wtorek, 23 października 2007

Przyjaciele św. Franciszka

O nućcie, me ptaszęta i ty, siostro muszko,
i ty, mój świerszczu polny,
i ty, mój bracie wietrze,
i ty, mój ogniu, wiekuisty ogniu...
z Hymnu Św. Franciszka

Autor bloga ECHA WYDARZEŃ skłonił mnie jednym ze swoich tekstów do opowiedzenia o swoich najwierniejszych przyjaciołach. Nie wymienię ich tu wszystkich, gdyż w ciągu mego życia było ich sporo, ale pamiętam Lobo, Perłę, Dianę, Czarusia, Azora, Punię i Pestkę.


Punia trafiła do mnie w najbardziej przypadkowy sposób, jaki mógłbym sobie wyobrazić. W czerwcu lub lipcu 1995 roku wziąłem Oliwkę z Marcinem i pojechałem na wystawę psów rasowych na stadion w Koninie-Morzysławiu. Dzieci jak to dzieci najbardziej zainteresowały się aukcją psów ze schroniska, gdyż można było je adoptować za darmo. Stanęły obok wystraszonego pieska o sierści liska i już nie było mowy, by odeszły bez niego.


Punia - bo tak dały na imię tej suczce - była cichutka, ale śliczna. Jako dodatek dostaliśmy plastikową miskę na karmę i smycz. Marcin był alergikiem uczulonym praktycznie na wszystko. Powiedziałem dzieciom, że mama pewnie wyrzuci mnie z tym psem do garażu. Gdy tylko przyjechaliśmy z tym nabytkiem do domu Marcin przejęty losem psa i... swojego taty pierwszy wszedł do domu i zasłaniając mnie i pieska swoim ciałem zapytał z drżeniem głosu:

- Mamusiu, ale nie wyrzucisz tatusia z pieskiem do garażu?


Nie wylądowałem w garażu, ale co się nasłuchałem to mi nikt nie zdejmie. Punia była cichutka i nie szczekała praktycznie. Była posłuszna. Nigdy nie poczuła się gospodarzem terenu, ale chyba wynikało to z jej wcześniejszych przeżyć. Była przytulanką dzieci.


Po kilku latach rozchorowała się i by skrócić jej cierpienia musiałem ją uśpić. Bardzo przeżyłem jej śmierć. Postanowiliśmy z żoną, że nie będziemy mieli kolejnego psa. Oliwia w tym czasie zaczęła udzielać się w schronisku dla zwierząt. Pewnego razu, gdy żona wyjechała na jakieś szkolenie córka zwróciła się do mnie:

- Tatku! Jak mamusia wróci ze szkolenia to porozmawiamy, żeby pozwoliła nam wziąc nowego pieska.
- Jak my się będziemy pytać mamy o zgodę to nigdy nie będziemy mieli pieska - chlapnąłem zanim pomyślałem.
- Wiesz co - powiedziała córka - to ja już upatrzyłam
sobie pieska.





No i nie miałem wyjścia. Wsiedliśmy w samochód i przywieźliśmy do domu Pestkę, która po dwóch dniach adaptacji stała się najwspanialszym stróżem domu i otoczenia. Mały mieszaniec jamnika z kundlem. Śliczna, jak mało który pies i przy tym pełną gębą... lepiej chyba zabrzmi pełnym psim pyskiem domownik.

Żeby się nie narazić na szykany ze strony powracającej ze szkolenia mamy wymyśliliśmy następująca formułę dotyczącą psa: właścicielem psa jest babcia, natomiast Oliwia jest tylko opiekunką. Z racji sprawowanej przez Oliwię opieki Pestka została ulokowana w jej pokoju. I tak jest do dziś.

Rodzinę zaczęła rozpoznawać dość szybko. Natomiast każdy obcy niech się strzeże. Kurier dostarczający przesyłkę pozbył się nogawek, gdyż nie posłuchał, by nie wchodzić za furtkę. Sądził, że mały piesek nic mu nie zrobi. Przeliczył się.

Pestka jest bardzo mądra, ale przede wszystkim potrafi okazać emocje, które czynią ją prawdziwym przyjacielem człowieka. Cieszy się powrotowi domowników z takim natężeniem, jakby całe lata ich nie widziała. Nic wspanialszego być tak witanym.

7 komentarzy:

  1. Wzruszyłam się do łez. Przypomniałeś mi naszą suczkę - Tinkę. Też musieliśmy ją uśpić ze wzgledu na straszne choróbsko, które się do niej przywlokło. Rodzce zapowiedzieli: "Nigdy wiecej psów". Tak jest do dziś, mieszkam z nimi, więc akceptuję ich warunki. Ale może to się kiedyś zmieni i znowu w nasze progi zawita czworonożny przyjaciel...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ktoś kto potrafi wzruszać się losem czworonożnych przyjaciół osiągnął pełnię człowieczeństwa.Dziękuję za empatyczną wizytę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jesteś człowiekiem chyba bardzo pogodnym, bo o wszystkim piszesz z takim spokojem, ale i wzruszeniem. Zwracasz uwagę na ludzi, zwierzęta i przedmioty. Wszystko to u Ciebie jest takie jakieś poukładane.Zazdroszczę, że tak pięknie piszesz o tym wszystkim. To przestrzeń, za którą tęsknie. Dobrze, że mogę od czasu do czasu podejrzeć Twój świat.

    OdpowiedzUsuń
  4. już dawno miałam się wpisać wdzięczna za nistandardowy wpis u mnie. Dla wyjaśnienia kocham matematykę niezmiennie, ale jestem takim matematycznym kundelkiem, bo wszystkiego po trochę się imam. Notka o mamach i pieskach na czasie, tylko, że moje dzieci nigy nie miały nadzieji uzyskania oparcia w tacie - to on jest najbardziej contr. Zazwyczaj ja miękłam. Teraz jest chwila (dłuższa) bez pieska i moja najmłodsza córka nie może mi tego wybaczyć. Niestety blokowisko, moje szwankujące zdrowie i brak możliwości zostawienia milusińskiego u przyjaznej duszy w czasie częstych wyjazdów. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  5. Życzę, by Twoje dzieci zmiękczyły swojego tatę. Ja lubię im ulegać, co nie znaczy, że im pobłażam. Ale jako stary "psiarz" - pieski towarzyszyły mi od dzieństwa - nie mogłem postąpic inaczej.PS. Ludzie lubiący matematykę wbrew pozorom są bardzo wrażliwi.

    OdpowiedzUsuń
  6. dzięki za odwiedziny. Św, Franciszek podesłał mi też życiowego przyjaciela- mały, rudy i kochany!Koledzy mojego syna jak zobaczyli pierwszy raz mojego pieska to krzyknęli: "Zobacz lis zgwałcił wiewiórkę!"Pozdrawiam!www.blogowanko.bloog.pl

    OdpowiedzUsuń
  7. Witam ;-)) Pojawiam się z rewizytą. Szczególnie, że temat jest mi równie bliski ;-) Tylko, że moimi przyjaciółmi są.. koty ;-) Kocury właściwie... A właściwie dopiero drugi ;-) Ale już wiem, że nie wyobrażam sobie domu bez tego mruczącego futrzaka ;-)

    OdpowiedzUsuń