piątek, 30 listopada 2007

Starość...

Dzisiaj trafiłem na ciekawy, aczkolwiek wstrząsający tekst stanowiący wynurzenia kobiety, która zajmuje się i opiekuje swoją 98-letnią matką. Czuję urazę do niej, że wciąż żyje.
Nie wiem ile w tym prowokacji autora, a ile prawdy. Może ktoś chciał wywołać dyskusję nt. sytuacji starych i zniedołężniałych ludzi, ale też i sytuacji tych, którzy się nimi zajmują.
To, co przeczytałem, jest w całkowitej sprzeczności z moim życiowym i rodzinnym doświadczeniem.
Ufam, że to tylko prowokacja.

czwartek, 29 listopada 2007

Przyjaciel

Dzisiaj przeglądałem www.youtube.pl. Natrafiłem na utwory Zbigniewa Preisnera. Pamiętam, jak w okresie tuż przed Bożym Narodzeniem w 1999 roku promowano płytę z jego utworami. Miały taki refleksyjny i nostalgiczny charakter i przywoływały mi zmarłego kilka miesięcy wcześniej mojego przyjaciela Wojtka.Znaliśmy się od przedszkola. Zostałem chrzestnym jego pierworodnej córki, a on chrzestnym mojej. Byliśmy blisko siebie przez cały czas. Brakuje mi jego obecności.

Kiedyś napiszę o nim więcej. Dzisiaj tylko muzyczny flash.

środa, 28 listopada 2007

Budowniczowie mostów - o falsyfikacji matefory

Ostatnio w życiu publicznym na poziomie ogólnokrajowym i lokalnym dość modne stało się mówienie, ze trzeba łączyć a nie dzielić, o zaufaniu, o miłości i niemalże szczęśliwości wiekuistej. Ale jak to zazwyczaj bywa deklaracje na poziomie słów, to jedno, a życie i prawda, to drugie… niestety.

W starożytnej łacinie funkcjonowało przepiękne słowo pontifex. Oznacza ono ni mnie ni więcej tylko mistrza, który potrafi budować mosty i łączyć oddzielone rzeką brzegi. W łacinie kościelnej w średniowieczu jednym z tytułów papieży był pontifex maximus – oznaczający najwyższego kapłana, czyli tego, który łączy ludzi w jednej owczarni. Z tym praktycznym łączeniem bywało różnie, ale idea i metafora budowniczego mostów jest przepiękna i z gruntu słuszna. Szkoda, że nie zawsze ujawnia się w praktycznym wymiarze.

Od ponad 30 lat mieszkam i żyję w Koninie, 100 tys. miejscowości w Wielkopolsce. Przez ćwierć Konin był jednym z 49 województw, dziś prowincjonalne miasto powiatowe. Konin ma te przypadłość, że w czasach powojennych stał się miastem leżącym po dwóch brzegach rzeki Warta, wcześniej całość 10 tys. miasteczka mieściła się na lewym brzegu i most w kierunku stacji PKP i na północ Polski nie odgrywał aż tak wielkiej roli. Dziś jedna przeprawa stanowi problem i w razie jakiejkolwiek kolizji na mości stają kilkukilometrowe korki.

W kampanii wyborczej w 2002 roku most stał się motywem przewodnim kandydatów na prezydenta miasta. Problem mostu był podnoszony już wcześniej, ale teraz nabrał realnego a nie tylko studyjnego charakteru. Chwalić Pana Boga most ma być oddany do użytku 15 grudnia tego roku…

Powinna być radość i feta wszystkich koninian, ale… Starożytna maksyma i metafora mostu, który łączy rozdzielone została obalona w Koninie. Oddanie mostu ma mieć charakter bardzo uroczysty. Prezydent miasta wystosował zaproszenia na uroczystość do premiera, marszałka województwa i wielu innych ważnych osobistości. Zapomniał o jednym, że nie byłby w stanie niczego zdziałać, gdyby nie miał wsparcia rady miasta. Zapomniał o tym, by współgospodarzem i współzapraszającym był przewodniczący rady. Fochy po obydwu stronach tego ambicjonalnego sporu pokazują jak w soczewce, że most bardzo biegnie nie w poprzek rzeki, ale wzdłuż podziałów politycznych. Gdy zwrócono uwagę prezydentowi, że powinien inaczej postąpić, ten idzie w zaparte i jak dobrze pójdzie to poza nim samym i jego kolegami z SLD nie pojawi się nikt, kto nadałby szczególną rangę temu wydarzeniu.

