poniedziałek, 31 grudnia 2007

Piórem pisane

Kilka dni temu przyszło mi podróżować pociągiem. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że jechałem nim pierwszy raz od 10 lat. Niestety była to jazda pociągami osobowymi i jak się okazuje niewiele się na kolei zmieniło odkąd korzystałem z jej usług ostatni raz. Wagony nadal zabrudzone, a grzejniki elektryczne rozgrzane do maksimum. Owszem były nawet te moje pociągi punktualne w przeciwieństwie do tych, którymi podróżuje Korina7, ale czułem, że jestem w miejscu bardzo brudnym i wywołującym niemiłe odruchy. Ale mniejsza z tym. Podróż pociągiem w takich warunkach spowodowała, że na drugi dzień już miałem gotowe przeziębienie (nos i gardło w stanie, którego nikt nie lubi) i ciepłe łóżeczko stało się moim udziałem. Dzięki temu musiałem na nowo uczyć się redagować teksty zapisując piórem kartkę papieru. Niby nic takiego, ale jednak. Pamiętam, gdy 13 lat temu zacząłem posługiwać się komputerem to najpierw pisałem tekst ręcznie, a dopiero później przepisywałem się go do komputera. Tak samo wcześniej, gdy korzystałem z maszyny do pisania. Z czasem dopiero nauczyłem sie robić to bezpośrednio. Pamiętam też taką migawkę z pierwszego posiedzenia senatu w 1989 roku, gdy wypowiadał się wybrany na senatora nieżyjący już pisarz Andrzej Szczypiorski. Nieistotna już jest treść wypowiedzi, której i tak nie pamiętam, tylko poczyniona przez niego uwaga dotycząca sposobu sformułowania myśli na kartce. Przepraszał, że mówi może nieskładnie, ale powodem tego jest to, iż spisał ją ręcznie, a przyzwyczajony jest do pisania na maszynie (sic!!!).Teraz dopiero w pełni zrozumiałem to, co wtedy wydawało mi się jakimś dziwactwem i dziwną pozą pisarza. Sam doświadczyłem, jak łatwo można uzależnić się od techniki, by proste zdawałoby się czynności sprawiały nam trudność.

Gdy spojrzeć na charakter pisma widoczny w starych listach i wpisach dokumentów, to aż żal, że dzisiaj tak bazgrolimy... sami siebie często nie potrafimy odczytać, a co dopiero, by spróbować napisać odręczny list zamiast maila. Jeśli już piszemy na kartce, to używamy długopisów, cienkopisów, rzadziej posługujemy się piórem.

W mojej genealogicznej kolekcji oprócz zdjęć i dokumentów jest sporo listów sprzed kilkudziesięciu lat. Mam ogromną przyjemność, gdy biorę je do ręki, bo poza treścią jest w nich odciśnięty i widoczny ślad pióra, kreślący kształt liter. W mailach niestety już nie ma tego metafizycznego kontaktu z drugim człowiekiem poprzez papier, który on zapisywał, dotykał i składał w kopertę.

(5603)

niedziela, 23 grudnia 2007

Navigare necesse est

NAVIGARE NECESSE EST, VIVERE NON EST NECESSE (w wolnym tłumaczeniu: muszę żeglować, bo jest to dla mnie konieczne, natomiast zachowanie was przy życiu taką koniecznością już... nie jest) - wg starożytnego historyka Plutarcha słowa te zakrzyknął do załogi okrętu Pompejusz uznając, że ryzyko utraty życia przez załogę i niego samego podczas właśnie szalejącego sztormu jest mniej ważne niż konieczność wypłynięcia i żeglowania do wyznaczonego celu.

W poprzednim wpisie mówiłem o wolności i jej namiastkach. Mam świadomość, że nie da się problemu wolności rozwikłać w jednym poście, który z natury rzeczy jest tylko pewnym skrótem i refleksem przekonań, mniemań i doświadczeń jakie w nas siedzą.Z wolnością wiąże się wolność przemieszczania, co dobitnie w formie jakby neonu przedstawia zacytowane już na samym początku łacińskie powiedzenie. Uświadomiłem to sobie podczas szalonych 42 godzin podróży samochodem do Anglii i z powrotem. Nieważny powód, ale ten wyjazd był konieczny, jak żeglowanie Pompejusza.
W krótkim czasie przemknęliśmy przez kilka krajów, ale praktycznie ich nie poznaliśmy... poznaliśmy jedynie ich drogi i system oznaczeń. Zdecydowanie wygrały drogi i oznaczenia niemieckie, ale najładniejszym widokiem powitała nas w sobotę przed południem Holandia.


Mroźny poranek w Holandii (minus 7 st. C)

W Dunkierce troszkę pobłądziliśmy zanim dotarliśmy na prom. W jechaliśmy na drogę wzdłuż wybrzeża zamiast jechać autostradą w kierunku na Calais i podziwialiśmy pozostałości umocnień niemieckich z okresu II wojny światowej. W tym miejscu alianci na początku wojny dostali od Niemców łupnia, a ich lądowanie - w przeciwieństwie do późniejszego lądowania w Normandii - okazało się klęską.
P7300013

Dotarliśmy wreszcie na prom - oznaczenia fatalne i gdyby nie pytać się tubylców - mielibyśmy problem. Przed startem miły akcent: życzenia świąteczne po polsku od francuskiej obsługi terminalu. Odwzajemniliśmy się Joyeux Noël et Bonne Année.


Podróż do Dover po drugiej stronie (niecałe 2 godziny) nawet w dość ciekawych warunkach, bo w części dziobowej w przeszklonej dużej kawiarni przeznaczonej wyłącznie dla... kierowców TIR (wprowadził nas tam jeden z kierwoców). Poza widokiem drugą zaletą była kawa i inne napoje za darmo bez ograniczeń. Prom był dość pusty, gdyż okres świąteczny sprzyjał bardziej podróżom w drugim kierunku.

Na promie podczas wychodzenia z portu w Dunquerke (Francja)


Ok. 18-ej wysiadka w Dover, odprawa (sic!!!) - szukali narkotyków, noży i innych niebezpiecznych i zakazanych przedmiotów. Ich podejrzliwość wynikała z tego, że nie jechaliśmy w głąb Anglii tylko do Folkestone w kierunku Eurotunelu.
Dover - podpływanie do nabrzeża portu



Później jazda lewą stroną przez 20 km... najciekawsze doświadczenie jest na rondach, gdzie zamiast w prawo trzeba skręcać w lewo. By nie czekać w samochodzie na spotkanie wstąpiliśmy do kilku sklepów, nie omieszkaliśmy posiedzieć przy kawie w McDonald's (poza funtami honorują na szczęście Euro). Siedząc tam podczas tej krótkotrwałej emigracji zaczęliśmy - jak to mężczyźni - podziwiać urodę mieszkanek Albionu. Doszliśmy do wniosku, że gdyby to one miały być powodem przyjazdu, to nigdy byśmy nie opuścili rodzinnego kraju.

O 1-ej w nocy podjechaliśmy do Eurotunelu, gdzie przed wjazdem wymieniliśmy samochody, przepakowaliśmy rzeczy i wjechaliśmy po nowe doświadczenia. Kiedyś oglądałem film o budowie tego tunelu. Teraz miałem skorzystać z jego dobrodziejstw. Wjechaliśmy samochodem do wagonu ustawiając się jeden za drugim. Przypomniał mi się się Zaginiony świat opisany przez Juliusza Verne'a i współczesna ekranizacja przygód odkrywców, ale tylko przez moment. Nigdy bym nie pomyślał, że w czasie tej podróży będę w najlepsze spał 100 m pod powierzchnią kanału La Manche. Dość krótki przejazd (35 minut) okazał się w ten sposób jeszcze krótszy.
W wagonie tuż przed wjazdem do Eurotunelu - kierunek Calais (Francja)

Już w Calais - zaraz po wyjeździe z Eurotunelu - powitał nas napis (chyba dla Anglików), by trzymać się prawej strony, później pierwsza kawa, tankowanie samochodu (oj boli wydawanie Euro) i wariacki powrót. Drogi już puste. Jedynie gołoledź w Niemczech, ale to żaden problem, gdyż tzw. służby utrzymania ruchu już polewały drogi wodą z solą.

18.30 - lądowanie w domu.

Najciekawsze doświadczenie z podróży? Właściwie niezauważalne granice między państwami, no może poza granica polsko-niemiecką.

(4945)

piątek, 21 grudnia 2007

Symulowanie wolności

Wolności nie można symulować - Stanisław Jerzy Lec.

Ile osób nie spytasz o to, czym jest wolność, uzyskasz odpowiedzi tak różne, jak ich życiowe doświadczenia i potyczki z wolnością.

Wydawało mi się, że im więcej posiadam najróżniejszych wynalazków (gadgets), takich jak telefon, komputer, internet, samochód, pieniądze itd., tym większej doświadczam wolności. Mając to na uwadze od czasu do czasu ocieram się nawet o totolotek, by choć przez chwilę - zanim dojdzie do losowania - pomarzyć o wolności... wydawania wygranej.

Za dwa dni pozbędę się swojego samochodu, którym się przemieszczałem tu i tam. W pierwszej chwili, gdy podjąłem tę decyzję, zrobiło mi się smutno. Teraz jednak zaczynam myśleć, że w ten sposób nolens volens staję się człowiekiem wolnym. Wolnym od... posiadania samochodu.

Skłoni mnie to do przemieszczania się innymi środkami lokomocji, planowania dojazdów, przejazdów, dawania sobie więcej czasu na załatwienie pewnych spraw, ale i więcej czasu na myślenie. Gdy byłem jeszcze młodym belfrem i do pracy w liceum dojeżdżałem autobusem to każdą wolną chwilę wykorzystywałem na czytanie: na przystanku, w autobusie, idąc chodnikiem...

Ciekaw jestem sam siebie i tego, bez czego mógłbym się jeszcze obyć.
Im więcej posiadam, tym większe odczuwam uzależnienie od posiadanego przedmiotu.

Grecki filozof Diogenes (413-323 p.n.e) miał za mieszkanie beczkę. Jak głosi legenda, pewnego razu opalającego się obok beczki Diogenesa odwiedził sam Aleksander Wielki. Władca zapytał go, czy czegoś mu nie potrzeba. W odpowiedzi usłyszał: Odsuń się, zasłaniasz mi słońce.

