaya. Wydał mnóstwo pieniędzy, bo za dojazd i wejście trzeba było płacić. Płacił za iluzję i psychomanipulację, którą mu fundowano.
Drugi raz z Amwayem zetknąłem się chyba w 1999 roku. Z ciekawości przyjąłem zaproszenie na lokalny miting (jakieś spotkanie sieciowe) w Kaliszu. Zobaczyłem ludzi uśmiechniętych, witających się jak rodzina... Tylko czułem, ze jest to sztuczne. Później te oklaski i entuzjazm po słowach wypowiadanych przez gościa. Wszyscy płacili za to, że mogą być klientami swego guru, że mogą taniej kupować produkty Amwaya.

AKUNA
Jakiś rok temu, chyba na wiosnę, zadzwonił do mnie Jacek - kolega z lat licealnych z równoległej klasy. Byłem lekko zdziwiony, bo nie utrzymywaliśmy szczególnych relacji. Dzwoni i mówi, że chce się ze mną spotkać, gdyż ma dla mnie fantastyczną propozycję. Najciekawsze, że telefon do mnie dostał od mojej siostry, którą spotkał przypadkowo na ulicy. Koniecznie nalegałbym odwiedził go w domu.
Cóż - zaproszenie nieco dziwne, ale przyjąłem. Jakież było moje zaskoczenie, gdy razem ze swoją żoną zaczął mówić mi o chorobie żony i jej cudownym niemalże wyzdrowieniu. Jak się okazało, dzięki specyfikowi o nazwie alveo w dwóch smakach (sic!!!). Później tłumaczyli mi dużo o sposobie produkcji i dystrybucji tego specyfiku oraz o tym, że doznali dobra i chcą się nim podzielić z przyjaciółmi i wszystkimi, którzy mogą go potrzebować. Produkt jest tak fantastyczny, że wszystkie inne specyfiki się z nim nie równają i że jest w stanie rozwiązać problem wszystkich chorób świata, a gdyby zastąpić red bull to ludzie zaczęliby fruwać.
Później kartka i rysowanie struktury sprzedaży butelek, prowizje, opusty... pieniądze :))).

----------------------------------------------------
Bez konkluzji i podsumowania...

http://www.psychomanipulacja.pl/
http://watchtower.org/p/
http://watchtower.org
http://akuna.pl/
http://www.amway.pl/

sobota, 8 grudnia 2007

Rzuć wapno na druty

Okazji do refleksji często dostarczają inni. Dzisiaj przeczytałem ciekawą notkę nt. języka jakim posługują się młodzi Polacy i przyznam, że zrobiło mi się smutno, że zmiany języka następują tak szybko i zmierzają w takim kierunku. Sam odczuwam braki i niedostatki swojej polszczyzny, ale to, co tam zostało przedstawione może przerażać. Zobacz: Nie czaisz? Jesteś lamusem


środa, 5 grudnia 2007

Religia z maturą w tle

Znów rozpętała się burza związana z religią. Zaczęło się od zapowiedzi, że nie będzie religii na maturze. Biskupi zareagowali świętym oburzeniem i chcą dyskutować na ten temat w ramach komisji wspólnej rządu i episkopatu. Na to nałożyła się jeszcze deklaracja premiera, że rząd będzie finansował zapłodnienie in vitro. To tak, jakby rozpalać ognisko w sąsiedztwie beczki z benzyną.

Z perspektywy kilkunastu lat odkąd wprowadzono religię do szkół (bodajże uczynił to ówczesny minister edukacji prof. Samsonowicz w 1990 roku) nie zmieniłem i nie zmienię zdania, że było to niewłaściwe rozwiązanie. Akurat w tym czasie byłem belfrem w liceum i dokładnie myślałem to samo, co dzisiaj. Pamiętam reakcje uczniów i reakcje na obecność księży w klasach i pokoju nauczycielskim. Religia w szkole stała jednym z wielu przedmiotów… tego się obawiałem i tak w rzeczy samej JEST wbrew szlachetnym intencjom tej decyzji. Późniejsze wliczanie ocen z religii do średniej, a teraz jeszcze projekt, by można religię zdawać na maturze, odduchawia katechezę. To wszystko odarło i odziera z niej ten pociągający element sacrum, jako szczególnej duchowej tajemnicy, której rozpoznawanie zostało wyprane z właściwej czasoprzestrzeni.

W okresie, gdy chodziłem na katechezę (1968-1980) odbywała się ona w salkach katechetycznych przy kościele. Trzeba było podjąć trud pójścia na nią, gdyż szkoła nie dostosowywała planu lekcji. Po szkole szło się do domu, a po dwóch godzinach wychodziło się na katechezę do kościoła. Atmosfera salki i znakomici księża katecheci sprawiały, że było to naprawdę duchowe przeżycie i przede wszystkim nie było tej sztampy lekcyjnej. Dyskutowaliśmy, spieraliśmy się często znacznie dłużej niż 45 minut. Sprawy grzechu pierworodnego i zbawienia nieochrzczonych, którzy nie mieli możliwości poznania chrześcijaństwa, rozpalały młode głowy do czerwoności. Wspominam wspaniałych księży Stanisława Kubickiego i Tadeusza Korpusińskiego z par. Ślesin oraz Henryka Kalitę, Józefa Zająca, czy Ireneusza Pawlaka w Koninie.