Most zostanie i będzie pełnił swoją potrzebną funkcję jeszcze przez wiele lat po tym, jak przeminie pokolenie, które je zbudowało. Emocje związane z jego uroczystym oddaniem kiedyś zostaną zapomniane (i dobrze!!!) i być może dzięki temu uda się uratować przepiękną metaforę.

Szkoda, że prezydent nie zna tej przepięknej metafory… miał szansę stać się pontifexem. Ale jaki budowniczy (czytaj: mizerny!!!), taki praktyczny wymiar łączenia ludzi.

wtorek, 27 listopada 2007

Spieszmy sie kochać...

Mówią, że pośpiech jest potrzebny tylko przy łapaniu pcheł... Nie zgadzam się z tym ograniczeniem. Są sytuacje, które wymagają szczególnego pośpiechu. Tytuł tego wpisu mówi wprost, czego to dotyczy

Wczoraj byłem u wuja Mateusza, ale w szpitalu. Jest to jego kolejna wizyta w tym miejscu w ciągu kilku minionych tygodni. Astma, z którą walczy od wielu lat, coraz bardziej daje się mu we znaki. Jeszcze w takim stanie nie widziałem go. Spędziłem z nim ponad 2 godziny. Tym razem nie dostrzegłem w jego oczach tych iskierek, którymi zawsze obdarzał.
- To już chyba ze mną koniec - powiedział.
Po raz pierwszy usłyszałem w jego ustach coś takiego. Jakby chciał się poddać...

Wtedy dotarła do mnie myśl, że wszystko jest możliwe... nawet to, czego nie chcę dopuścić do świadomości. Ufam, że lekarzom uda się go wyprowadzić na prostą. Jeszcze jest tyle pytań, na które nie znam odpowiedzi. Dzisiaj bardziej rozumiem sens słów księdza Twardowskiego "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą..."

Ostatni z linii mojej mamy. Najstarszy i najbardziej zorientowany w sprawach rodzinnych. Sporo już mi powiedział, ale jest jeszcze wiele rzeczy, które chce poznać.

Kiedyś nie zdążyłem zadać pytań cioci Irenie (+2002 r.) i mamie (+2005), wcześniej Wojtkowi (+1999) - przyjacielowi z dzieciństwa. Nie powiedziałem im nigdy tego, co teraz zostało tylko dla mnie. Nigdy nie było na to czasu, zawsze mówiło sie, że jeszcze kiedyś się zdąży. Tak jest dość często - odkładamy coś na później, ale to później nam umyka, bo stało się coś, czego nie zakładaliśmy, choć mogliśmy się tego spodziewać.

niedziela, 25 listopada 2007

Mijanie w przeszłość...

Słowa nie znajdowały pokrycia w rzeczywistości...
Wierzę głęboko, że te lata minęły bezpowrotnie w przeszłość (sic!!!)

Tytuł jest parafrazą słów Władysława Gomułki wypowiedzianych na wiecu w październiku 1956 roku. Polecam posłuchanie tego i innych klasyków socjalizmu na Youtube. Polszczyzna wzbudzająca uśmiech i rozbawienie, choć czasy z jakich pochodzi wcale nie były zbyt radosne. Wysłuchałem kilka fragmentów i z Gomułki, Gierka, Jaruzelskiego...

Ale gdy spojrzę wstecz chociażby na ostatnie 18 lat i tak nabieram coraz większego dystansu do polityki i tego, co politycy obiecują... Życzę im wszystkim powodzenia, bo ich sukces będzie sukcesem Polski, ale...

Ileż nadziei zostało już zawiedzionych. Ludzie ciągle dają się uwodzić... chcą być uwodzeni przez polityków mimo, że mają ich już dość.

