piątek, 20 stycznia 2017

Antek (...) Dziadka brzytwę mi podaje. W życiu bym tego paskudztwa do ręki nie wziął, ale tonący byłem, to każdy by się chwycił!* (683)

W Grudniku Schlumbergerze jest taka szczególna ciekawość świata, jaką kiedyś mieli mieszkańcy prowincji. Przychodzący do ich obejścia listonosz lub sąsiad z pobliskiej wioski, czy choćby agronom z gminy, byli źródłem informacji. Dziś wszystko jest na wyciągnięcie ręki: telewizja, internet i mamy wszystkie wiadomości.

- I co ciekawego dziś się dowiedziałeś? - zagadnął Grudnik, gdy wszedłem do domu.
- Nic szczególnego, nudy na pudy. Praca, praca, praca...
- Na pewno mógłbyś coś sobie przypomnieć i opowiedzieć... Cokolwiek.
- Dobrze, przyjacielu, opowiem ci historyjkę o dziadku i wnuczce.

W wakacje mój dobry kolega i przyjaciel,od sześciu lat szczęśliwy dziadek, spędzał czas z Hanią. Byli w ogrodzie, ale babcia od czasu do czasu doglądała ich z właściwą sobie troską. Było ciepło, więc kolega-dziadek wysączył trzy piwa, bo wiadomo piwo na upały najlepsze. Niektórzy mówią, że spirytus i tu wierzę na słowo. Mniejsza o to. W każdym razie dziadek zdrzemnął się na bujanej ławce.
- Dziadku - obudził go głos Hani - babcia kazała cię przyprowadzić do domu.
Dziadek się zerwał i pobiegł za Hanią. Lekko zaspany potknął i przewrócił. Wnuczka podeszła i pomogła mu wstać.
- Gdyby nie ja - powiedziała z troska Hania - to nie miałby się kto tobą zająć.

Na drugi dzień znów kolega-dziadek był w ogrodzie. Było ciepło i duszno, więc poprosił Hanię:
- Przynieś mi dwa piwa, ale tak, by babcia nie widziała.
Wnuczka pobiegła i po chwili wróciła z dwoma puszkami piwa. Zatrzymała się przed dziadkiem i wyciągnęła obydwie rączki. Po chwili jedną rękę cofnęła.
- Dostaniesz tylko jedno piwo.
- Dlaczego?
- Bo po dwóch jesteś jakiś taki gapowaty.

*Ani Mru Mru

wtorek, 17 stycznia 2017

Małżeństwo to bardzo sprawiedliwe urządzenie: żona musi codziennie gotować, mąż musi codziennie jeść* (682)

Kilka dni temu, gdy wróciłem do domu powitał mnie aromat pysznego obiadu. Poczułem ssanie żołądka i ślinę w ustach.
- Mmmm, pewnie przygotowałaś coś pysznego - powiedziałem do Heli.
- Jak jesteś głodny to idź do kuchni i sobie nałóż.
Obcesowość, z jaką to powiedziała była oznaką rozdrażnienia. Nauczony doświadczeniem nie skomentowałem. Poszedłem do kuchni i zjadłem pyszne żeberka na słodko kwaśno. No palce lizać! Zrobiłem sobie herbatę i usiadłem na kanapie w salonie. Hela wstała i bez słowa wyszła do drugiego pokoju.
- Hej - odezwał się szeptem Grudnik Schlumberger.
- Co się stało? - zapytałem wskazując głową w kierunku Heli.
- No jak to, co? Nie wiesz?
- Dopiero wróciłem. Jesteś tu cały czas, więc chyba wiesz więcej.
- Przecież jutro Hela idzie na badania usg i nie wolno jej jeść nic z tych rzeczy - wyjaśnił Grudnik.
- To nie wiedziała, że ma badania? - zapytałem jakoś tak bez sensu.
- Zapomniała, ale jak sobie przypomniała to dobrze, że cię tu nie było. Rzucała takie teksty, że... kwiaty odwracały się w kierunku okna.
- Żartujesz?! - rzuciłem. - Choć tak naprawdę to wiem, jaka potrafi być, gdy sytuacja rozwinie się nie po jej myśli. Dobrze, że ona nie wie, że ty cokolwiek rozumiesz.
- No właśnie - powiedział Grudnik. - Powiem tylko, że żal było patrzeć i słuchać. Została z tymi żeberkami, jak Himilschbach ze swoim angielskim.