Ubi enim est thesaurus tuus ibi est et cor tuum (Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje) Ewangelia wg Mateusza 6,21


(4789)

czwartek, 20 grudnia 2007

poniedziałek, 17 grudnia 2007

Moje klasy

Dopadła mnie w miniony weekend mania naszej-klasowości (nie mylić z klasą społeczna w sensie marksistowskim :-)). Wszedłem i zalogowałem się z głupia frant na portal www.nasza-klasa.pl, bardziej z ciekawości cóż to może być. Tyle czytałem o tym u kogoś na blogu, ktoś inny wspominał o tym w rozmowie. Rzecz jasna odnalazłem liceum, klasę, ale póki, co był tam odnotowany tylko jeden z moich kolegów. Może koledzy - tak, jak ja - zalogują się dopiero za namową innych. Ale cóż mi tam. Poprzeglądałem to i owo. Tak się złożyło, że w tej samej szkole, którą ukończyłem w 1980 roku, byłem kilka lat później belfrem. Odnalazłem klasę, której przez okres 2 lat byłem wychowawcą. Kilkoro moich wychowanków było zapisanych, są ich zdjęcia (Marcin, Monika, Ewa, Robert, Marek, Maciej, Paulina, Ada, Joasia, Liliana i Karina), na dwóch i moja skromna osoba też jest widoczna.

Klasa E (1989-1993) - zakończenie II klasy w II LO w Koninie

Jakież było miłe zaskoczenie, gdy jeszcze tego samego dnia otrzymałem poprzez portal zaproszenie od swoich uczniów do nawiązania kontaktu. Ale mało tego… odezwali się także uczniowie innych klas, którzy mieli ze mną zajęcia. A że nie uczę już od 1993 roku to tym bardziej to miłe.

Ekonomia wypędziła mnie ze szkoły. Dziś z perspektywy czasu – mimo iż w oświacie niewiele się poprawiło - tęsknie za kontaktem z młodymi ludźmi. Bardzo lubiłem uczyć i mieć kontakt z młodzieżą, prowadzić spory, odpowiadać na trudne pytania. Tego brakuje mi dzisiaj.

Kto wie… może w jakimś ograniczonym zakresie uda się powrócić. Marzenia ponoć się spełniają.

(4491)

niedziela, 16 grudnia 2007

Magia świąt i urok mamony... organizowanie świąt

Wśród odwiedzanych przeze mnie blogów są dwie Koriny: Korina7 i Korina. Tym razem inspirację znalazłem u tej drugiej, w jej zapisie dotyczącym przedświątecznej eskapady po centrach handlowych (Kolorowe chwile). Ludzie są ponoć życzliwsi i bardziej uśmiechnięci. Może to i prawda, ale szczerze mówiąc w tym wszystkim, w całym tym zgiełku świątecznych zakupów, amerykańskich kolęd i Mikołajów kręcących sie wśród kupujących, została zagubiona rzecz najistotniejsza... magia świąt. Staliśmy się niczym Ebenezer Scrooge - bohater Opowieści wigilijnych - ale nie dlatego, że jesteśmy skąpi pieniędzy, bo tych wydajemy mnóstwo na siebie i organizację świąt, ale... jesteśmy skąpi CZASU, jaki mamy dla siebie samych, dla najbliższych i na refleksję. Tzw. organizowanie świąt zabija to, co w nich najważniejsze: Ducha Świąt.

Cieszę się, że w sklepach nie rozbrzmiewają kolędy polskie tylko amerykańskie - słodkie śpiewanki, które kojarzą się z szałem zakupów, reklamami w telewizji, radio i witrynach. Cieszę się, że Lulajże Jezuniu, Przybieżeli do Betlejem, czy Oj Maluśki, Maluśki... usłyszę tylko w kościołach i w programach świątecznych telewizji i radia oraz przy własnym stole wigilijnym. Nie trzeba być głęboko wierzącym, by dostrzec pustkę tego, co się dzieje wokół organizacji świąt. Zatraciły już dawno swój sakralny wymiar, stały się pustą formułą wypraną z wszelkiej duchowości i metafizyki.

W drugi dzień świąt odwiedzi mnie kuzyn David Piekarczyk z żoną Joan. Od sierpnia mieszka w Polsce, do której powrócił jakby w imieniu swoich przodków, którzy 100 lat temu ją opuścili. Powrócił w poszukiwaniu swej tożsamości i chyba polskiej inności. W 3 świąteczne dni zamierza odwiedzić kilka linii rodzinnych, które pozostały w Polsce w czasie, gdy jego dziadek płynął za ocean.
Blog Davida: Poland-Our-Future

Święta to dla mnie spotkania rodzinne, rozmowy, wspomnienia, refleksje, spacery, a nie ilość dań na stole, czy ilość wypitych kieliszków wódki.

xxx

Ps. Polecam uwadze blog Jurka Bokłażca - kolegi ze studiów - Dziennik ateisty. I proszę się nie zżymać na mnie, że z jednej strony piszę o duchowości świat, a z drugiej proponuję taką lekturę. Naprawdę polecam, gdyż Jurek jest człowiekiem nietuzinkowym.

(4368)

sobota, 15 grudnia 2007

Donald... odnaleziony bliźniak Pinokia

Korina7 bawiąc się ustawieniami swego bloga – operator obsługujący blogowy portal dał możliwość zmiany wyglądu bloga i takie tam różne bajery – tak się zapamiętała w ustawieniach, że nie starczyło jej czasu, by coś samej napisać. Ale jak to bywa czasami tego typu sytuacje też przynoszą ciekawe rozwiązania. Nie chciała bloga pozostawić bez nowych zapisów i podsunęła coś, co znalazła w internecie… Pamiętnik kłamcy. Podczepiła to pod kategorię Podsłuchane, podpatrzone. Muszę przyznać, że tekst inspirujący.

Donald Tusk obiecywał, że nie będzie korzystał z przywilejów władzy i w podróże służbowe będzie się wybierał samolotami rejsowymi. Ale w ten sposób poleciał tylko pierwszy raz do Brukseli. W Wilnie, Rzymie, Ostrawie, Berlinie, Paryżu, Lizbonie i ponownie w Brukseli był już rządowym Tu-154 - informuje serwis dziennik.pl.

Według dziennikarzy RMF FM, na których powołuje się dziennik.pl, Tusk rządowym samolotem lata też do domu w Gdańsku.

Znów nolens volens mamy do czynienia ze zjawiskiem bliźniaczym i to w wydaniu, jakiego nikt się nie spodziewał.

---------------

Podsłyszane w trakcie kampanii wyborczej:

NIKT CI TYLE NIE DA, CO TUSK OBIECA

PS.

Komentatorka Szpilka poleciła artykuł Wszystkie twarze Donalda Tuska oraz podsunęła jeszcze jedno podsłyszane powiedzenie: Przeżyliśmy Ruska, przeżyjemy Tuska


(4228)

piątek, 14 grudnia 2007

Marks... o wyższości starych rzeczy nad nowymi

Filozofowie rozmaicie tylko interpretowali świat; idzie jednak o to, aby go zmienić - napisał Karol Marks w Tezach do Feuerbacha w 1845 roku. Tę wypowiedź klasyka marksizmu - swego czasu cytowanego niczym starotestamentowego proroka - przypomniałem sobie, gdy przeczytałem wypowiedź prof. Roszkowskiego nt. traktatu reformującego Unię. Mówiąc o podpisanym wczoraj (nomen omen - 13 grudnia) traktacie porównał go z marksizmem, o którym pisze się, że są w nim rzeczy i dobre i nowe, ale te dobre są stare a nowe nie są dobre. Bardzo mi się podoba ta dialektyka charakterystyczna dla filozofii zbudowanej w opozycji do heglizmu, ale wykorzystującej jego instrumentarium.

Wracając do cytowanej w pierwszej linijce tezy muszę przyznać, że kiedy studiowałem w latach 80-tych filozofię jednym z przedmiotów były materializm dialektyczny – wzdrygaliśmy się na myśl o ludach pierwotnych, Indianach, ludach Australii itp. itd. I wszelkiej maści mądrościach mających nam objaśnić, że Marks właściwie zawarł w swoich pismach wszelkie możliwe metody i narzędzia pozwalające ogarnąć rzeczywistość społeczną, ekonomiczną i dotyczącą budowy świata materialnego. Tzw. marksiści mieli - niczym świadkowie Jehowy - gotowe cytaty na każdą okoliczność. Przeprowadzali egzegezę i hermeneutykę tekstów Marksa rozumiejąc go lepiej niż on sam siebie.

Pizzeria ISABELLE w Zagórowie - znakomite miejsce do pisania bloga, choć wolę kawiarnię, gdzie podają kawę z kardamonem

Teza o przeciwstawności interpretacji (rozumienia) świata a podejmowaniem próby jego zmiany (czytaj: własnego otoczenia) jest w wersji marksistowskiej fałszywa. Myślę, że Marks tak ostro tej tezy nie stawiał, bo trudno podjąć jakiekolwiek działania zmieniające rzeczywistość nie dokonawszy wprzódy rozpoznania jej. Myślę, że taka jest istota myśli Marksa, który chciał, aby filozofia miała charakter dynamiczny, a nie statyczny. Pisząc kiedyś pracę z hermeneutyki filozoficznej nt. metafory jako figury opisującej rzeczywistość odwoływałem się do Platona, Husserla, Dilthaya, dekonstruktywistów i wielu innych, ale także do Marksa. Okazuje się, że są w nim rzeczy dobre – to są te stare prawdy, ale i rzeczy nowe – to są te rzeczy, które wprowadzili epigoni Marksa.

Mutatis mutandis – wolę stare rzeczy, bo są dobre. W tym sensie jestem... konserwatystą.

(4102)

czwartek, 13 grudnia 2007

Wyprostować poplątane...

Na jednym z opisów GG osoby znajdującej się w moich kontaktach przeczytałem: wyprostować poplątane. W pierwszym momencie, gdy to przeczytałem, spróbowałem w prosty sposób uchwycić sens. Natychmiast wewnętrzny poprawnościowy duch-korektor zakrzyknął, że jeśli już to, co najwyżej można prostować pokrzywione, a poplątane można jedynie rozsupłać.

 




Jednak po dłuższej chwili namysłu doszedłem do tego, że skoro ktoś to napisał i z rozmysłem nadał temu znany tylko sobie sens, to nie warto poprawiać cudzych myśli… najwyżej można je mniej lub bardziej udolnie interpretować nie mając do końca gwarancji, że będzie to interpretacja i rozumienie zbliżone do tego, co miał na myśli autor.