Nasunęło mi się jakieś takie dziwne skojarzenie związane z tym wszystkim, co obserwujemy w polityce od kilku tygodni. Zwycięzcy zachowują się tak, jakby już nigdy "władzy raz zdobytej" mieli nie oddawać. Pycha i ignorancja. Opór materii społecznej, gospodarczej dopadnie ich znacznie szybciej niż im sie wydaje.

sobota, 17 listopada 2007

O uleganiu złudzeniom

O nowym rządzie.
... O ile nie może dziwić chęć samych polityków PO i PSL do zaczarowania rzeczywistości i przedstawiania się z jak najlepszej strony, o tyle musi niepokoić łatwość, z jaką część publicystów i komentatorów przyjęła za prawdziwe te PR-owskie zapewnienia...
... fałszywe tony wypływające z tej "postmodernistycznej" retoryki jak najszybciej znalazły swoje odbicie w żartach i dowcipach. Jeden z nich głosił, że w nowym rządzie będą jedynie trzy ministerstwa - zdrowia, szczęścia, pomyślności. [...] nawet jeśli się lubi platformę, nie można oczekiwać, że wraz z jej wygraną znikną reguły, które determinowały uprawianie polityki od czasów Platona i Arystotelesa, by o Machiavellim nie wspominać. [...] Nadal państwo będzie rezerwuarem posad dla "krewnych królika... Marek Migalski, Wprost, 18/11/2007

********

Polityka jest najwdzięczniejszą sferą do krytykowania, bo w niej widać jak w soczewce wszystkie ludzkie słabości i małości. Tak naprawdę to nie polityka jest jest zła. To ludzka natura i skłonności człowieka w zetknięciu z nią ujawniają się z tej najbrzydszej i najciemniejszej strony.
To nie politycy, jako konkretne osoby są tacy źli... to reguły rządzące polityką zrywają maski, w które ludzie sie stroją i odsłaniają prawdziwe namiętności.

********

Homo homini lupus...człowiek człowiekowi wilkiem?
Aż tak radykalnie tego nie postrzegam, ale spoglądając przez pryzmat polityki można ulec takiemu przeświadczeniu. Na szczęście mam dystans do siebie i wszelkich pewników, a poza tym jako łagodny człowiek mam wiele wyrozumiałości przede wszystkim dla siebie samego i innych.


poniedziałek, 12 listopada 2007

POSTSCRIPTUM do: Nie być w myśleniu posłusznym...

Pisząc w poprzednim poście o przyrodzie i jej zaśmiecaniu, zanikaniu miejsc wolnych od tego, co przekornie można określić NASI TU BYLI (wyraźnie to widać na jednym ze zdjęć w poprzednim poście) nie uświadamiałem sobie jednej rzeczy… Że w dzisiejszych czasach jeśli coś nie jest nagłośnione w mediach to tego nie ma.
Uświadomiłem to sobie w pełni czytając arcyciekawą, choć bardzo krótką rozmowę z prof. Marcinem Królem dotyczącą reakcji człowieka na zjawiska bulwersujące odbiorców mediów. Rozmowa dotyczyła zdjęcia psa zagłodzonego przez Guillermo Habacuca Vargasa, tzw. artystę z Kostaryki. Przywiązał wychudzonego psa do ściany galerii. Pies umiera śmiercią głodową, a tuż obok niego przechadzają się zwiedzający trzymający w dłoniach drinka.
Cytuję za DZIENNIKIEM (12.10.2007):
Daniel Walczak: Internauci grzmią świętym oburzeniem, a przecież ci sami ludzie na co dzień są całkowicie obojętni na krzywdę ludzi i zwierząt, nie robią nic, aby komukolwiek pomóc.
Prof. Marcin Król: Reagujemy na najdziwniejsze rzeczy, jeżeli są one podane przez media, na rzeczywistość nie reagujemy. Na wsi, na której mieszkam, dzieci nie dojadają, rano dostają kromkę chleba. Nikogo to nie wzrusza, a takich dzieci jest w Polsce dużo. Taka bieda nie ma dla nas jednak wymiaru symbolicznego, ona uzyskuje go dopiero dzięki mediom.
Czyli dopiero symbol nieszczęścia może nas poruszyć?
Jeszcze musi być pokazany przez media. Bez ich pośrednictwa nie robi wrażenia.
A czy to nie jest takie wygodnictwo, siedzieć sobie wygodnie przed komputerem i potępiać tego Kostarykańczyka? I nic nie robić?
Pewnie, że jest.
Można by przynajmniej tuż po napisaniu swojej krytyki wstać, wziąć z lodówki jedzenie, wyjść z domu i nakarmić bezdomne psy.
To tak nie działa. To jest obłuda tkwiąca w każdym z nas, a do tego Internet daje anonimową okazję wyżycia się, poczucia zadowolenia.
Oburzyłem się, jestem w tej lepszej części ludzi, tak?
Tak jest, to nie jest nowość. Nowością jest to, że media umożliwiają to na o wiele większą skalę.
A gdyby zadać komuś takiemu pytanie: Dlaczego krzywdzisz zwierzę, skoro 20 minut temu oburzałeś się na Habacuca? Czy ta sprzeczność zostałaby uświadomiona?
Szansa jest, ale na granicy niemożliwości. Wymaga to ogromnego wysiłku. Czy ta prowokacja ma sens? Moim zdaniem niczego nie zmienia w myśleniu ludzi. Trzeba strasznie uważać, bo to i psuje sztukę, i psuje wrażliwość.
******************
Postscriptum do POSTSCRIPTUM
Nie wiem na ile ta prowokacja jest prawdziwa i czy nie została wykreowana celowo, by sprawdzić reakcje i zachowania internautów. Wszak zdjęć zagłodzonych psów można znaleźć w internecie mnóstwo. Można nawet przejść się po ulicach miast i samemu takich zdjęć wykonać wiele. Gdyby nawet tak było, to i tak nie zmienia prawomocności sądów nt. roli mediów i ich wpływu na kreowanie symboli i zachowań społecznych.