*Alberto Sordi

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Raczący się komplementami wzięliby się niezawodnie za łby, gdyby wiedzieli, co naprawdę o sobie myślą* (681)

- Co słychać? - zagadnął Grudnik Schlumberger, gdy wróciłem z pracy.
- A nic szczególnego - odpowiedziałem.
- No nie bądź taki i pochwal się. Przecież widzę zadowolenie i dobry humor.
- Jakby ci tu powiedzieć i żebyś nie pomyślał, jak Hela, że uprawiam jakieś baloniarstwo - krygowałem się z wrodzoną... skromnością.
- Nie przedłużaj, tylko mów.

Miałem umówione spotkanie z szefem zaprzyjaźnionej firmy. Znaliśmy się od kilku miesięcy, ale po raz pierwszy bez udziału mojego szefa.
- Jako starszy - powiedział gość - proponuję, byśmy przeszli na "ty". Łatwiej jest rozmawiać i współpracować.
- Nie mam nic przeciwko.
- W takim razie mów mi Waldek
- Mów mi Krzysztof - odpowiedziałem wyciągając dłoń do uścisku. - A tak na marginesie, Waldku, to, który jesteś rocznik?
- Sześćdziesiąty trzeci.
- Jakby ci tu powiedzieć... jesteś dwa laty młodszy.
- No coś ty! - żachnął się Waldek.

Grudnik milczał. Po chwili zatrzepotał kwiatami i powiedział:
- Fiu, fiu! Komplement od faceta. Nie wiem, co o tym sadzić.
- Też nie wiem, ale...

*Georg Christoph Lichtenberg

sobota, 14 stycznia 2017

Być radosnym, dobrze czynić i wróblom pozwolić ćwierkać – to najlepsza filozofia* (680)

- Co słychać? - zapytał Grudnik Schlumberger.
- Znów zaczynasz? - syknąłem.
- Czy jest coś w życiu, czego żałujesz?
- Noż, kurtka jego kancelaria! Nie widzisz, że dopiero się budzę?!
- Dobrze, już dobrze.
Podniosłem do ust filiżankę kawy. Była mocna i czarna, jak "sumienie czekisty". Przymknąłem oczy i delektowałem się chwilą.
Grudnik nie byłby sobą, gdyby znów nie zaczął:
- Wybacz, ale intryguje mnie odpowiedź na pytanie, które zadałem.
- Jakie znów pytanie?
- Czy jest coś w życiu, czego żałujesz?
- Niczego nie żałuję!
- Jak to?
- A tak to! Wszystko jest po coś. Skoro już się wydarzyło, to tego nie zmienisz. Jeśli coś zrobiłeś lub zaniechałeś to znaczy, że tak chciałeś.
- I nie ma to dla ciebie znaczenia? - dociekał Grudnik.
- Owszem ma, ale w sensie życiowej lekcji, czy doświadczenia. Na pewno nie jest to coś, co możesz zmienić, bo to już się wydarzyło.
- Aha! Rozumiem, choć... nie rozumiem.

*Jan Bosko


poniedziałek, 26 grudnia 2016

Kiedyś mama zabrała mnie do domu towarowego w Hollywood, żebym zobaczyła Mikołaja, a on, gdy mnie zobaczył, zaraz poprosił o autograf!* (679)

Jakiś wewnętrzny głos, Kant najpewniej powiedziałby o imperatywie hipotetycznym, nakazał Panu C. zapuścić wąsy i brodę. Na początku nie wiedział, dlaczego mu z tym tak dobrze i dlaczego czuje się taki kompletny.
Sprawa się wyjaśniła w wigilijny wieczór, gdy składał życzenia sześcioletniej Julii. Dziewczynka przyglądała się z zaciekawieniem jego brodzie. Przypomniałem sobie wtedy film "Mikołaj z 34 ulicy". Kris Kringle uważany był przez dzieci za prawdziwego Mikołaja, bo wyglądał jak... Mikołaj. Logiczne i niepodważalne wnioskowanie.
- Dotknij brody! - zachęcił Julię.
Gdy nieśmiało pogładziła długi zarost wyjawił jej w sekrecie:
- Na przyszłe święta przejmę obowiązki Świętego Mikołaja.
- Jak to?
- Stary Mikołaj odchodzi na emeryturę.
- Ale nie masz czerwonej czapki i stroju - zaoponowała Julia.
- Teraz nie mam, ale za rok zobaczysz mnie w odpowiednim stroju, gdy przyjdę z prezentami.
Na tym rozmowa się zakończyła. Jednak po godzinie poczuł, jak ktoś lekko szarpie go za rękaw. Odwrócił się i zobaczył Julię:
- Wujku?
- Tak, Juleczko?
- Za rok, jak już będziesz świętym Mikołajem, to na pewno dostaniemy więcej prezentów?

*Shirley Temple