 




Każdy człowiek w postrzeganiu otoczenia i świata posługuje się schematem zbudowanym z jego własnych doświadczeń i zdobytej wiedzy. Z czymkolwiek się spotyka, stara się to rozpoznawać w oparciu o ten schemat. Problem zaczyna się, gdy nasza wiedza i doświadczenie nie rozpoznają danego zjawiska i nie potrafią usytuować go na współrzędnych schematu, jakim się posługujemy.




 






W tym miejscu przypominam sobie stary dowcip o profesorze, który wygłaszał wykład. W pewnym momencie jeden ze słuchaczy krzyczy z audytorium:
- Ależ Panie Profesorze! To, co Pan głosi nie zgadza się z faktami!!!
Profesor niczym nie zrażony odpowiada ze stoickim spokojem:
- Tym gorzej dla faktów, Drogi Kolego!


(4004)

niedziela, 9 grudnia 2007

Zbawienie wiedzie przez... marketing bezpośredni

Myślę, że wiele osób doświadczyło wizyt świadków Jehowy, którzy przychodzili z Biblią w ręku i czasopismami. Mniej liczni wpuścili ich do domu i próbowali dyskutować o ich przesłaniu. Jeszcze mniej liczni byli w stanie podjąć dyskusję z dobrze przygotowanymi w biblijne cytaty gośćmi. Wielu mówiło z uznaniem: Ale oni znają dobrze Biblię!
Miałem okazję kilkadziesiąt razy podjąć osobiście rozmowę ze schludnie ubranymi gośćmi i wprawiać ich w zakłopotanie nie podejmując tematu (przesłania), z którym przychodzili, tylko przenosząc dyskusję na wątki, które mnie interesowały. Okazywało się, że zaczynało brakować im cytatów, gdyż akurat nie byli przygotowani, a argumentacja była właściwie żadna. Gorzej było jeszcze, gdy chodzi o ich znajomość Biblii i zasad jej tłumaczenia. Przerażenie ogarniało ich, gdy brałem do ręki Nowy Testament w języku greckim prosząc, by pokazali mi związek z ich tłumaczeniem. Mają swoje tłumaczenie zatwierdzone przez Ciało Kierownicze znacznie odbiegające od wersji protestanckich i katolickich tłumaczeń. Wielokrotnie mówili, że w takim razie przyjdą jeszcze raz z bratem, który ma większa biegłość w pismach.
Od jakiegoś czasu już mnie nie odwiedzają, najwyżej przechodząc obok mojego domu mówią dzień dobry.
Obserwując świadków Jehowy zauważyłem, że w swoich działaniach posługujących się metodami manipulacji charakterystycznym dla marketingu bezpośredniego (direct marketing). Sposób prezentacji ich religii jest podobny do prezentacji produktów... Są przekonani o jego wyjątkowości i nie dopuszczają możliwości, że odmienne zdanie może być prawdziwe. Mają przygotowane przez Strażnicę gotowe artykułu i cytaty z Biblii oraz publikacji, ale tylko takich, które potwierdzają ich tezy. Ale dość o tym.
Świadków Jehowy przypominają mi dwie organizacje, które działają na podobnych niemalże zasadach: Amway i Akuna. Są jednak o wiele groźniejsze, gdyż bogiem dla nich są pieniądze, choć wprost tego nigdzie nie deklarują.
AMWAY
Pierwszy raz zetknąłem się z nim wiosną w 1993 roku, gdy kuzyn Wojtek zaproponował mi zakup środków czystości, które były 4 razy droższe niż dostępne w sklepie. Tłumaczył mi to wydajnością i niebywałą wręcz jakością, jakiej ponoć nie miały środki innych producentów. A gdy zaczął mi tłumaczyć zasady dystrybucji tych specyfików zrozumiałem, że cena nie wynika z jakości, tylko z prowizji, która trafia do wszystkich znajdujących sie w hierarchii powyżej Wojtka. Kilka lat później w sidła Amwaya wpadł mój bratanek, który w wieku 16 lat zaczął ubierać się w garnitur i spędzać czas z ludźmi, którzy wmawiali mu, że będzie bogaty. Stracił chęć do nauki, tylko czytał książki podsuwane przez amwayowców, przestał słuchać rodziców mówiąc im, że nie znają się na niczym i dlatego nie są zamożni. Wyjeżdżał za własne pieniądze na mitingi do Katowic, Warszawy, Gdańska, by witać wybitnych guru Amwaya. Wydał mnóstwo pieniędzy, bo za dojazd i wejście trzeba było płacić. Płacił za iluzję i psychomanipulację, którą mu fundowano.
Drugi raz z Amwayem zetknąłem się chyba w 1999 roku. Z ciekawości przyjąłem zaproszenie na lokalny miting (jakieś spotkanie sieciowe) w Kaliszu. Zobaczyłem ludzi uśmiechniętych, witających się jak rodzina... Tylko czułem, ze jest to sztuczne. Później te oklaski i entuzjazm po słowach wypowiadanych przez gościa. Wszyscy płacili za to, że mogą być klientami swego guru, że mogą taniej kupować produkty Amwaya.

AKUNA
Jakiś rok temu, chyba na wiosnę, zadzwonił do mnie Jacek - kolega z lat licealnych z równoległej klasy. Byłem lekko zdziwiony, bo nie utrzymywaliśmy szczególnych relacji. Dzwoni i mówi, że chce się ze mną spotkać, gdyż ma dla mnie fantastyczną propozycję. Najciekawsze, że telefon do mnie dostał od mojej siostry, którą spotkał przypadkowo na ulicy. Koniecznie nalegałbym odwiedził go w domu.
Cóż - zaproszenie nieco dziwne, ale przyjąłem. Jakież było moje zaskoczenie, gdy razem ze swoją żoną zaczął mówić mi o chorobie żony i jej cudownym niemalże wyzdrowieniu. Jak się okazało, dzięki specyfikowi o nazwie alveo w dwóch smakach (sic!!!). Później tłumaczyli mi dużo o sposobie produkcji i dystrybucji tego specyfiku oraz o tym, że doznali dobra i chcą się nim podzielić z przyjaciółmi i wszystkimi, którzy mogą go potrzebować. Produkt jest tak fantastyczny, że wszystkie inne specyfiki się z nim nie równają i że jest w stanie rozwiązać problem wszystkich chorób świata, a gdyby zastąpić red bull to ludzie zaczęliby fruwać.
Później kartka i rysowanie struktury sprzedaży butelek, prowizje, opusty... pieniądze :))).

----------------------------------------------------
Bez konkluzji i podsumowania...

http://www.psychomanipulacja.pl/
http://watchtower.org/p/
http://watchtower.org
http://akuna.pl/
http://www.amway.pl/

sobota, 8 grudnia 2007

Rzuć wapno na druty

Okazji do refleksji często dostarczają inni. Dzisiaj przeczytałem ciekawą notkę nt. języka jakim posługują się młodzi Polacy i przyznam, że zrobiło mi się smutno, że zmiany języka następują tak szybko i zmierzają w takim kierunku. Sam odczuwam braki i niedostatki swojej polszczyzny, ale to, co tam zostało przedstawione może przerażać. Zobacz: Nie czaisz? Jesteś lamusem


środa, 5 grudnia 2007

Religia z maturą w tle

Znów rozpętała się burza związana z religią. Zaczęło się od zapowiedzi, że nie będzie religii na maturze. Biskupi zareagowali świętym oburzeniem i chcą dyskutować na ten temat w ramach komisji wspólnej rządu i episkopatu. Na to nałożyła się jeszcze deklaracja premiera, że rząd będzie finansował zapłodnienie in vitro. To tak, jakby rozpalać ognisko w sąsiedztwie beczki z benzyną.

Z perspektywy kilkunastu lat odkąd wprowadzono religię do szkół (bodajże uczynił to ówczesny minister edukacji prof. Samsonowicz w 1990 roku) nie zmieniłem i nie zmienię zdania, że było to niewłaściwe rozwiązanie. Akurat w tym czasie byłem belfrem w liceum i dokładnie myślałem to samo, co dzisiaj. Pamiętam reakcje uczniów i reakcje na obecność księży w klasach i pokoju nauczycielskim. Religia w szkole stała jednym z wielu przedmiotów… tego się obawiałem i tak w rzeczy samej JEST wbrew szlachetnym intencjom tej decyzji. Późniejsze wliczanie ocen z religii do średniej, a teraz jeszcze projekt, by można religię zdawać na maturze, odduchawia katechezę. To wszystko odarło i odziera z niej ten pociągający element sacrum, jako szczególnej duchowej tajemnicy, której rozpoznawanie zostało wyprane z właściwej czasoprzestrzeni.

W okresie, gdy chodziłem na katechezę (1968-1980) odbywała się ona w salkach katechetycznych przy kościele. Trzeba było podjąć trud pójścia na nią, gdyż szkoła nie dostosowywała planu lekcji. Po szkole szło się do domu, a po dwóch godzinach wychodziło się na katechezę do kościoła. Atmosfera salki i znakomici księża katecheci sprawiały, że było to naprawdę duchowe przeżycie i przede wszystkim nie było tej sztampy lekcyjnej. Dyskutowaliśmy, spieraliśmy się często znacznie dłużej niż 45 minut. Sprawy grzechu pierworodnego i zbawienia nieochrzczonych, którzy nie mieli możliwości poznania chrześcijaństwa, rozpalały młode głowy do czerwoności. Wspominam wspaniałych księży Stanisława Kubickiego i Tadeusza Korpusińskiego z par. Ślesin oraz Henryka Kalitę, Józefa Zająca, czy Ireneusza Pawlaka w Koninie.

Salki katechetyczne stoją puste, często kurz i pajęczyna pokrywa pozostałe tam ławki i krzesła. Lekcje religii mają w szkołach frekwencję, ale czy jest tam jeszcze to, co najważniejsze – dobrowolne i świadome podążanie ku PRAWDZIE?

poniedziałek, 3 grudnia 2007

Globus Hitlera

Jakiś czas temu napisałem o przedmiocie, który kojarzy mi się z moim dziadkiem Przedmioty – ich życie po życiu. Nie sądziłem, że w niedługim czasie trafię na inną odsłonę przedmiotów używanych przez innych ludzi. Bardziej czuję niż wierzę, że jest coś magicznego w rzeczach i że człowiek posługujący się nimi pozostawia na nich jakiś metafizyczny ślad. Natomiast pytanie, czy szacunek i wzruszenie czujemy tylko wtedy, gdy wiemy, że ów przedmiot należał do kogoś godnego, a odrazę i niechęć, gdy przedmiotem posługiwała się osoba zła?
Dzisiaj zaczynam nabierać wątpliwości w metafizyczne przenikanie się ludzi i rzeczy.