niedziela, 11 listopada 2007

Nie być w myśleniu posłusznym...



Czasami postępujemy tak, jakby nie było ani WCZORAJ, ani JUTRA, nie było poza nami nikogo, a nasze działania i zachowania nie miały na nikogo żadnego wpływu. Nie daj Boże, gdy ktoś inny zachowuje się w podobny sposób i nie uwzględnia w swoich działaniach naszego istnienia.
I proszę mi wierzyć taka postawa... zarówno z jednej jak i z drugiej strony dotyczy każdego... nawet piszącego te słowa... niestety.

Poziom świadomości i postulatów jak być powinno mamy opanowany do perfekcji. Potrafimy wyraziście i jednoznacznie doradzać innym, znajdować dla nich najlepsze rozwiązania, ale sprawdza się stara medyczna zasada: medice curate ipsum...lekarzu ulecz (najpierw) siebie.
W ostatnim czasie podróżując przez Polskę miałem niewątpliwą przyjemność widzieć przepiękne miejsce, w którym zatrzymałem się dla wzięcia oddechu. Miejsce i czas jesienny sprzyjały refleksjom... błogość chwili, ale i niespodziewany dysonans. Mam taką przypadłość, że zawsze mam przy sobie aparat fotograficzny i lubię uwieczniać miejsca i sytuacje, które mnie poruszają.

 


 



Miejsca piękne, ale i znaczone tzw. cywilizacją... wyrzucone śmieci. Ktoś przed domem ma czysto, a że gdzie indziej jest bałagan? A cóż to kogoś obchodzi. Tworzywa sztuczne rozkładają się ok. 300-400 lat. Ciekaw jestem, czy za jakiś czas dysonansem nie będą miejsca wolne... od śmieci.

-----------------------------
Powrót miałem już nieco mniej refleksyjny, gdyż nawierzchnia drogi jakby krzyczała:

UWAŻAJ!!! NIE TRZYMAM CIĘ ZBYT MOCNO!!!


 



Dopiero teraz dostrzegam urok powitania zimy i kreowanego przez nią obrazu świata. Wszystko pokryła biała kołderka i wszystko to, co nas jeszcze przed chwilą drażniło jest przykryte śnieżnobiałą szatą. Byle do wiosny!

środa, 7 listopada 2007

Kolekcjoner zegarów

Warto czytać niszowe periodyki. Ostatnio trafiłem do miesięcznika KONINIANA - comiesięcznego dodatku do Przeglądu Konińskiego. KONINIANA wydawane są od 2003 roku przez Towarzystwo Przyjaciół Konina. Nie będę streszczał zawartości, gdyż jeśli ktoś się zainteresuje historią Konina to może swobodnie tam zajrzeć choćby przez umieszczony powyżej link. Przywołuję to wydawnictwo, bo jest źródłem moich inspiracji do rozważań o CZASIE, a czas to tytuł mojego bloga. Wydawałoby się, że pojęcie czasu jest bardzo proste, ale tak jest tylko do momentu, gdy nie przyjdzie nam go zdefiniować i wytłumaczyć.




