niedziela, 30 września 2007

Theatrum politicum

Kolejny dzień z głowy. Politycy występują na scenach zamiast artystów... Niektórzy artyści, ale tylko niektórzy, uświetniają wystąpienia zbawców narodu.

Jeśli tylko część zapowiedzi się sprawdzi, to Polska będzie krajem mlekiem i miodem płynąca. Będzie niczym Ziemia Obiecana dla narodu wybranego. Jedni uważają, że należy przegonić oligarchów i innej maści szkodników... chyba żałują, że nie można ich wyrżnąć tak, jak naród wybrany zrobił to z Filistynami. Drudzy z kolei, chcą zwalczać kaczyzm, lepperyzm i giertychizm razem wzięte. Stan i natężenie obelg i oskarżeń sięga szczytu Himalajów.

To wszystko, co się dzieje to marność nad marnościami. Słowa są jak słoma, która spłonie i już ich nie ma. Sensy i znaczenia są powykręcane, często nawet są w opozycji do tego, co do niedawna znaczyły. Występ po wypiciu wina przed ukraińskimi studentami to wyraz szczególnego rodzaju savoir-vivre (zwłaszcza wobec studentek). Mimo, że ci młodzi ludzie mieszkają poza granicami łacińskiej kultury, to jednak po wyrazie ich twarzy było widać, że coś nie tak z tym wszystkim, co zobaczyli... nawet jak na ich standardy (z góry przepraszam za posłużenie się stereotypem). Czuli się bardzo zażenowani.

Ale co mi tam. Dzięki Bogu jeszcze tylko 3 tygodnie i wszyscy wrócą do normalnych zajęć i będą mogli skupić sie na tym,co naprawdę ważne.
_________________________________________

Dzisiaj próbowałem dopisać kolejną zakładkę w genealogii. Dosyć ważną dla mnie, bo dotyczącą Józefa Rajewskiego (1885-1989), starszego brata mojego dziadka. Niestety złośliwość przedmiotów martwych... cała praca poszła w powietrze. Zachował się tylko fragment zapisany jakiś czas temu na serwerze. Nie zachowało się nic z tego, co opracowałem. Będę musiał podejść do tego jeszcze raz i to ze znacznym spokojem.

Od jakiegoś czasu śledzę portale genealogiczne i z satysfakcją dostrzegam, że coraz więcej osób poszukuje swych korzeni. Co ciekawe są to osoby coraz młodsze. To chyba dobrze, że pewnych spraw nie odkładają na przyszłość. Nie da się wszystkiego zrobić na starość. Część osób, które mogą być nam pomocne w tym przedsięwzięciu, może już nie doczekać chwili, gdy najdzie nas chęć genealogiowania.

sobota, 29 września 2007

Genealogiczne postępy...

Wczoraj i dzisiaj pomieściłem na swojej stronie genealogicznej dwie kolejne zakładki. Opracowanie ich i przesłanie na serwer sprawiło mi ogromną przyjemność... znów została dołożona kolejna cegiełka.

Rzecz jasna, nie byłoby to możliwe bez wsparcia kuzynów, o których pisałem w jednym z pierwszych postów. Jak zwykle niezawodny Andrzej Lewandowski popełnił tekst Groch z kapustą. Jest to ilustracja do zdjęć wykonanych w czasie jego kilku wizyt w Koninie. Odwiedził i przyglądał się miejscom związanym z jego bliskimi, ale i z jego młodością. Polecam uwadze jego wcześniejsze teksty takie, jak Fastryga, Florentynowo, czy wspomnienie o Ninie i Zbyszku Kierstanach.

Do grona współtworzących stronę dołączyła kuzynka Magda Koffnyt, która metodycznie tropi przodków w okolicy Koźmina i Jarocina (Wielkopolska). Muszę przyznać, że jestem pod wrażenie i pełen uznania dla jej osiągnięć, zwłaszcza, gdy spojrzy się na rozbudowane drzewo genealogiczne.

Grzebanie w przeszłości to szczególny rodzaj archeologii. Wymaga on cierpliwości, intuicji, czasu i... lekkiego zakręcenia. Aha! najważniejsze w sumie: jeszcze musi się chcieć. Wszak tylko wariaci grzebią w przeszłości:-).