Wielkie poruszenie wywołał zakup przez kalifornijskiego kolekcjonera globusa, którym posługiwał się Adolf Hitler. Nie tyle jest szokująca cena (100 tys. dolarów), co fakt, że kupujący jest z pochodzenia Żydem. Zaczęto się zaraz zastanawiać, czy nie zniszczyć takiego przedmiotu, by nie było śladu po tyranie etc. Zobacz więcej w Onet Kiosk.

Gdy przychodzą rewolty i zmiany rządów następcy z dziką furią niszczą wszystko zapominając, że niszczą świadectwo epoki. Jakiś czas temu (…)W Nakomiadach, wsi mazurskiej niedaleko Kętrzyna liczącej ogółem 89 numerów i 670 mieszkańców, robotnicy naprawiający rury kanalizacyjne odkopali kamień. Kamień okazał się obeliskiem ku czci kanclerza Rzeszy niemieckiej Ottona von Bismarcka. Na polecenie wójta Kętrzyna obelisk oczyszczono i postawiono we wsi ku uciesze jednych i zgorszeniu drugich. Zrobiła się afera. Sprawa wyjątkowo nie trafiła do IPN, ale do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Olsztynie z zarzutem samowoli budowlanej. W grudniu 2006r. sąd orzekł - rozebrać. Nie będzie Bismarck kłuć nikogo w oczy. (Cytowane za: http://www.odkrywca-online.com/ ) Zobacz też artykuł w Gazecie Wyborczej.


Niestety… zwyciężyły emocje, a nie racje historyczne. A szkoda, gdyż dobrze byłoby znać historię miejsc łącznie z pomnikami, które na nich stały. Sam byłem świadkiem w Kaliningradzie miejsca, na którym stał niedokończony żelbetonowy budynek komitetu partii komunistycznej. Jakiś lokalny kacyk wpadł w latach 60-tych ub. w. na idiotyczny pomysł wysadzenia zamku cesarza Wilhelma. Takich miejsc jest mnóstwo w Polsce i krajach sąsiednich. Nic gorszego, jak ludzie chcą wymazać historię łącznie z nazwami ulic. Ale pociesza fakt, że nie wszędzie ludzie ulegli owczemu pędowi i nadal są ulice takiej jak: XXX-Lecia PRL, czy w Sosnowcu ustanowione kilka lat temu Rondo im. Edwarda Gierka. Nie jestem piewcą PRL-u i komuny, ale nie niszczmy pomników, najwyżej zmieńmy im miejsce.

niedziela, 2 grudnia 2007

STAROŚĆ... postscriptum

Nie sądziłem, by z goła marginalny poprzedni post nt. pewnego artykułu wywołał takie reakcje u czytelników. To tylko wskazówka dla mnie, że w ocenach zdarzeń i sytuacji nie zawsze powinienem opierać się na własnych doświadczeniach i mniemaniach.


Nie przeczę, że to, co czuje i opisuje kobieta w stosunku do swej 98-letniej matki jest autentyczne. Faktycznie może mieć żal do matki, że jeszcze żyje i odczuwać obrzydzenie do jej słabości i starczej fizjologii.

Ktoś w komentarzu do mojego wpisu przyznał się do podobnej osobistej sytuacji: Mam bardzo podobną sytuację i podobne odczucia. Uważasz, ze rodzice rodzą dzieci po to, żeby im potem to życie zabierać? Dzieci są dla świata, nie dla rodziców. Mam zrezygnować z pracy, zainteresowań, przyjaciół, ze swojego prywatnego życia? Nikt nie ma prawa tego wymagać, to nieludzkie. Czy ja i moje życie nie ma żadnej wartości? A co będzie ze mną, jeżeli teraz nie zrealizuje moich zadań, które są ważne dla mojej przyszłości?

Czytając powyższy fragment komentarza przypomniałem sobie bezwiednie starołaciński napis, jaki Rzymianie umieszczali na swoich nagrobkach: Jesteś tym, kim ja byłem kiedyś. Będziesz tym, kim ja jestem teraz. Niemalże usłyszałem te słowa i zabrzmiały w uszach jak złowieszczy rechot.

JA, JA, MOJE, MOJE... Kiedyś role się odwrócą, choć dziś żyjemy i pragniemy tak, jak byśmy nigdy mieli się nie zestarzeć i zniedołężnieć, a kalectwo miało przytrafić się innym.

Obrzydzeniem i strachem napawa mnie ktoś taki, jak autorka tekstu, który przywołałem w poprzednim wpisie. Jeśli takim cierpieniem jest dla niej... żyjąca bezwstydnie stara matka to niech ja odda do domu opieki. Co ją powstrzymuje? Wyrzuty sumienia czy opinia sąsiadów, a może pieniądze lub emerytura staruszki, którą musiałaby oddać.

piątek, 30 listopada 2007

Starość...

Dzisiaj trafiłem na ciekawy, aczkolwiek wstrząsający tekst stanowiący wynurzenia kobiety, która zajmuje się i opiekuje swoją 98-letnią matką. Czuję urazę do niej, że wciąż żyje.
Nie wiem ile w tym prowokacji autora, a ile prawdy. Może ktoś chciał wywołać dyskusję nt. sytuacji starych i zniedołężniałych ludzi, ale też i sytuacji tych, którzy się nimi zajmują.
To, co przeczytałem, jest w całkowitej sprzeczności z moim życiowym i rodzinnym doświadczeniem.
Ufam, że to tylko prowokacja.

czwartek, 29 listopada 2007

Przyjaciel

Dzisiaj przeglądałem www.youtube.pl. Natrafiłem na utwory Zbigniewa Preisnera. Pamiętam, jak w okresie tuż przed Bożym Narodzeniem w 1999 roku promowano płytę z jego utworami. Miały taki refleksyjny i nostalgiczny charakter i przywoływały mi zmarłego kilka miesięcy wcześniej mojego przyjaciela Wojtka.Znaliśmy się od przedszkola. Zostałem chrzestnym jego pierworodnej córki, a on chrzestnym mojej. Byliśmy blisko siebie przez cały czas. Brakuje mi jego obecności.

Kiedyś napiszę o nim więcej. Dzisiaj tylko muzyczny flash.

środa, 28 listopada 2007

Budowniczowie mostów - o falsyfikacji matefory

Ostatnio w życiu publicznym na poziomie ogólnokrajowym i lokalnym dość modne stało się mówienie, ze trzeba łączyć a nie dzielić, o zaufaniu, o miłości i niemalże szczęśliwości wiekuistej. Ale jak to zazwyczaj bywa deklaracje na poziomie słów, to jedno, a życie i prawda, to drugie… niestety.

W starożytnej łacinie funkcjonowało przepiękne słowo pontifex. Oznacza ono ni mnie ni więcej tylko mistrza, który potrafi budować mosty i łączyć oddzielone rzeką brzegi. W łacinie kościelnej w średniowieczu jednym z tytułów papieży był pontifex maximus – oznaczający najwyższego kapłana, czyli tego, który łączy ludzi w jednej owczarni. Z tym praktycznym łączeniem bywało różnie, ale idea i metafora budowniczego mostów jest przepiękna i z gruntu słuszna. Szkoda, że nie zawsze ujawnia się w praktycznym wymiarze.

Od ponad 30 lat mieszkam i żyję w Koninie, 100 tys. miejscowości w Wielkopolsce. Przez ćwierć Konin był jednym z 49 województw, dziś prowincjonalne miasto powiatowe. Konin ma te przypadłość, że w czasach powojennych stał się miastem leżącym po dwóch brzegach rzeki Warta, wcześniej całość 10 tys. miasteczka mieściła się na lewym brzegu i most w kierunku stacji PKP i na północ Polski nie odgrywał aż tak wielkiej roli. Dziś jedna przeprawa stanowi problem i w razie jakiejkolwiek kolizji na mości stają kilkukilometrowe korki.

W kampanii wyborczej w 2002 roku most stał się motywem przewodnim kandydatów na prezydenta miasta. Problem mostu był podnoszony już wcześniej, ale teraz nabrał realnego a nie tylko studyjnego charakteru. Chwalić Pana Boga most ma być oddany do użytku 15 grudnia tego roku…

Powinna być radość i feta wszystkich koninian, ale… Starożytna maksyma i metafora mostu, który łączy rozdzielone została obalona w Koninie. Oddanie mostu ma mieć charakter bardzo uroczysty. Prezydent miasta wystosował zaproszenia na uroczystość do premiera, marszałka województwa i wielu innych ważnych osobistości. Zapomniał o jednym, że nie byłby w stanie niczego zdziałać, gdyby nie miał wsparcia rady miasta. Zapomniał o tym, by współgospodarzem i współzapraszającym był przewodniczący rady. Fochy po obydwu stronach tego ambicjonalnego sporu pokazują jak w soczewce, że most bardzo biegnie nie w poprzek rzeki, ale wzdłuż podziałów politycznych. Gdy zwrócono uwagę prezydentowi, że powinien inaczej postąpić, ten idzie w zaparte i jak dobrze pójdzie to poza nim samym i jego kolegami z SLD nie pojawi się nikt, kto nadałby szczególną rangę temu wydarzeniu.

Most zostanie i będzie pełnił swoją potrzebną funkcję jeszcze przez wiele lat po tym, jak przeminie pokolenie, które je zbudowało. Emocje związane z jego uroczystym oddaniem kiedyś zostaną zapomniane (i dobrze!!!) i być może dzięki temu uda się uratować przepiękną metaforę.

Szkoda, że prezydent nie zna tej przepięknej metafory… miał szansę stać się pontifexem. Ale jaki budowniczy (czytaj: mizerny!!!), taki praktyczny wymiar łączenia ludzi.

wtorek, 27 listopada 2007

Spieszmy sie kochać...