W telewizyjnej audycji, noszącej nazwę „Duże dzieci”, na pytanie prowadzącego: - Kto ma najwięcej czasu?, mała dziewczynka odpowiedziała:
- Najwięcej czasu mają ludzie, którzy zbierają zegary. Ja nie zbierałem, a mimo to posiadam ich sporo. Takich, które mają sprężyny jak i tych napędzanych bateryjkami. Wszystkie, albo wskazówkami, względnie mrugającymi cyferkami, mówią o godzinach i minutach upływającego mi dnia. Jestem ich właścicielem, ale nie jestem panem czasu. Rzymianie mówili: - Tempus fugit. I mieli rację, bo czas nam ucieka, i to szybko. Tak sprawnie, że dogonić go nikt nie zdoła. Zwłaszcza w listopadzie, miesiącu, kiedy wracamy do wspomnień o ludziach, którym zegary już nie są potrzebne. A ci co odeszli, uzależnieni są jedynie od nas, przeto domagają się częstych wspomnień. Te, jak wiemy, w życiu człowieka nie zawsze są trwałe. (Zygmunt Kowalczykiewicz, "Myśli koninianina w jesieni życia"Koniniana 10 (54) 2007)>


Zacytowany tekst przypomniał mi jedną zasadniczą rzecz: CZAS odczuwamy tym bardziej im jesteśmy starsi; czujemy upływ CZASU i związany z tym upływem bagaż wspomnień. Genealogia jest taką próbą zatrzymania w kadrze CZASU. Starożytni Grecy na dwa sposoby określali CZAS: chronos - czas, który płynie chwila za chwilą oraz kairos - czas, który jest szczególny, jakaś dana niepowtarzalna chwila, w której należy coś ważnego zrobić lub dostrzec.

Zbyt często myślimy i działamy w kategoriach chronos zamiast kairos, a przez to umykają nam w życiu ważne momenty. Później przychodzi niewczesny żal, że czegoś nie zrobiliśmy, że nie odwiedziliśmy kogoś, czy też nie zdążyliśmy powiedzieć komuś tego, co naprawdę czujemy.Zbierajmy zegary, ale dostrzegajmy te szczególne chwile w odmierzanym przez nie czasie.

piątek, 2 listopada 2007

Małe ojczyzny, piękne wspomnienia

Nigdy nie sądziłem, że moja niewinna prośba o udostępnienie zdjęć mogących zilustrować tekst wspomnień kuzyna Andrzeja wywoła takie pozytywne reakcje.

Ale od początku, by czytający wiedział o co chodzi.

Naszą stronę genealogiczną redaguję korzystając z pamięci bliższych i dalszych kuzynów. Niektórzy z nich sami pisują teksty, które umieszczam na stronie. Najofiarniejszym i niestrudzonym mistrzem wspomnień jest kuzyn Andrzej Lewandowski z Warszawy. Miesiąc temu napisał Groch z kapustą, a teraz dodał kolejną odsłonę wspomnień zatytułowaną Kapusta z grochem. Niestety, do tej drugiej części brakowało mi zdjęć, którymi mógłbym ją zilustrować.


Przystań żeglarska w Koninie , widok z drugiej strony rzeki - okres przedwojenny

Widok na miejsce , w którym przed wojną była przystań żeglarska - dziś widoczne są wały przeciwpowodziowe wybudowane w latach 50-tych ub. wieku przez SP (Służba Polsce)

W pamięci miałem (odpukać w niemalowane... jeszcze tak bardzo nie szwankuje), że lokalny tygodnik Przegląd Koniński wydaje comiesięczny dodatek zatytułowany Koniniana. Koniniana są redagowane przez miłośnikow i pasjonatów historii Konina. Zwróciłem się do nich o pomoc. Do e-maila załączyłem tekst Andrzeja, który chciałem zilustrować. Jakież było moje miłe zaskoczenie natychmiastową i pozytywną reakcją Pana Włodzimierza Kowalczykiewicza (udokumentowana ciągłość rodu w Koninie od 1754 roku!!!).

  1. Przesłał mi zdjęcia, które umieściłem w Kapuście z grochem.
  2. Zachwycił się tekstem Andrzeja i zwrócił się z zapytaniem, czy będzie mógł go opublikować w Koninianach.

Powódź w Koninie, ul. 3 Maja, 1924 r.

Andrzej wyraził zgodę... Jest z zawodu dziennikarzem, co prawda emerytowanym, ale cały czas czynnym. Jego pasją był sport i całe życie go komentował. Do dziś prowadzi bloga o tematyce sportowej pod tytułem ECHA WYDARZEŃ. Konin odwiedza przynajmniej raz w roku. Spędził tu lata 1947-1952. Z tego okresu pochodzą jego wspomnienia.