Kuzyn David Piekarczyk napisał ostatnio na swoim blogu, że nie można cieszyć się teraźniejszością, jeśli nie pamięta się swej przeszłości. Jako ciekawostkę podam, że David urodził się i całe życie spędził w USA. Jest Polakiem w trzecim pokoleniu. Gdy kilka lat temu rozpoczął genealogiczne poszukiwania to nie spodziewał się, że na emeryturę przeniesie się do Polski. Stało się to 3 sierpnia 2007 r. POLAND-OUR-FUTURE

Dla moich dzieci to, co robię to taka pasja taty, której do końca jeszcze nie rozumieją. Muszę przyznać, że rodzina bliższa i dalsza, widząc efekty pracy, okazuje zainteresowanie i wyraża się z uznaniem. Niektórzy sami zaczynają szperać, by uzupełnić moje informacje, ale i zaspokoić swoją ciekawość.

Mam nadzieję, że moja ciekawość przeszłości udzieli się niektórym z czytających tego bloga i zaglądających na moją stronę genealogiczną.

czwartek, 27 września 2007

O zapomnianej sztuce pisania listów

Korina sprowokowała mnie do refleksji nt. umiejętności pisania listów. Myślę, że tylko nieliczni wiedzą, o czym mowa i że kiedyś mówiono o tej umiejętności sztuka epistolografii. Mimo, że słowo to zawiera literę "r" nie jest to słowo wulgarne :-). Żeby było ciekawiej dopowiem, że Korina została zainspirowana - zasłyszaną całkiem przypadkiem - rozmową starszych pań. Szczegóły w jej blogu http://korina7.blog.pl/.
W moim rodzinnym archiwum znajduje się kilkadziesiąt listów, które zostały napisane na przestrzeni kilkudziesięciu lat XX wieku. Są to listy do moich dziadków zarówno tych po mieczu, jak tych i po kądzieli... Muszę przyznać, że listy te to kopalnia wiedzy o rodzinie. Dlaczego? Kiedyś w listach pisano o tym, co ważnego wydarzyło się w rodzinie, opisywano poszczególne osoby i ich przypadki. Z tych listów czerpałem i nadal czerpię dane i wskazówki do mojej genealogii.
Najstarsza kartka w mojej kolekcji pochodzi z 1918 roku. Helena Siwińska, najmłodsza z sióstr mojej babci Stefani z Siwińskich Kupińskiej - opisuje pobyt u niej na chrzcinach jej córki. Z tej kartki dowiedziałem sie, że mój ojciec miał siostrę Wandę. Zmarła zanim się urodził, ale to już wiem z zapisów parafialnych. Ta kartka zawiera raptem kilka zdań, ale jak wiele mówi.

Współczesne formy komunikacji już tak nie wzruszają jak pożółkłe kartki papieru przechowywane w kartonach.
Powyżej i obok próbki tego, co wzrusza i pozwala poprzez dotyk doświadczyć osób, które pisały to wszystko. Mam wewnętrzne i metafizyczne przekonanie, że przedmioty, listy, miejsca... przechowują ślady osób, które już dawno odeszły. przy odpowiedniej wrażliwości można przenieść się w tamte miejsca i sytuacje.

Może czasami potrzeba nam tej cudownej naiwności dziecka, by poczuć to wszystko... Jest to możliwe, jeśli tylko się tego bardzo chce.

środa, 26 września 2007

A jednak Millera mi żal...

Nigdy nie posądzałem siebie o empatię do "żelaznego kanclerza" Leszka M. Ale, jak się okazuje, nie znałem siebie od tej strony. Miller nigdy nie był, nie jest i nie będzie politykiem z mojej bajki, choć w 2001 roku, gdy AWS toczyła się po równi pochyłej w niebyt polityczny, miałem nadzieję, że przychodzi człowiek, który wreszcie coś zrobi dla Polski. Nieważne, że proweniencja nowej władzy i przeszłość jej dysponentów budziła moje ogromne zastrzeżenia... Myślałem wtedy: Skoro ci, co mieli ponoć moralny mandat wynikający z chlubnej przeszłości, nie potrafili nic dobrego zrobić rozdzierając Polskę w targach o kolejne partyjne synekury, to może ludzie dawnego reżimu lepiej przysłużą się ojczyźnie.