Mówią, że pośpiech jest potrzebny tylko przy łapaniu pcheł... Nie zgadzam się z tym ograniczeniem. Są sytuacje, które wymagają szczególnego pośpiechu. Tytuł tego wpisu mówi wprost, czego to dotyczy

Wczoraj byłem u wuja Mateusza, ale w szpitalu. Jest to jego kolejna wizyta w tym miejscu w ciągu kilku minionych tygodni. Astma, z którą walczy od wielu lat, coraz bardziej daje się mu we znaki. Jeszcze w takim stanie nie widziałem go. Spędziłem z nim ponad 2 godziny. Tym razem nie dostrzegłem w jego oczach tych iskierek, którymi zawsze obdarzał.
- To już chyba ze mną koniec - powiedział.
Po raz pierwszy usłyszałem w jego ustach coś takiego. Jakby chciał się poddać...

Wtedy dotarła do mnie myśl, że wszystko jest możliwe... nawet to, czego nie chcę dopuścić do świadomości. Ufam, że lekarzom uda się go wyprowadzić na prostą. Jeszcze jest tyle pytań, na które nie znam odpowiedzi. Dzisiaj bardziej rozumiem sens słów księdza Twardowskiego "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą..."

Ostatni z linii mojej mamy. Najstarszy i najbardziej zorientowany w sprawach rodzinnych. Sporo już mi powiedział, ale jest jeszcze wiele rzeczy, które chce poznać.

Kiedyś nie zdążyłem zadać pytań cioci Irenie (+2002 r.) i mamie (+2005), wcześniej Wojtkowi (+1999) - przyjacielowi z dzieciństwa. Nie powiedziałem im nigdy tego, co teraz zostało tylko dla mnie. Nigdy nie było na to czasu, zawsze mówiło sie, że jeszcze kiedyś się zdąży. Tak jest dość często - odkładamy coś na później, ale to później nam umyka, bo stało się coś, czego nie zakładaliśmy, choć mogliśmy się tego spodziewać.

niedziela, 25 listopada 2007

Mijanie w przeszłość...

Słowa nie znajdowały pokrycia w rzeczywistości...
Wierzę głęboko, że te lata minęły bezpowrotnie w przeszłość (sic!!!)

Tytuł jest parafrazą słów Władysława Gomułki wypowiedzianych na wiecu w październiku 1956 roku. Polecam posłuchanie tego i innych klasyków socjalizmu na Youtube. Polszczyzna wzbudzająca uśmiech i rozbawienie, choć czasy z jakich pochodzi wcale nie były zbyt radosne. Wysłuchałem kilka fragmentów i z Gomułki, Gierka, Jaruzelskiego...

Ale gdy spojrzę wstecz chociażby na ostatnie 18 lat i tak nabieram coraz większego dystansu do polityki i tego, co politycy obiecują... Życzę im wszystkim powodzenia, bo ich sukces będzie sukcesem Polski, ale...

Ileż nadziei zostało już zawiedzionych. Ludzie ciągle dają się uwodzić... chcą być uwodzeni przez polityków mimo, że mają ich już dość.

Nasunęło mi się jakieś takie dziwne skojarzenie związane z tym wszystkim, co obserwujemy w polityce od kilku tygodni. Zwycięzcy zachowują się tak, jakby już nigdy "władzy raz zdobytej" mieli nie oddawać. Pycha i ignorancja. Opór materii społecznej, gospodarczej dopadnie ich znacznie szybciej niż im sie wydaje.

sobota, 17 listopada 2007

O uleganiu złudzeniom

O nowym rządzie.
... O ile nie może dziwić chęć samych polityków PO i PSL do zaczarowania rzeczywistości i przedstawiania się z jak najlepszej strony, o tyle musi niepokoić łatwość, z jaką część publicystów i komentatorów przyjęła za prawdziwe te PR-owskie zapewnienia...
... fałszywe tony wypływające z tej "postmodernistycznej" retoryki jak najszybciej znalazły swoje odbicie w żartach i dowcipach. Jeden z nich głosił, że w nowym rządzie będą jedynie trzy ministerstwa - zdrowia, szczęścia, pomyślności. [...] nawet jeśli się lubi platformę, nie można oczekiwać, że wraz z jej wygraną znikną reguły, które determinowały uprawianie polityki od czasów Platona i Arystotelesa, by o Machiavellim nie wspominać. [...] Nadal państwo będzie rezerwuarem posad dla "krewnych królika... Marek Migalski, Wprost, 18/11/2007

********

Polityka jest najwdzięczniejszą sferą do krytykowania, bo w niej widać jak w soczewce wszystkie ludzkie słabości i małości. Tak naprawdę to nie polityka jest jest zła. To ludzka natura i skłonności człowieka w zetknięciu z nią ujawniają się z tej najbrzydszej i najciemniejszej strony.
To nie politycy, jako konkretne osoby są tacy źli... to reguły rządzące polityką zrywają maski, w które ludzie sie stroją i odsłaniają prawdziwe namiętności.

********

Homo homini lupus...człowiek człowiekowi wilkiem?
Aż tak radykalnie tego nie postrzegam, ale spoglądając przez pryzmat polityki można ulec takiemu przeświadczeniu. Na szczęście mam dystans do siebie i wszelkich pewników, a poza tym jako łagodny człowiek mam wiele wyrozumiałości przede wszystkim dla siebie samego i innych.


poniedziałek, 12 listopada 2007

POSTSCRIPTUM do: Nie być w myśleniu posłusznym...

Pisząc w poprzednim poście o przyrodzie i jej zaśmiecaniu, zanikaniu miejsc wolnych od tego, co przekornie można określić NASI TU BYLI (wyraźnie to widać na jednym ze zdjęć w poprzednim poście) nie uświadamiałem sobie jednej rzeczy… Że w dzisiejszych czasach jeśli coś nie jest nagłośnione w mediach to tego nie ma.
Uświadomiłem to sobie w pełni czytając arcyciekawą, choć bardzo krótką rozmowę z prof. Marcinem Królem dotyczącą reakcji człowieka na zjawiska bulwersujące odbiorców mediów. Rozmowa dotyczyła zdjęcia psa zagłodzonego przez Guillermo Habacuca Vargasa, tzw. artystę z Kostaryki. Przywiązał wychudzonego psa do ściany galerii. Pies umiera śmiercią głodową, a tuż obok niego przechadzają się zwiedzający trzymający w dłoniach drinka.
Cytuję za DZIENNIKIEM (12.10.2007):
Daniel Walczak: Internauci grzmią świętym oburzeniem, a przecież ci sami ludzie na co dzień są całkowicie obojętni na krzywdę ludzi i zwierząt, nie robią nic, aby komukolwiek pomóc.
Prof. Marcin Król: Reagujemy na najdziwniejsze rzeczy, jeżeli są one podane przez media, na rzeczywistość nie reagujemy. Na wsi, na której mieszkam, dzieci nie dojadają, rano dostają kromkę chleba. Nikogo to nie wzrusza, a takich dzieci jest w Polsce dużo. Taka bieda nie ma dla nas jednak wymiaru symbolicznego, ona uzyskuje go dopiero dzięki mediom.
Czyli dopiero symbol nieszczęścia może nas poruszyć?
Jeszcze musi być pokazany przez media. Bez ich pośrednictwa nie robi wrażenia.
A czy to nie jest takie wygodnictwo, siedzieć sobie wygodnie przed komputerem i potępiać tego Kostarykańczyka? I nic nie robić?
Pewnie, że jest.
Można by przynajmniej tuż po napisaniu swojej krytyki wstać, wziąć z lodówki jedzenie, wyjść z domu i nakarmić bezdomne psy.
To tak nie działa. To jest obłuda tkwiąca w każdym z nas, a do tego Internet daje anonimową okazję wyżycia się, poczucia zadowolenia.
Oburzyłem się, jestem w tej lepszej części ludzi, tak?
Tak jest, to nie jest nowość. Nowością jest to, że media umożliwiają to na o wiele większą skalę.
A gdyby zadać komuś takiemu pytanie: Dlaczego krzywdzisz zwierzę, skoro 20 minut temu oburzałeś się na Habacuca? Czy ta sprzeczność zostałaby uświadomiona?
Szansa jest, ale na granicy niemożliwości. Wymaga to ogromnego wysiłku. Czy ta prowokacja ma sens? Moim zdaniem niczego nie zmienia w myśleniu ludzi. Trzeba strasznie uważać, bo to i psuje sztukę, i psuje wrażliwość.
******************
Postscriptum do POSTSCRIPTUM
Nie wiem na ile ta prowokacja jest prawdziwa i czy nie została wykreowana celowo, by sprawdzić reakcje i zachowania internautów. Wszak zdjęć zagłodzonych psów można znaleźć w internecie mnóstwo. Można nawet przejść się po ulicach miast i samemu takich zdjęć wykonać wiele. Gdyby nawet tak było, to i tak nie zmienia prawomocności sądów nt. roli mediów i ich wpływu na kreowanie symboli i zachowań społecznych.

niedziela, 11 listopada 2007

Nie być w myśleniu posłusznym...



Czasami postępujemy tak, jakby nie było ani WCZORAJ, ani JUTRA, nie było poza nami nikogo, a nasze działania i zachowania nie miały na nikogo żadnego wpływu. Nie daj Boże, gdy ktoś inny zachowuje się w podobny sposób i nie uwzględnia w swoich działaniach naszego istnienia.
I proszę mi wierzyć taka postawa... zarówno z jednej jak i z drugiej strony dotyczy każdego... nawet piszącego te słowa... niestety.

Poziom świadomości i postulatów jak być powinno mamy opanowany do perfekcji. Potrafimy wyraziście i jednoznacznie doradzać innym, znajdować dla nich najlepsze rozwiązania, ale sprawdza się stara medyczna zasada: medice curate ipsum...lekarzu ulecz (najpierw) siebie.
W ostatnim czasie podróżując przez Polskę miałem niewątpliwą przyjemność widzieć przepiękne miejsce, w którym zatrzymałem się dla wzięcia oddechu. Miejsce i czas jesienny sprzyjały refleksjom... błogość chwili, ale i niespodziewany dysonans. Mam taką przypadłość, że zawsze mam przy sobie aparat fotograficzny i lubię uwieczniać miejsca i sytuacje, które mnie poruszają.

 


 



Miejsca piękne, ale i znaczone tzw. cywilizacją... wyrzucone śmieci. Ktoś przed domem ma czysto, a że gdzie indziej jest bałagan? A cóż to kogoś obchodzi. Tworzywa sztuczne rozkładają się ok. 300-400 lat. Ciekaw jestem, czy za jakiś czas dysonansem nie będą miejsca wolne... od śmieci.

-----------------------------
Powrót miałem już nieco mniej refleksyjny, gdyż nawierzchnia drogi jakby krzyczała:

UWAŻAJ!!! NIE TRZYMAM CIĘ ZBYT MOCNO!!!