Salki katechetyczne stoją puste, często kurz i pajęczyna pokrywa pozostałe tam ławki i krzesła. Lekcje religii mają w szkołach frekwencję, ale czy jest tam jeszcze to, co najważniejsze – dobrowolne i świadome podążanie ku PRAWDZIE?

poniedziałek, 3 grudnia 2007

Globus Hitlera

Jakiś czas temu napisałem o przedmiocie, który kojarzy mi się z moim dziadkiem Przedmioty – ich życie po życiu. Nie sądziłem, że w niedługim czasie trafię na inną odsłonę przedmiotów używanych przez innych ludzi. Bardziej czuję niż wierzę, że jest coś magicznego w rzeczach i że człowiek posługujący się nimi pozostawia na nich jakiś metafizyczny ślad. Natomiast pytanie, czy szacunek i wzruszenie czujemy tylko wtedy, gdy wiemy, że ów przedmiot należał do kogoś godnego, a odrazę i niechęć, gdy przedmiotem posługiwała się osoba zła?
Dzisiaj zaczynam nabierać wątpliwości w metafizyczne przenikanie się ludzi i rzeczy.




Wielkie poruszenie wywołał zakup przez kalifornijskiego kolekcjonera globusa, którym posługiwał się Adolf Hitler. Nie tyle jest szokująca cena (100 tys. dolarów), co fakt, że kupujący jest z pochodzenia Żydem. Zaczęto się zaraz zastanawiać, czy nie zniszczyć takiego przedmiotu, by nie było śladu po tyranie etc. Zobacz więcej w Onet Kiosk.

Gdy przychodzą rewolty i zmiany rządów następcy z dziką furią niszczą wszystko zapominając, że niszczą świadectwo epoki. Jakiś czas temu (…)W Nakomiadach, wsi mazurskiej niedaleko Kętrzyna liczącej ogółem 89 numerów i 670 mieszkańców, robotnicy naprawiający rury kanalizacyjne odkopali kamień. Kamień okazał się obeliskiem ku czci kanclerza Rzeszy niemieckiej Ottona von Bismarcka. Na polecenie wójta Kętrzyna obelisk oczyszczono i postawiono we wsi ku uciesze jednych i zgorszeniu drugich. Zrobiła się afera. Sprawa wyjątkowo nie trafiła do IPN, ale do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Olsztynie z zarzutem samowoli budowlanej. W grudniu 2006r. sąd orzekł - rozebrać. Nie będzie Bismarck kłuć nikogo w oczy. (Cytowane za: http://www.odkrywca-online.com/ ) Zobacz też artykuł w Gazecie Wyborczej.


Niestety… zwyciężyły emocje, a nie racje historyczne. A szkoda, gdyż dobrze byłoby znać historię miejsc łącznie z pomnikami, które na nich stały. Sam byłem świadkiem w Kaliningradzie miejsca, na którym stał niedokończony żelbetonowy budynek komitetu partii komunistycznej. Jakiś lokalny kacyk wpadł w latach 60-tych ub. w. na idiotyczny pomysł wysadzenia zamku cesarza Wilhelma. Takich miejsc jest mnóstwo w Polsce i krajach sąsiednich. Nic gorszego, jak ludzie chcą wymazać historię łącznie z nazwami ulic. Ale pociesza fakt, że nie wszędzie ludzie ulegli owczemu pędowi i nadal są ulice takiej jak: XXX-Lecia PRL, czy w Sosnowcu ustanowione kilka lat temu Rondo im. Edwarda Gierka. Nie jestem piewcą PRL-u i komuny, ale nie niszczmy pomników, najwyżej zmieńmy im miejsce.

niedziela, 2 grudnia 2007

STAROŚĆ... postscriptum

Nie sądziłem, by z goła marginalny poprzedni post nt. pewnego artykułu wywołał takie reakcje u czytelników. To tylko wskazówka dla mnie, że w ocenach zdarzeń i sytuacji nie zawsze powinienem opierać się na własnych doświadczeniach i mniemaniach.


Nie przeczę, że to, co czuje i opisuje kobieta w stosunku do swej 98-letniej matki jest autentyczne. Faktycznie może mieć żal do matki, że jeszcze żyje i odczuwać obrzydzenie do jej słabości i starczej fizjologii.

Ktoś w komentarzu do mojego wpisu przyznał się do podobnej osobistej sytuacji: Mam bardzo podobną sytuację i podobne odczucia. Uważasz, ze rodzice rodzą dzieci po to, żeby im potem to życie zabierać? Dzieci są dla świata, nie dla rodziców. Mam zrezygnować z pracy, zainteresowań, przyjaciół, ze swojego prywatnego życia? Nikt nie ma prawa tego wymagać, to nieludzkie. Czy ja i moje życie nie ma żadnej wartości? A co będzie ze mną, jeżeli teraz nie zrealizuje moich zadań, które są ważne dla mojej przyszłości?

Czytając powyższy fragment komentarza przypomniałem sobie bezwiednie starołaciński napis, jaki Rzymianie umieszczali na swoich nagrobkach: Jesteś tym, kim ja byłem kiedyś. Będziesz tym, kim ja jestem teraz. Niemalże usłyszałem te słowa i zabrzmiały w uszach jak złowieszczy rechot.

JA, JA, MOJE, MOJE... Kiedyś role się odwrócą, choć dziś żyjemy i pragniemy tak, jak byśmy nigdy mieli się nie zestarzeć i zniedołężnieć, a kalectwo miało przytrafić się innym.

Obrzydzeniem i strachem napawa mnie ktoś taki, jak autorka tekstu, który przywołałem w poprzednim wpisie. Jeśli takim cierpieniem jest dla niej... żyjąca bezwstydnie stara matka to niech ja odda do domu opieki. Co ją powstrzymuje? Wyrzuty sumienia czy opinia sąsiadów, a może pieniądze lub emerytura staruszki, którą musiałaby oddać.