Ku mojemu ogromnemu rozczarowaniu tak się nie stało. Gdy władza Leszka M. i jego ugrupowania zaczęła grzęznąć w sosie rywinowskim, przyprawionym aferą starchowicką i full-wypasem posła Pęczaka straciłem nadzieję, że ktokolwiek moze być w polityce przyzwoity i spełnić zapowiedzi wyborcze.

Abstrahując od wszystkiego, co wydarzyło się w ciągu ostatnich 3 lat, odkąd Miller oddał władzę, dziwi mnie w SLD brak zwykłej ludzkiej przyzwoitości wobec dawnego lidera i twórcy potęgi Sojuszu. Żaden błąd, który popełnił jako lider partii, czy jako premier, nie dawał podstaw, by postąpić z nim jak śmieciem, czy używając jego własnego określenia jak ze starym meblem.

Mam cichą nadzieję, że startując z listy Samoobrony, utrze nosa odnowicielom lewicy pokroju Szmajdzińskiego, Janika, Kwaśniewskiego i in. Olejniczak pożałuje swojej niewdzięczności. Wszak Miller, wbrew opinii ówczesnego prezydenta, uczynił go ministrem, a wcześniej posłem.

Muszę przyznać, że mniej absorbuje mnie wynik potyczki PO i PiS, bardziej ekscytuje mnie wynik potyczki Millera z Olejniczakiem w Łodzi. Stawiam na Millera. Przecztaj: Blog Leszka Millera

wtorek, 25 września 2007

Robotników mało...


Wszyscy lubimy rzeczy gotowe, nad którymi trudzili się inni. Wtedy chętnie podziwiamy efekty ich pracy. Gorzej, gdy ktoś zapyta: A może się przyłączysz i pomożesz? Wtedy czynią jakieś dziwne uniki, wymawiają się brakiem czasu i talentu itp.


Niedawno, gdy postanowiłem przebudować założoną rok temu stronę genealogiczną, zwróciłem się o pomoc do kuzyna Andrzeja Lewandowskiego. Przesłał mi kilka swoich starszych tekstów, które opublikował we wspomnieniowych działach różnych gazet takich, jak Trybuna, czy Gazeta Wyborcza. Napisał też kilka nowych, które umieściłem na naszej stronie. Najbardziej urzekające, bo spisane spontanicznie i z niemalże dziecięcą wrażliwością, jest wspomnienie o wymownym tytule Fastryga. Jeśli nie starczy woli i cierpliwości, by przeczytać wszystko, co napisał Andrzej, to przynajmniej warto sięgnąć do Fastrygi.

Dzisiaj coś drgnęło w "temacie" współpracy genealogicznej. Odezwał się kuzyn Andrzej Mejer, który zadeklarował, że popełni parę tekstów o Golinie, Florentynowie i osobach, które związane były z tymi miejscami. Dopilnuję, by dotrzymał słowa oraz, by w jego ślady poszli pozostali: kuzynki, kuzyni, ciotki i wujowie, do których zwróciłem się o współpracę.

Kilka dni temu odezwał się do mnie kuzyn Darek Siwiński z Gdyni. Niedawno odbył podróż sentymentalną w okolice Koła do miejscowości Dęby Szlacheckie, Drzewce, Łuczywno i Osiek Mały. Zadeklarował, że napisze coś, co będziemy mogli zamieścić na stronie w części dotyczącej linii Siwińskich. Darek znalazł do mnie kontakt właśnie poprzez stronę genealogiczną. Okazuje się, że dzięki niej odkrywam i odnajduję coraz liczniejszą rzeszę kuzynów.

Wypada w tym miejscu wspomnieć Jarka Brzoskiego ze Słupska (pochodzi z parafii Dęby Szlacheckie), który weryfikuje drzewo, ale i przekazuje kontakty do kuzynów. Wielkie dzięki za pomoc i prośba o jeszcze.