 



Dopiero teraz dostrzegam urok powitania zimy i kreowanego przez nią obrazu świata. Wszystko pokryła biała kołderka i wszystko to, co nas jeszcze przed chwilą drażniło jest przykryte śnieżnobiałą szatą. Byle do wiosny!

środa, 7 listopada 2007

Kolekcjoner zegarów

Warto czytać niszowe periodyki. Ostatnio trafiłem do miesięcznika KONINIANA - comiesięcznego dodatku do Przeglądu Konińskiego. KONINIANA wydawane są od 2003 roku przez Towarzystwo Przyjaciół Konina. Nie będę streszczał zawartości, gdyż jeśli ktoś się zainteresuje historią Konina to może swobodnie tam zajrzeć choćby przez umieszczony powyżej link. Przywołuję to wydawnictwo, bo jest źródłem moich inspiracji do rozważań o CZASIE, a czas to tytuł mojego bloga. Wydawałoby się, że pojęcie czasu jest bardzo proste, ale tak jest tylko do momentu, gdy nie przyjdzie nam go zdefiniować i wytłumaczyć.




W telewizyjnej audycji, noszącej nazwę „Duże dzieci”, na pytanie prowadzącego: - Kto ma najwięcej czasu?, mała dziewczynka odpowiedziała:
- Najwięcej czasu mają ludzie, którzy zbierają zegary. Ja nie zbierałem, a mimo to posiadam ich sporo. Takich, które mają sprężyny jak i tych napędzanych bateryjkami. Wszystkie, albo wskazówkami, względnie mrugającymi cyferkami, mówią o godzinach i minutach upływającego mi dnia. Jestem ich właścicielem, ale nie jestem panem czasu. Rzymianie mówili: - Tempus fugit. I mieli rację, bo czas nam ucieka, i to szybko. Tak sprawnie, że dogonić go nikt nie zdoła. Zwłaszcza w listopadzie, miesiącu, kiedy wracamy do wspomnień o ludziach, którym zegary już nie są potrzebne. A ci co odeszli, uzależnieni są jedynie od nas, przeto domagają się częstych wspomnień. Te, jak wiemy, w życiu człowieka nie zawsze są trwałe. (Zygmunt Kowalczykiewicz, "Myśli koninianina w jesieni życia"Koniniana 10 (54) 2007)>


Zacytowany tekst przypomniał mi jedną zasadniczą rzecz: CZAS odczuwamy tym bardziej im jesteśmy starsi; czujemy upływ CZASU i związany z tym upływem bagaż wspomnień. Genealogia jest taką próbą zatrzymania w kadrze CZASU. Starożytni Grecy na dwa sposoby określali CZAS: chronos - czas, który płynie chwila za chwilą oraz kairos - czas, który jest szczególny, jakaś dana niepowtarzalna chwila, w której należy coś ważnego zrobić lub dostrzec.

Zbyt często myślimy i działamy w kategoriach chronos zamiast kairos, a przez to umykają nam w życiu ważne momenty. Później przychodzi niewczesny żal, że czegoś nie zrobiliśmy, że nie odwiedziliśmy kogoś, czy też nie zdążyliśmy powiedzieć komuś tego, co naprawdę czujemy.Zbierajmy zegary, ale dostrzegajmy te szczególne chwile w odmierzanym przez nie czasie.

piątek, 2 listopada 2007

Małe ojczyzny, piękne wspomnienia

Nigdy nie sądziłem, że moja niewinna prośba o udostępnienie zdjęć mogących zilustrować tekst wspomnień kuzyna Andrzeja wywoła takie pozytywne reakcje.

Ale od początku, by czytający wiedział o co chodzi.

Naszą stronę genealogiczną redaguję korzystając z pamięci bliższych i dalszych kuzynów. Niektórzy z nich sami pisują teksty, które umieszczam na stronie. Najofiarniejszym i niestrudzonym mistrzem wspomnień jest kuzyn Andrzej Lewandowski z Warszawy. Miesiąc temu napisał Groch z kapustą, a teraz dodał kolejną odsłonę wspomnień zatytułowaną Kapusta z grochem. Niestety, do tej drugiej części brakowało mi zdjęć, którymi mógłbym ją zilustrować.


Przystań żeglarska w Koninie , widok z drugiej strony rzeki - okres przedwojenny

Widok na miejsce , w którym przed wojną była przystań żeglarska - dziś widoczne są wały przeciwpowodziowe wybudowane w latach 50-tych ub. wieku przez SP (Służba Polsce)

W pamięci miałem (odpukać w niemalowane... jeszcze tak bardzo nie szwankuje), że lokalny tygodnik Przegląd Koniński wydaje comiesięczny dodatek zatytułowany Koniniana. Koniniana są redagowane przez miłośnikow i pasjonatów historii Konina. Zwróciłem się do nich o pomoc. Do e-maila załączyłem tekst Andrzeja, który chciałem zilustrować. Jakież było moje miłe zaskoczenie natychmiastową i pozytywną reakcją Pana Włodzimierza Kowalczykiewicza (udokumentowana ciągłość rodu w Koninie od 1754 roku!!!).

  1. Przesłał mi zdjęcia, które umieściłem w Kapuście z grochem.
  2. Zachwycił się tekstem Andrzeja i zwrócił się z zapytaniem, czy będzie mógł go opublikować w Koninianach.

Powódź w Koninie, ul. 3 Maja, 1924 r.

Andrzej wyraził zgodę... Jest z zawodu dziennikarzem, co prawda emerytowanym, ale cały czas czynnym. Jego pasją był sport i całe życie go komentował. Do dziś prowadzi bloga o tematyce sportowej pod tytułem ECHA WYDARZEŃ. Konin odwiedza przynajmniej raz w roku. Spędził tu lata 1947-1952. Z tego okresu pochodzą jego wspomnienia.

sobota, 27 października 2007

W mojej Ojczyźnie...

Kilka lat temu bawiąc się wyszukiwarką google wpisywałem rózne słowa i nazwy. W pewnym momencie wpisałem imię i nazwisko mojego dziadka Romana. Jakież było moje zaskoczenie, gdy wyświetliła się strona w języku angielskim, na której było takie samo zdjęcie, jakie mam w swoim albumie. Był na nim mój dziadek (drugi od prawej na zdjęciu poniżej) w towarzystwie kuzynki z USA, która jako zakonnica odwiedziła go w 1969 roku.

Od lewej: Antoni Kasprzyk, Marianna Rajewska, siostra Immaculata, Roman Rajewski i Genowefa Kasprzyk

Napisałem do moderatora tej strony, którym okazał się David Piekarczyk (ur. 1944), nieznany mi kuzyn z tej samej linii rodzinnej. Wyjaśniło się, że po śmierci swojej matki (1996) porządkując jej papiery znalazł mnóstwo zdjęć i listów, które naprowadziły go na ślady polskiej rodziny. To skłoniło go do rozpoczęcia poszukiwań. Owszem, miał świadomość polskiego pochodzenia, ale nie przywiązywał do tego tej pory większej wagi.

Zaczęliśmy korespondować, wymieniać informacje. W tej chwili drzewo genealogiczne liczy ponad 1 100 osób i cały czas rośnie. Do pracy udało się nam wprzegnąć wielu kuzynów. Ale do czego zmierzam. Od momentu, gdy David zapragnął poznać rodzinę dwukrotnie był w Polsce w roku 2003 i 2004 (w tym roku spotkaliśmy sie po raz pierwszy). Podczas tych wizyt podjął decyzję, że po przejściu na emeryturę wraca do kraju przodków. Joan, żona Davida, mimo iż jej korzenie są zupełnie inne niż polskie, zdecydowała się z nim przyjechać.


David i Joan Piekarczykowie na balkonie swego nowego mieszkania w Poznaniu, sierpień 2007

Są w Polsce od 3 sierpnia tego roku. Zamieszkali w Poznaniu. Poznają miasto, mentalność i język ludzi (zaczęli uczęszczać na kurs języka polskiego), wśród których przyszło im mieszkać. Swoimi spostrzeżeniami dzielą się na swoim blogu Poland-Our-Future. Są to relacje z prozaicznych czynności takich, jak zakup mebli i żywności, czy borykanie się z polską biurokracją. Poznają polską kuchnię - często relacjonują przepisy, które poznali. Amerykańscy kuzyni, ich oczami i doświadczeniem poznają kraj swoich przodków.

wtorek, 23 października 2007

Przyjaciele św. Franciszka

O nućcie, me ptaszęta i ty, siostro muszko,
i ty, mój świerszczu polny,
i ty, mój bracie wietrze,
i ty, mój ogniu, wiekuisty ogniu...
z Hymnu Św. Franciszka

Autor bloga ECHA WYDARZEŃ skłonił mnie jednym ze swoich tekstów do opowiedzenia o swoich najwierniejszych przyjaciołach. Nie wymienię ich tu wszystkich, gdyż w ciągu mego życia było ich sporo, ale pamiętam Lobo, Perłę, Dianę, Czarusia, Azora, Punię i Pestkę.


Punia trafiła do mnie w najbardziej przypadkowy sposób, jaki mógłbym sobie wyobrazić. W czerwcu lub lipcu 1995 roku wziąłem Oliwkę z Marcinem i pojechałem na wystawę psów rasowych na stadion w Koninie-Morzysławiu. Dzieci jak to dzieci najbardziej zainteresowały się aukcją psów ze schroniska, gdyż można było je adoptować za darmo. Stanęły obok wystraszonego pieska o sierści liska i już nie było mowy, by odeszły bez niego.


Punia - bo tak dały na imię tej suczce - była cichutka, ale śliczna. Jako dodatek dostaliśmy plastikową miskę na karmę i smycz. Marcin był alergikiem uczulonym praktycznie na wszystko. Powiedziałem dzieciom, że mama pewnie wyrzuci mnie z tym psem do garażu. Gdy tylko przyjechaliśmy z tym nabytkiem do domu Marcin przejęty losem psa i... swojego taty pierwszy wszedł do domu i zasłaniając mnie i pieska swoim ciałem zapytał z drżeniem głosu:

- Mamusiu, ale nie wyrzucisz tatusia z pieskiem do garażu?


Nie wylądowałem w garażu, ale co się nasłuchałem to mi nikt nie zdejmie. Punia była cichutka i nie szczekała praktycznie. Była posłuszna. Nigdy nie poczuła się gospodarzem terenu, ale chyba wynikało to z jej wcześniejszych przeżyć. Była przytulanką dzieci.


Po kilku latach rozchorowała się i by skrócić jej cierpienia musiałem ją uśpić. Bardzo przeżyłem jej śmierć. Postanowiliśmy z żoną, że nie będziemy mieli kolejnego psa. Oliwia w tym czasie zaczęła udzielać się w schronisku dla zwierząt. Pewnego razu, gdy żona wyjechała na jakieś szkolenie córka zwróciła się do mnie:

- Tatku! Jak mamusia wróci ze szkolenia to porozmawiamy, żeby pozwoliła nam wziąc nowego pieska.
- Jak my się będziemy pytać mamy o zgodę to nigdy nie będziemy mieli pieska - chlapnąłem zanim pomyślałem.
- Wiesz co - powiedziała córka - to ja już upatrzyłam
sobie pieska.





No i nie miałem wyjścia. Wsiedliśmy w samochód i przywieźliśmy do domu Pestkę, która po dwóch dniach adaptacji stała się najwspanialszym stróżem domu i otoczenia. Mały mieszaniec jamnika z kundlem. Śliczna, jak mało który pies i przy tym pełną gębą... lepiej chyba zabrzmi pełnym psim pyskiem domownik.

Żeby się nie narazić na szykany ze strony powracającej ze szkolenia mamy wymyśliliśmy następująca formułę dotyczącą psa: właścicielem psa jest babcia, natomiast Oliwia jest tylko opiekunką. Z racji sprawowanej przez Oliwię opieki Pestka została ulokowana w jej pokoju. I tak jest do dziś.

Rodzinę zaczęła rozpoznawać dość szybko. Natomiast każdy obcy niech się strzeże. Kurier dostarczający przesyłkę pozbył się nogawek, gdyż nie posłuchał, by nie wchodzić za furtkę. Sądził, że mały piesek nic mu nie zrobi. Przeliczył się.

Pestka jest bardzo mądra, ale przede wszystkim potrafi okazać emocje, które czynią ją prawdziwym przyjacielem człowieka. Cieszy się powrotowi domowników z takim natężeniem, jakby całe lata ich nie widziała. Nic wspanialszego być tak witanym.

sobota, 20 października 2007

Przedmioty...ich życie po życiu

Urzekają nas miejsca, krajobrazy... Jadąc samochodem lubię się zatrzymać i popatrzeć. Jeśli mam aparat to natychmiast "chwytam" obraz, by mieć go na później.


Urzekają nas także przedmioty. Często nie wiedzieć czemu mają na nas przemożny wpływ i z niesamowitą siłą przywołują wspomnienia przeszłości. Taki przedmiot spotkałem będąc dziś na imieninach u siostry.



Jest nim powyższy mosiężny kubek. Ukochany dziadek Roman przygotowywał w nim mydło do golenia. Przywiózł go z Niemiec, gdzie był w czasie II wojny światowej na przymusowych robotach.


Pamiętam z jakim zaciekawieniem obserwowałem, gdy się golił. Na stole stawiał lusterko, maszynkę na żyletki, wytarty pędzelek z zielonym uchwytem, okrągłe mydełko do golenia i ten mosiężny kubeczek z niewielką ilością wrzątku. Pędzelek moczył w wodzie, rozmiękczał nim mydło i rozrabiał w kubeczku białą pianę, którą nanosił na twarz.


Do dziś słyszę szelest twardego zarostu znikającego z jego twarzy po każdym ruchu maszynki. Uwielbiałem tę celebrę.

czwartek, 18 października 2007

Z gwiazdami jej do twarzy

Przed laty pewna dziewczynka o imieniu Anisia bardzo przejmowała się piegami, których całe konstelacje usadowiły się na jej nosie, twarzy i ramionach. Chciała mieć skórę gładką i bez skazy, jak inne jej koleżanki. Często pytała rodziców i najbliższych o tę osobliwość. Nikt jednak nie potrafił w sposób przekonujący wyjaśnić dlaczego jest tak naznaczona.

Anisia miała ukochaną babcię Irenę, do której lgnęła z wzajemnością. Problem piegów został postawiony także babci Irenie. Starsza i dystyngowana pani okazała się jedyną, która w sposób nie budzący wątpliwości sprawiła, że Anisia poczuła radość, że ma coś, czego nie mają inni.

Był ciepły i bezchmurny wieczór. Babcia Irena wzięła wnuczkę za rękę i wyszła z nią przed dom. Podniosła głowę do góry i powiedziała:
- Spójrz w niebo!!! Widzisz te wszystkie gwiazdy, które tam migotają?
- Tak babciu!
- Czy wyobrażasz sobie niebo bez gwiazd?
- Ależ to niemożliwe!
- Właśnie! Dziewczynka bez piegów to jak niebo bez gwiazd.

Ta opowieść jest i piękna i co najważniejsze... prawdziwa.
Anisia jest już dorosła, a niebo nadal skrzy się na jej lekko zadartym nosku.

środa, 17 października 2007

Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu...

Wmyślając się w Desideratę

DESIDERATA, Baltimore 1692

Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu, pamiętaj jaki pokój może być w ciszy. 
Tak dalece jak to możliwe, nie wyrzekając się siebie, bądź w dobrych stosunkach z innymi ludźmi. Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchając też tego, co mówią inni: nawet głupcy i ignoranci, oni też mają swą opowieść. 
Jeżeli porównujesz się z innymi możesz stać się próżny lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od ciebie. 
Ciesz się zarówno swymi osiągnięciami jak i planami. 
Wykonuj z sercem swą pracę, jakkolwiek by była skromna. Jest ona trwałą wartością w zmiennych kolejach losu.

Zachowaj ostrożność w swych przedsięwzięciach - świat bowiem pełen jest oszustwa. Lecz niech ci to nie przesłania prawdziwej cnoty; wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie jest pełne heroizmu. Bądź sobą, a zwłaszcza nie zwalczaj uczuć; nie bądź cyniczny wobec miłości, albowiem w obliczu wszelkiej oschłości i rozczarowań jest ona wieczna jak trawa.

Przyjmuj pogodnie to, co lata niosą, bez goryczy wyrzekając się przymiotów młodości. Rozwijaj siłę ducha, by w nagłym nieszczęściu mogła być tarczą dla ciebie. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności. Obok zdrowej dyscypliny bądź łagodny dla siebie. Jesteś dzieckiem wszechświata: nie mniej niż gwiazdy i drzewa masz prawo być tutaj i czy to jest dla ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być powinien.

Tak więc bądź w pokoju z Bogiem, cokolwiek myślisz o Jego istnieniu i czymkolwiek się zajmujesz i jakiekolwiek są twe pragnienia; w zgiełku ulicznym, zamęcie życia, zachowaj pokój ze swą duszą. Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny...

Bądź uważny, staraj się być szczęśliwy.

wtorek, 16 października 2007

O nadziei i banalności zła

Człowiek zderza się z życiem, które wali w niego niczym taran. Ktoś zapytał mnie niedawno, czy mam takie chwile w swoim życiu, które chciałbym wymazać?

 
A jakże!!! Jest ich wiele i co najciekawsze wbrew doświadczeniu człowiek brnie w sytuacje takich doświadczeń po raz kolejny, popełnia głupstwa i krzywdzi innych. Najgorsze jest, że czyni to niemalże bezwiednie.

Dlaczego gorsze??? Bo jeśli byłby w tym jakiś zamysł to świadczyłoby to o racjonalności. A w bezwiedności brak racjonalności. Wyświadczane zło jest banalne.

***

Jesień jest jak rachunek sumienia... po owocach ich poznacie. To czas zbiorów. Oby kosz zbiorów był jak największy, a owoce najpiękniejsze i najdojrzalsze. Zbieram, zbieram, a tu... ledwie dno przykryte.

***

Czy jest nadzieja??? Chce wierzyć, że tak.


Wbrew nadziei wierzymy nadziei



 

piątek, 12 października 2007

When Love is Forever... i inne

W poszukiwaniu tego, co w nas ukryte od zawsze... otarłem się o przystrojone jesienią miejsca

VARIA 

Jesień w jakiś inny sposób nastraja i nie da sie tego porównać z niczym innym. Emocje i stan ducha jest ewidentnie doświadczany przez mgły, zmieniające się kolory, chłód powietrza, ostrość promieni słonecznych. W głowie pojawiają się retrospektywne refleksje.

***

Wuj Mateusz Lewandowski wyszedł wczoraj ze szpitala po półtoratygodniowym pobycie. Niby lepiej się czuje, ale jakiś taki rozdrażniony. Zawsze był człowiekiem aktywnym, nie mógł usiedzieć na miejscu, a teraz niestety wiek i choroby wyłączyły go z ulubionego sposoby życia i działania. Na szczęście umysł jest w pełni sprawny i znakomita pamięć.
Kiedyś mówiono o papieżu Janie Pawle II, że gdy ciało zaczęło odmawiać mu posłuszeństwa to stał sie bardzo nerwowy i buntował się. I nie ma się co dziwić. Każdy kto do tej pory był niezależny opiera się sytuacji i stanom, gdy musi zdać się na pomoc innym.

***

Okazuje się, że strona www.kupinski.com.pl otwierana jest coraz częściej. Poszukujący trafiają na nią przez google wpisując jakieś nazwisko lub frazy. Wielką popularnością cieszą się dwa zdawałoby się nie związane z genealogią wpisy: groch z kapustą i sztuka pisania listów, ponadto jeszcze poszukiwania korzeni i obóz zagłady. Sam doświadczam tego, że często zaglądam na różne ciekawe strony szukając zupełnie czegoś innego.
Od kuzynki Urszuli B. dowiedziałem się, że przebywająca w USA jej córka Dominika jakiś czas temu też poprzez google znalazła moją stronę. Miała jakieś uwagi dotyczące dat i miejsc, ale nie śmiała do wuja napisać. Wziąłem więc od Urszuli je adres mailowy i skreśliłem (chyba prawdziwiej wygląda) kilka słów.

***

Wczoraj media emocjonowały się debatą. Prezes telewizji mówił z jakąś dziwną przesadą o dwóch gigantach sceny politycznej. Oglądałem starcie dwóch panów i jestem rozczarowany. Wizerunkowo wygrał Tusk... Był bardziej błyskotliwy, choć mało konkretny, ale medialnie lepiej się sprzedawał. Premier sprawiał wrażenie zmęczonego i rozdrażnionego zachowaniem publiczności popierającej konkurenta. Wsłuchując się w to, co mówił, był bardziej merytoryczny, ale nie o to chodzi w tego typu debatach.
Myślę, że widowisko niczego nie rozstrzygnęło. Nadal czeka nas huśtawka sondaży, a tak naprawdę to jakąkolwiek pewność będziemy mieli dopiero po 21 października.