Dla sprawiedliwości oceny zaangażowania PT. Kuzynostwa w sprawy przeszłości rodziny muszę oddać, że nie było nigdy problemu z przekazywaniem zdjęć, informacji, czy poprawek do drzewa genealogicznego. Dzięki Bogu... mamy internet! Cóż więcej nam trzeba.

poniedziałek, 24 września 2007

Metafizyka

Florentynowo jest jak niekończąca się opowieść. Ile razy, by nie mówić o tym miejscu, to zawsze pojawi się jakaś nowa inspiracja i powróci jakieś zakurzone już wspomnienie. Ciągle przywołuję to miejsce myślami, ale i też pojawiam się w nim osobiście. Spoglądam na miejsca, krajobrazy... nakładam na ten widok starą kliszę wspomnień i przenoszę się w czasie. Tak... mam taki swój osobisty wehikuł czasu.Najczęściej zaglądam do gospodarstwa wuja Mateusza Lewandowskiego, bo tylko on tam został spośród osób zapoznanych przeze mnie w okresie dzieciństwa. Rzadziej do gospodarstwa obok, gdzie mieszkałem ze swoim ukochanym dziadkiem Romanem. Mieszkają tam ludzie, których wcześniej nie znałem, przybyli ze świata zewnętrznego.

Ostatnio nie zastałem wuja na miejscu, co jest w jego przypadku rzadkością. Była tylko ciotka Krystyna i ich wnuk Przemek Kubin, syn Hani Lewandowskiej. Przemek jest studentem V roku Akademii Rolniczej w Poznaniu. Wuj Mateusz, który już od dłuższego czasu walczy ze swoim zdrowiem, a właściwie z jego brakiem, był na jakiś badaniach w Koninie, na które zawiozła go córka Urszula.

Pisząc o Florentynowie tak naprawdę chcę napisać kilka słów o Przemku, który tylko 3 lub 4 lata swego dzieciństwa spędził w miejscu, w którym go zastałem. Później mieszkał i dorastał na ziemi lubuskiej, dokąd wyprowazili się jego rodzice. Dziś już wiadomo, że Przemek po ukończeniu studiów obejmie 42-hektarowe gospodarstwo. Obawa, jaką żywili wujostwo Lewandowscy, że nie będzie miał kto przejąć po nich schedy, została rozwiana. Decyzja zapadła jakieś 2-3 lata temu. Na Florentynowie pojawi się młody i dobrze wykształcony gospodarz. Ziemia, którą przejmie, jest w rękach rodziny Lewandowskich niemalże od 100 lat. Nabył ją jeszcze Franciszek Lewandowski (1883-1970), pradziadek Przemka. Gospodarstwo, które obejmie, stanowi tylko cząstkę Florentynowa, które kiedyś w całości było w rękach rodziny.Przemka spotkałem przelotnie u jego dziadków jakieś 2 lata temu. Dopiero teraz mogliśmy porozmawiać tak "po duszam". Z tej nie najdłuższej rozmowy mam odczucie niedosytu, ale wszystko jest do nadrobienia. Jestem dobrej myśli. Przemek może nie do końca jeszcze odczuwał sens i znaczenie tego, co stanie się za rok, ale myślę, że po pewnym czasie dopadnie go metafizyka miejsca. Czas i przestrzeń, marzenia i doświadczenia życiowe bliskich, którzy go poprzedzili w tym miejscu po jakimś czasie ujawnią się, a on stanie się ich cześcią i współgospodarzem.

Każdy z nas ma jakiś określony czasem i miejscem świat, w którym najlepiej się czuje i definiuje... Inaczej mówiąc taka własna czasoprzestrzeń to sposobność do odnajdowania siebie w przedmiotach i miejscach naznaczonych obecnością naszych przodków.


niedziela, 23 września 2007

Nadciągają kuzyni...

Kiedy rok temu zakładałem swoją stronę genealogiczną, nie sądziłem, że z każdym dniem, tygodniem zacznie się do mnie zgłaszać coraz większa liczba osób, w tym w dużej części kuzyni, o których istnieniu nie miałem najmniejszego pojęcia.

Okazuje się, że jest ogromny głód poznania własnej przeszłości... nie tej osobistej, ale dotyczącej własnych przodków i ich potomków żyjących obok siebie bez świadomości, że są rodziną. Przychodzą e-maile z pytaniami oraz różne ciekawe informacje. To wszystko składa się na poszerzenie mojej wiedzy o rodzinie i inspiruje mnie do dalszych poszukiwań.