 

czwartek, 11 października 2007

Bluszcz genealogiczny

Drzewo genealogiczne gęstnieje i coraz bardziej obrasta nowymi gałązkami . To cieszy, gdyż wszystko zaczyna nabierać rozpędu niczym kula śniegowa. Kolejni kuzyni i przodkowie dodani do drzewa są jak ogród, który cieszy wzrok i serce ogrodnika.


Powyższy obraz z mojego ogrodu właśnie takie skojarzenia mi nasuwa. Z jednej strony już jesień i nostalgia, z drugiej wieczysta zieleń niezniszczalnego bluszczu, który pełznie po płocie i kamieniach.

Wczoraj kolejny raz napisała Magda Koffnyt z koźmińsko-jarocińskiej linii Rajewskich. Znalazła czas i poślęczała trochę w Archiwum Archidiecezjalnym i znów coś nowego odnalazła. Okazuje się, że jej przodek Jan Rajewski (1766-1828) był młynarzem tak, jak jego potomkowie, ale już jego rodzice Franciszek i Apolonia byli zawsze zapisywani jako famati (łac. famatus - sławetny) - [tytuł przysługujący patrycjuszom miejskim w odróżnieniu od nobilis przysługujący szlachetnie urodzonym.] Nie znalazłam żadnych innych informacji dot. ewent. profesji.

W jednym ze swoich przypuszczeń napisałem kiedyś, że skoro Rajewscy mogli się tak swobodnie przemieszczać to widocznie byli ludźmi wolnymi, a być może i mającymi szlachetne pochodzenie. Nazwisko Rajewski jest w wykazie rodzin posługujących się herbem Nałęcz. Jednak w zapisach ksiąg parafialnych pojawia się określenie famatus, które mówi o szczególnej pozycji społecznej, ale raczej w środowisku mieszczańskim.

Od dzisiaj zacząłem dodawać na stronie genealogicznej w zakładce WSPÓLNOTA NAZWISK linki do osób noszących nazwiska funkcjonujące w mojej rodzinie, choć niekoniecznie spokrewnione.

wtorek, 9 października 2007

Brzask


Tak wyglądał dzisiaj świt z okna mojej sypialni. Przyznam, że w jakiś przedziwny sposób zauroczył mnie i natchnął nadzieją, że dzień będzie dobry. Mówią nie chwal dnia przed zachodem a teściowej przed śmiercią... dlatego powstrzymuję się jeszcze przed oceną tego dnia.

Natomiast mogę zachwycać się pięknem poranka do woli. Kolor nieba jednoznacznie skojarzył mi się ze scenami świtu z dwóch filmów. Pierwszy to niezapomniana Odyseja kosmiczan 2001 Stanleya Kubricka, a drugi to Walka o ogień.

Mam taki sen... wiem, że niespełnialny, ale jak miło śnic i marzyć, że w swoich dociekaniach genealogicznych dotrę aż do zarania dziejów. Ten brzask na zdjęciu to właśnie takie wyobrażenie pomroku dziejów i przeszłości.

Wiem, że aż tak daleko to nie dotrę, gdyż nie ma nawet takiego wehikułu czasu, ale mam sporo sukcesów związanych z poszukiwaniami rodziny. Co chwila odzywają się starzy i nowi kuzyni i przekazują kolejne informacje. Dzisiaj np. napisał Bill Welch z Kalifornii. Uzupełnił dane dotyczące swoich córek i syna, matki i jeszcze jednego kuzyna. Mam też sporo kontaktów, które jeszcze nie potwierdziły powiązań genetycznych, ale wydają się wielce prawdopodobne.

Miło jest wiedzieć, że pokrewieństwo łączy mnie z kuzynami w Polsce, Francji, Niemczech, Finlandii, Australii, USA, na Hawajach, w Anglii, Hiszpanii, czy w Kanadzie.

Wczoraj uzupełniłem zakładkę dotyczącą Józefa Rajewskiego, starszego brata mojego dziadka Romana. Umieszczony na stronie zapis jest tylko początkiem tego, co zamierzam napisać o wywodzącej się od niego linii rodzinnej w USA. Bogactwo materiału jest ogromne i wymaga sporo pracy i cierpliwości.

Znaczącą część istniejącej już strony rodzinnej zamierzam przełożyć na j. angielski tak, by wszystko było dostępne dla amerykańskich kuzynów. Nie kryję, że liczę tu na współpracę z kuzynem Davidem i córką Oliwią.

piątek, 5 października 2007

"Ziemia jest rzetelna"

Właśnie wróciłem ze szpitala od wuja Mateusza, który znalazł się tam po raz kolejny. Niestety zdarza się to coraz częściej. Wuj ma bardzo silną astmę i 76 lat. Jest najstarszym z linii rodzinnej mojej mamy. Byłem u niego, ogoliłem i oczywiście porozmawiałem. Ale najważniejsze, że po 2 dniach pobytu w szpitalu czuje się lepiej i oczy błyskały mu żartem. Zapowiedziałem mu, że ma szybko się podkurować, bo jeszcze ma mi wiele do opowiedzenia. Jest ogromną kopalnią wiedzy o rodzinie Lewandowskich.


Wuj Mateusz z żoną Krystyną i córkami Ulką, Marylką i Hanią (1957/58)

Wuj Mateusz jest ostatnim z rodziny, który został na Florentynowie... Jest taką ostoją tradycji rodzinnych. Tkwi w tym samym miejscu od lat niczym strażnik i zarazem świadectwo minionego czasu. Jak mało ludzi docenia to i chce czerpać od takich jak on. Nie można się cieszyć teraźniejszością nie znając przeszłości.

Współczesny widok domostwa Lewandowskich na Florentynowie

Jest nadzieja, że schedę po Mateuszu przejmie jego wnuk Przemek. Z tego, co mówił wuj, to czeka na to z utęsknieniem. Chce jeszcze nacieszyć oczy młodym i wykształconym gospodarzem. Chce zobaczyć, że ziemia będąca we władaniu rodziny od prawie 100 lat jest w dobrych i rzetelnych rękach.

Mówiąc o wuju Mateuszu przypomina mi się nieżyjący już biskup Roman Andrzejewski, syn rolnika. Często cytował swego ojca, który mówił, że ziemia jest rzetelna, a rolnik... to opiekun ziemi, który jeśli o nią zadba, to ona w takim samym stopniu odpłaci mu.
Wspominam tego człowieka, gdyż jeszcze jako młody ksiądz praktycznie wszystkie wakacje w latach 70-tych ub. wieku spędzał w parafii Ślesin, do której należy Florentynowo. Miałem okazję, jako młody chłopak słuchać jego kazań (był znakomitym mówcą).

Ziemia jest rzetelna

wtorek, 2 października 2007

Wyszyna... warto odwiedzić

Są miejsca, o których nie mówią przewodniki i nie docierają tam żadne wycieczki. Właśnie tam... pośród pól i lasów leży Wyszyna - mała miejscowość w Wielkopolsce. Warto ją odwiedzić, bo małe jest piękne i takie inne niż to, co na co dzień spotykamy.



Kościół parafialny w Wyszynie


Zabudowanie gospodarcze

Wieża zamku w Wyszynie

poniedziałek, 1 października 2007

... Jak chmury gnane wiatrem

Dla znudzonych polityką chwila wytchnienia. Rozlewisko rzeki Warta - urokliwe miejsce przy drodze łączącej Zagórów - z Lądem.

Wiosną i latem tętni życiem. Jesienią wzbudza refleksje.






niedziela, 30 września 2007

Theatrum politicum

Kolejny dzień z głowy. Politycy występują na scenach zamiast artystów... Niektórzy artyści, ale tylko niektórzy, uświetniają wystąpienia zbawców narodu.

Jeśli tylko część zapowiedzi się sprawdzi, to Polska będzie krajem mlekiem i miodem płynąca. Będzie niczym Ziemia Obiecana dla narodu wybranego. Jedni uważają, że należy przegonić oligarchów i innej maści szkodników... chyba żałują, że nie można ich wyrżnąć tak, jak naród wybrany zrobił to z Filistynami. Drudzy z kolei, chcą zwalczać kaczyzm, lepperyzm i giertychizm razem wzięte. Stan i natężenie obelg i oskarżeń sięga szczytu Himalajów.

To wszystko, co się dzieje to marność nad marnościami. Słowa są jak słoma, która spłonie i już ich nie ma. Sensy i znaczenia są powykręcane, często nawet są w opozycji do tego, co do niedawna znaczyły. Występ po wypiciu wina przed ukraińskimi studentami to wyraz szczególnego rodzaju savoir-vivre (zwłaszcza wobec studentek). Mimo, że ci młodzi ludzie mieszkają poza granicami łacińskiej kultury, to jednak po wyrazie ich twarzy było widać, że coś nie tak z tym wszystkim, co zobaczyli... nawet jak na ich standardy (z góry przepraszam za posłużenie się stereotypem). Czuli się bardzo zażenowani.

Ale co mi tam. Dzięki Bogu jeszcze tylko 3 tygodnie i wszyscy wrócą do normalnych zajęć i będą mogli skupić sie na tym,co naprawdę ważne.
_________________________________________

Dzisiaj próbowałem dopisać kolejną zakładkę w genealogii. Dosyć ważną dla mnie, bo dotyczącą Józefa Rajewskiego (1885-1989), starszego brata mojego dziadka. Niestety złośliwość przedmiotów martwych... cała praca poszła w powietrze. Zachował się tylko fragment zapisany jakiś czas temu na serwerze. Nie zachowało się nic z tego, co opracowałem. Będę musiał podejść do tego jeszcze raz i to ze znacznym spokojem.

Od jakiegoś czasu śledzę portale genealogiczne i z satysfakcją dostrzegam, że coraz więcej osób poszukuje swych korzeni. Co ciekawe są to osoby coraz młodsze. To chyba dobrze, że pewnych spraw nie odkładają na przyszłość. Nie da się wszystkiego zrobić na starość. Część osób, które mogą być nam pomocne w tym przedsięwzięciu, może już nie doczekać chwili, gdy najdzie nas chęć genealogiowania.