Jako przykład podam niedawny kontakt ze strony Leeny Sarin - kuzynki z Finlandii. O tym, że tam jest jakaś daleka rodzina nie miałem najmniejszego pojęcia. Leena dotarła przed 14 laty nawet do Goliny, ale nie mogla z nikim się porozumieć ani po niemiecku, ani po angielsku. ż liczyła na spotkanie kogoś z rodziny Rajewskich. Jedyne, co się jej udało to tylko kilka zdjęć nagrobków z nazwiskiem Rajewski na cmentarzu parafialnym.

Okazuje się, że Rajewscy byli bardzo mobilnym rodem. Docierali nie tylko do Ameryki. W latach 70-tych XIX wieku do armii carskiej trafił Karol Rajewski (1851-1919). Stacjonował, jak wskazuje dokument wojskowy, który zachował się w archiwum rodzinnym, w okolicy dzisiejszych Helsinek (Gelsigfors). Znalazł tam pracę i osiedlił sie na stałe. Ożenił w 1888 roku z Almą Aliną Salander. Więcej o nim można przeczytać na: Rajewscy (Finlandia).

Są także sygnały ze strony rodziny Siwińskich - linia mojej babci Stefanii z Siwińskich Kupińskiej (1891-1981):
1) Udało się nawiązać kontakt z Tomkiem Siwińskim - prawnukiem jej brata Kazimierza (1899-1950). Siwiński Bogusław
2) Odezwał się też kuzyn Darek Siwiński z Gdyni prawnuk Antoniego Siwińskiego (1885-1963)

Z Niemiec napisał do mnie Waldek Kupiński, który poszukuje korzeni i śladów rodziny Kupińskich wywodzących się z Ksawerowa (miejscowość między Łodzią a Pabianicami). Jest wielce prawdopodobne, że nasi pradziadkowie byli jeśli nie braćmi to kuzynami, gdyż Kupińscy wywodzą się z miejscowości Kupinin, gm. Dąbie nad Nerem (50 km na wschód od Konina i 80 km od Ksawerowa). Stamtąd rozeszli się w różnych kierunkach. W Polsce mieszka ok. 1500 osób o tym nazwisku. Największe skupisko osób o tym nazwisku jest właśnie w promieniu do 100 km od Kupinina.

Odezwali się także Siwińscy z Poznania - rodzina nie spokrewniona, ale nosząca to samo nazwisko. Dodałem link do ich strony, by poszukujący swych korzeni mieli możliwość dotarcia do nich. Zobacz: www.siwinscy.pl.

Myślę, że niebawem pojawią się kolejne ciekawe kontakty i informacje. Weekend jest najlepszy na tego typu zajęcia, więc zapewne ktoś znów poszukuje przodków i korzeni i trafi na moją stronę.

sobota, 22 września 2007

Czas...

Dla kogoś kto pracuje nad genealogią rodziny CZAS jest przeciwnikiem, ale i sprzymierzeńcem. Nie da się uprawiać genealogii jeśli się nie odczuwa wobec czasu sympatii i szacunku. Każdy genealog zmaga sie z czasem skrywającym przeszłość. Cierpliwość i dociekliwość jest wynagradzana, bo geniusz tkwi w cierpliwości.

Na innych blogach i forach internetowych dominuje teraz polityka i ona cieszą się największą popularnością, ale mam nadzieję, że dla poszukujących swoich korzeni polityka to tylko zjawisko, które czasami porywa nas i mami. Natomiast to, co najistotniejsze jest w nas samych... w naszych genach.

Kuzyn David Piekarczyk, od którego zaczęła się moja pasja, prowadzi swój blog Poland-Our-Future i prezentuje w nim swoje codzienne przeżywanie pobytu w Polsce. Przygoda z genealogią przywiodła go w sierpniu na stałe do Polski. Jest przykładem, jak niewinna pasja może przenieść nas na drugi kontynent. Jeszcze kilka lat temu nawet nie śniło mu się, że emeryturę spędzi w kraju przodków. Poznaje mentalność Polaków i porównuje ją z tym, co ukształtowało go w USA. Zobacz: Poland-Our-Future

Kuzyn Andrzej Lewandowski, którego sporo tekstów genealogicznych znajduje się na naszej stronie, mimo wiedzenia życia emeryta nie zrezygnował ze swojej pasji jaką jest sport... codziennie niemalże komentuje to, co się w nim dzieje. Zobacz: Echa Wydarzeń.